Polski szczyt jazzowy

7 marca 2010 autor rp

Namyslowski_Kudyk_Muniak_md

Grających ramię w ramię czołowych polskich saksofonistów: Zbigniewa Namysłowskiego, Janusza Muniaka, Henryka Miśkiewicza, Leszka Żądło, Piotra Barona i Jerzego Główczewskiego można było oklaskiwać w finale 46. festiwalu Jazz nad Odrą.

W sobotni wieczór w Sali Teatralnej Impartu we Wrocławiu odbyła się Gala Polskiego Jazzu z udziałem kilkunastu gwiazd. Ciekawie pomyślany scenariusz i oryginalne prowadzenie Krystiana Brodackiego trzymało publiczność w napięciu przez blisko pięć godzin. Solistom towarzyszył utworzony specjalnie z tej okazji Big Festival Band pod kierunkiem wrocławskiego muzyka i pedagoga Zbigniewa Czwojdy.

Każdy z solistów był zapowiadany ze swadą przez konferansjera. Gromkie brawa dostali nie tylko wymienieni saksofoniści, ale także trębacz Jan Kudyk, puzonista Marek Michalak i trębacz Robert Majewski. Brodacki przypomniał historię Jazz Band Ball Orchestra, która przez lata występowała na festiwalu w Sacramento, USA, jako jedyny zespół z Europy. Kiedy zapowiadał Janusza Muniaka, opowiedział zasłyszaną od niego historię, jak będąc kiedyś w Belgii postanowił poćwiczyć trochę rano. A że mieszkał w domku na skraju miasta, wyszedł na taras.

Zadlo_Muniak_Baron_md

Po chwili zauważył, że czarne punkciki, które widział na horyzoncie, zaczynają się powiększać. Szybko okazało się, że dom jest w pobliżu pastwiska, a ku niemu podąża stado krów, tak ze trzysta sztuk. Muniak zdziwił się tą niespodziewaną publicznością, ale nie przestał grać. Co więcej, widać było, że krowy słuchają jego muzyki. Kiedy przestał, zaniepokojony ewentualnymi konsekwencjami ze strony właściciela, krowy powoli oddaliły się.

Każdy z solistów miał swój temat do zagrania, ale najciekawsze były tercety utworzony specjalnie na tę okazję. Na pamiątkę swojego pierwszego konkursu na festiwalu Jazz nad Odrą, kiedy został nagrodzony za grę na klarnecie, Henryk Miśkiewicz sięgnął właśnie po ten instrument i zagrał razem z Janem Kudykiem i Markiem Michalakiem. Niecodzienne trio improwizatorów utworzyli: Zbigniew Namysłowski, Henryk Miśkiewicz i Jerzy Główczewski. Inny znakomity tercet: Janusz Muniak, Leszek Żądło i Piotr Baron.

Dudziak_md

Finał koncertu należał do Urszuli Dudziak, która również bawiła publiczność zabawnymi historiami. Zaśpiewała „Tango” Larry’ego Coryella, „Krakusa” – swojego „byłego”, jak powiedziała, Michała Urbaniaka i przebojową „Papayę”. Kierowanie big bandem przejął Jerzy Szymaniuk.

Na koniec wyszli wszyscy artyści by wykonać „C-Jam Blues”. Żądło, Muniak i Namysłowski włożyli dopiero co otrzymane tulipany w rury swych saksofonów i tak odegrali „kolorowy” finał. Na bis wyszli jeszcze raz, już bez Namysłowskiego i Dudziak.

Było wiele wzruszających momentów, gratulacji i uścisków. Tak powinna wyglądać każda gala polskiego jazzu. Żal, że takie odbywają się tak rzadko.

Przed gwiazdami wystąpili laureaci tradycyjnego konkursu Jazzu nad Odrą. Wyjątkowo nie przyznano w tym roku Grand Prix. Nagrodzeni i wyróżnieni utworzyli sekstet, w którym na uwagę zasługiwali przede wszystkim: saksofonista i pianista.

Niezapomniana Walentynka

7 marca 2010 autor rp

Czy warto przyjechać do Wrocławia dla jednego tylko utworu? Tak, żeby posłuchać najbardziej poruszającego wykonania naszego ulubionego tematu.

carter

Kto nie lubi „My Funny Vallentine”? Wzruszającej ballady, którą grał Miles Davis i śpiewał Chet Baker. To jeden z najpopularniejszych jazzowych standardów.

Kontrabasista Ron Carter, gwiazda festiwalu Jazz nad Odrą, zapowiedział go po prostu: „To jest moja ulubiona ballada”. Wstęp należał do pianisty Jacky’ego Terrassona. Skupiony, pochylony nad klawiaturą starannie dobierał dźwięki, robił pauzy pozwalając wszystkim wczuć się w nastrój. Po chwili dołączył Ron Carter, szarpiąc struny z takim uczuciem, tak przeciągając dźwięki, że wydawało się jakby jego kontrabas śpiewał.

Zasłuchany odniosłem wrażenie, że czas się zatrzymał. Wielka i mało przytulna hala Wytwórni Filmów Fabularnych zmniejszyła się do rozmiarów klubu, w którym tych dwóch romantyków snuło swoją miłosną historię tylko dla mnie. W dobie licznych koncertów, przeróżnych wykonawców szukamy właśnie takich chwil, które pozwolą zapomnieć o bożym świecie.

Na koniec występu Ron Carter zapowiedział tytułowy utwór ze swojego albumu „The Golden Striker”. To właściwie mini suita z kilkoma tematami w różnych tempach.

