Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Tomasz Stańko dla Dobrego Świata

10 gru 2010

Środowy koncert w warszawskiej Filharmonii Narodowej Tomasz Stańko zadedykował Muzeum Historii Żydów Polskich, które osiągnęło półmetek budowy. Była to też okazja do premiery nowego zespołu trębacza, jednego z najciekawszych w jego karierze.

stanko_md

Po latach współpracy z polskim kwartetem i okresie, który można nazwać skandynawskim, ze względu na udział muzyków z tego regionu w koncertach i nagraniu albumu „Dark Eyes”, w nowym zespole naszego muzyka pojawili się dwaj Amerykanie. Nowatorską grą perkusista Joey Baron i grający na instrumentach klawiszowych Craig Taborn nadali nowy wymiar muzyce Stańki. Przede wszystkim intrygujący okazał się skład instrumentarium. Dwóch jazzmanów: Craig Taborn i Dominik Wania grali na fortepianach elektrycznych Fender Rhodes, a na nich mieli ustawione nowoczesne, elektroniczne klawiatury. To pozwoliło uzyskać brzmienie przypominające elektryczne zespoły Milesa Davisa z końca lat 60., a więc okresu, kiedy nagrał przełomowe dla historii jazzu albumy „In A Silent Way” i „Bitches Brew”. W jednym z utworów Taborn grał nawet na obu klawiaturach równocześnie.

Ważną postacią zespołu jest perkusista Joey Baron. Jego niekonwencjonalny styl gry na perkusji, łączenie parzystych i nieparzystych rytmów, często w zawrotnym tempie, podniosło temperaturę koncertu. Po jednym z jego popisów publiczność wybuchła brawami. Ekspresyjna perkusja Barona kontrastowała z łagodnym, melodyjnym brzmieniem kontrabasu Sławomira Kurkiewicza. To jedyny muzyk, który pozostał w zespole Stańki z jego polskiego kwartetu. I też jedyny, który na koncercie nie miał przed sobą nut, bo doskonale zna repertuar trębacza. Amerykanie i Dominik Wania często w te nuty zaglądali, by dokładnie odczytać kompozycje Stańki i Komedy, które złożyły się na program koncertu.

Trudno powiedzieć, czy specjalny projekt naszego trębacza przetrwa dłużej, a najważniejsze, czy efektem tej współpracy będzie nowy album. Byłoby bardzo dobrze, bo amerykańscy muzycy dopingują mistrza trąbki do jeszcze ciekawszej gry. Tomasz Stańko powiedział „Rz”, że program wypełniły w większości „stare kompozycje z całkiem nowych konfiguracjach i kilka nowych”.

Dzięki uprzejmości artysty podaję pełny program koncertu:

From the Green Hill

Terminal 7

April Story

Kaligula 1st Part

Tale for a Girl 12th

Euforila

Dernier Cri

Grand Central

Balladyna

Kattorna

The Eyes of Martha Hirsch

bis:     Litania

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jazzmani dla Tomasza Szukalskiego

22 lis 2010

Ponad cztery godziny grali i śpiewali w niedzielę dla saksofonisty Tomasza Szukalskiego najwybitniejsi polscy jazzmani. „Dzień Szakala” to obok koncertu Możdżer+ w Gdańsku najważniejsze, jak dotąd jazzowe wydarzenie roku.

szukalski_dutkiewicz_md

Wieść, że jeden z najlepszych saksofonistów Tomasz Szukalski jest chory i nie ma środków na życie i leczenie, zmobilizowała najpierw środowiska w Sopocie i Wrocławiu, gdzie już wcześniej odbyły się koncerty charytatywne. Wtedy do RadiaJazz.fm przyszedł pianista Artur Dutkiewicz i rzucił hasło: – Zorganizujmy „Dzień Szakala” w Warszawie. Szybko odpowiedziało kilkudziesięciu artystów, znając już termin, niektórzy przekładali swoje zobowiązania. Dzięki temu niedzielny koncert w Teatrze Bajka trwał ponad cztery godziny. W przerwie Krzysztof Materna z wprawą i humorem poprowadził licytację fotografii i przedmiotów podarowanych przez artystów. Najwyższą cenę 1500 zł osiągnęły trzy unikatowe, koncertowe albumy Tomasza Szukalskiego z jego autografami, prawdopodobnie jedyne, istniejące egzemplarze.

mozdzer_jarzebski_stefanski_md

Koncert rozpoczął pomysłodawca wydarzenia Artur Dutkiewicz ze swoim zespołem, w którym wokalizy wykonał Jorgos Skolias. Następnie na scenę wyszła Aga Zaryan, która nagrywając dziewięć lat temu swoją debiutancką płytę zaprosiła do studia Tomasza Szukalskiego. Bo również w balladach Szukalski potrafi zagrać charakterystycznym, ostrym, zdecydowanym dźwiękiem. Na koncert Aga Zaryan zaprosiła do swego zespołu młodego saksofonistę Radka Nowickiego. Mam nadzieję, że pozostanie w jej zespole, bo drapieżny ton jego solówek znakomicie kontrastuje z łagodnym głosem wokalistki.

Prosto z koncertu w Wietnamie przyjechał do Warszawy via Kraków gitarzysta Jarosław Śmietana, by z organistą Wojciechem Karolakiem stworzyć genialny duet. Towarzyszył im perkusista Łukasz Żyta. Specjalnie dla Szukalskiego Śmietana zaśpiewał i zagrał sugestywnego bluesa. Niespodzianką był niezapowiedziany występ Tomasza Stańki, który zagrał rewelacyjne solo. To w kwartecie Stańki w połowie lat 70. Szukalski zyskał międzynarodową sławę dzięki nagraniu z nim albumu „Balladyna” dla niemieckiej wytwórni ECM Records. A wcześniej był nie mniej ciekawy album „TWET” dla Polskich Nagrań. Wieczór uświetniła również Urszula Dudziak ze swoim Superbandem, jak zwykle w doskonałym humorze.

Najważniejszy występ wieczoru dało trio: Leszek Możdżer – fortepian, Paweł Jarzębski – kontrabas i Janusz Stefański – perkusja. Sekcja rytmiczna była ta sama co w legendarnej grupie The Quartet. Niestety, nie żyje już pianista Sławomir Kulpowicz, który ją współtworzył, a na saksofonie grał w niej właśnie Tomasz Szukalski. Prezenter i dziennikarz Tomasz Tłuczkiewicz przypomniał, że zespół rozpadł się w drodze na North Sea Jazz Festival w Hadze.

