Kto chodził do koedukacyjnych szkół (ja chodziłam), ten pamięta, że miejscem niedostępnym dla płci przeciwnej, w ogóle terenem tabu był klop. Jasne, w obydwu (tzn. damskim i męskim) paliło się fajki, i nawet czasem dochodziło do wymiany doświadczeń w zakresie zakazanych przyjemności. Ale w jednej kwestii przestrzegany był rytuał intymności: mocz oddawało się za zamkniętymi drzwiami.
Obok perły za stodołą
W tej wstydliwości dotyczącej wydalania byłam wychowana. Pamiętam szok kulturowy, jakim było spotkanie z kolegami ze wschodu, którzy opowiadali o toaletach z drzwiami bez górnej części (na podobieństwo wrót do saloonu), jeśli w ogóle – ha,ha! – drzwi były. Znajomy filmowiec (Polak), przez rok studiujący w Leningradzie, wspominał o kabinach bez zamknięcia, w których co wrażliwsi (czarnoskórzy przybysze z Afryki) omotywali się kocem dla uzyskania jakiej-takiej intymności.
Przypomniało mi się to wczoraj na ulicy Odolańskiej. Nomen omen Odolańskiej. Bo nazwa ulicy dziwnie harmonizowała ze sceną, której byłam mimowolnym świadkiem. Kto zna te zakątki, ten wie – Stary Mokotów, maksymalna punktacja na tabeli atrakcyjności stołecznych lokalizacji, szczyt na tabeli cen za metr kwadratowy. Idę, podziwiam tempo robót nad „Perłą Mokotowa” (apartamentowiec dla vipów). Finansowy doping działa, myślę.
Otóż, nie tylko. Pęcherz też ma swoje prawa. Przekonuję się o tym kilka kroków za „Perłą”.
Odolańską zamyka budka z towarem pierwsze potrzeby: alkohole. Spoglądam i własnym oczom nie wierzę – za tylną ścianką kiosku dwoje funkcjonariuszy służb miejskich oddaje zbędne płyny ustrojowe. Biały dzień, obydwoje w mundurach, z pewnością na służbie. On leje beztrosko w pozycji stojącej, ona podciąga spodnie, wstając z kuczek. Oto prawdziwe braterstwo broni, koedukacja i równouprawnienie w jednym.
Dziewczynka na nocniczku
Publiczne oddawanie moczu przeczy atawizmowi. Nawet człowiek neandertalski oddalał się od stada w celu spełnienia fizjologicznych potrzeb. Postęp cywilizacyjny doprowadził do płciowego podziału toalet, oznakowanych ogólnie zrozumiałymi symbolami – kółkiem i trójkątem, literami inicjalnymi L i G, D i H. Popularna jest też wersja infantylna – sylwetki siusiającego na stojąco chłopczyka i dziewczynki na nocniczku. Mniej lub bardziej naiwny system oznakowania, a co za tym idzie, podział kabin na damskie i męskie, nie ma nic wspólnego z dyskryminacją płciową. Przeciwnie, zapewnia luz, wygodę i higienę osobnikom odmiennie wyposażonym przez naturę.
Oczywiście, są sytuacje wyjątkowe. Pamiętam mgłę-mleko, która przed kilkunastu laty zaskoczyła nas – pięcioosobową ekipę telewizyjną – w drodze powrotnej z Poznania o Warszawy. Zasłona bieli była tak gęsta, że jechaliśmy w spacerowym tempie. Gdy ktoś coś potrzebował, odchodził metr od wozu i… znikał.
Na Odolańskiej mgły nie było. Przeciwnie, jasny dzień. Natomiast folgujący fizjologii zachowywali się tak, jakby stali się niewidoczni. Nieskrępowani, wciągali to i owo, otrzepywali, potem naciągali odzież spodnią. Proszę nie sądzić, że syciłam oczy ich widokiem. Wbrew woli, miałam ich dobrą chwilę przed oczyma, zmierzając Odolańską – co za obsceniczna nazwa! – ku stacji metra Racławicka.
Publiczne wysadzanie
Jak to się stało, że wyzbyliśmy się atawistycznych hamulców? Co spowodowało, że oswoiliśmy się z publicznym wydalaniem fekaliów?
To się zaczyna od matek „wysadzających” pociechy na każdym miejskim trawniku, przy klombie, pod drzewkiem. Ludzie przechodzą, patrzą, nikt słowem nie zaprotestuje. Widać mały jest na musiku. Matka też. Podobna tolerancja dotyczy pięciolatka, któremu się zachce, siedmiolatka na wycieczce w stolicy, dwudziestolatka po piwie, czterdziestolatka pod wpływem procentów. Straciliśmy kontrolę nad sytuacjami zwyczajowo pozostającymi pod kontrolą. Nikt nie reaguje, bo przecież biologii nie sposób okiełznać.
Pamiętam podsłuchaną na Starym Mieście rozmowę milicjanta (rzecz działa się za PRL-u) z przełożonym. Młody służbista miał dylemat, którym dzielił się głośno przez walkie-talkie: „Halo, piuntka, tu dziewiuntka. Pod siedemnastym obywatel leje w bramie. Co robić?”. Problem zniknął – bo nikt nie reaguje na takie zjawiska.
Idę środmieściem, łagodne letnie popołudnie. Przy autach zaparkowanych na poboczach Alei Jerozolimskich stoi facet; wygląda, jakby dłubał coś przy samochodzie. Nie – leje na jezdnię, sprytnie obwarowując się karoserią. Ludziska patrzą, chichoczą. Nikt nie gorszy się, nie gani. Przeciwnie, aprobują. Ten to umie się załatwić!
Podobnych bezkompleksowych lejków widziałam w Warszawie mnóstwo, w sceneriach mniej lub bardziej surrealistycznych. Większość z nich tłumaczy swoje nieobyczajne zachowanie brakiem wystarczającej liczby toalet miejskich. O ile, oczywiście, podpadną stróżom prawa. Skoro jednak służby miejskie ignorują „antyfekalne” przepisy, trudno oczekiwać poprawy sytuacji. Fizjologia górą, kultura dołem. Olana.