Tu dołączył trzeci członek tria, gitarzysta Russell Malone, a każdy z muzyków zagrał pasjonujące solówki. Zespoły złożone z gwiazd nie zawsze odnoszą sukces, ale jeśli pomiędzy artystami tworzy się silna nić porozumienia i potrafią się słuchać, można być pewnym powodzenia.

Chociaż Ron Carter nie starał się zająć pozycji lidera, było wiadomo, że ten wybitny weteran, członek najlepszych zespołów w historii jazzu, nadaje ton muzyce. Trudno o bardziej wyrafinowane harmonie, chwytliwe melodie połączone z wirtuozerią niż te, które zaprezentowało trio Carter/Terrasson/Malone. A wspomniany utwór wprowadził słuchaczy w tak pogodny nastrój, że domagali się kolejnych bisów.

sanborn

Druga gwiazda piątkowego wieczoru dostarczyła zupełnie innych emocji. Saksofonista David Sanborn należy do najwybitniejszych przedstawicieli stylu fusion. Kiedy powiedziałem mu, że w Polsce kojarzony jest raczej ze smooth jazzem, powiedział: – Nienawidzę tego określenia. Jeśli ktoś zagra balladę, natychmiast trafia w tę przegródkę. Myśląc tymi kategoriami album „Kind of Blue” można by zaliczyć do smooth jazzu – dodał.

Żaden jego album, ani koncert jaki widziałem, nie daje powodów, by mylnie klasyfikować jego muzykę. Sanborn, to kwintesencja fusion, artysta świadomie czerpiący natchnienie z różnych stylów, ale najwięcej z soul jazzu, bluesa i funku. Teraz ma w swym zespole najlepszego organistę na świecie – Joeya DeFrancesco i perkusistę Gene’a Lake’a.

To mu wystarczy, żeby stworzyć zmasowane brzmienie zdolne poderwać każdego do zabawy. Aż trudno uwierzyć, że ten wątły w swej budowie muzyk może wykrzesać z siebie tyle energii. Jego solówki miały w sobie ekspresję rhythm and bluesa i popową melodykę. Moim zdaniem to atut artysty. Wielu muzyków chciałoby tak grać, żeby mieć większą publiczność. A wirtuozerii nikt nie może mu ująć.

Ostatnie dwa albumy Sanborna zostały zainspirowane twórczością Raya Charlesa. Najnowszy „Only Everything”, właśnie się ukazał i został nagrany w trio, choć z innym perkusistą. Tytułowy utwór saksofonista napisał dla swojej pierwszej wnuczki – Genevive. Tę urokliwą balladę zagrał niemal z tkliwością. Był też temat „Let the Good Times Roll” nieodłącznie związany z Rayem Charlesem.

O dziwo, partię wokalną wykonał Joey DeFrancesco i to całkiem nieźle. Trochę byłem zawiedziony, że najwybitniejszy jazzowy organista nie przywiózł ze sobą swego koronnego instrumentu – Hammonda B3. Ale okazało się, że współczesna technika potrafi podrobić całkiem sugestywnie to charakterystyczne, modulowane brzmienie.

Sanborn zagrał również bluesa, a o takie koneksje chyba nikt go nie podejrzewał. – To opowieść o przyjacielu, który nie miał w życiu szczęścia i ciągle trafiał na niewłaściwe kobiety – zapowiedział utwór lider. Nie może być lepszego tematu dla bluesa i lepszych instrumentów jak saksofon i organy by wyrazić miłosny zawód. Sanborn potraktował temat „I Got News For You” z ironicznym dystansem, na jaki pozwolić sobie może mężczyzna po 60., który odniósł niewątpliwy sukces. Dzięki własnej, intensywnej pracy, a nie dzięki kobietom.

iyer_mahanthappa

Największa sensacja tego wieczoru miała dopiero nastąpić, kiedy tylko garstka słuchaczy przeniosła się do Sali Teatralnej Impartu. Tu wystąpił duet pianisty Vijaya Ayera i saksofonisty Rudresha Mahanthappy. Warto nauczyć się wymawiać te nowe nazwiska, bo będzie o nich jeszcze głośno. Obaj są Amerykanami hinduskiego pochodzenia, obaj zostali wyróżnieni przez prestiżowy magazyn „Down Beat” w kategorii „Nowy talent”. Ayer już wcześniej został zauważony przez krytyków i muzyków. Roscoe Mitchell zaprosił go do swej improwizującej orkiestry, która zagrała na festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej.

Ayer i Mahanthappa są erudytami, poznali chyba wszystko, co w jazzie kiedykolwiek powstało, a że w technicznej biegłości nie mają sobie równych, skupili się na poszukiwaniu własnej, wcale niełatwej drogi. Spodziewałem się motywów muzyki hinduskiej, ale ich nie usłyszałem. Jeśli były w niej jakieś pozajazzowe wpływy, to raczej muzyki klasycznej i współczesnej. Te objawiły się w rozbudowanej konstrukcji utworów i skomplikowanych harmoniach. Ayer jest pianistą totalnym i chyba tylko dbałość o przejrzystość improwizacji trzyma go nadal na ziemi. Jedynym dla niego ograniczeniem wydaje się… percepcja słuchaczy.

Intensywność solówek Mahanthappy była jak magnes. Kto wpadł w ten krąg improwizacji, nie miał już wyjścia, jak go zaakceptować i uznać za objawienie geniuszu. Wielu słuchaczy opuszczało salę kręcąc z niedowierzaniem głowami i z zachwytem w oczach.

Wrocław pełen jazzu

5 marca 2010 autor rp

Duet Leszka Możdżera z Naną Vasconcelusem zawładnął publicznością 46. festiwalu Jazz nad Odrą. Dziś wydarzeniem będzie koncert tria Davida Sanborna.