Możdżer rozpoczął występ nawiązując do stylu Kulpowicza, przywołał w ten sposób ducha The Quartet. Ale później już zagrał koncert w swoim stylu. Właśnie takiego Możdżera chciałbym posłuchać z płyty. Stefański i Jarzębski okazali się dla niego doskonałymi partnerami, a zespół śmiało sięgnął wyżyn światowego jazzu. Pianista Krzysztof Herdzin zagrał najpierw ze swoim triem, a następnie ten zespół akompaniował Ewie Bem, śpiewającej w najlepszym, jazzowym stylu. Klasą dla siebie okazał się Adam Makowicz, który dał solowy mini-recital. Uwaga konferansjera, że jego wirtuozerię można porównać tylko do Arta Tatuma, nie była wcale przesadzona. Dodajmy tylko, że improwizacje Makowicza nasycone są liryką niespotykaną u amerykańskich pianistów.

Po tym występie na scenę wyszedł Tomasz Szukalski podtrzymywany przez Artura Dutkiewicza i szefa RadiaJAZZ.fm Jerzego Szczerbakowa. Podziękował publiczności i obiecał wrócić na scenę już z instrumentem.

Kompozycją „Night Train” z planowanego na marzec albumu dla ECM Records Trio Marcina Wasilewskiego uhonorowało Szukalskiego w wielkim stylu. Michał Urbaniak wystąpił w trio z organistą Wojciechem Karolakiem i perkusistą Łukaszem Żytą i był to występ dużo ciekawszy niż z jego amerykańskim zespołem. Urbaniak grał ostrym, chropawym dźwiękiem, wtórował mu ekspresyjnie Karolak. To był świetny jazz i o taką płytę prosimy, panie Michale.

Solowy recital dał Józef Skrzek grając na fortepianie, elektronicznym instrumencie klawiszowym o urokliwym, starodawnym brzmieniu znanym z grupy SBB, a także śpiewając. Wystąpił także perkusista Kazimierz Jonkisz ze swoim zespołem. Na finał koncertu publiczność otrzymała niespodziankę, duet basistów: Krzysztofa Ścierańskiego i Adama Jarzębskiego. Ale Ścierański zagrał tym razem na gitarze elektrycznej przetwarzając jej brzmienie elektrycznymi przystawkami. Obaj wykonali kompozycję specjalnie przygotowaną na ten występ, a jej autor podkreślił, że w tym celu nauczył się grać na gitarze.

To był niezapomniany wieczór również dlatego, że wszyscy artyści zagrali lub zaśpiewali na swoim najwyższym poziomie. Gdyby naganie z tego koncertu ukazało się na albumie, zapewne podwójnym, mogłoby stać się bestsellerem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rozmach grupowej improwizacji

5 lis 2010

W czasach, kiedy najbardziej ekonomicznym składem jazzowym jest trio, występ grupy większej niż kwintet jest przedsięwzięciem godnym uznania już z organizacyjnego i finansowego punktu widzenia.

DUSZA

Właściwie większe zespoły to domena festiwali o dużych budżetach. Tym większe brawa dla cyklu “Na Pradze jest jazz”, który zaprosił zespół perkusisty Tomka Sowińskiego The Collective Improvisation Group. Co więcej, formacja w ostatniej chwili rozrosła się z septetu do oktetu. I był to koncert znakomity, godny najlepszych festiwali, nie tylko w kraju. Muzycy zagrali jeszcze ciekawiej niż na płycie “Synergy”, brzmienie zespołu było jednocześnie spójne i selektywne. To nie tylko zasługa muzyków, ale i bardzo dobrego nagłośnienia sali.

Ten piątkowy koncert w Teatrze Praga na ul. Otwockiej 14 przejdzie do historii jako największe wydarzenie oklaskiwane przez bodaj najmniejszą grupę jazzfanów. A przecież były informacje w prasie, radiu i telewizji. Czyżby sala koncertowa przy Otwockiej 14 znana też jako Fabryka Trzciny straciła na popularności? Ale z czasów, kiedy było tu kilka koncertów w tygodniu przypomina mi się inny występ, na którym frekwencja była zaskakująco niska. Ten przypadek dotknął najwybitniejszego wokalisty jazzowego Kurta Ellinga. Numer jeden w światowym jazzie i to na dodatek wokalista śpiewał dla około 50 osób. To już na koncert Sowińskiego i jego kolegów było więcej słuchaczy.

Perkusista Tomek Sowiński nagrał ze swoim zespołem już dwa albumy. Gdyby nie one, chyba tylko publiczność festiwalu Jazz Jantar wiedziałaby o istnieniu tej unikatowej formacji na naszej scenie. Cóż w niej szczególnego? To, co już w samej nazwie jest podkreślane – kolektywna improwizacja. Bo i w skali światowej takich zespołów jest niewiele, a już tak duże można policzyć na palcach jednej ręki. Przypomina mi się koncert Note Factory Group saksofonisty Roscoe Mitchella na festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej. Tylko, że Mitchell przedstawia swoim muzykom precyzyjne aranżacje i tylko momentami pozwala “odjeżdżać” wszystkim równocześnie.

Lepszym porównaniem dla koncepcji The Collective Improvisation Group będzie to, co robi od kilku lat ze swoim kwartetem Wayne Shorter. Oni improwizują razem w każdym momencie, a po latach współpracy osiągnęli tak spójne brzmienie, jakby jeden muzyk o nieprawdopodobnej wyobraźni i zdolnościach grał jednocześnie na czterech instrumentach. Przypomina mi się też Cobra Johna Zorna i jego Masada Quartet. W pierwszej Zorn jest dyrygentem, w drugiej jednak dominuje nad resztą zespołu, nawet, jeśli ma u boku takiego trębacza jak Dave Douglas.

