Zniewalający Hammond i trzech dżentelmenów

29 mar 2012

Miłośnicy standardów i popularnych tematów będą mogli posłuchać ich w jazzowych interpretacjach tria Karolak/Bogdanowicz/Frankiewicz już 12 kwietnia w Klubie Rampa, w Warszawie.

Będzie to także okazja zapoznania się bliżej z wyjątkowym brzmieniem organów Hammonda model B3, ulubionym instrumencie Wojciecha Karolaka. Pianista i kompozytor gra na nich z maestrią równą wybitnym jazzowym wirtuozom. Hammond B3 zawdzięcza swe wibrujące brzmienie specjalnemu zestawowi głośników, które stoją zwykle obok klawiatury.


Wnikliwy obserwator dostrzeże, że w mahoniowej obudowie wirują tubowe głośniki. Ich prędkość obrotowa jest sterowana pedałem przez organistę, który w ten sposób wpływa na charakterystyczne przeciąganie lub załamywanie się dźwięku. Ten instrument był przez dziesiątki lat marzeniem każdego pianisty, otwierał bowiem nowe możliwości i stawiał wyzwania. Od kiedy legendarny Jimmy Smith uczynił z organów Hammonda równoprawny instrument jazzowy posuwając wirtuozerię do granic możliwości, wielu jazzmanów próbuje mu dorównać. Dziś należy do nich m.in. Joey De Francesco, Amerykanin średniego pokolenia, a w Europie Niemka Barbara Dennerlein. W Polsce od lat Wojciech Karolak nie ma sobie równych i nie znajduje wielu kontynuatorów. Tym bardziej warto posłuchać na żywo zniewalającego brzmienia Hammonda B3.

Jak sam Karolak wspominał, mógł sobie go kupić dopiero po kilku latach grania w klubach i restauracjach w Szwecji na przełomie lat 60. i 70. Przyjechał z nim do Polski w 1973 r. wzbudzając ogromne zainteresowanie, wręcz sensację i uzasadnioną zazdrość. Przewóz tego instrumentu o łącznej wadze 180 kg nie był łatwy, także na koncerty i nagrania. Nie było ich wiele, bo Wojciech Karolak grał wówczas najczęściej na fortepianie elektrycznym. W tej roli możemy posłuchać go m.in. na jednej z najważniejszych polskich płyt jazzowych „Kuyaviak Goes Funky”.

Karolak odkrył w organach Hammonda możliwości wyrażenia uczuć i emocji, a tym samym wzruszania słuchaczy. Jego interpretacja standardów przypadną do gustu wszystkim słuchaczom tym bardziej, że u boku będzie miał kontrabasistę Mariusza Bogdanowicza, którego instrument potrafi wręcz śpiewać, mrucząc zmysłowe melodie. Nie zabraknie perkusisty, a będzie nim młody Sebastian Frankiewicz potrafiący grać subtelnie lub ekspresyjnie, zależnie czy to ballada czy dynamiczny temat.

Koncert odbędzie się 12 kwietnia o godz. 20:30 w Klubie Artystycznym RAMPA, przy Teatrze RAMPA, ul. Kołowa 20 w Warszawie, bilety – 20 zł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

402 dolary dla Boba Dylana

20 mar 2012

Kiedy pięćdziesiąt lat temu na parkietach szalał twist, wytwórnia Columbia wydała debiutancki album „Bob Dylan” młodego śpiewaka folkowego z Minnesoty.

Longplay ukazał się 19 marca 1962 r. i zawierał trzynaście utworów, z których tylko dwa napisał Dylan. Pozostałe były folkowymi standardami i tradycyjnymi piosenkami. Gitarzysta, wokalista i autor piosenek Robert Allen Zimmerman przybrał pseudonim Bob Dylan na cześć poety Dylana Thomasa. Zobacz na Empik.rp.pl

Producentem albumu był John H. Hammond, odkrywca talentów Billie Holliday, Arethy Franklin, Leonarda Cohena, Bruce’a Springsteena i wielu innych. We wrześniu 1961 r. Hammond usłyszał Boba Dylana grającego na harmonijce ustnej podczas prób do sesji nagraniowej folkowej wokalistki Carolyn Hester. Wszyscy siedzieli w kuchni, w mieszkaniu na Greenwich Village. Kiedy Dylan zaczął grać, Hammond od razu zwrócił na niego uwagę. Gdy dowiedział się, że chłopak pisze własne piosenki, jego zainteresowanie wzrosło. Miesiąc później podpisał z nim kontrakt na pięć lat.

20-letni wówczas Dylan grał i śpiewał od roku w nowojorskich klubach. Szybko uczył się piosenek pionierów folku: Woody’ego Guthrie, Hanka Williamsa, wykonywał także bluesy i rockandrollowe hity Buddy’ego Holly i Little Richarda. Jak w charakterystycznym, nosowym głosie Dylana śpiewającego standardy Hammond odkrył geniusza, pozostanie jego tajemnicą.