Mozdzer_Vasconcelos1_md

Po wielkim otwarciu koncertem solowym Pata Metheny’ego i jego orkiestronu w Hali Stulecia dla ok. czterech tysięcy fanów festiwal przeniósł się do hali Wytwórni Filmów Fabularnych i Centrum Sztuki Impart. W czwartek, w WFF gwiazdą był duet Możdżer/Vasconcelos przyćmiewając kwartet amerykańskiego saksofonisty Vincenta Herringa.

Herring_md

Herring zastąpił niegdyś Juliana „Cannonballa” Adderleya w kwintecie Nata Adderleya i przez lata był uważany za jego najgodniejszego następcę. We Wrocławiu zaprezentował jazz głównego nurtu z elementami funky.

Zasługa to basisty Richego Goodsa, który na swojej basówce osiągał brzmienie elektrycznej gitary grając handriksowskie solówki. Herring wypracował atrakcyjne brzmienie zdolne przykuć uwagę, ale brakuje mu pomysłów na aranżacje. W efekcie program był dość monotonny i można go podzielić na utwory szybkie i wolne. Szybkie jak „Naima” i „All That Pain” (poprzedzone zabawną opowieścią o przygodzie perkusisty i jego żony), w których lider popisywał się tempem wydmuchiwanych nut. Bardziej podobały mi się jednak nastrojowe ballady, kompozycja znakomitego pianisty Anthony’ego Wonseya „Pamela” i temat zagrany na bis.

Leszek Możdżer wspominał swoje pierwsze spotkanie z Naną Vasconcelosem w Brazylii. Przed laty zagrał tam koncert na słynnym dworcu autobusowym w Rio, a dzień wcześniej był w szkole samby. Tam dano mu do zagrania hymn dzielnicy, który okazał się tak zawiły, że nie był pewien, czy sobie z nim poradzi. I zaprezentował skomplikowaną rytmikę. Z Naną Vasconcelosem zagrał już własne utwory.

I chociaż Możdżerowi nie jest potrzebny żaden partner, żeby porwać publiczność swoimi improwizacjami, to jednak Brazylijczyk nasycił jego muzykę egzotyczną rytmiką. Podśpiewywał też krótkie wokalizy, robił z nich pętle (loopy) oddając tajemniczy nastrój amazońskiej dżungli. Grając na jednostrunowym instrumencie berimbau zaśpiewał piosenkę ku czci Najświętszej Marii i św. Łucji. Możdżer preparował brzmienie fortepianu kładąc na strunach szklanki upodabniając go do brzmienia berimbau. Na koniec muzycy zagrali temat chopinowski.

Piotrowski_md

W Imparcie odbyły się dwa koncerty: Grzech Piotrowski Emmotronica i solowy recital norweskiego pianisty Bugge Wesseltofta. Piotrowski osiągnął atrakcyjne brzmienie z pomocą Pawła Kaczmarczyka grającego na fortepianie i elektronicznej klawiaturze, a także dzięki gitarzyście Robertowi Cichemu. Kompozycje lidera grającego na saksofonie tenorowym cechuje chwytliwa melodyka, którą doceniła publiczność.
Duet Leszka Możdżera z Naną Vasconcelusem zawładnął publicznością 46. festiwalu Jazz nad Odrą. Dziś wydarzeniem będzie koncert tria Davida Sanborna.

W piątek gwiazdą będzie trio saksofonisty Davida Sanborna z rewelacyjnym organistą Joeyem DeFrancesco, a także trio kontrabasisty Rona Cartera z gitarzystą Russellem Malone i pianistą Jackym Terrassonem. Późnym wieczorem w Imaparcie zaś duet Raw Materials: Vijay Iyer – fortepian i Rudresh Mahanthappa – saksofon altowy. Swój amerykański Obara Special Quartet przedstawi saksofonista Maciej Obara. Sobotnia Gala Polskiego Jazzu zakończy 46. festiwal Jazz nad Odrą.

Mozdzer_Vasconcelos2_md

Legenda afrobeatu obnażona

21 lutego 2010 autor rp

Wiele obiecywałem sobie po koncercie Tony’ego Allena w Palladium, ale zawiodłem się. Nie zawiodła natomiast publiczność szczelnie wypełniająca klub.

Allen

Frekwencja była godna pozazdroszczenia. Chciałbym, żeby takie tłumy przychodziły na jazzowe występy. Co właściwie zachęciło młodych ludzi do tego koncertu? Legenda artysty uważanego za twórcę afrobeatu? Sobotni wieczór? Brak konkurencji? Z pewnością nie odstraszyły dość drogie bilety. Ciekaw jestem ilu słuchaczy znało wcześniej jego nagrania, szczególnie te z Felą Kutim i grupą Africa 70. Bo te są w jego karierze najcenniejsze.

Kim jest dziś Tony Allen? Po latach mieszkania w Londynie, przeniósł się do Paryża, gdzie zresztą działa wielu artystów z kręgu world music, nie tylko afrykańskich. Tam można zestawić zespół z najlepszych, ale do Warszawy przyjechała druga liga. Gdzie mu do grupy, która towarzyszyła Youssou N’Duourowi! W pojedynkę obronił się tylko saksofonista grający ekspresyjne, porywające solówki. Gitarzysta niepotrzebnie zapatrzył się na rockmanów, basista nie dorastał do pięt Richardowi Bonie. Wokalistka nadrabiała urodą. Podobała mi się sekcja instrumentów dętych, nie można jej odmówić brzmienia zdolnego wyrwać baobab z korzeniami.

Sam Tony Allen grał zachowawczo, zanadto oszczędzał się. Po kilku utworach zorientowałem się, że zasób jego umiejętności jest ubogi. Owszem, to rytm zdolny zachęcić do klubowego bujania się, ale jak na „najlepszego perkusistę świata”, jak wyrażają się o nim niektórzy prominentni muzycy, to za mało. Zresztą tę perkusję było za słabo słychać. A samego lidera było kiepsko widać. A to już zasługa oświetleniowca realizującego wątpliwą ideę, że prawdziwa sztuka obroni się nawet w ciemnościach.

Słuchając muzyki Allena z płyt zauważyłem intrygujące, zróżnicowane podziały rytmiczne. Ale na koncercie nie mogłem ich odnaleźć. Każdy perkusista z jazzowej czołówki zmiótłby w ten wieczór Allena ze sceny. A może zdopingowałby go do lepszej gry?

Największą słabością zespołu Tony’ego Allena jest ubogi repertuar. Zabrakło przebojów, kolejne utwory były do siebie podobne, raziły monotonią i schematycznymi aranżacjami. Po Mulatu Astatke kolejna legenda Czarnego Lądu została obnażona z charyzmy. Czyżby czas weteranów już minął?

Kiedy przestałem się wsłuchiwać w muzykę, uległem napierające fali rytmów i dęciaków, nawet zacząłem przytupywać i kołysać się do taktu. Szybko przypomniały mi się jednak silnie zrytmizowane koncerty, na których bawiłem się o wiele lepiej: James Brown, Earth Wind & Fire, Sergio Mendes, Chaka Khan, wspomniany Youssou N’Duour. Za wysokie progi dla Tony’ego Allena? Niekoniecznie. Miałbym dla niego radę. Znaleźć w Paryżu lepszych muzyków, zatrudnić chórek i dobrego wokalistę. A on sam niech tylko napędza taką maszynę rytmem swojej perkusji. Na pewno jeszcze potrafi. Tylko nam w sobotę, w Palladium zabrakło trochę szczęścia.

Jazzowe emocje nabierają kolorów

14 lutego 2010 autor rp

Występy Dee Dee Bridgewater i McCoy Tynera na Bielskiej Zadymce Jazzowej rozpoczęły sezon wielkich koncertów jazzowych w Polsce i rozbudziły apetyt miłośników tej muzyki.

PatMetheny

Za koncert roku, a właściwie trasę koncertową roku, można już teraz uznać „The Orchestrion Tour” Pata Metheny’ego. Występem we wrocławskiej Hali Stulecia 28 lutego otworzy 46. festiwal Jazz nad Odrą. Dzień później zagra w Warszawie, w Sali Kongresowej. Niewiele biletów już zostało, więc kto się spóźni w Warszawie, będzie musiał jechać do Wrocławia, inaczej będzie żałował.

Przypomnę tylko, że Pat wystąpi z zestawem instrumentów, którymi będzie sterował „od gitary”. Przedsięwzięcie „Orchestrion” pozwala mu uzyskać brzmienie Pat Metheny Group, a przede wszystkim improwizować. Od dwóch tygodni gitarzysta i jego instrumenty z kilkunastoosobową obsługą podróżują po Europie, ale nie znalazłem nigdzie recenzji z tych koncertów. Musimy poczekać na własne wrażenia.

Nie wolno przegapić również pierwszego i jedynego w Polsce występu perkusisty Tony’ego Allena, który zagra w warszawskim klubie Palladium już w sobotę 20 lutego. Allen był podporą zespołów Feli Kutiego. Uważa się go za współtwórcę afrofunku i afrobeatu. Intensywny rytm jego zestawu perkusyjnego znajdziemy na płytach Salifa Keity, Jimiego Tenora czy Susheeli Raman. Do Warszawy przyjedzie z 10-osobowym zespołem.

Festiwal Jazz nad Odrą zapowiada się bardzo obiecująco. Po raz drugi dopiero przyjedzie do Polski saksofonista David Sanborn. Artysta promuje swój nowy album „Only Everything”, a towarzyszyć mu będą m.in.: organista Joey DeFrancesco i perkusista Gene Lake. Pod nazwą The Golden Striker Trio kryje się zespół jednego z największych kontrabasistów w historii jazzu – Rona Cartera. A współpracowników ma wybitnych: pianistę Jacky’ego Terrassona i gitarzystę Russella Malone’a.

Lżejszy jazz zagra saksofonista Vincent Herring & Earth Jazz Agents. Natomiast miłośników tego, co w jazzie najnowsze zainteresuje z pewnością duet Raw Materials – pianista Vijay Iyer i saksofonista Rudresh Mahanthappa. Obaj są Amerykanami, obaj hinduskiego pochodzenia, obaj uważani są za tych jazzmanów, którzy skierują jazzowe improwizacje na nowe tory. Nawet jeśli jest w zachwytach amerykańskich krytyków trochę przesady, warto wyrobić sobie własne zdanie.

Ciekawostką będzie zapewne solowy występ norweskiego pianisty Bugge Wesseltofta, który dotychczas preferował elektroniczne klawiatury. Z amerykańskim zespołem, który zaprezentował już na Jazzowej Jesieni w Bielsku-Białej, wystąpi saksofonista Maciej Obara. Swoje trio przedstawi Adam Wendt, a program „Emmotronica” Grzech Piotrowski. W duecie z brazylijskim wirtuozem instrumentów perkusyjnych Naną Vasconcelosem wystąpi Leszek Możdżer. Oklaskiwaliśmy już kiedyś na Nowym Świecie. Festiwal zakończy Gala Polskiego Jazzu.

25 lutego rusza tegoroczna edycja koncertów „Jazz raz po raz”. Występami w Toruniu, Warszawie i Chorzowie zainauguruje ją norweska wokalistka Rebekka Bakken promująca nowy album „Morning Hours”. Od 1 do 5 marca trwać będzie tournée kanadyjskiego croonera Matta Duska. Zaśpiewa kolejno w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Katowicach i Poznaniu. Jeszcze dłuższą trasę odbędzie trębacz Nils Petter Molvaer. Od 14 do 19 kwietnia odwiedzi: Sopot, Warszawę, Poznań, Chorzów, Łódź i Kraków.

Skromnie zaczyna w tym roku Era Jazzu, od czeskiego zespołu swingowego The Melody Makers, który zagra 15 marca w Teatrze Roma. Ale już następny koncert 12 kwietnia będzie wydarzeniem, bo w Filharmonii Narodowej wystąpi jeden z najbardziej wpływowych gitarzystów Jom Hall. Natomiast 17 maja również w Filharmonii zaśpiewa Mari Boine, ale to już world music, nie jazz.

Katowicka Hipnoza zaprasza ponownie na cykl „Jazz i okolice”. 14 marca wystąpi amerykański trębacz Steven Bernststein z grupą Sex Mob i didżejem Olive. 23 marca zagra saksofonista Ravi Coltrane, syn wielkiego Johna Coltrane’a. Na drugą połowę kwietnia planowany jest koncert znakomitego amerykańskiego gitarzysty Marca Ribota.
Program Warsaw Summer Jazz Days dopina Mariusz Adamiak. Atrakcją będzie niewątpliwie zespół amerykańskich jazzmanów, który przyjął nazwę Bitches Brew zainspirowany tytułem płyty Milesa Davisa. Spodziewany jest Pharoah Sanders. Szczegóły wkrótce.

Z planowanych koncertów, choć jeszcze oficjalnie nie ogłoszonych, zaintrygowała mnie informacja o możliwym występie tria: John Zorn – Lou Reed – Laurie Anderson. Ich całkowicie improwizowany projekt „The Stone” należy do najbardziej awangardowych, ale i kontrowersyjnych przedsięwzięć ostatnich lat. Nazwa pochodzi od klubu w East Village, gdzie artyści występują. W Polsce miałby ich gościć Lublin. Warto nadstawić ucha.

Muzyka częścią przedstawienia

25 stycznia 2010 autor rp

Pierwsze ważne wydarzenia tego roku nie były związane z jazzem, a muzyką poważną.
Przede wszystkim fenomenalny Lang Lang, który otworzył Rok Chopinowski intrygującą, entuzjastycznie przyjętą interpretacją Koncertu fortepianowego f-moll. Medialne zainteresowanie, jakie towarzyszy artyście i jego efektowna gra składają na spektakl, który nie sposób oceniać tylko z muzycznego punktu widzenia. On po prostu działa na wszystkie zmysły melomanów i pobudza wyobraźnię. Jest przy tym otwarty na kontakty z mediami, wziął udział w konferencji prasowej, wyczerpująco odpowiadał na pytania, na próbę zaprosił telewizje i fotografów.

Carmina1

Mam nadzieję, że w perspektywie zbliżającego się Konkursu Chopinowskiego nasi specjaliści od twórczości Wielkiego Rodaka zrozumieją, że nie istnieje wzorzec interpretacji jego dzieł, do którego powinni dążyć uczestnicy wyścigu o nagrodę.

To zabrzmi banalnie, ale przecież muzyka, również poważna, musi wzbudzać emocje, inaczej nie podbije serc słuchaczy. Szczególnie nowych słuchaczy. A może po prostu wprowadzić Nagrodę Publiczności?
O tym, jak wielkie emocje może wzbudzić klasyczne dzieło można było przekonać się w piątek w Sali Kongresowej, gdzie gościnnie wystąpiła Opera Śląska z Bytomia prezentując efektowną interpretację kantaty scenicznej „Carmina Burana” Carla Orffa.

carmina2

Kongresowa to nie jest dobre miejsce dla takiej muzyki, bo orkiestrę i chóry trzeba było nagłośnić, niestety, z mizernym skutkiem. Ale efekt był i tak znakomity dzięki scenografii, strojom i baletowi, który towarzyszył scenom. No i sala była wypełniona, a jest przecież prawie dwa razy większa niż Teatr Wielki.

Nagrania „Carminy Burany” należą do ulubionych wśród audiofilów. Cenię sobie stare nagranie wytwórni Decca London z Royal Philharmonic Orchestra pod kierunkiem Antala Doratiego. Dynamika tego dzieła, hymn „O Fortuna” i sceny w tawernie zawsze wywołują u mnie gęsią skórkę. Nie spodziewałem się jednak, że dźwięk wspomagany żywym obrazem może te muzyczne wrażenia zwielokrotnić. Dość powiedzieć, że wysłuchałem i obejrzałem śląską „Carminę Buranę” z zapartym tchem. Teraz, kiedy słucham nagrania z płyty, brakuje mi właśnie obrazu.

lang_lang_proba_md_04

Myślę, że przy takiej konkurencji pomiędzy wydarzeniami muzycznymi, publiczność przyciągać będę te, które zaoferują dodatkowe wrażenia. Do dziś pamiętam występ saksofonisty Steve’a Colemana z kubańskimi tancerzami na festiwalu Warsaw Summer Jazz Days. Kontrabasista William Parker wzbogacił swój niedawny występ w Teatrze Roma, a poświęcony twórczości Curtisa Mayfielda, poezją recytowaną przez samego Amiri Barakę, legendarnego już czarnoskórego twórcę. Ale takie akty zdarzają się rzadko. Dobra muzyka ciągle broni się sama. Ale jak długo da radę bez pomocy medialnej otoczki i efektownych przedstawień?

Ankiety Down Beatu

11 stycznia 2010 autor rp

Krytycy i czytelnicy najczęściej cytowanego w jazzowych kręgach magazynu „Down Beat” są zgodni. Jazzowym muzykiem roku 2009 był saksofonista Sonny Rollins.

To zarazem jeden z dwóch najdroższych jazzmanów. Koncertuje rzadko, ale warto się o jego występ starać, bo obok Keitha Jarretta jest dziś najbardziej pożądanym przez słuchaczy improwizatorem. Jest szansa, że w tym roku wystąpi w Polsce. Negocjacje trwają.

RoadShowCD

Ankieta krytyków „Down Beatu” ukazuje się zawsze w sierpniowym numerze, natomiast wyniki ankiety czytelników pisma w grudniu. Dla miłośników jazzu w Europie te wyniki są o tyle istotne, że przedstawiają inną niż europejska perspektywę, często odkrywają nowe talenty, które do nas jeszcze nie dotarły. Ale te znajdziemy zwykle na dalszych miejscach lub w kategorii „Wschodząca gwiazda” ankiety krytyków. Na czele ankiety czytelników są największe gwiazdy, o dziwo nie zawsze te, które w ostatnim roku dokonały czegoś znaczącego.

Dla mnie najciekawszymi kategoriami są najlepsze płyty: jazzowe i bluesowe, bo można się z nich dowiedzieć, jakie ciekawe płyty przeoczyłem w ostatnim roku. Krytycy i czytelnicy znowu byli zgodni: „Road Shows, Vol. 1” Sonny’ego Rollinsa jest najlepszą płytą 2009 r. Ale na dalszych miejscach już duże różnice. Warto odnotować niedoceniony u nas, eklektyczny album trębacza Roya Hargrove’a „Earfood”, duet gitarzystów Jima Halla i Billa Frisella „Hemispheres” i „Symphonica” saksofonisty Joe Lovano. Najwyżej notowana płyta europejskiego artysty to „Leucocyte” tria e.s.t. nieodżałowanego pianisty Esbjörna Svenssona. Ale dopiero na dziesiątym i jedenastym miejscu.

Pierwsza piątka najwybitniejszych jazzmanów według czytelników to: Rollins, Herbie Hancock, Chick Corea, Pat Metheny i Wayne Shorter. Natomiast krytycy za Rollinsem umieścili kolejno: Joe Lovano, Chicka Coreę, Ornette’a Colemana i Wayne’a Shortera. Zadziwiające, że Hancocka i Metheny’ego nie ma w pierwszej dziesiątce.

Czytelnicy uznali trio Pata Metheny’ego za najlepszy zespół jazzowy przed triem Jarretta, kwartetami Branforda Marsalisa i Shortera. Krytycy preferują Jarretta przed Shorterem i SFJazz Collective. Z wymienionych tu artystów dawno nie było u nas właśnie Rollinsa i Jarretta. Ale gościliśmy Marię Schneider, która regularnie wygrywa kategorie najlepszego big bandu i aranżera.

A oto w skrócie zwycięzcy najważniejszych kategorii, odpowiednio w ankietach krytyków i czytelników. Trąbka: Dave Douglas i Wynton Marsalis, saksofon tenorowy: Lovano i Rollins, saksofon altowy: Lee Konitz i Kenny Garrett, fortepian: Jarrett i Hancock, gitara: Frisell i Metheny, kontrabas: dwukrotnie Christian McBride, perkusja: Roy Haynes i Jack DeJohnette. Wśród wokalistek Cassandra Wilson zdystansowała konkurentki w opinii krytyków, natomiast czytelnicy uznali za najlepszą bezapelacyjnie Dianę Krall, Cassandrez przyznając jednak drugie miejsce. Natomiast wokalista Kurt Elling znalazł jednogłośne uznanie w obu obozach.

Sonny_Rollins_md.jpg

„Down Beat” poświęcił spory artykuł wschodzącej gwieździe saksofonu altowego Rudreshowi Mahanthappie. Jest on w kręgu zainteresowania Mariusza Adamiaka, więc może usłyszymy go już na najbliższym festiwalu Warsaw Summer Jazz Days.

Najciekawszy album bluesowy to oczywiście „One Kind Favor” B.B. Kinga, a czytelnicy umieścili na drugim miejscu znakomitą płytę Williego Nelsona i Wyntona Marsalisa „Men With the Blues”.

Wiele odnotowanych płyt nie ma w Polsce dystrybucji więc trzeba je sprowadzać na zamówienie, lub najlepiej kupować w zagranicznych sklepach wysyłkowych. Na przykład „Kinsmen” Mahanthappy czy nawet albumy Rollinsa i B.B. Kinga.

Czy to jazz czy nie jazz?

30 grudnia 2009 autor rp

Pewien miłośnik jazzu w Hiszpanii, który poszedł na koncert Sigüenza Jazz Festival wezwał gwardzistów, bo uznał, że go oszukano. Otóż jeden z zespołów jego zdaniem nie grał jazzu.

Wynton-Marsalis-md

Wydelegowany gwardzista w uniformie oczywiście przybył na koncert, chwilę posłuchał i zawyrokował: – Rzeczywiście, to nie jest jazz. Gdyby jazzfan chciał tylko zwrotu pieniędzy za bilet, pewnie nie byłoby draki, ale on doniósł, że ta muzyka źle odbiła się na jego zdrowiu i zapewne dlatego straż szybko przybyła. Powodem zamieszania i interwencji służb był zespół Larry Ochs’ Sax and Drumming Core. Amerykański saksofonista Larry Ochs rzeczywiście nie gra jazzu środka, ale czy to powód do interwencji? Na festiwalach na całym świecie „prawdziwy” jazz należy do rzadkości. Może więc czas, żeby go bronić?

Ta wiadomość obiegła świat i dotarła do najwybitniejszego obrońcy jazzowego wzorca trębacza Wyntona Marsalisa. Ten polecił swemu asystentowi odnalezienie dzielnego hiszpańskiego jazzfana, bo postanowił obdarować go w nagrodę zestawem swoich płyt. Niestety, władze odmówiły podania personaliów. Asystent zwrócił się więc o pomoc do brytyjskiego dziennika The Guardian, gdzie Wynton znalazł informację o incydencie. Gazeta opublikowała apel, który podchwycił hiszpański El Pais i jazzowy purysta został odnaleziony. Okazał się nim mieszkaniec Alcorcon k. Madrytu Rafael Gisbert.

Oczywiście to nie koniec historii, bo dopiero potem rozpętała się burza w mediach i Internecie. Scott Amendola, jeden z perkusistów zespołu Ochsa, oskarżył publicznie Wyntona Marsalisa o szukanie taniej popularności. Od Guardiana zażądał artykułu polemizującego z tradycyjnym spojrzeniem słynnego trębacza na jazz. Napisał, że swoim stanowiskiem Wynton rani tysiące jazzowych muzyków na całym świecie, którzy mają inne spojrzenie na tę muzykę i nie grają w jego stylu.

Sam Wynton jeszcze nie zabrał głosu, a jego asystent podkreślił, że akcja miała na celu wyłącznie odnalezienie i obdarowanie hiszpańskiego fana. A nagłośniły ją media.

Najciekawsze są komentarze, które można znaleźć na stronie internetowej dziennika: www.guardian.co.uk

Oczywiście są głosy za i przeciw, ktoś pisze nawet, że nigdy nie lubił i nie rozumiał jazzu. No cóż, muzycy i my słuchacze sami jesteśmy sobie winni, że jazz nie jest już tylko jazzem. Czy powinien być takim jak grał go Louis Armstrong? Hiszpana trzeba podziwiać za odwagę i skrystalizowane poglądy. Jego otwartości na nowości nawet nie próbuję oceniać, bo to indywidualna sprawa każdego słuchacza. My mamy swojego inżyniera Mamonia, a Hiszpanie swojego bohatera. Z pewnością dzięki niemu saksofonista Larry Ochs i jego zespół zyskali na popularności.

Ciekawe, czy nasza policja przybyłaby na podobne wezwanie i potrafiła zawyrokować, czy to jazz czy nie jazz?

Swingująco przy choince

18 grudnia 2009 autor rp

- Największy problem z płytami świątecznymi jest taki, że trzeba je nagrać w lipcu – powiedziała mi kiedyś Dianne Reeves, kiedy zapytałem ją o album „Christmas Time Is Here”.

6e954310fca060f1c83e3010.L

Wyobraźmy sobie upał, gorące studio, wkoło żadnych choinek, Mikołajów ani prezentów. Jak tu czule zaśpiewać „Let It Snow” czy „Silent Night”? A jednak co roku ukazują się znakomite interpretacje gwiazd jazzu, klasyki i popu i cieszą się zainteresowaniem przez dwa tygodnie. Później trafiają na wyprzedaże i wtedy warto ich szukać, bo mogą nigdy nie być wznowione. Kilkanaście lat czekałem, aż pojawi się, tylko w Internecie doskonały album Wyntona Marsalisa „Crescent City Christmas Card”. Ostatni temat płyty „Twas The Night Before Christmas” fantastycznie, z humorem opisujące atmosferę Wigilii.

Bob-dylan-christmas

Ale do napisania okolicznościowego tekstu wcale nie skłoniły mnie jazzowe nagrania, których chętnie słucham w tym czasie, a nowy album Boba Dylana „Christmas In The Heart”. Polecam teledysk „Must Be Santa”, który koniecznie trzeba zobaczyć na stronie www.bobdylan.com z Dylanem, jego synem Jacobem (co za kaskaderskie sceny!)i oczywiście Mikołajem przewijającymi się w scenach znakomitej zabawy w domu artysty. Można śpiewać przy choince w rytm polki, a jakże. Cały album jest znakomity, a „Here Comes Santa Claus” to majstersztyk aranżacji. Są dzwoneczki i tętniący rytm, iskrzący się śnieg, chórek i gitara dobro. Drugi temat „Do You Hear What I Hear” jeszcze lepiej oddaje nastrój świąt. I ten zdarty, zachrypły głos mistrza!

krall

Świetnych świątecznych albumów jazzowych jest wiele. Te klasyczne nagrali oczywiście: Ella Fitzgerald, Louis Armstrong i Frank Sinatra. Ale mało kto zna płytę organisty Jimmy’ego Smitha „Christmas Cookin’”. Swego czasu ciekawe albumy nagrali The Manhattan Transfer i Harry Connick Jr. Nie można zapomnieć o Dianie Krall, której „Christmas Songs” nagrany z orkiestrą Claytona i Hamiltona był cztery lata temu bestsellerem. Mało kto pamięta, że już w 1998 r. nagrała „Have Yourself a Merry Little Christmas” klasyczną, świąteczną płytę.

Ledisi

Kto lubi bluesa, nie będzie w święta osamotniony, jeśli sięgnie po „A Christmas Celebration of Hope” B.B. Kinga czy „12 Songs of Christmas” Etty James. Właściwie w każdym stylo znajdziemy coś okolicznościowego. W ubiegłym roku świetną płytę „It’s Christmas” nagrała soulowa wokalistka Ledisi. Album otworzyła tematem „I’ll Go” śpiewając porywająco na kilka głosów z akompaniamentem fortepianu. Na luzie wykonała własną piosenkę „Be There For Christmas”. A moją ulubioną jest „Please Come Home” wykonana z wokalistą i gitarzystą bluesowym Kebem Mo. W tradycyjne tematy jak np. „What A Wonderful World” (świetna trąbka Christiana Scotta) tchnęła nowe życie.

Kto woli bardziej tradycyjne podejście do christmasowych standardów powinien posłuchać Binga Crosby’ego, którego „Whita Christmas” jest najbardziej rozpoznawanym tematem. Ale ja wolę Franka Sinatrę i jego najbardziej znane płyty: „A Jolly Christmas from Frank Sinatra”, „A Jolly Christmas from Frank Sinatra” i „The Sinatra Christmas Album” z zabawna, rodzinną interpretacją „Twelve Days of Christmas”.

Tegoroczne wznowienia to ciekawa kolekcja „Christmas with Perry Como”, Barry Manilow „In the Swing of Christmas” i składana „Christmas Crooners Collection.

Swingujących, radosnych świąt Bożego Narodzenia!

Życzy Marek Dusza

Goście, goście grają

10 grudnia 2009 autor rp

Oklaskując znakomite występy Pata Metheny’ego w roli Artist in Residence na North Sea Jazz Festival, gdzie grał w sześciu różnych holenderskich zespołach, pomyślałem – a może by tak w Polsce? Przy okazji spytałem go, czy podjąłby się takiego projektu z polskimi muzykami. Odpowiedział: – Oczywiście, ale nikt jeszcze nie złożył mi takiej propozycji.

Jopek1

Było to już po pamiętnym występie z Anną Marią Jopek przy okazji promocji albumu „Upojenie”, więc Pat znał klasę polskich muzyków i doceniał ją. Ale jest artystą bardzo zajętym, więc coraz trudniej będzie go można na taki festiwal jednego muzyka namówić.

W takim działaniu jest myśl, która sprawdza się w każdym kraju i na każdym festiwalu. Przygotowywanie koncertów przez rodzimych muzyków z udziałem gości, zwykle utytułowanych.

Jopek2

Takich koncertów mieliśmy w tym roku całkiem sporo. Choćby dzień big-bandowy na Warsaw Summer Jazz Days, o którym już pisałem. Byli: Maria Schneider, Randy Brecker i Dave Douglas. Zagranicznych muzyków zapraszają do Polski bracia Olesiowie, saksofonista Mikołaj Trzaska i pianista Marcin Masecki. Na rozpoczęcie Jazz Jamboree Michał Urbaniak zaprezentował amerykański zespół. Liderem w takich projektach jest perkusista Krzysztof Zawadzki, który zaprosił na wspólne trasy koncertowe chyba już dwa tuziny amerykańskich jazzmanów, w tym kilku naprawdę wielkich. Ostatnio grał z fenomenalnym bluesmanem i showmanem Vasti Jacksonem. Szkoda, że nie dotarli do Warszawy. Ale mój syn wybrał się na ich występ do Grodziska Mazowieckiego i był zachwycony.

Po artystów z najwyższej półki sięga Anna Maria Jopek. Od czterech lat organizuje koncerty w cyklu BMW Jazz Club. Występowali już: brazylijski wokalista i gitarzysta Oscar Castro Neves, wirtuoz instrumentów perkusyjnych Mino Cinelu, basista, wokalista Richard Bona i Dhafer Youssef. Oczywiście na jej płytach usłyszymy jeszcze większe grono utytułowanych muzyków z Branfordem Marsalisem na czele.

Jopek3

W tym tygodniu od poniedziałku do środy Anna Maria Jopek dała trzy koncerty pod nazwą „Lisbon Stories” w Warszawie, Gdańsku i Poznaniu. Jej gośćmi byli tym razem muzycy z portugalskiego kręgu kulturowego: perkusista i kompozytor Beto Betuk, gitarzysta, wokalista Yami z Angoli oraz pochodzący z Wysp Zielonego Przylądka charyzmatyczny wokalista Tito Paris. Zabrakło tylko Brazylijczyków.

Koncert miał dość kameralny charakter nie tylko ze względu na klubową salę Palladium, ale i znamiona jam session. Zaczęło się od kameralnego duetu Anny Marii Jopek z gitarzystą Markiem Napiórkowskim, którzy usiedli na brzegu sceny, dokładnie naprzeciw wycelowanych obiektywów fotoreporterów.

Jopek4

Na koncert złożyły się piosenki Anny Marii Jopek i Marcina Kydryńskiego zainspirowane wizytami w Lizbonie. Kilku tematów dostarczył Beto Betuk i pozostali goście.

Rewelacyjnie wypadł Tito Paris, wykonawca którego nigdy wcześniej nie słyszałem poza składankami „Siesta”. Zresztą za jedną z nich Marcin Kydrynski otrzymał na koniec koncertu platynową płytę. Paris jest zaprzeczeniem Cesarii Evory. Pokazał, że Wyspy Zielonego Przylądka, to nie miejsce dla smętnych zawodzeń i tęsknych przyśpiewek na jedną modłę. Jego muzyka tętniła rytmem, melodie z łatwością stałyby się przebojami, po prostu pulsowały radością.

Finał należał do wszystkich artystów, co publiczność nagrodziła owacjami na stojąco. Właśnie takich koncertów nam potrzeba. Nie są łatwe ani tanie do zorganizowania, ale pozostają na długo w pamięci.