Tomek Sowiński jest perkusistą i ani mu w głowie dominacja. Za to pełni kapitalną rolę silnika napędowego, niczym dwunastocylindrowe Ferrari rozpędza bolid zbudowany z ośmiu osobowości. I nie pozwala mu się zatrzymać. Co najwyżej zwalnia na zakrętach by pozwolić na oddech słuchaczom. Ci muzycy muszą się lubić, szanować osiągnięcia i zdolności kolegów, bo żaden nie wybija się na czoło, nikt też nie pozostaje w tyle. Słuchają się nawzajem i szybko reagują na zmiany w muzyce. A każdy ma też sporo do powiedzenia.

Trąbka Jerzego Małka mocno osadzona jest w tradycji be-bopu, ale potrafi też odlecieć w rejony zarezerwowane dla nowoczesnych wirtuozów. Charyzmatyczne brzmienie saksofonu Darka Herbasza nieustająco zasługuje na szersze uznanie. W piątek stanął obok niego Tomasz Grzegorski znany z zespołu Nigela Kennedy’ego. W tym zespole od razu znalazł swoje miejsce wzbogacając brzmienie saksofonem sopranowym. Pianista Piotr Mania celnymi akordami komplikuje harmonie tak, by koledzy mogli je rozwinąć. Gitarzysta Piotr Pawlak z przewieszoną przez plecy gitarą częściej pochylał się nad klawiaturą komputera programując czy też dobierając z zasobu pamięci odpowiednie do sytuacji tła. Miał też popisową solówkę w stylu Eivinda Aarseta, a może bardziej Elliotta Sharpa. Kontrabasista Adam Żuchowski to prawdziwa rytmiczna ostoja zespołu, ale jego szarpnięcia mają też ujmująca melodykę. I wreszcie grający na wszelkich perkusjonaliach Łukasz Ruszkowski. W jego wykonaniu nawet proste dźwięki drumli zabrzmiały awangardowo.

Fascynujące jest to, że zespół osiąga brzmienie tak koherentne rzadko ze sobą występując. Ale jeśli wystąpią na jednym festiwalu, to organizatorzy innego mogą się skrzywić i powiedzieć: przecież to już było. To poważny problem organizacji koncertów w Polsce, kiedy oryginalność bierze górę nad wartością artystyczną. Czy jest wyjście z tego błędnego kręgu?

Wiem, że Tomka Sowińskiego & The Collective Improvisation Group powinien posłuchać każdy miłośnik jazzu. Jeśli nie z płyty “Synergy”, to na żywo. Ten piątkowy występ w Teatrze Praga był nagrywany, więc może ukaże się płyta koncertowa. Wypatrujcie, bo warto.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Norah Jones wśród gwiazd

30 sie 2010

Norah_CD

Znany jest już termin premiery nowego albumu Norah Jones – 2 listopada. Można było się spodziewać, że artystka, która osiągnęła już artystyczne i komercyjne szczyty, zaprosi do współpracy innych muzyków czy wokalistów.

Przewrotny jest tytuł płyty „… Featuring Norah Jones”, co można przetłumaczyć – „…z udziałem…” wokalistki. Czyżby młoda gwiazda, przez skromność, chciała się postawić w cieniu swych gości? Niezupełnie, bo rzeczywiście była przez tych artystów zapraszana do udziały w ich nagraniach bądź koncertach.

norah

Na zdjęciu występ Norah Jones (przy pianinie) na North Sea Jazz Festival w Rotterdamie 9 lipca 2010 r. Fot. Marek Dusza.

Wydawca, wytwórnia Blue Note Records/EMI opublikowała informację o płycie wraz z jej zawartością, którą przytoczę, by fani artystki wiedzieli, czego mogą oczekiwać. Same nazwiska już zapierają dech, taki zestaw duetów miał wcześniej chyba tylko Frank Sinatra.

Na albumie znajdzie się 18 piosenek, w tym duety z tak legendarnymi artystami jak Ray Charles, Willie Nelson i Dolly Parton, a także czołowymi zespołami XXI wieku od OutKast po Foo Fighters.

„Propozycja zaśpiewania z kimś, kogo podziwiam to niesamowicie ekscytujące i pochlebiające uczucie oraz dobra zabawa”, mówi Jones. „Współpraca z innym artystą wyciąga cię nieco poza twoją własną strefę komfortu. Nie wiesz, czego oczekiwać – to trochę jak być małym dzieckiem i mieć ściśle ustalony czas na zabawę z innymi”.

Utwory, jakie pojawiają się na „…Featuring” obejmują całą karierę artystki, począwszy od jednej z jej najwcześniejszych sesji nagraniowych (wersja utworu pt. „More Than This” Roxy Music wykonywana z gitarzystą Charliem Hunterem w 2001 roku) po najnowsze dzieło, jakim jest piosenka zatytułowana „Little Lou, Ugly Jack, Prophet John” i wykonywana z grupą Belle and Sebastian. Utwór pojawi się również na nowej płycie tej formacji. W efekcie album piosenkarki stanowi jakby zapis historii równoległej do jej własnych czterech płyt, których sprzedaż na całym świecie przekroczyła 40 milionów egzemplarzy.

Współpraca z różnorodnymi artystami ukazuje niesamowitą muzyczną wszechstronność Jones. Od jazzu prze muzykę country, hip-hop, aż po rock. Trzy z piosenek na „…Featuring” pojawiły się wcześniej na albumach, które zdobyły nagrody Grammy w kategorii Album Roku („Genius Loves Company” Raya Charlesa, „River: The Joni Letters” Herbiego Hancocka oraz „Speakerboxxx/The Love Below” zespołu OutKast). Kilka innych piosenek uzyskało nominację do nagrody Grammy.

Na albumie pojawiły się również nagrania wykonane przez własne zespoły Jones i stanowiące jej poboczne projekty (The Little Willies i El Madmo), a także utwory wykonywane z artystami, z którymi piosenkarka miała zaszczyć występować podczas tras koncertowych, w tym M. Ward, Sasha Dobson, Gillian Welch i David Rawlings. Piosenki na …Featuring obejmują klasyki nagrane przez Elvisa Presleya, Johnnego Casha, Joni Mitchell czy Roya Orbisona i zupełnie nowy materiał tak innowacyjnych artystów jak Ryan Adams czy Q-Tip.

„Wiele osób, które pojawiły się na tej płycie to postacie, które wielbiłam od dzieciństwa, podczas gdy inne są młodsze i bardziej mi współczesne”, mówi Jones. „I pomimo tak różnorodnej mieszanki muzyków, klimat utworów sprawia, że zestawione ze sobą stanowią sensowną całość”.


Na płycie znajdą się:

1. Love Me (The Little Willies featuring Norah Jones) – Elvis Presley cover

2. Virginia Moon (The Foo Fighters featuring Norah Jones) – nominated for a Grammy for Best Pop Collaboration with Vocals

3. Turn Them (Sean Bones featuring Norah Jones)

4. Baby It’s Cold Outside (Willie Nelson featuring Norah Jones) – nominated for a Grammy for Best Pop Collaboration with vocals

5. Bull Rider (Norah Jones and Sasha Dobson) – Johnny Cash cover

6. Ruler Of My Heart (Dirty Dozen Brass Band featuring Norah Jones)

7. The Best Part (El Madmo featuring Norah Jones)

8. Take Of Your Cool (Outkast featuring Norah Jones)

9. Life Is Better (Q-Tip featuring Norah Jones)

10. Soon The Day (Talib Kweli featuring Norah Jones)

11. Little Lou, Prophet Jack, Ugly John (Belle & Sebastian featuring Norah Jones

12. Here We Go Again (Ray Charles featuring Norah Jones) – Album won Album of The Year. Song won 2 Grammys (Record of The Year) and Best Pop Collab w/ Vox

13. Loretta (Norah Jones featuring Gillian Welch and David Rawlings)

14. Dear John (Ryan Adams featuring Norah Jones)

15. Creepin’ In (Norah Jones featuring Dolly Parton) – nominated for Grammy for Best Country Collaboration with Vocals

16. Court & Spark (Herbie Hancock featuring Norah Jones) – Joni Mitchell cover. Album won Grammy for Album of the Year.

17. More Than This (Charlie Hunter featuring Norah Jones) – Roxy Music Cover

18. Blue Bayou (Norah Jones featuring M. Ward) – Roy Orbison cover

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jazz w leśnej scenerii

28 lip 2010

W porównaniu z Francją czy Włochami niewiele mamy festiwali odbywających się w wakacje w miejscowościach turystycznych.

smietana_md

Jeśli do takich miast zaliczyć Warszawę, to są to dwie imprezy: Warsaw Summer Jazz Days i Jazz na Starówce. Także Ladies Jazz Festival w Gdyni, Letni Festiwal Jazzowy w Piwnicy pod Baranami, Międzynarodowy Festiwal Jazzu Tradycyjnego – Old Jazz Meeting – Złota Tarka w Iławie czy Róże Jazz Festiwal w Zielonej Górze.  Chciałbym jednak polecić imprezę bardziej kameralną, mającą od lat swoich wiernych fanów, a odbywającą się po raz piętnasty w Sulęczynie, w sercu Kaszub, nad jeziorem, wśród drzew egzotycznego parku.

To festiwal Jazz w Lesie, który powołali do życia dwaj aktywni mieszkańcy Sulęczyna: perkusista Adam Czerwiński i Jacek Leszewski. Najpierw koncerty odbywały się w sali restauracyjnej ośrodka Leśny Dwór, a od 1997 r. w otaczającym ośrodek parku. – Mówiąc szczerze, w żadnej prawdziwej sali koncertowej nie słyszałem tak doskonałej akustyki jak tam, nad brzegiem jeziora. Dźwięk był soczysty, selektywny, krystalicznie czysty – napisał o swoich wrażeniach w „Jazz Forum” Paweł Brodowski.

Tę szczególną „okoliczność przyrody” doceniają muzycy polecający sobie nawzajem ten festiwal. Wystąpili tu już niemal wszyscy znaczący polscy jazzmani, niektórzy po kilka razy. Za patrona imprezy można uznać gitarzystę Jarka Śmietanę, który niemal co roku prezentuje tu swój nowy program. Grali tu również: Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Wojciech Karolak, Tomasz Szukalski, Piotr Wojtasik, Piotr Baron, Krzysztof Herdzin, Leszek Kułakowski, Bernard Maseli, Darek Oleszkiewicz. Byli też znamienici goście zagraniczni: Art Farmer i Hamiet Bluiett. Obaj „dżemowali” do rana. W 2005 r. jedyny koncert dała w Polsce formacja zestawiona specjalnie na ten festiwal: Bennie Maupin – saksofony, Eddie Henderson – trąbka, Jarosław Śmietana – gitara, Adam Kowalewski – kontrabas, Adam Czerwiński – perkusja.

Podwójny koncert dał tu w 2004 r. Nigel Kennedy: solowy z repertuarem klasycznym i jazz-rockowy pod hasłem „Jimi Hendrix Experience”. Natomiast Specjal Project Sulęczyno 2002 utworzyli: Bennie Maupin, Jarosław Śmietana, Darek Oleszkiewicz i Adam Czerwiński.

I w tym roku program zapowiada się bardzo ciekawie. Już w najbliższy piątek 30 lipca o godz. 20:00 na scenę wyjdzie międzynarodowy Wierba & Schmidt Quintet z gościnnym udziałem znakomitego puzonisty Dante Lucianiego. Swój żywiołowy A’FreaK-aN Project przedstawi saksofonista Wojtek Staroniewicz. Natomiast uroczysty finał będzie należał do Zbigniewa Namysłowskiego, który tu, na leśnej scenie będzie świętował swoje 70. urodziny.

Dzień później, w sobotę wieczór rozpocznie pianista Leszek Kułakowski z programem ze swej najnowszej, znakomitej płyty „Code Numbers”. Nieczęsto oglądana Grażyna Łobaszewska zaśpiewa piosenki Czesława Niemena z zespołem Ajagore. Natomiast wydarzeniem festiwalu będzie występ bandu Jarka Śmietany z udziałem legendarnego skrzypka Jerry’ego Goodmana. Występ zatytułowany „Tribute to Zbigniew Seifert” nawiązuje do nowej płyty Śmietany nagranej z udziałem Goodmana. Przypomnę, że muzyk ten był członkiem pierwszego składu The Mahavishnu Orchestra, a charakterystyczne brzmienie jego skrzypiec nadal wywołuje dreszcze na plecach.

Organizatorzy zapewniają, że można jeszcze znaleźć miejsca noclegowe w Sulęczynie i okolicach, ale zapaleni miłośnicy jazzu będą zapewne woleli posłuchać nocnego jam session z piątku na sobotę niż spać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Koncert pocieszenia i jazzowe legendy

13 lip 2010

Stevie Wonder, legenda r’n’b i popu zakończył w niedzielę 35. North Sea Jazz Festival w Rotterdamie pozwalając szybko zapomnieć Holendrom o porażce w meczu finałowym o Puchar Świata.

Większa część publiczności oglądała mecz na monitorach ustawionych na terenach festiwalowych centrum Ahoy. Najgorętsza atmosfera panowała w największej hali Nile, gdzie tak ułożono program, żeby na czas transmisji przerwać koncerty. Nie wiedział chyba o tym amerykański gitarzysta i wokalista folkowo-rockowy Ben Harper. Kiedy przed 20:30 zaczął śpiewać solową balladę, publiczność nie wytrzymała i podniosła się wrzawa zmuszająca zdezorientowanego artystę do skrócenia gitarowej improwizacji. Harper jest wirtuozem w grze na gitarze Weissenborna techniką slide, swoim występem pokazał, że potrafi stworzyć emocjonujący rockowy show. A że jest znakomitym kompozytorem i autorem tekstów, słucha się go z zainteresowaniem. To jeden z tych artystów, którego twórczość warto przybliżyć słuchaczom w Polsce.

Za to na Steviego Wondera publiczność czekała jeszcze pół godziny po zakończeniu transmisji. Wyszedł na scenę spowitą zupełnymi ciemnościami grając, jak się po chwili okazało, na klawiaturze przypominającej gitarę. Ekscytującą solówkę zakończył leżąc na scenie, a chwilę potem zaczął się festiwal przebojów artysty. Słychać było jednak, że Stevie Wonder szybko się męczy śpiewając, w występ wtrąca długie pogadanki, czeka na reakcje publiczności, rozmawia z nią. A jednak warto było czekać do końca festiwalu, by zobaczyć na żywo legendę popu i r’n’b.
Większe wrażenie zrobił na publiczność jubilat, 80- letni saksofonista Sonny Rollins. Kiedy powolnym krokiem staruszka wszedł na salę, publiczność odśpiewała mu na stojąco „Happy Birtday To You”.

Już w pierwszym utworze zmienił się nie do poznania. Wydmuchiwał z saksofonu tak skomplikowane frazy, że chyba każdy zadawał sobie pytanie, skąd bierze tyle sił i inwencji. To nie mogła być tylko rutyna, lecz chęć pokazania, że muzyka może trzymać człowieka przy życiu i nadawać mu sens. Dał sobie i publiczności odetchnąć na chwilę w ujmującej balladzie „My One and Only Love”, by znowu przyspieszyć tempo w utrzymanym w rytmach calypso temacie „Global Warming”. Utwór jakże adekwatny do panujących w Rotterdamie upałów nie ułatwiających słuchania muzyki w blaszanych halach. Mimo owacji Rollins nie bisował. Do Holandii wróci jesienią na kolejny koncert.

Drugi z weteranów saksofonista Ornette Coleman był w tym roku Artystą Rezydentem North Sea Jazz Festival prezentując trzy różne programy. „This is Our Music Now” ze specjalnymi gośćmi kontrabasistą Charlie Hadenem i saksofonistą Joshuą Redmanem był spojrzeniem na początki free-jazzu. Jego regularny kwartet znamy dobrze z występów w Polsce. Mogę stwierdzić, że te u nas były ciekawsze od koncertu w Rotterdamie. Natomiast ciekawie wypadł wspólny występ kwartetu Colemana z The Master Musicians of Jajouka z wokalistą Bachirem Attarem. Okazało się, że w muzyce arabskiej też jest wiele elementów free i całkiem łatwych do przyswojenia przez Europejczyka.

Nagrodę im. Paula Acketa, założyciela North Sea Jazz Festival odebrał Quincy Jones, a wywiad z nim przeprowadził przy pełnej sali koncertowej kontrabasista Christian McBride okazując się dociekliwym fanem i dziennikarzem w jednej osobie.

Ponieważ występ tria Marcina Wasilewskiego wypadł dokładnie w czasie transmisji meczu, pianista jeszcze przed wyjazdem do Rotterdamu nie krył obaw, czy ktoś w ogóle przyjdzie posłuchać ich muzyki. Obawy były niesłuszne. Niewielka sala Yenisei wypełniła się do ostatniego miejsca, a niektórzy spóźnialscy musieli siedzieć na podłodze. Trio zaczęło koncert od nowych utworów, które zostaną nagrane już w sierpniu z myślą o nowym albumie. Publiczność słuchała jak zaczarowana. Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz stworzyli intymny nastrój intrygujących improwizacji wokół melodyjnych tematów. Na koniec wybrali „Diamonds and Pearls” Prince’a ze swej ostatniej płyty „January” i za niego dostali największe brawa.

Miałem możliwość wysłuchać koncertu naszych muzyków tuż po występie tria Vijaya Iyera uważanego teraz za jedno z najważniejszych w jazzie. I bez protekcji mogę stwierdzić, że Wasilewski prezentuje muzykę bardziej przystępną i atrakcyjną dla współczesnego słuchacza. Łatwiej wpadającą w ucho, a przy tym nie mniej wyrafinowaną w harmonii i rytmie.

Po ubiegłorocznym kryzysie i mniejszej liczbie gwiazd r’n’b North Sea Jazz festival wrócił do dawnej świetności prezentując to, co w jazzie jest najważniejsze: utytułowanych artystów z nowymi projektami i młode talenty. Z tych nowych zwróciłbym uwagę na holenderską grupę Sven Hammond Soul, prawdziwy dynamit ekspresji, atrakcyjnych kompozycji i potężnego brzmienia.


Marek Dusza z Rotterdamu

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gorące muzyczne zjawiska nad Morzem Północnym

11 lip 2010

Najciekawsze koncerty North Sea Jazz Festival dali artyści działający na styku różnych stylów: Herbie Hancock, Concha Buika, Caetano Veloso.

520464

Nie nastąpiła jeszcze zmiana warty w jazzie. Młodzi muzycy wypadali najlepiej, grając u boku wielkich sław. Tak było w przypadku występu Herbiego Hancocka, który kilka lat temu przedstawił publiczności afrykańskiego gitarzystę Lionela Loueke, a w Rotterdamie wyszedł na scenę z jeszcze bardziej odmłodzonym zespołem. Obok Loueke na gitarze basowej grała fenomenalna 24-letnia Australijka Tal Wilkenfeld, a na instrumentach klawiszowych Greg Phillinganes. Tylko za perkusją weteran Vinnie Colaiuta.

Mimo 70 lat Hancock nie zwalnia twórczego tempa. Właśnie wydał znakomity album „The Imagine Project” nagrany z gwiazdami i mniej znanymi artystami z całego świata. Ciekawe było, jak w Rotterdamie wykonał utwory z wokalnej przecież płyty. Występ zaczął od przypomnienia jednego ze swoich funkowych tematów. Tę okazję wykorzystała Tal Wilkenfeld grająca z biegłością Jaco Pastoriusa i finezją Stanleya Clarke’a. To wielki talent wprawiający w zdumienie publiczność na całym świecie.

Wokalnym odkryciem koncertu Hancocka była Kristina Train. Jej interpretacja „Imagine”, a potem „Don’t Give up” w duecie z Gregiem Phillinganesem pokazała, że może śmiało zastąpić Pink śpiewającą te piosenki na płycie. Chór afrykańskich śpiewaków został odtworzony z taśmy, co można Hancockowi wybaczyć.

Bisy są w Rotterdamie rzadkością, ale słuchacze ubłagali Hancocka i organizatorów. Mistrz wziął przenośną klawiaturę i niczym na gitarze odegrał znany wstęp do swojego funkowego przeboju „Chameleon”.

Do sali Darling, gdzie miała wystąpić wokalistka Buika, ustawiła się tasiemcowa kolejka świadcząca, że Holendrzy dobrze wiedzą, co w muzyce nowego i dobrego. Chociaż w Hiszpanii ma status gwiazdy flamenco, tu pokazała się jako artystka sięgająca również do korzeni muzyki. Ekspresyjne interpretacje oczarowały słuchaczy.

Przekonująco śpiewała bluesa niczym niewolnica z amerykańskiej plantacji bawełny. Raptownie przechodziła do zmysłowego flamenco, a na dowód, że potrafi również tańczyć, podwinęła czerwoną suknię i przytupem podkreśliła swój talent choreograficzny. Buika jest naturalna i autentyczna. Dobrze, że usłyszymy ją niebawem na festiwalu Skrzyżowanie Kultur w Warszawie.

Nie mogę się doczekać polskiego występu Caetano Veloso, ikony muzyki brazylijskiej, śpiewającego tu z jednakową charyzmą balladowe bossa novy i rockowe songi. Jego talent kompozytorski dorównuje Jobimowi, a wokalny stawia go wśród najlepszych wykonawców brazylijskich.

Tomasz Stańko ma na North Jazz swoją wierną publiczność, która wypełniła salę Madeira. Program skandynawskiego kwintetu pochodził z albumu „Dark Eyes”, choć jeden z tytułów „April 10th” Stańko dodał po katastrofie smoleńskiej. Po koncercie wielu fanów prosiło naszego trębacza o autograf.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie tylko sławy jazzu przypłynęły do Holandii

10 lip 2010

Upał nie zniechęcił miłośników śpiewu Norah Jones do wypełnienia szczelnie hali Nile podczas jej koncertu na North Sea Jazz Festival w Rotterdamie.

norah

Blaszany dach hali rozgrzał się tak, że w środku nie było czym oddychać. A mimo to tłum bodaj dziesięciotysięczny, bo nikt dokładnie nie wie ile publiczności może się tu wcisnąć, wytrzymał ponad godzinę słuchając piosenek z jej najnowszego albumu i tych najstarszych, które były najgłośniej oklaskiwane.

Norah Jones przyjechała na North Sea po raz pierwszy. – Wiem, że to jest jazzowy festiwal, ale pamiętajcie, że pochodzę z Teksasu – usprawiedliwiła się artystka śpiewająca repertuar z pogranicza popu, jazzu, folku i country. Ten koncert jeszcze raz pokazał, że jej muzyka nie pasuje do dużych sal czy amfiteatrów jak Opera Leśna w Sopocie, gdzie ją gościliśmy. Jej nastrojowe piosenki i delikatny głos straciły urok również z powodu słabego nagłośnienia. Ledwo było słychać akompaniujący jej zespół.

ahoy

Norah Jones śpiewała to przy pianinie, na którym stała stylowa, czerwona lampa, to wzięła w ręce gitarę elektryczną, by wreszcie stanąć przy elektronicznych klawiaturach. Ubrana w fioletową sukienkę mini, w nowej, krótkiej fryzurze przyciągała wzrok publiczności obserwującej z daleka wielkie monitory. To na nich w niedzielę wyświetlany będzie finał mistrzostw świata w piłce nożnej, mecz Holandia – Hiszpania. W tym celu organizatorzy zmienili program koncertów w największej sali centrum targowego Ahoy, gdzie odbywa się festiwal. Stevie Wonder zaśpiewa godzinę później.

Przed Norah Jones występowała Pat Metheny Group z niemal tym samym programem, co w Warszawie, tylko krótszym, bo ze względu na liczbę koncertów, pięć w jeden wieczór na jednej scenie, sety nie mogą być dłuższe niż 75 minut. Bisy należą tu do rzadkości.

veloso

Niesamowity był koncert brazylijskiego wokalisty, gitarzysty i kompozytora Caetano Veloso, artysty mało u nas znanego, a będącego w Brazylii ikoną muzyki popularnej. Tu, w Holandii, został przyjęty jak wielka gwiazda. Zaprezentował skromny show, ale tak sugestywny, że każdy, kto trafiłby do sali Amazon przypadkiem, zostałby jego fanem. Veloso ma głos o niesamowitej barwie, co powoduje, że zawsze słucha się go z przyjemnością.

Ale największym jego atutem są niezwykle melodyjne kompozycje i interpretacje. Genialnie wykonuje ballady, co już stało się domeną Brazylijczyków od czasów bossa novy. Potrafi być też ekspresyjny w rockowych utworach. I właśnie takich wykonał w piątkowy wieczór w Rotterdamie większość. Najmocniejsze wrażenie zrobił protest-song „Base De Guantanamo” pochodzący z albumu „Zii & Zie”. Veloso śpiewał w nim to falsetem, to znów niskim głosem wprowadzając nastrój absurdu, a wtórowały mu ostre gitarowe riffy.

Przypomniał też swoją dawną piosenkę, którą napisał dla swojej siostry, Marii Bethanii, kiedy był uchodźcą w Europie. – Maria Bethania, bring me a letter – śpiewał. Dochodziła już druga w nocy, kiedy Caetano Veloso zakończył swój występ. A jednak grupa może dwustu wiernych fanów wywołała go na bis. Wszyscy podeszli blisko sceny i nastąpił jeden z magicznych momentów tego festiwalu, kiedy artysta daje z siebie wszystko, a publiczność ma go na wyciągnięcie ręki. I obie strony wiedzą, że jest to moment niepowtarzalny.

W ciągu trzech dni odbędzie się na North Sea Jazz Festival niemal 150 koncertów z udziałem największych gwiazd jazzu, bluesa, world music i r’n’b.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jazzowe gwiazdy nie zawiodły

5 lip 2010

Kurt Elling, Pat Metheny i Vijay Iyer to najjaśniejsze punkty festiwalu Warsaw Summer Jazz Days, który zakończył się w niedzielę w Warszawie.

Jeśli za nowoodkryte gwiazdy jazzu uznać muzyków hinduskiego pochodzenia: saksofonistę Rudresha Mahanthappę i właśnie Vijaya Iyera, to festiwal spełnił swoje zadanie. Obok utytułowanych artystów jak Metheny, Elling i Pharoah Sanders przedstawił nową, ciekawą muzykę. Tyle, że obaj młodzi Amerykanie nie są w świecie nieznani. Od kilu lat mówi się o nich w superlatywach, jako o talentach zasługujących na szersze uznanie. Iyer przyjeżdżał do Polski z różnymi zespołami, a jego występ w duecie z Mahanthappą w marcu tego roku był wydarzeniem festiwalu Jazz nad Odrą we Wrocławiu. Natomiast zawiodły inne zespoły, które organizator imprezy Mariusz Adamiak zapowiadał jako swoich faworytów.

Zupełnie nie przekonał mnie występ brytyjskiej grupy Portico Quartet. To muzyka pozbawiona charakterystycznych dla jazzu improwizacji, złożona z dźwiękowych plam tworzących zróżnicowane nastroje. Za oryginalne można uznać wykorzystanie kotłów stalowych, ale to dopiero podstawa do zbudowania muzyki przykuwającej uwagę. Nieco lepiej wypadli Amerykanie z zespołu Mostly Other People Do The Killing. Koncepcja mieszania różnych stylów jazzu z dodatkiem odrobiny szaleństwa zyskała poklask publiczności. Ale żeby był to jazz na wysokim poziomie artystycznym, sami muzycy muszą prezentować wysokie umiejętności, a tych zabrakło. Widać to było szczególnie jaskrawo, kiedy na scenę wyszedł kwartet saksofonisty Pharoaha Sandersa. Sam mistrz grał solówki o cudownym brzmieniu, przywołał ducha Johna Coltrane’a, pokazał, że uduchowione improwizacje zawsze będą solą jazzu. A kiedy na długie minuty oddawał pole swojemu zespołowi, napięcie nie słabło. Tak oto mieliśmy dwa zespoły w jednym: kwartet Sandersa i trio fortepianowe Williama Hendersona.

Sobotnie występy muzyków zespołu King Crimson przyciągnęły przede wszystkim miłośników progresywnego rocka i był to wieczór przygotowany specjalnie dla nich. Sądząc z entuzjastycznych reakcji publiczności koncert spełnił ich oczekiwania. Natomiast miłośnik jazzu podczas występów zespołów TU i Stick Man nie miał czego słuchać oprócz hałasu. Wirtuozi ciekawego w swej konstrukcji instrumentu o nazwie Chapman Stick będącego połączeniem gitary z basówką: Trey Gunn, Tony Levin i Michael Barnier byli tak zauroczeni możliwościami swych „patyków” ze strunami, że zapomnieli o muzyce. Ich zdolności do improwizacji ograniczyły się do stworzenia ściany dźwięku wstrząsającej Salą Kongresową. Najlepiej było ich słychać z zatkanymi uszami, co sprawdziłem nie tylko sam.

Siłowe rozwiązania w jazzie nigdy nie przypadły mi do gustu. A do tej kategorii muszę zaliczyć występ zespołu perkusistki Cindy Blackman Another Lifetime. Podziwiałem jej ekspresyjną grę, ale tylko w pierwszym utworze. Potem jej gra stała się monotonna, a kiedy okazało się, że jej perkusja zagłusza gitarę Vernona Reida, instrumenty klawiszowe Marca Cary’ego i gitarę basową Felixa Pastoriusa, syna legendarnego Jaco, występ stracił artystyczną wartość. A miał to być hołd oddany wielkiemu perkusiście Tony’emu Williamsowi. Tylko, że Williams był niezwykle finezyjnym twórcą przeróżnych podziałów rytmicznych i barw. A tych w grze Cindy Blackman nie było słychać. Na darmo czekałem, by usłyszeć solówkę młodego Pastoriusa. Może gra podobnie do ojca? Nie wiem. Jeśli przez ścianę rytmu nie przebija się nawet gitara rockmana Vernona Reida, to ewidentny efekt dominacji liderki. W jazzie rzadko spotykanej.

Występ najlepszego wokalisty jazzowego Kurta Ellinga potwierdził, że nie ma sobie równych. Ciekawie tworzona dramaturgia każdej piosenki podporządkowana była historii, którą wokalista opowiadał. Niesamowity tembr głosu Ellinga, perfekcyjny akompaniament zespołu i solówki pianisty Laurence’a Hobgooda ułożyły się w niezapomniany muzyczny spektakl. Drugim bohaterem koncertu był gitarzysta John McLean. Jego solówki nadały muzyce nowoczesne brzmienie. Chętnie posłuchałbym go ze swoim zespołem.

Gitarzysta Pat Metheny był niewątpliwie największą gwiazdą festiwalu i najsilniejszym magnesem dla publiczności. Jest jednym z nielicznych jazzmanów, który potrafi zapełnić Salę Kongresową swoimi fanami. Tak stało się i tym razem. Usłyszeliśmy listę przebojów Pat Metheny Group z melodiami, które każdy mógłby zanucić. Wiele z nich zyskało nowe aranżacje m.in.: słynny temat „Are You Going With Me” rozwijający się do ekstatycznej kulminacji czy chwytliwy „This Is Not America”. Pat Metheny Group wystąpiła w kwartecie z pianistą Lyle’em Maysem, basistą Steve’em Rodbym i perkusistą Antonio Sanchezem. Nie ma drugiego jazzmana, który napisałby tyle przebojowych tematów, co Metheny. A on jest również niesamowitym wirtuozem czyniącym z każdego koncertu niezapomniane przeżycie dla słuchaczy.

Niestety, trzeba powiedzieć o incydencie, który niespodziewanie zakończył serię bisów PMG. Po drugim utworze na sali zapaliły się światła uniemożliwiając kontynuowanie występu artystom. Rozgoryczony Pat Metheny napisał o tym w mailu do Marcina Kydryńskiego z prośbą o poinformowanie swoich fanów. List artysty Marcin Kydryński przeczytał w swojej niedzielnej audycji „Siesta” w Programie III PR.

Festiwal Warsaw Summer Jazz Days wrócił do układu koncertów odbywających się dzień po dniu. Taką formułę mają największe festiwale na świecie. To lepsza konwencja, bo pozwala słuchaczom skupić się na jednym, długim weekendzie lub wybrać coś dla siebie. Sąsiedztwo koncertów pozwala na lepsze porównanie tego, co w jazzie naprawdę ciekawe. O tych mniej ważnych wydarzeniach szybko zapomnimy.

Jeśli mógłbym przyznać nagrodę muzykowi, który zrobił na mnie największe i zaskakujące wrażenie, otrzymałby ją perkusista tria Vijaya Iyera Marcus Gilmore. Tak rozbudowanej, wieloplanowej, polirytmicznej solówki perkusyjnej dawno nie słyszałem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chopin, jakiego nikt nie wymyślił

29 cze 2010

Dwadzieścia cztery Preludia Fryderyka Chopina w wykonaniu tria Levity mogą zaszokować słuchaczy przyzwyczajonych do klasycznych wykonań.

levity

Album „Chopin Shuffle” skłania do zastanowienia się, jak daleko można pójść w interpretacji kompozycji, ale przede wszystkim robi wrażenie śmiałą koncepcją i różnorodnymi pomysłami.

Czy można pozwolić sobie na taką swobodę, że tylko w kilku momentach możemy rozpoznać znane z oryginałów motywy? Nie tylko można, nawet trzeba. Kiedy po kolejnym koncercie wybitnego pianisty grającego Koncert f-moll op. 21, pomyślałem, że mam ochotę na coś zupełnie innego, znowu usłyszałem Chopina. Ale jakże zaskakująco odmiennego. Oczywiście bywalcy sal filharmonicznych mogą się oburzyć, ale z pewnością nie wszyscy. Kiedy Levity wystąpiło na festiwalu Chopin Open, na dwa koncerty przyszła przede wszystkim publiczność znająca się na klasyce. I głośno biła brawo. Propozycja Levity trafi przede wszystkim w gust miłośników jazzu, szczególnie jeśli lubią nowe brzmienia.

Pianista Jacek Kita, kontrabasista Piotr Domagalski i perkusista Jerzy Rogiewicz zaprosili do nagrania i na koncerty japońskiego, awangardowego trębacza Toshinori Kondo. To jego trąbka wspaniale urozmaica album, słychać go aż w dziewięciu Preludiach. Kondo gra frazy przetworzone przez elektroniczne przystawki, dodaje echo, efekt wah wah stosowany przez rockowych gitarzystów. Te psychodeliczne dźwięki z innego muzycznego świata do muzyki tria Levity pasują doskonale. Tak na koncercie, jak i na płycie wprowadzają napięcie, krzyczą: uwaga, za chwilę stanie się coś nieoczekiwanego.

Tak jak w Preludium no 2, gdzie trio to przyspiesza to zwalnia tempo, jak rollercaster.
Muzycy nadali kolejnym preludiom własne tytuły. Trzecie to „Fashion Victims”, pogodny temat z prostym motywem rytmicznym kontrastującym z trąbką Toshinoriego Kondo przypominającą nieco eksperymenty Milesa Davisa, ale przenoszącą je w krainę nieujarzmionej wyobraźni. Bardzo byłem ciekaw, co muzycy zrobią z romantycznym, bodaj najczęściej wykonywanym Preludium e-moll op. 28 nr 4 tu noszącym tytuł „Ticking Love”. Właściwie niewiele z oryginału zostało, motyw Jacek Kita gra na moogu, a zawrotne tempo nie pozwala złapać tchu.

Ciekawie wypadła śpiewająca gościnnie Gaba Kulka. Jej francuski tekst do Preludium e-moll op. 28 nr 9 i ekspresyjne wykonanie doskonale współbrzmią z muzyką. Moim faworytem jest Preludium nr 10, w którym na bazie monotonnego, elektronicznego rytmu fortepianowe pasaże gra Jacek Kita, a sekcja rytmiczna odlatuje we free jazzowym stylu. Fortepian jest najpierw bardzo oddalony, jakby sam Fryderyk grał swoje wprawki zza światów, a potem przybliża się i góruje nad zgiełkiem współczesności. W finale fortepian Chopina zwycięża, elektronika wydaje ostatnie tchnienie.

Jedną z najważniejszych cech albumu jest to, że każdy utwór jest w innym stylu. Nie zapominajmy, że to 24 preludia, dwie płyty kompaktowe, które nie tylko trzymają w napięciu od pierwszego do ostatniego, ale wnoszą do interpretacji Chopina nowe elementy: elektronikę, klubowe rytmy, jazzowy puls, rockową ekspresję, pastisz, humor i całkiem poważną muzykę współczesną z jej szerokim spektrum stylów, atonalnością, minimalizmem i mikrotonami. Natomiast dla miłośnika jazzu będzie to po prostu znakomita muzyka improwizowana z klasycznymi motywami, szczególnie atrakcyjna na żywo.

Zobacz rozmowę z muzykami – tv.rp.pl


Levity „Chopin Shuffle”, 2010, Universal Music Polska

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop