Walka o ludzi

22 maja 2012

Polska polityka migracyjna to pasmo klęsk, nad którymi nie ma żadnej kontroli. W ciągu zaledwie kilku ostatnich lat wypuściliśmy z kraju, bez specjalnego poczucia straty, prawie 1,3 mln naszych obywateli. Zdolnych, młodych, przedsiębiorczych. Nie mamy spójnej, przemyślanej i konsekwentnie wdrażanej polityki zachęcania rodaków do powrotów czy cudzoziemców do osiedlania się w Polsce . I żadne doraźne abolicje tego nie zmienią.

Co z tego, że swój pobyt zalegalizuje kilka tysięcy osób, skoro nawet nie wiadomo, ile z nich zostanie nad Wisłą.

Żenujące – takiego określenia na opisanie praktyk naszego państwa używa znajoma mi osoba pracująca dla rządu i zajmująca się sprawami cudzoziemców. – Nawet nie wiadomo, ilu nielegalnych emigrantów jest w Polsce.

Bo nikt nie prowadził na ten temat badań – mówi.

Leży praktycznie wszystko. Nie wiemy, kogo chcemy asymilować, na jakich warunkach, nie ma na to ani pomysłu, ani pieniędzy. Klęskę poniosły też programy dla repatriantów czy Karta Polaka. Zasłonę milczenia wypada spuścić nad zapowiadanym hucznie przez rząd programem „Powrót”.

Co ciekawe, to rzadki przypadek, do porażki przyznają się nawet sami urzędnicy. – Administracja nie ma narzędzi pozwalających kreować i realizować politykę migracyjną – przyznaje z rozbrajającą szczerością w przyjętym w marcu tego roku dokumencie Zespół do spraw Migracji działający przy MSW.

Czas na przebudzenie. Najzamożniejsze kraje świata walczą wręcz o ludzi. USA, Kanada czy Australia prowadzą przemyślaną i spójną politykę migracyjną. Zachęcają do osiedlania się osoby wykształcone, młode czy majętne. Uprawiają, z korzyścią dla siebie, bezwzględny drenaż mózgów. My nie potrafimy nawet ściągnąć do siebie potomków Polaków. Jeśli nałożymy na to nasze problemy demograficzne – zakrawa to na politykę samobójczą.

Dzieci po dwakroć porzucone

18 maja 2012

Jak oni pięknie mówią. Z jaką żarliwością deklarują szczerą wolę uzdrawiania świata. Ci wszyscy naprawiacze z ulicy Wiejskiej, Alej Jerozolimskich w Warszawie czy setek pomocowych urzędów.

Opłacani z naszych podatków, powołani do dobrego zarządzania naszą wspólną rzeczywistością. Zwykle jednak wychodzi z tego niewiele. Lub zgoła nic.

Tym razem chodzi o los porzuconych dzieci. Także tutaj powtarza się ten scenariusz. Wielkie ministerstwo przygotowuje przez niemal dwa lata wielki projekt, który ma doprowadzić do likwidacji dużych domów dziecka, wesprzeć rodzinne formy opieki, a co najważniejsze – zapobiegać sytuacjom, które prowadzą do odebrania dziecka z rodzinnego domu. Wszyscy się zgadzają, że trzeba to zrobić i że w finalnym efekcie to się opłaca. Powstają opracowania, dokumenty, studia.

Wreszcie nadchodzi 1 stycznia tego roku i wchodzi w życie ustawa. Tyle że za słusznym prawem nie idą pieniądze. A miarą przykładania wagi do problemu jest jego wycena. Gminy szacują, że wdrożenie zmian to koszt 3 mld zł, resort pracy mówi o 700 mln zł. A ile wyłożył budżet? 60 mln zł. Z lekka licząc, 30 razy mniej niż potrzeba.

To kolejny dowód w tej samej sprawie: rząd traktuje rodzinę i sprawy z nią związane wręcz z obrzydzeniem. Oto kilka innych przykładów tylko z ostatniego czasu: ustawa żłobkowa, brak rzetelnej reakcji na podwyżki czesnego w przedszkolach, katastrofa z wprowadzaniem sześciolatków do szkół.

Są idee, nie ma pieniędzy i woli realnego wprowadzania zmian. Chcemy wysłać młodsze dzieci do szkoły, a konserwujemy, zamiast likwidować – z obawy przed utratą głosów Kartę nauczyciela. Ratunkiem ma być kadłubkowy program „Radosna szkoła”.

Chcemy więcej żłobków i przedszkoli, a nie płacimy gminom, przerzucając na nie coraz więcej obowiązków, ani grosza. Mimo że marnujemy prawie pół miliarda złotych na becikowe. Chcemy, aby dzieci nie trafiały do sierocińców, gdzie narażone są na przemoc, ale rosną zastępy urzędników, a gospodarkę pętają kolejne wykwity urzędniczych pasji.

Wydatki na dzieci to inwestycja – przekonują ekonomiści. Im lepsza jest ich jakość, tym więcej zyskuje nasza zbiorowość. Warto, aby rząd przy okazji planowania kolejnych „zmian” zdał sobie z tego sprawę.

Nieśmiała reforma emerytalna

11 maja 2012

Wbrew fałszywej histerii opozycji i oporowi związków zawodowych rząd Donalda Tuska dopiął swego i uchwalił podniesienie wieku emerytalnego. Będziemy pracować dłużej, co oddala groźbę głodowych świadczeń i wyższych podatków. Reforma jest jednak rozwodniona – nie odpowiada na wyzwania demograficzne, nie zapobiega niewypłacalności ZUS, mnóstwo w niej nielogicznych i niesprawiedliwych odstępstw, będzie wchodzić w życie prawie przez 30 lat, nie ma również dostosowawczego pakietu na rzecz rodzin oraz osób starszych i młodych.

Ale to ważny moment. Tym bardziej że trudno ekipę Tuska zaliczać do reformatorów. Zazwyczaj płynie z prądem. Poza wygaszeniem przywilejów emerytalnych w 2008 r. ciężko wskazać jakieś fundamentalne zmiany, które zostałyby wprowadzone za jej rządów. No może poza podnoszeniem podatków czy składek ZUS. A jeśli nawet były próby reform (np. sześciolatki w szkołach, deregulacja gospodarki, ograniczenie biurokracji), kończyły się katastrofą.

Czego możemy się teraz spodziewać?

Opozycja będzie zapewne mobilizować siły. To dość groteskowe działanie. Przypomnijmy, że ci, którzy dzisiaj głośno krzyczą o „zdradzie”, sami, gdy zasiadali w rządzie, chcieli wydłużać czas pracy. Premier Jarosław Kaczyński przygotował restrykcyjne wygaszenie przywilejów emerytalnych, a pełnomocnikiem jego rządu wyznaczonym do tego zadania był, wywijający dzisiaj szablą, Ludwik Dorn. Także premier Leszek Miller, który chadza do namiotowego miasteczka, firmował oszczędnościowy plan Hausnera. A tam, jak wół zapisano m.in. propozycję podniesienia wieku emerytalnego. Opozycja zamiast krzyczeć „nie, bo nie”, powinna pokazać realne problemy, którymi rząd się nie zajmuje – politykę rodzinną, aktywizację starszych, bezrobocie, katastrofalną politykę migracyjną, dociskanie fiskalnej śruby, omnipotencję urzędników czy prześladowanie przedsiębiorców.

Platforma może się przestraszyć własnej decyzji. Zacznie się przekupywanie ludzi i cała para pójdzie w gwizdek. Rząd znów będzie tylko administrował i żył na kredyt.

Za kilka lat znów będziemy musieli się zmierzyć z wypłacalnością systemu emerytalnego.

Zmiany są zbyt nieśmiałe. Najlepiej byłoby zbudować jeden wspólny system bez żadnych odstępstw, z minimalną składką i minimalnym świadczeniem w późnej starości. Najlepiej zwrócić ludziom wolność.

 

Pierwszy cud Donalda Tuska

3 maja 2012

Stało się to, co niemożliwe. Udało nam się zatrzymać rozrost urzędniczego raka. Tyle że w tej beczce miodu jest cała masa dziegciu.

Po pierwsze, wcześniej folgowaliśmy sobie bez opamiętania – w ciągu ostatnich czterech lat w administracji przybyło 100 tys. nowych etatów. Po drugie, nie widać politycznej woli uzdrowienia administracji. Dominuje fatalizm. Premier Tusk przyznał publicznie, że „urzędnicy to ocean, to dżungla”. I dodał: „Byłem za słaby. Porażka jest bezdyskusyjna. Nie dałem rady”.

Na pocieszenie oraz by dodać panu premierowi animuszu, warto przypomnieć, że walka z biurokracją to nie tylko polska specyfika. Brytyjskie Ministerstwo Kolonii w 1935 r. zatrudniało 372 pracowników. 20 lat później, gdy liczba terytoriów zamorskich pod panowaniem Albionu zdecydowanie się skurczyła, pracowało tam już 1661 osób. Na tej m.in. podstawie C. Northcote Parkinson, doradca konserwatywnych rządów Wielkiej Brytanii, ukuł prawo, które nazwał swoim nazwiskiem. Stwierdził, że liczba urzędników rośnie stale bez względu na to, co i jak robią.

Skoro to wiemy, możemy być mądrzejsi.  Jednak politycy wciąż nie wprowadzili do urzędów choćby śladu rynku, gdzie płaci się za efekty. Nie ma żadnych przeciwwskazań, by doceniać wyróżniających się urzędników. Ale nikt tego nie robi, bo bezpieczniej i wygodniej płacić po równo.

Tak samo jest z naborem. Ma być otwarty i nastawiony na najlepszych, a przyjmuje się znajomych.

Rządowi nie zależy też na likwidacji zbędnych, wymyślanych najczęściej przez biurokratów procedur, które zapewniają im nowe etaty. Z raportu Doing Business wynika np., że aby w Polsce uzyskać pozwolenie na budowę, trzeba dokonać 30 procedur, a na wydanie decyzji czekać 301 dni. Efekt? Jesteśmy w tej dziedzinie na 160. miejscu na świecie.

Rząd odpuszcza też w walce z urzędniczym lobby. W efekcie ustawy deregulacyjne  zostały przez urzędników niemal storpedowane.

Wywieszanie białej flagi nic tu nie da. Trzeba podjąć wysiłek odbiurokratyzowania naszego życia. Pamiętajmy, że państwo jest z definicji bezproduktywne i tylko dzieli – pobierając wygórowaną prowizję – dobrobyt wytworzony przez obywateli. Im jest go mniej, tym dla nas wszystkich lepiej.

Jak Rostowski Balcerowicza pouczał

24 kwietnia 2012

Zbij pan termometr, nie będziesz pan chory. Taką receptę na chorobę wymyślił Lech Wałęsa. Teraz taką samą kurację zaleca nam Jacek Rostowski, minister finansów. Radzi prof. Leszkowi Balcerowiczowi, aby zdjął z rogu ul. Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich licznik naszego długu publicznego. Od tego ma się nam zrobić lepiej.  Jeżeli ktoś bije na alarm, gdy sytuacja faktycznie się poprawia, to jest niebezpieczeństwo, że nie będą go słuchali, gdy sytuacja zacznie się pogarszać  powiedział wczoraj, wielce zadowolony z siebie, minister w Radiu RMF FM. Skomentował w ten sposób najnowsze informacje dotyczące naszego zadłużenia, podane przez Eurostat.

Czy rzeczywiście mamy powód do takiej euforii? Nie bardzo. Spójrzmy na dane, które w tak dobry nastrój wprawiają ministra. Nasze zadłużenie w stosunku do PKB wciąż rośnie. W 2008 r. dług publiczny wynosił 47,1 proc. PKB, a w ubiegłym roku już 56,3 proc. Przekroczyliśmy zatem tzw. drugi próg ostrożnościowy i tylko przez księgowe sztuczki ministra nie musimy wprowadzać planu sanacji naszych finansów. Żeby było obrazowo. W 2008 r. nasze zadłużenie wynosiło 600,1 mld zł, w ubiegłym roku już 859 mld zł. Różnica wynosi, bagatela, prawie 260 mld zł. Ten dług będziemy musieli spłacić. I to z odsetkami.

Co gorsza, zadłużamy się mimo skoku na pieniądze w OFE i podwyżki podatków  w górę poszedł m.in. VAT, zamrożone są progi podatkowe. W efekcie państwo, czego także dowodzi lektura danych unijnego biura statystycznego, coraz bezwzględniej egzekwuje od nas wypracowane przez nas bogactwo. W 2009 roku przez urzędnicze trzewia przechodziło 37,2 proc. naszego PKB, w ubiegłym roku  już 38,5 proc.

Prof. Leszek Balcerowicz uruchomił licznik długu, aby przestrzegać nas przed życiem na kredyt. Nie ma chyba większego problemu współczesnych gospodarek. Wiara, że da się bez końca zadłużać i żyć na koszt dzieci i wnuków, posypała się, szczególnie w Europie, jak domek z kart. Wciąż, właśnie dlatego, stoimy raz bliżej, raz dalej krawędzi przepaści.

Minister Rostowski najwyraźniej uznaje, że Polska jest już bardzo daleko od ziejącej czarnej dziury. Tyle tylko, że nie chcą zgodzić się z tym fakty, a zaklinanie rzeczywistości  zdejmijcie licznik długu, a przestaniemy być dłużnikami jest jak wiara dziecka w to, że jak zamknie oczy, to znikną strachy.

Potrzebna wolność zamiast emerytalnych łat

20 kwietnia 2012

Dobieszków, mała miejscowość w woj. łódzkim, stanie się symbolem reformy emerytalnej w wydaniu rządu. Dlaczego?

Bo to właśnie tam wicepremier Pawlak spędzał w strażackim mundurze czas, gdy Rada Ministrów na nadzwyczajnym posiedzeniu przyjmowała w piątek projekty wydłużające pracę. Pawlak nie pierwszy już raz dał wyraz swojej wiary w powszechny system ubezpieczeń. W lutym z rozbrajającą szczerością przyznał: nie za bardzo wierzę w państwowe emerytury i staram się zabezpieczyć przyszłość przez oszczędności i przez dobre relacje z dziećmi.

Niby więc wszystko ładnie, niby wszystko dobrze – rząd przyjmuje ustawy emerytalne -  w środku jednak mocno zgrzyta. I nie chodzi tu wyłącznie o ewidentne dystansowanie się do zmian drugiej, po premierze Tusku, osoby w rządzie. Chodzi też o konkretne rozwiązania. W ZUS pojawią się na przykład emerytury częściowe dla zaledwie 62-letnich kobiet. Skąd ten wiek i po co ten wyłom? Kuriozum jest też nieobjęcie zmianami mundurowych, którzy wstąpią do służby do końca tego roku. Nic tylko zostać do grudnia policjantem lub żołnierzem, bo wtedy mamy gwarancję, że na emeryturę pójdziemy po zaledwie 15 latach służby. Rząd nie pochylił się ponadto nad pakietem dostosowawczym przygotowującym nas do dłuższej pracy – zmianami w polityce społecznej na rzecz rodzin, w ochronie zdrowia, zapewnieniem opieki nad młodszymi i starszymi.

Te wszystkie wyłomy, kombinacje, kompromisy oraz brak skończonej wizji każą postawić wniosek, że nie jest to reforma na miarę wyzwań (choć dobrze, że rząd cokolwiek tu robi). Już niebawem znów będziemy musieli wrócić do debaty na temat wieku emerytalnego i wypłacalności systemu. Pewnie to chce nam przekazać Pawlak.

Ale skoro tak jest, to lepiej wprowadzić zmiany radykalne – maksymalnie obniżyć składki na emerytury, oddając ludziom ich pieniądze i wprowadzić powszechne, minimalne zabezpieczenie w bardzo późnej starości. Taki powrót do wolności zrobiłby nam lepiej niż łatanie do cna przetartej koszuli

Reforma emerytalna z wybitymi zębami i bez odpowiedzi na wyzwania

19 kwietnia 2012

Przyjmowany przez rząd projekt to namiastka reformy. Jest bałaganiarski, nie rozwiązuje problemu wypłacalności ZUS i budżetu, nie odpowiada na wyzwania

Ustawa przewiduje wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat. Do tego drugi projekt wydłużający czas pracy mundurowych z 15 do 25 lat i wprowadzający wiek emerytalny wynoszący  55 lat. Tym ma się w piątek zająć Rada Ministrów. Brzmi stanowczo. Reformują.

Tyle że gdy zajrzy się głębiej, dowiadujemy się, że reforma ma wybite zęby. Będą emerytury częściowe dla zaledwie 62-letnich kobiet i 65-letnich mężczyzn. Wiek emerytalny wcale zatem nie idzie specjalnie w górę. Zostanie wprowadzony pięcioletni okres przejściowy dla rolników, sędziów i prokuratorów. Co to oznacza? Do końca  2017 r. będą mogli odchodzić na wcześniejsze emerytury. Nie ma mowy o likwidowaniu specsystemu górników. Także 250 tys. mundurowych – nawet tych, którzy mają np. 25 lat, a są już w służbie – zachowa przywileje. Nie bardzo wiadomo dlaczego, skoro w ZUS zmiany obejmą ponad 50-letnie kobiety. Do tego dochodzą pytania o sposób wypłaty emerytur częściowych przez OFE i nierówne traktowanie ubezpieczonych w ZUS i KRUS (na korzyść ostatnich).

Na tym nie koniec wątpliwości. Wydłużanie aktywności zawodowej, które ma być odpowiedzią na wyzwania demograficzne, to idealny czas, aby pochylić się nad przyczynami wyludniania się Polski. Nie ma o tym mowy. W tym kontekście wręcz groteskowo brzmi zapis w ustawie emerytalnej, że do końca 2014 r. rząd przygotuje program aktywizacji osób starszych.

Co najważniejsze, rząd nie odpowiada w zasadzie na żadne kluczowe pytanie. Co zrobić, aby w Polsce rodziło się więcej dzieci, i jak zapobiec katastrofalnej dzietności Polek, jak spowodować, aby przynajmniej część z 1,3 mln zasiedziałych za granicą polskich emigrantów wróciła do kraju, jak zatrzymać falę wyjazdów, jak zachęcać bliskich nam kulturowo ludzi (np. Ukraińców), aby osiedlali się w Polsce, czy system będzie trwale wydolny i za kilka lat nie wrócimy do debaty o dłuższej pracy, co docelowo zrobić z przywilejami, czy wysokie składki na emerytury nie dławią wzrostu gospodarczego i nie dać ludziom więcej wolności w tym zakresie. To są prawdziwe wyzwania, które przed nami stoją. Nie ma więc nic dziwnego w głośnych pytaniach tych, którzy uważają, że samo wydłużanie wieku nie wystarczy. Zwłaszcza że ci, którzy teraz mówią o tym najgłośniej – premier Tusk, minister Rostowski, prezydent Komorowski – przez cztery lata zapewniali nas, że jest inaczej.

Dobrze, że rząd podjął sprawę kondycji systemu emerytalnego. Dobrze, że podnosi wiek emerytalny, bo jest oczywiste, że skoro żyjemy dłużej, musimy dłużej pracować. Tyle że to, co proponuje, to działania doraźne i mocno wykoślawione. Najważniejsza jest odpowiedź na pytania, jak zapobiec dramatycznemu wyludnianiu się naszego kraju i sprawić, aby nasze państwo było dla obywateli przyjaźniejsze.

Rzym w płomieniach

16 kwietnia 2012

Wyspa Utoya i Anders Breivik stają się kolejnym symbolem upadku naszej cywilizacji. Człowiek, który z zimną krwią zamordował 77 osób, stał się celebrytą i wyjdzie z więzienia – jeśli dostanie maksymalną karę – jako 53-latek.

Jak wytłumaczyć rodzinom ofiar ten spektakl niemocy? Jak pojąć tak głęboką niesprawiedliwość? Jak poradzić sobie z odpowiedzą na pytanie, co się stanie, jeśli ten człowiek znów pojawi się wśród nas? Jak się nie bać, że w jego ślady pójdą inni?

Wszystko to dzieje się w Europie, która w przeszłości miała siłę zarażać swoimi wartościami niemal cały świat. Teraz stajemy się bezradni nawet wobec oczywistych zbrodni. Wstydzimy się – w imię źle pojmowanej poprawności – wartości, które budowały europejską potęgę. Krzyża, wolności, rodziny, odpowiedzialności, wiary w prawdę i własną zaradność, przekonania o naszej niepowtarzalności, mocy czerpanej z dekalogu.

Na własnym ciele sami hodujemy urodzonych morderców z filmu Olivera Stone’a. Skutki tego chocholego tańca będą nawet gorsze niż kolejny mord kogoś, kto pójdzie w ślady „sławnego” Norwega. Tracimy siłę przekonywania do naszych racji, a tym samym rozwoju, wiary we własny sukces, asymilowania imigrantów. Dowodzą tego choćby doświadczenia zamachów w Londynie, Madrycie czy Tuluzie. Dokonywali ich ludzie urodzeni w tych krajach, w imię obcych ideologii. Dlaczego? Bo Europa, bez wartości, nie ma młodym nic do zaoferowania. Szukają ich zatem gdzie indziej. To dowód na naszą słabość.

Antropologia podpowiada, że we wszystkich zbadanych kulturach na świecie istnieją cztery wspólne cechy – trzy z nich to tabu, czwarty to religia. A zatem nie wolno bez powodu zabijać, zabierać czyjegoś mienia i wiązać się z rodzeństwem. Wszystkie kultury wierzą też w jakąś formę Boga (nawet świeckie – stąd kult jednostki).

Nasza cywilizacja, w której debatuje się już na przykład na temat dopuszczania mordów na urodzonych dzieciach, w której ze zbrodniarza robi się normalnego obywatela, a chrześcijaństwo traktuje się jak zabobon, zmierza ku upadkowi. Przekracza granice, które są nieprzekraczalne. Rzym płonie.

Zamiast emerytalnych strzępów opcja zero

29 marca 2012

Za­po­wia­da­ne­go przez pre­mie­ra w expo­se pod­nie­sie­nia wie­ku eme­ry­tal­ne­go nie­dłu­go zo­sta­ną strzę­py. Ustęp­stwa go­nią wy­jąt­ki, od­stęp­stwa – re­zy­gna­cje.

Ta­ka po­sta­wa rzą­dzą­cych tyl­ko za­ogni na­pię­tą sy­tu­ację i spo­wo­du­je eska­la­cję żą­dań. To wo­da ma młyn pro­te­stu­ją­cych pod Sej­mem związ­kow­ców.

Przy­po­mnij­my, że rząd do pro­jek­tu wpro­wa­dził już pięciolet­ni okres przej­ścio­wy (czy­taj: za­cho­wał przy­wi­le­je) dla rol­ni­ków, sę­dziów i pro­ku­ra­to­rów. Zre­zy­gno­wał tak­że z pod­no­sze­nia wie­ku upraw­nia­ją­ce­go do rent wdo­wich. Ci­cho jest o gór­ni­kach czy do­sto­so­wa­niu wy­so­ko­ści rent do no­we­go spo­so­bu wy­li­cza­nia świad­czeń z ZUS. A te­raz jesz­cze eme­ry­tu­ry czę­ścio­we dla 62-let­nich ko­biet. Do­wo­dzi to, że w eme­ry­tal­nej ba­ta­lii bar­dziej cho­dzi o po­li­tycz­ną roz­gryw­kę niż po­waż­ne my­śle­nie o roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów. Świad­czy to tak­że o przy­pad­ko­wo­ści po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji. Raz dobrze jest dla gór­ni­ków, raz dla sę­dziów, raz dla ko­biet, za­raz bę­dzie dla rol­ni­ków. Nie wiadomo tylko skąd ten wiek?

Ty­le tyl­ko, że to roz­daw­nic­two i tak nie ura­tu­je nas przed oczy­wi­stym. Ży­je­my dłu­żej i nie da się trwać w fik­cji eme­ry­tal­ne­go spo­so­bu na ży­cie. Dla­te­go naj­le­piej jest wpro­wa­dzić opcję ze­ro. Wszy­scy bez wy­jąt­ku tra­fia­ją do jed­ne­go sys­te­mu, w któ­rym nie ma żad­nych cząst­ko­wych, kom­pen­sa­cyj­nych, po­mo­sto­wych, mun­du­ro­wych, przedemerytalnych, rol­ni­czych, sę­dziow­skich, pro­ku­ra­tor­skich czy ja­kich tam jesz­cze nie wy­my­ślą politycy świad­czeń.

Obcy we własnym państwie

22 marca 2012

Wyludniamy się, tracimy siłę. To, o czym do tej pory słyszeliśmy w formie przestróg ekspertów i traktowaliśmy jako pieśń przyszłości, staje się właśnie faktem.

GUS podał wczoraj serię ogromnie niepokojących danych. Powinny być mocnym uderzeniem w głowy polityków, aby zajęli się wreszcie prawdziwymi, a nie wydumanymi problemami.

Z kraju wyjechało prawie 1,3 mln Polaków. Za granicą są już ponad rok, marne szanse, że wrócą. W ciągu zaledwie 10 ostatnich lat o ponad 1,5 mln zmniejszyła się liczba osób do 17 lat, a o prawie 1 mln wzrosła liczba osób starszych. Na dokładkę wciąż dzieci rodzi się jak na lekarstwo. Mało? To jeszcze najnowsze dane, które prezentuje CIA Factbook: Polska zajmuje obecnie 209. miejsce – na 222 sklasyfikowane kraje świata – pod względem wskaźnika dzietności.

Na ustach polityków polityka rodzinna, troska o demograficzne wyzwania czy o los obywateli przed wyborami zajmują zwykle poczytne miejsce. Później o tym cicho. Co gorsza coraz częściej do głosu dochodzą głosy atakujące i osłabiające rodzinę, małżeństwo, tradycyjne wartości. Mamy np. wysyp pomysłów na związki partnerskie czy atak na Kościół.

To tematy zastępcze, nijak mające się do realnych wyzwań. Te są gdzie indziej. Polacy nie mają dzieci i emigrują, bo czują się dyskryminowani przez własne państwo. Mówią do siebie nie bez racji: jeśli założysz firmę – zniszczy się kontrola fiskusa czy ZUS, urodzisz dziecko – dostaniesz 1000 zł jałmużny, ale nie zapiszesz go do lekarza czy  przedszkola, gdy twoja sprawa trafi do sądu – na rozstrzygnięcie poczeka kilka lat, jeśli zetkniesz się z urzędnikiem – potraktuje cię jak oszusta lub intruza. Ta litania zdaje się nie mieć końca.

To wszystko powoduje, że państwo staje się nam obce, wręcz wrogie. Po ponad 20 latach od odzyskania niepodległości czas gruntownie się nad tym zastanowić. Bo to właśnie fatalnie zorganizowane państwo jest głównym hamulcowym naszego rozwoju. Jeśli się to nie zmieni, czeka nas stagnacja oraz pogłębiająca się i szkodliwa migracja obywateli w dychotomiczny świat my – oni.