Sesja nagraniowa odbyła się 20 i 22 listopada 1961 r. i trwała w sumie sześć godzin. Jej koszt wyceniono na 402 dolary. – Byłem wtedy zdenerwowany i bojowo nastawiony – wspomina Bob Dylan. – Mr. Hammond pytał mnie, czy chcę którąś piosenkę zaśpiewać jeszcze raz. Odpowiadałem, że nie. Nie wyobrażałem sobie, że mogę wykonać te same tematy dwa razy z rzędu. To było okropne.

Dylan nagrał m.in. „See That My Grave Is Kept Clean” Blind Lemon Jeffersona, „Highway 51″ Curtisa Jonesa i „Fixin’ to Die” Bukki White’a. Na płytę trafiły tylko dwie jego własne piosenki: „Talkin’ New York” i „Song to Woody” zadedykowana Guthriemu. Album nie znalazł spodziewanego zainteresowania. Do końca 1962 r. sprzedało się tylko pięć tysięcy kopii. W Columbii mówiło się, że Dylan jest szaleństwem Hammonda.

W odpowiedzi miesiąc po debiucie producent zorganizował kolejną sesję Dylanowi. W tym czasie artysta miał już w repertuarze polityczne songi, które wkrótce wywołały rewolucję w muzyce. Śpiewając „Blowin” In The Wind” Dylan porwał za sobą miliony słuchaczy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowe dźwięki, stare mury, wieczna poezja

15 mar 2012

Teatr Stary w Lublinie stał się idealnym miejscem dla strof Jarosława Iwaszkiewicza ubranych w muzykę Włodka Pawlika i brawurowo wykonanych przez jego kwartet, wokalistów: Lorę Szafran i Marka Bałatę oraz aktora Roberta Więckiewicza.

Program „Struny na ziemi” miał swą premierę w grudniu 2010 roku w Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku. Potem ukazał się album

uhonorowany tytułem Jazzowego Wydarzenia Roku 2011 w podsumowaniu „Rzeczpospolitej”. To fascynujące różnorodnością chwytliwych melodii, harmonii, rytmów połączenie jazzowej kompozycji i improwizacji z poezją zainteresowało dyrekcję Teatru Starego w Lublinie, która zaprosiła Włodka Pawlika na pierwszy jazzowy koncert w odrestaurowanym budynku, trzy dni po uroczystej inauguracji.

Niewielka scena teatru w starym stylu z trzema piętrami widowni stworzyły kameralną atmosferę, w której jazzowi muzycy i recytujący poezje Iwaszkiewicza Robert Więckiewicz poczuli się swojsko i swobodnie. Dla Włodka Pawlika był to szczególny koncert, bowiem pierwszy po operacji serca i kilkumiesięcznej rekonwalescencji. W tym czasie pracował nad muzyką do kolejnego filmu, ale koncert, szczególnie z kompozycjami wymagającymi precyzji i ekspresji, był prawdziwym wyzwaniem. Pianista wyszedł z tej próby zwycięsko, podbudowany owacjami publiczności i podziękowaniami fanów po koncercie, kiedy razem z innymi artystami podpisywał swoje płyty.

Koncert rozpoczął się tak jak album, od tytułowego tematu i strof „Struny na ziemi i w powietrzu słodko brzmią” z tomu wierszy „Mapa pogody”. Łagodna melodia podkreślana akordami fortepianu i subtelną sekcję rytmiczną wypełniła salę teatru, a ciekawie współbrzmiące głosy Lory Szafran i Marka Bałaty pozwoliły zastanowić się nad wizją poety.

Pomiędzy piosenkami wiersze Iwaszkiewicza czytał Robert Więckiewicz, a Włodek Pawlik wplatał improwizowane nuty pomiędzy słowa tworząc nierozłączny, słowno-muzyczny przekaz. Były to momenty nie mniej intrygujące niż łatwo wpadające w ucho wokalne popisy. Za to wtedy łatwiej było skupić się na tekście pobudzającym wyobraźnię słuchacza. Słowa „Wierzby jak klawiatury, liście jak klawisze, klaszczą wilgotne o siebie, wierzbo na Stawisku, wierzbo Desdemony opuściłaś ręce do wody jak ja” wypowiedziane głębokim, zrelaksowanym głosem przez Więckiewicza, musiały zapaść w pamięć widzów.

Gromkimi brawami nagrodzono  piosenkę „VIII: Jeśli znowu znajdę przyjemność w podróży”, która mogłaby znaleźć się na liście przebojów, gdyby tylko jakieś radio zdecydowało się na jej odtwarzanie. Temperaturę koncertu podniosły ekspresyjne wykonania tematów: „Upokarza mnie miłość” z idealnie zgranymi unisonami pary wokalistów i „Rzeczy”, w których Marek Bałata popisał się wokalną akrobacją podkreśloną pląsami. Wokalista stał się w jednej chwili muzycznym zwierzęciem, zgodnie z sugestią Iwaszkiewicza zawartą w wierszu.

Koncert zakończyło „Fandango” będące prawdziwym wyzwaniem dla muzyków i wokalistów powtarzających w niewiarygodnie szybkim tempie słowa „Albo to nie albo to tak”. Na bis dołączył do nich Robert Więckiewicz zachęcony przez Pawlika. Zgranie się tego chórku nie nastąpiło od razu, ale w finale trzy głosy zaśpiewały tutti wieńczące wieczór jazzu i poezji w Teatrze Starym.

Nie mogło być lepszego programu na jeden z wieczorów inaugurujących działalność drugiej najstarszej sceny w Polsce. Warto jeszcze popracować nad nagłośnieniem koncertów, bo specyficzna sala sprawia w tym względzie trudności. Z pewnością warto wybrać się do Lublina na kolejne wydarzenia teatralne i koncertowe, a potem odbyć spacer po pięknej starówce.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Emocje uśpione w nutach

13 mar 2012

Amerykański gitarzysta Al Di Meola przyciągnął tłumy, ale powtarzając zgrane schematy nie zachwycił.

Nowy kwartet Ala Di Meoli przyjechał do Polski na trzy koncerty w cyklu Era Jazzu. Pierwszy zagrał w przepełnionym warszawskim klubie Palladium, wyprzedanym na kilka dni wcześniej. Dziś zagra w Poznaniu, jutro w Łodzi. Koncert wskrzesił instytucję „konika”, bo pod klubem kilka osób oferowało bilety po wyższych cenach. Al Di Meola należy bowiem do najpopularniejszych w Polsce jazzmanów gwarantując pełne sale. Gitarzysta gra efektownie, stworzył oryginalne brzmienie, ma sprawdzony repertuar z pogranicza jazzu i world music. To mocne atuty, żeby dać świetny koncert. Mocne i słabe zarazem, jeśli po kilkunastu minutach uważny słuchacz mógł się przekonać, że Al Di Meola powtarza zgrane chwyty, a jeden utwór jest podobny do drugiego jak dwie krople wody.

Gitarzysta zasiadł na scenie przed szeroko rozłożonym zestawem nut. To by znaczyło, że wykona nowe kompozycje. Trudno było jednak to stwierdzić, bo kto pamięta ostatnie koncerty gitarzysty bądź jego płyty, żadnych nowych melodii, które wpadłyby w ucho, nie stwierdził.

Meola stał się więźniem schematu i własnej wirtuozerii. Biegłość w gitarowych akordach nie prowadziła do niczego poza lawiną dźwięków. Uznanie dla sprawności jego dłoni to jedyne uczucie poza zawodem, irytacją i znużeniem. Jeśli ciekawsze od gitarowych były akordy akordeonu Fausto Becalossiego, to już świadczy o kondycji twórczej Meoli. To akordeonista był najjaśniejszym punktem zespołu. Drugi gitarzysta Kevin Seddiki tylko wtórował liderowi zagęszczając fakturę muzyki, a perkusista Peter Kaszas wydawał się być z innej bajki.

Z rozrzewnieniem wspominałem znakomity występ Ala Di Meoli z bandoneonistą Dino Saluzzim czy późniejszy z World Sinfonia. Nowy zespół gitarzysty miał chyba w założeniu połączyć estetykę tango nuevo i z rockową ekspresją, ale oba aspekty wypadły blado. Nie pomogły im mało zróżnicowane kompozycje. Nawet fragmenty zagrane w trio, w duecie czy solo nie urozmaiciły dostatecznie występu.

Najciekawszy utwór Al Di Meola zadekował ojcu. Wspomnienia pozwoliły nasycić muzykę emocjami, a nie tylko wirtuozerią. Cieszy także zainteresowanie artystą, przepełniona sala klubu Palladium i żywe reakcje publiczności. To znaczy, że jazz ma swoich słuchaczy i popularni muzycy zawsze wypełnią sale nie mniejsze niż filharmoniczne.

Już 19 kwietnia w cyklu Era Jazzu zagra w Palladium rewelacyjne amerykańskie trio Medeski Martin & Wood. Po nich można się spodziewać improwizacji na kosmicznym poziomie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Duet dramatyczny choć fortepianowy

12 mar 2012
Dwóch pianistów młodego pokolenia Sławek Jaskułke i Piotr Wyleżoł zagrają we wtorek w Fabryce Trzciny. Ich koncertowy album „DuoDram” był wydarzeniem ubiegłego roku.

Duodram to określenie z dziedziny teatru, określające dramat z udziałem dwóch aktorów bądź aktorek. W tym przypadku to spotkanie dwóch twórczych pianistów o znaczącym już dorobku zwieńczonym sukcesami, również zagranicznymi.

- Z Piotrem znamy się od lat i bardzo dobrze porozumiewamy się w sferze artystycznej – powiedział „Rz” Sławek Jaskułke. – O duecie myśleliśmy dużo wcześniej przed występem na Expo i „Chopinem na pięć fortepianów”. Kiedy w 2010 roku mieliśmy próby w Krakowie, dostaliśmy zaproszenie na dwa zamknięte koncerty do Szczawnicy w duecie. Tak dobrze wypadły, że  zdecydowaliśmy o nagraniu płyty. Doszło do tego w Gdyni, w klubie Pokład 9 listopada 2010 r. Zdradzę, że przygotowujemy materiał na drugą płytę. Będzie to pięć movementów na dwa fortepiany, a muzyka będzie dużo bardziej koncepcyjna i oparta na sposobie komponowania na dwa fortepiany – mówił kilka miesięcy temu.

Teraz usłyszymy tę muzykę po raz pierwszy na żywo. Obaj muzycy są znakomitymi improwizatorami o wielkiej erudycji. Są przy tym otwarci na wzajemne inspiracje, z jednego pomysłu rodzą się kolejne, każdy dodaje coś od siebie i odpowiada na pomysły partnera. Muzyka rozwija się na żywo, przed słuchaczami, a jej efekt jest nieprzewidywalny.

Na płycie nagranej w Gdyni i zatytułowanej po prostu „DuoDram” znalazły się trzy utwory Sławka Jaskułke, dwa Piotra Wyleżoła i jeden Kenny’ego Wheelera. Kompozycje były tylko pretekstem do improwizacji. Słychać, że to Wyleżoł ma w tym duecie bardziej romantyczną duszę, ale obaj wybuchają ekspresją porywając publiczność w nieznane rejony jazzu. Właśnie ukazał się drugi album duetu zarejestrowany w klubie Lalala w Sopocie, w sierpniu 2011 roku.

Ich występy i nagrania można porównać do słynnego duetu Herbie Hancock/Chick Corea z końca lat 70. Tyle, że nasi pianiści są bardziej żywiołowi. Na wtorek o 20:00 w Fabryce Trzciny zapowiada się ekscytujący koncert.  25 marca duet wystąpi w Kielcach, a dzień później we Wrocławiu na Ethno Jazz Festival.
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Złamane serce Norah Jones

23 lut 2012

W dziesiątą rocznicę premiery bestsellerowego, debiutanckiego albumu „Come Away With Me” Norah Jones wyda nową płytę „Little Broken Hearts”.

Znajdzie się na niej dwanaście piosenek, które napisała razem z Brianem Burtonem znanym także pod scenicznym pseudonimem Danger Mouse. Album ukaże się 1 maja, a już 17 marca Norah wykona po raz pierwszy premierowe utwory na festiwalu SXSW w Austin, w stanie Teksas.

Na stronie internetowej wokalistki opublikowano już pierwsze znane daty trasy koncertowej po Europie, która rozpocznie się 25 maja występem w paryskiej Olympii. Zaśpiewa także w Amsterdamie, Londynie, Hamburgu i na Pori Jazz Festival w Finlandii.

Album „Little Broken Hearts” wyda amerykańska wytwórnia Blue Note należąca do koncernu EMI Music. To ona odkryła artystkę ponad dziesięć lat temu, zaangażowała wybitnych producentów Arifa Mardina i Craiga Streeta, którzy na płycie „Come Away With Me” wykreowali łagodne, jazzujące brzmienie idealnie pasujące do dziewczęcego głosu Norah. Album sprzedał się w nakładzie ponad 25 mln, przyniósł artystce osiem nagród Grammy. W ciągu trzech lat od premiery uzyskał status Diamentowej Płyty w USA, co oznacza 10 mln sprzedanych nośników.

Wytwórnia opublikowała dziś okładkę płyty. Wokalistka ma na nim fryzurę w stylu mod bob. Inspiracją dla projektu były plakaty filmów z połowy ubiegłego wieku, które wiszą na ścianach studia nagraniowego Briana Burtona w Los Angeles.

- Brian ma w swoim studiu ogromną kolekcję plakatów do filmów Russa Meyera – powiedziała Norah Jones. – Jeden z nich, do filmu „Mudhoney”, wisiał nad kanapą, na której codziennie przesiadywałam. Zawsze, gdy na niego patrzyłam, myślałam, że chciałabym wyglądać tak fajnie, jak ta dziewczyna z plakatu. Podczas tworzenia płyty nieustannie się na niego gapiłam, to naprawdę świetna grafika – podkreśla artystka.

Miliony fanów Norah Jones z niecierpliwością czekają na jej nowy album. Ostatni z premierowymi nagraniami „The Fall” ukazał się w 2009 r. Wydana w roku 2010 kompilacja „…Featuring Norah Jones” zawierała m.in. duet z Willie Nelsonem, nagrania z grupami Outkast i Foo Fighters oraz jazzowym pianistą Herbie Hancockiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdyby Keith Jarrett urodził się w Apulii

18 lut 2012

Włoski pianista Livio Minafra zadziwił publiczność festiwalu 12 Poits w Porto pomysłowością w preparowaniu dźwięków.

29-letni sympatyczny Włoch nagrał pierwszy solowy album już dziesięć lat temu zadziwiając wyobraźnią w tworzeniu nowych brzmień fortepianu. Jego debiutancki album „La Dolcezza del Grido” wydała wytwórnia Leo Records. Później jego karierą zaopiekowała się Enja Records wydając także nagrania zespołowe.

Livio Minafra wyszedł na scenę Casa da Musica na bosaka taszcząc pokaźną torbę z akcesoriami. Jak się później okazało wiece przydatnymi w preparowaniu fortepianowych brzmień. Zaczął koncert od pogodnego w nastroju tematu urozmaicanego ekspresyjnym, free-jazzowymi akordami.Popisywał się techniką, którą doskonalił pod okiem najlepszych włoskich profesorów już od dziecka.

Kiedy na struny zaczął układać różne przedmioty, a to program festiwalu, a to przewody, płyty kompaktowe i opakowania, jego fortepian zmienił się w orkiestrę z podwórka w nadmorskim Bari, skąd pochodzi. W kulminacyjnych momentach pomagał sobie pogwizdując. Przypominał Keitha Jarretta, który w kulminacyjnych momentach pomaga sobie ekspresyjnymi westchnieniami i pojękiwaniem. Gdyby Jarrett urodził się w Apulii na wybrzeżu Adriatyku, jadł oliwki i nagrzane słońcem winogrona, spędzał sjestę w chłodnych murach pamiętających starożytnych Greków, zapewne w jego muzyce byłoby tyle radości, dystansu i swobody, co w grze Livio Minafry.

W jednym z tematów zaimprowizował pamiętane z dzieciństwa odgłosy ciuchci pędzącej po wąskich torach. Przed wykonaniem utworu zainspirowanego delikatnym deszczem tropikalnym w Kolumbii, poprosił publiczność o imitowanie kropli deszczu dzwonieniem pęków kluczy. Wszyscy chętnie wzięli udział w zabawie.

 

Do preparowania dźwięków w finałowej improwizacji poprosił o pomoc kogoś z publiczności. Przypadkowy słuchacz dwoił się i troił rzucając na struny zawartość torby Livio i rzeczy podawanych mu przez akustyków. W efekcie cała powierzchnia strun była zasypana najróżniejszymi przedmiotami rezonującymi wraz uderzeniami pianisty w klawisze. Ten fascynujący spektakl z pogranicza sztuki cyrkowej pokazał pianistę, którego nie ograniczają konwenanse szacownych sal koncertowych, a przy tym jest znakomitym jazzmanem. Jego występ byłby atrakcją każdego festiwalu.

Gospodarze przedstawili jeden ze swoich najciekawszych młodych zespołów Nebulosa założony przez kontrabasistę Hugo Carvalhaisa. Trio basisty występuje zwykle z różnymi saksofonistami, a swój album nagrało z amerykańskim awangardzistą Timem Berne’em. Na scenie Casa da Musica lider zaprezentował się nie tylko w roli wirtuoza kontrabasu, ale i zdolnego kompozytora i aranżera. Faktury utworów były gęste, pełne rytmicznych zwrotów i harmonicznych łamigłówek. Ekspresji dodawały zespołowi improwizacje litewskiego saksofonisty Liudasa Mockunasa.

Prawdziwy wulkan energii wybuchł, kiedy na scenę wkroczył kwintet WorldService Project z Londynu. Młodzi muzycy to punkowcy o jazzowych duszach albo jazzmani o punkowym usposobieniu. Niezbyt wyrafinowane kompozycje broniły się silnym przekazem emocjonalnym. Londyńczycy podnieśli poziom adrenaliny do niebezpiecznego poziomu. Rozejrzałem się po widowni, ale nikt nie tańczył pogo. A aż się prosiło wyładować emocje w tańcu lub przynajmniej w podskokach.

Dziś na scenie Casa da Musica wystąpi nasz kwartet Macieja Obary.

Marek Dusza z Porto

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Steve Jobs słuchał winyli

03 lut 2012

Steve Jobs pracował przed śmiercią nad następcą iPoda – ogłosił rockman Neil Young, z którym szef Apple konsultował projekt

Słynny kanadyjski rockman Neil Young zasugerował na konferencji „D: Dive Into Media” w Dana Point, w Kalifornii, że zmarły w październiku szef firmy Apple Steve Jobs pracował nad odtwarzaczem plików muzycznych wysokiej rozdzielczości, który byłby następcą dla jego słynnego dziecka – iPoda.

- Steve Jobs był pionierem cyfrowej muzyki, ale kiedy wracał do domu, słuchał płyt winylowych. Wierzcie mi, że gdyby żył dłużej, zrobiłby to, co teraz próbuję zrealizować – powiedział Neil Young. Muzyk konsultował się z Jobsem w sprawie opracowania przenośnego, audiofilskiego odtwarzacza, ale jego śmierć nie pozwoliła na skonkretyzowanie planów.

- Moim celem jest uratowanie sztuki, której poświęciłem moje 50 lat. Żyjemy w erze cyfrowej i, niestety, degradujemy naszą muzykę, zamiast ją udoskonalać – zapewniał Young.

Gitarzysta, kompozytor, wokalista i producent zachęcał przedstawicieli firm zajmujących się techniką cyfrową do skonstruowania urządzeń, które odtworzyły prawdziwe brzmienie muzyki. – Ery cyfrowa skłoniła ludzi do wybrania pomiędzy jakością a wygodą, ale nie musieli tego robić – podkreślił. Nisko ocenił wierność współczesnych nagrań: – Żyjemy w XXI wieku i mamy najgorsze brzmienie, gorsze niż z płyt na 78 obrotów. Gdzie są nasi geniusze, co się z nimi stało – wołał do fachowców i biznesmanów.

Neil Young przeciwstawił płyty winylowe skompresowanym plikom muzycznym MP3, jakie słuchacze gromadzą na swoich przenośnych odtwarzaczach. Jakość muzyki z płyty gramofonowej jest wielokrotnie wyższa bo zawiera praktycznie nieograniczoną ilość informacji. Gdyby powstał nowy, muzyczny format o wysokiej rozdzielczości, pliki byłyby tak duże, że ich ściąganie mogłoby zająć kilkadziesiąt minut. Young replikował, że mogłoby się to odbywać w nocy. – Kiedy śpimy, urządzenia pracują dla nas – powiedział.

Gitarzysta zawsze był przeciwnikiem przenośnych odtwarzaczy. Wiele lat temu krytykował nawet płytę CD twierdząc, że zawiera tylko 15 procent informacji zawartej na taśmie, która opuszcza studio nagrań. – To, co otrzymujecie w postaci plików MP3, to 5 procent tego, co zarejestrowali muzycy – narzekał Young.

Nowego formatu zapisywania muzyki wysokiej jakości nie trzeba wymyślać. Istnieją bezstratne formaty, skosród których najpopularniejszy jest obecnie Free Lossless Audio Codec (FLAC). Istnieją już serwisy oferujące muzykę w postaci plików nieskompresowanych m.in. www.hdtracks.com.

Jak dotąd nie wykorzystano możliwości zapisu muzyki high-definition na płytach Blu-ray. Ale ponieważ żywot każdego nowego nośnika jest coraz krótszy, przyszłość należy do serwerów, z których pobierana byłaby muzyka wysokiej wierności: hi-fi. Warto przypomnieć, że DVD-Audio się nie przyjął, a Super Audio CD zajmuje dziś marginalną pozycję.

Neil Young zdziwił uczestników konferencji stwierdzeniem, że nie obawia się piractwa w Internecie. – Piractwo jest współczesnym radiem, tak wprowadza się dziś muzykę w obieg – dodał. Swoje nagrania chce uczynić legalnymi i łatwo dostępnymi. Na jego stronie www.neilyoung.com można posłuchać 37-minutowego nagrania „Horse Back” jego grupy Crazy Horse dokonanego w ostatni weekend. Jakość rzeczywiście jest dużo lepsza niż ta, do której przyzwyczaił nas Internet.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Słońce Barcelony w Warszawie

Hiszpański zespół Giulia y los Tellarini wystąpi dziś, w piątek w warszawskim klubie Palladium wykonując utwory z albumów „Eusebio”, „L’Arrabbiata” w tym przebój „Barcelona”.

Światowa kariera grupy rozpoczęła się od filmu „Vicky Cristina Barcelona” Woody’ego Allena. Temat tytułowy „Barcelona” reżyser znalazł na płycie kompaktowej zespołu, którą przyniesiono mu do hotelu. W drodze na zdjęcia posłuchał jej w samochodzie i po prostu zauroczyła go. Tak trafiła do filmu i została wydana na oficjalnym soundtracku.

Wokalistka Giulia Tellarini ma oryginalny styl śpiewania, który można określić jako niezwykle swobodny i naturalny, widać o to Woody’emu Allenowi chodziło. Tworzy przy tym nastrój absurdu, nieco odrealniony, jak w filmie.

Giulia y Los Tellarini odwiedzili Polskę już w październiku, by na warszawskiej Starówce zarejestrować wideo do ich piosenki „Warszawa”. To trzeci utwór z tryptyku, na który składają się „Barcelona” i „Buenos Aires”. – Warszawa jest miejscem, w którym tradycja spotyka się z nowoczesnością, a Wschód z Zachodem” – powiedziała wtedy mediom wokalistka. – To miasto zaskakujących spotkań i kontrastów, szalonych imprez do rana i pięknych kobiet. „Warszawa” jest w istocie utworem właśnie o miłości – dodała.

Autorem piosenki jest jeden z członków zespołu, który zakochał się w polskiej dziewczynie. Utwór będzie promował najnowszą płytę Giulia y los Tellarini „L’Arrabbiata”, która ukazała się w styczniu nakładem Iberia Records.

Zespół istnieje od 2004 r., a tworzą go muzycy różnych narodowości. Pierwszy album „Eusebio” wydali w 2006 r. Krytycy określili ich muzykę jako wyjątkowe połączenie romantycznych chansonów, hiszpańskiego tremendismo, meksykańskiej tragedii i najróżniejszych brzmień world music. Przede wszystkim znajdziemy w ich muzyce różnorodne nastroje od radosnych, przepełnionych słońcem, tanecznych rytmów do namiętnych ballad i tajemniczych songów w stylu Toma Waitsa.

Koncert w Klubie Palladium rozpocznie się o godz. 20:00, bilety w cenie 130 zł i 230 zł (VIP).

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Muzyka drewnem pachnąca

20 sty 2012

Sześć prapremierowych utworów polskich kompozytorów zainaugurowało w czwartek działalność Międzynarodowego Centrum Kultur w Kielcach – siedziby Filharmonii Świętokrzyskiej.

Jej dyrektor i dyrygent Jacek Rogala rozpoczął starania o nową siedzibę dla kieleckiej orkiestry dziesięć lat temu, krótko po objęciu kierownictwa. Centrum wybudowano w dwa lata, a efekt jest imponujący. Już z zewnątrz budynek przyciąga uwagę elegancją i prostotą.

Nad sceną potężna konstrukcja rozpraszająca dźwięki. Część jest składana tak, by z sufitu mógł zjechać ogromny ekran zamieniający salę filharmoniczną w kinową. Wąskie świetliki w ścianach są częścią ustrojów akustycznych i mogą świecić różnymi kolorami. Sufit w tylnej części jest wytłumiony. Te wszystkie elementy korzystnie wpływają na akustykę sali.

- W dużej sali koncertowej mamy 522 miejsca na widowni – mówi dyrektor Jacek Rogala. To sala wielofunkcyjna z kanałem weneckim, z ruchomym ekranem i przesuwnymi ścianami akustycznymi wokół sceny, ze studiem nagrań. Mamy salę kameralną na 200 osób, a 30 może usiąść na estradzie. Jest odizolowana od reszty obiektu, tak by koncerty mogły się odbywać równocześnie. W foyer mamy możliwość zamknięcia przestrzeni na kolejną salę przeznaczoną na sympozja czy odczyty. Jest też dziedziniec koncertowy na letnie imprezy plenerowe – dodaje.

O tym, że sala koncertowa Międzynarodowego Centrum Kultur w Kielcach ma świetną akustykę mówiło się<\!s>już przed otwarciem. – Do pierwszej próby orkiestry w tej sali podchodziłem z wielką tremą, może większą niż dziś, podczas uroczystego otwarcia – powiedział „Rz” dyrektor Jacek Rogala. – Włożyliśmy w ten obiekt sporo pracy i byłem bardzo ciekaw, czy to się udało i sprawdziło. Ale teraz nie mnie to oceniać. Ważne są wrażenia słuchaczy. A my się dopiero uczymy, jak w tej sali grać, jak kończyć dźwięk, jak układać proporcje brzmienia. Przed nami jest jeszcze wiele pracy – dodaje Rogala.

W programie koncertu znalazło się sześć kompozycji napisanych na specjalne zamówienie Filharmonii Świętokrzyskiej. Wieczór otworzył „Polonez Świętokrzyski” Adama Sławińskiego. Autor wykorzystał w nim motyw ludowej przyśpiewki „Oj bida mi, bida chłopu na zagunie” kończącej się optymistycznym wyznaniem „Moja stara ładniejsza od dziedziczki pani”. Jednak charakter dostojnego tańca podkreślającego uroczysty nastrój dzieła zdominował prapremierowe wykonanie.

Lidia Zielinska zadedykowała Jackowi Rogali utwór „Lata”. – Lata, jakie muszą upłynąć od wielkiego marzenia do jego spełnienia: lata mozołu, wyrzeczeń, targów i negocjacji – napisała w programie. Te trudności ujęła w dramatycznych momentach kompozycji, a czas odmierzały perkusyjne odgłosy.

Pisząc „Taniec na Łysicy” Maciej Małecki zainspirował się legendami o sabatach czarownic w Górach Świętokrzyskich. Orkiestra wydobyła z utworu jego tajemniczy charakter. Najgłośniejsze momenty znakomicie podkreśliła potęga sekcji instrumentów dętych i perkusyjnych.

W intrygujący sposób wydarzenie uświetniła Grażyna Pstrokońska-Nawratil komponując „Harmony – Kielce ’11″. „Obraz poszczególnych liter i cyfr tytułu wpisany został także – poprzez zmienne piony harmoniczne i artykulację – w strukturę formy utworu” – zaznaczyła autorka.

Kielecki kompozytor Łukasz Woś napisał „Małą uwerturę uroczystą”. Tu Filharmonicy Świętokrzyscy zabrzmieli pełnym głosem smyczków, a krótkie partie solowe miały instrumenty dęte.

Największymi owacjami nagrodzono kończącą koncert kompozycję Krzesimira Dębskiego „Sarabanda Con Episodi”. – Utwór opowiada o moim dzieciństwie spędzonym w Kielcach przy ul. Żeromskiego, dziwnym zbiegiem okoliczności, w pobliżu wybudowanej obecnie Filharmonii. Wspomnienia z tego okresu bliskie są nastrojami z filmem „Cinema Paradiso”, z tym, że moim ulubionym było milicyjne kino „Bajka”, w którym oglądałem np. Burta Lancastera w „Karmazynowym piracie” – siedem razy w dwa dni – zwierzył się kompozytor. Utwór ma zdecydowanie ilustracyjny charakter. Są w nim baśniowe motywy pobudzające wyobraźnię.

Podczas koncertu nie można się było uwolnić od zachwytu brzmieniem orkiestry i poszczególnych instrumentów. Taki efekt mają najlepsze nagrania symfoniczne z lat 60. wydawane przez Decca Records zrealizowane techniką 4Phase Stereo, a także realizacje RCA Victor z serii Living Stereo. Ta sala koncertową będzie najsilniejszą inspiracją dla twórców i wykonawców by prezentować w niej dzieła wybitne i spektakularne.

Po koncercie powiedzieli „Rz”: Krzesimir Dębski: – Byłem ostatnio w kilku miastach, gdzie otwarto nowe, wspaniałe budynki filharmonii: w Olsztynie, Rzeszowie, Gorzowie Wielkopolskim. Tu akustyka jest bardzo dobra i specyficzna zarazem – maskuje błędy, a zalety uwypukla. Jest tu piękne, spójne, plastyczne brzmienie. Mnie przypomina Walt Disney Hall w Los Angeles, gdzie były problemy z akustyką, ale po czterech przebudowach i remontach doszli do efektu, który słyszę w Kielcach. Aura jest bardzo podobna, ale tu są wyjątkowo czytelne szczegóły. Na przykład solo kontrabasu w moim utworze, czy następujące po nim solo wiolonczeli były nieprawdopodobnie bliskie. To rzadkość w orkiestrze filharmonicznej. Każdy instrument brzmi selektywnie, a orkiestra spójnie.

Jacek Rogala: – Jesteśmy jedyną profesjonalną muzyczną instytucją w regionie więc musimy wszechstronni. Prowadzimy działalność edukacyjną, ale ten budynek pozwoli nam prowadzić także nową działalność jak projekcje filmów, transmisje operowe.

Regularnie wykonujemy muzykę współczesną. Na naszym festiwalu Świętokrzyskie Dni Muzyki prezentujemy Kielczanom utwory wcześniej tu nie wykonywane. Staram się zamawiać utwory dla orkiestry, kiedy tylko finanse na to pozwalają. Filharmonia jest instytucją z tradycjami i dobrze, jeśli jest konserwatywna, ale nie może żyć w oderwaniu od współczesności, nie możemy być skansenem. Dlatego oprócz tego, co ludzie lubią – słynnych koncertów fortepianowych i skrzypcowych, musimy żyć tym, co proponują dziś nasi kompozytorzy. Myślę, że dzisiejszy wieczór, na którym nie zaryzykowałem zagrać IX Symfonii Beethovena tylko sześć premierowych utworów pokazał, że nie należy bać się muzyki współczesnej.

W Międzynarodowym Centrum Kultur będą też obecne inne style muzyczne. Za dwa tygodnie planujemy koncert z piosenkami Kaliny Jędrusik śpiewanymi przez Olgę Bończyk. A za cztery tygodnie wykonamy muzykę Beatlesów w opracowaniu symfonicznym. Będzie się pojawiał jazz. Muzyka jest bogata i jeśli tylko jest dobra, będziemy ją grać.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop