Wpisy w kategorii „Monika Małkowska”

Uroki stolicy: Odlewnia na Odolańskiej

6 sie 2009

Kto chodził do koedukacyjnych szkół (ja chodziłam), ten pamięta, że miejscem niedostępnym dla płci przeciwnej, w ogóle terenem tabu był klop. Jasne, w obydwu (tzn. damskim i męskim) paliło się fajki, i nawet czasem dochodziło do wymiany doświadczeń w zakresie zakazanych przyjemności. Ale w jednej kwestii przestrzegany był rytuał intymności: mocz oddawało się za zamkniętymi drzwiami.

Obok perły za stodołą

W tej wstydliwości dotyczącej wydalania byłam wychowana. Pamiętam szok kulturowy, jakim było spotkanie z kolegami ze wschodu, którzy opowiadali o toaletach z drzwiami bez górnej części (na podobieństwo wrót do saloonu), jeśli w ogóle – ha,ha! – drzwi były. Znajomy filmowiec (Polak), przez rok studiujący w Leningradzie, wspominał o kabinach bez zamknięcia, w których co wrażliwsi (czarnoskórzy przybysze z Afryki) omotywali się kocem dla uzyskania jakiej-takiej intymności.

Przypomniało mi się to wczoraj na ulicy Odolańskiej. Nomen omen Odolańskiej. Bo nazwa ulicy dziwnie harmonizowała ze sceną, której byłam mimowolnym świadkiem. Kto zna te zakątki, ten wie – Stary Mokotów, maksymalna punktacja na tabeli atrakcyjności stołecznych lokalizacji, szczyt na tabeli cen za metr kwadratowy. Idę, podziwiam tempo robót nad „Perłą Mokotowa” (apartamentowiec dla vipów). Finansowy doping działa, myślę.

Otóż, nie tylko. Pęcherz też ma swoje prawa. Przekonuję się o tym kilka kroków za „Perłą”.

Odolańską zamyka budka z towarem pierwsze potrzeby: alkohole. Spoglądam i własnym oczom nie wierzę – za tylną ścianką kiosku dwoje funkcjonariuszy służb miejskich oddaje zbędne płyny ustrojowe. Biały dzień, obydwoje w mundurach, z pewnością na służbie. On leje beztrosko w pozycji stojącej, ona podciąga spodnie, wstając z kuczek. Oto prawdziwe braterstwo broni, koedukacja i równouprawnienie w jednym.

Dziewczynka na nocniczku

Publiczne oddawanie moczu przeczy atawizmowi. Nawet człowiek neandertalski oddalał się od stada w celu spełnienia fizjologicznych potrzeb. Postęp cywilizacyjny doprowadził do płciowego podziału toalet, oznakowanych ogólnie zrozumiałymi symbolami – kółkiem i trójkątem, literami inicjalnymi L i G, D i H. Popularna jest też wersja infantylna – sylwetki siusiającego na stojąco chłopczyka i dziewczynki na nocniczku. Mniej lub bardziej naiwny system oznakowania, a co za tym idzie, podział kabin na damskie i męskie, nie ma nic wspólnego z dyskryminacją płciową. Przeciwnie, zapewnia luz, wygodę i higienę osobnikom odmiennie wyposażonym przez naturę.

Oczywiście, są sytuacje wyjątkowe. Pamiętam mgłę-mleko, która przed kilkunastu laty zaskoczyła nas – pięcioosobową ekipę telewizyjną – w drodze powrotnej z Poznania o Warszawy. Zasłona bieli była tak gęsta, że jechaliśmy w spacerowym tempie. Gdy ktoś coś potrzebował, odchodził metr od wozu i… znikał.

Na Odolańskiej mgły nie było. Przeciwnie, jasny dzień. Natomiast folgujący fizjologii zachowywali się tak, jakby stali się niewidoczni. Nieskrępowani, wciągali to i owo, otrzepywali, potem naciągali odzież spodnią. Proszę nie sądzić, że syciłam oczy ich widokiem. Wbrew woli, miałam ich dobrą chwilę przed oczyma, zmierzając Odolańską – co za obsceniczna nazwa! – ku stacji metra Racławicka.

Publiczne wysadzanie

Jak to się stało, że wyzbyliśmy się atawistycznych hamulców? Co spowodowało, że oswoiliśmy się z publicznym wydalaniem fekaliów?

To się zaczyna od matek „wysadzających” pociechy na każdym miejskim trawniku, przy klombie, pod drzewkiem. Ludzie przechodzą, patrzą, nikt słowem nie zaprotestuje. Widać mały jest na musiku. Matka też. Podobna tolerancja dotyczy pięciolatka, któremu się zachce, siedmiolatka na wycieczce w stolicy, dwudziestolatka po piwie, czterdziestolatka pod wpływem procentów. Straciliśmy kontrolę nad sytuacjami zwyczajowo pozostającymi pod kontrolą. Nikt nie reaguje, bo przecież biologii nie sposób okiełznać.

Pamiętam podsłuchaną na Starym Mieście rozmowę milicjanta (rzecz działa się za PRL-u) z przełożonym. Młody służbista miał dylemat, którym dzielił się głośno przez walkie-talkie: „Halo, piuntka, tu dziewiuntka. Pod siedemnastym obywatel leje w bramie. Co robić?”. Problem zniknął – bo nikt nie reaguje na takie zjawiska.

Idę środmieściem, łagodne letnie popołudnie. Przy autach zaparkowanych na poboczach Alei Jerozolimskich stoi facet; wygląda, jakby dłubał coś przy samochodzie. Nie – leje na jezdnię, sprytnie obwarowując się karoserią. Ludziska patrzą, chichoczą. Nikt nie gorszy się, nie gani. Przeciwnie, aprobują. Ten to umie się załatwić!

Podobnych bezkompleksowych lejków widziałam w Warszawie mnóstwo, w sceneriach mniej lub bardziej surrealistycznych. Większość z nich tłumaczy swoje nieobyczajne zachowanie brakiem wystarczającej liczby toalet miejskich. O ile, oczywiście, podpadną stróżom prawa. Skoro jednak służby miejskie ignorują „antyfekalne” przepisy, trudno oczekiwać poprawy sytuacji. Fizjologia górą, kultura dołem. Olana.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uroki stolicy

3 sie 2009

Jak się czuje człowiek, wzlatujący w powietrze na środku ulicy Marszałkowskiej? Najpierw jest zaskoczony, potem – cuchnący. Nie dlatego, że defekował ze strachu, lecz z powodu specyficznego materiału napędowego, dzięki któremu zdarza się wywinąć orła.

Nie będę ukrywać: to mnie zdarzył się wczoraj poślizg zakończony efektownym upadkiem przy głównej warszawskiej ulicy. Powodem okazała się żółta substancja mazista, pospolicie zwana kupą.

A zapowiadał się miły wieczór. Na kilka godzin ustały wiatry, deszcze, nawałnice; wyszło zachodzące słońce. Szłam od Cepelii do Cepelii, podziwiając panoramę arterii: tu bank, tam bank, ówdzie bank. Jejku, jak ładnie! Cała paleta bankowych logo. Pomiędzy nimi – apteki. Oraz sklepy z tandetą i starzyzną, jako że inne nie zarabiają na czynsz. Wszystko zamknięte, bo po siódmej. Element ożywienia wprowadzali kierowcy auto i motocykli, od czasu do czasu przemykający jezdnią w nieprzepisowym tempie. Wypatrywałam barku kawowego. Daremnie. Po tej stronie ulicy jest tylko kiosk z kebabem, flaki po warszawsku i piwiarnia, niegdyś Szanghaj.

Mimo wszystko pozostawałam w radosnym nastroju – co to słońce robi z psychiką… Po drodze mijałam równie zadowolonych z życia meneli, wesoło popijających na murkach. Poza nimi, trotuary pozostawały prawie puste. Autochtoni na wakacjach, turystów ani na lekarstwo.

Aż tu nagle – frunę. Też miło, choć z zaskoczenia. Dopiero lądowanie mnie otrzeźwiło, a zwłaszcza – ocena stanu przyodziewku. Jeszcze jasny dzień, a ja w gównie, odcinającym się ugrową plamą od czerni spódnicy. Clinexy poszły w ruch – niestety, pranie na sucho słabo mi poszło. Przechodząca kobieta odjęła sobie od ust wodę mineralną, żebym mogła dokonać ablucji.

Po orle przeszedł mi entuzjazm. Spojrzałam chłodnym okiem na moje rodzinne miasto. Powiedzieć, że jest brzydkie, to skłamać. Jest najbrzydsze. W Europie nie znam drugiego równie paskudnego miejsca, w dodatku z pretensjami do miana metropolii.

Wróciłam kilka dni temu z Wiednia. Rozkopanego (letnie remonty zakończą się we wrześniu) i jeszcze bardziej niż Warszawa skatowanego burzami. Nie przeszkadzało to turystom przewalać się przez centrum. W razie zagrożenia chronili się w rozlicznych sklepach i niezliczonych knajpkach. Na postojach dorożek stały zadbane i dobrze odżywione konie. Ale załatwiały fizjologiczne potrzeby jakoś tak dyskretnie, że nikt nie wdeptywał w fekalia.

Ale co tam koń – słoń, ten dopiero potrafi się wykazać! Moi znajomi, bawiąc rok temu na Cejlonie, trafili na tamtejsze święto z procesją. Otóż raz do roku obnoszona jest lokalna relikwia: ząb Buddy. Skarb unosi na grzbiecie słoń, za którym kroczy orszak złożony z setki innych trąbaczy oraz armii sprzątaczy; po czterech na każde zwierzę. Bo defilujące słonie przejmują się rolą i z podniecenia zdarza im się wydalanie. A odchody takiego olbrzyma, to nie żarty.

U nas słonie nie maszerują miastem, a szkoda. Byłaby jakaś atrakcja. Zamiast nich przechadzają się inne, bardziej pospolite czworonogi. Robią swoje, i nikt tym się nie przejmuje, a najmniej – właściciel. A przecież wydalanie należy do podstawowych czynności żywego organizmu. Pamiętam, jak wiele lat temu pomoc domowa znajomych wyrzuciła żółwia. Tak po prostu, do kubła ze śmieciami. Natychmiastowa interwencja pani domu uratowała gada, zaś siła na mopie została pouczona, że to żywe stworzenia. Jednak pomoc nie przyjęła na wiarę tej informacji. Jak, to żywe? A czy to-to „ji i sro?” Dopiero gdy zobaczyła, że żółw je i wydala, uznała go za istotę Bożą.

A co z psem? Niech żre, skoro musi. Tylko niech nie zawraca głowy kupą. To jego osobisty problem. I tych, którzy weń wdepną.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uroki Warszawy: Kulka w tramwaj

29 lip 2009

Nareszcie! Dorównaliśmy bytowym standardem do Nowego Jorku, Jerozolimy, Londynu. Moskwy. Chodzi o atrakcję zwaną strzelaniną. Można zacząć się bać. Terroryści, szaleńcy i frustraci są wśród nas.

Już nie tylko burzowa pogoda niesie zagrożenia dla życia. Jeśli nie trafi cię piorun, może dosięgnąć… kulka. I to podczas krótkiej podróży środkami komunikacji masowej w dzielnicach dotychczas uważanych za bezpieczne. Jeśli bez szwanku dotrzesz do upatrzonego celu, ciesz się z tego i zanoś modły dziękczynne do Najwyższego.

Nie wiedziałam, że teraz taka moda – postrzelać sobie bez celu. Trafił, nie trafił – ale ile przy tym emocji. Rosyjska ruletka niosła za duże zagrożenie dla życia graczy, więc wymyślili coś bezpieczniejszego (dla siebie, rzecz jasna): ostrzał w ciemno. W miasto. W ulice. Dziś zapoznałam się z tą atrakcją osobiście.

Popołudnie, pustawo, niebo ciemnieje burzowymi chmurami. Może rozejdzie się po okolicy… Jadę przez Mokotów, ulicą Puławską, tramwajem numer cztery, czytam. Nagle słyszą dwa ciche dźwięki – pum, pum. Nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie efekt wizualny: w dwóch oknach szyby pękają w malownicze „pajęczyny”. Pośrodku sieci – maleńkie, kilkumilimetetrowe dziurki. Na wylot. Wrażenie jak podczas oglądania filmu sensacyjnego. Na szczęście, krew się nie polała – pojazd nie był zatłoczony, nikt nie siedział pod trafionymi szybami.

Współpsażerowie, równie zdumieni jak ja, oglądają popękane okna, komentują wydarzenie. Staje się jasne: ktoś oddał dwa strzały do przejeżdżającego tramwaju. Pewnie z trotuaru lub z okien parterowych pomieszczeń.

Wracam do domu w strugach deszczu, nieco roztrzęsiona. Od męża dowiaduję się, że to nie pierwszy przypadek „niewinnej” miejskiej strzelaniny. Ostatnio było kilka analogicznych wydarzeń.

No, fajnie. Zaadoptowaliśmy zachodnie metody na wyładowanie agresji i podniesienie adrenaliny. Dotychczas podobne sceny widywałam w filmach sensacyjnych bądź w komiksach. Ale zawsze dotyczyły mafijnych porachunków albo rozgrywek politycznych. Był powód (choćby nie akceptowany przez prawo, lecz zgodny z kodeksem gangsterskim), żeby kogoś puknąć. Jeśli brakło motywacji, znaczyło, ze komuś odbiło. Jak wtedy, kiedy uczeń podstawówki powystrzelał pół klasy. Bez dania racji.

U nas nigdy nie zetknęłam się z podobnym zjawiskiem. Owszem, wielokrotnie byłam świadkiem niszczycielskiej pasji ludowej z gatunku „chłop żywemu nie przepuści”. Widywałam też manifestacje neofaszystów, spędy ćpunów, dyskusje nawalonych górali i w ogóle ludzi nawykłych do siłowego rozwiązywania konfliktów. Jednak co innego potrzeba uwolnienia buzującej agresji, podsycanej koksem, gradusami lub halnym, a co innego – mierzenie ze strzelby do warszawskiego tramwaju.

Wyobrażacie to sobie? Stoi facet ze spluwą. Nudzi się. O, jedzie czwórka. Przymierza się, celuje, naciska spust. Może kogoś trafi, zabije, uszkodzi na resztę życia. Nie jest w stanie przewidzieć rezultatu zabawy. I właściwie – wcale się tym nie interesuje. Ważne jego własne ryzyko. Uda się walnąć bez zwracania uwagi innych? Przy tym to cudowne poczucie decydowania o ludzkim losie! Jak Neron. Jak półbóg. Jak Szatan.

Chcieliśmy dołączyć do świata? Udało się. Szkoda tylko, ze mamy osiągnięcia jedynie w kategorii przestępczej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rozpacz w stylu pop

7 lip 2009

No, dobrzy ludzie, rozejdźcie się do domów, otrzyjcie kryształowe łezki. Dość już tych wzruszeń. Może kawy albo kubeł zimnej wody? Przecież dawno nie obchodził was jako artysta. Zaprzątał uwagę jako dostarczyciel sensacji: pedofil, który za chwilę rozejdzie się w pooperacyjnych szwach, tonąc przy tym w długach.

Takiej erupcji histerii i hipokryzji na masową skalę jeszcze nie widziałam. Pierwsza wiadomość dnia w każdej stacji: pogrzeb Jacksona. Potem relacja z ceremonii, od specjalnych wysłanników.

Dowiedzieliśmy się, że był największym artystą świata. I już.

Nad grobem na ogół wygłaszane są peany na cześć denata – ale lepiej zachować umiar, niż przeobrazić funeralia w groteskę. Tym razem stało się jeszcze gorzej. Pogrzeb zamienił się w aukcję obłudy.

Przedwczesna śmierć sprawiła, że tłumy znów padły na kolana przez Michaelem I. Umarł król, można oddać mu tron. Wprawdzie nie ma mózgu, ale to nie była jego mocna strona. Głosu też nigdy nie posiadał, popiskiwał falsecikiem. Owszem, kiedyś tańczył ładnie, ale jak by to mu dziś wyszło? Dobrze, że fanom nie było dane tego zweryfikować. Co on tam jeszcze wyjątkowego zdziałał? Aha, komponował piosenki. Nieskomplikowane – kilka fraz powtarzanych na okrągło. Jednym uchem wpadały, drugim wypadały.

Najlepiej byłoby go zmumifikować i umieścić w Sevres jako wzorzec mega-kiczu. Bo jedyne, co naprawdę wyszło mu perfekcyjnie, to przerobienie siebie na maskotkę, żywy gadżet w cyrkowych kostiumach. Reprezentował tak jarmarczny gust, że Jeff Koons (amerykański rzeźbiarz-gwiazdor, specjalizujący się w banale oraz tandecie) uznał go za gotowe dzieło. Wykonał porcelanową rzeźbę Króla Popu z małpką Bubbles, całość w bieli i w złocie (prawdziwym); jedna z wersji opchnięta za 5,6 mln dolarów. Swój do swego po swoje.

A tak poważnie: reakcje na odejście Jacksona uważam za symptomatyczne dla współczesnego świata. Pokiereszowany emocjonalnie mężczyzna pośmiertnie zawładnął uczuciami tłumów. Jak Marilyn, Presley, księżna Di. Kopciuszki, których przerosła ich własna kariera. Bogaci, sławni, nieszczęśliwi, przedwcześnie zmarli. Wzruszający standard. Masy lubią takie ckliwe historie. Jednak przypadek Michaela jest szczególny. Po nim nie płaczą dorośli – po nim rozpaczają dzieci. Ludzie metrykalnie dojrzali, lecz wciąż infantylni.

Słuchałam dziś wynurzeń słuchaczy radiowej Trójki – jak zapamiętali amerykańskiego „Złego”? Otóż wszyscy wracali do dzieciństwa; do przeżyć, jakich dostarczył im Michael, gdy byli smarkaczami z socjalistycznego kraju. Bo Król Popu był i jest idolem dla niedojrzałych, jak on sam. Dla takich, którzy utożsamiają rozrywkę z kulturą, życie z telenowelą. A takich jest coraz więcej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Buraczany terror

29 maj 2009

Jeszcze 20 lat temu nie było przyzwolenia na jawnie aspołeczne zachowania. Bluzgi, agresywne zaczepki, ogłuszające hałasy, nieprzyzwoite ubranie w miejscach publicznych – w takich przypadkach interweniowali stróże prawa i porządku.

Nie mówiąc o ostracyzmie, z jakim osobnik reprezentujący postawę w skrócie zwaną chamstwem spotykał się w kręgach pretendujących do miana świata kultury. Dziś panuje buraczany terror. Ludzie boją się publicznie wyrażać sprzeciw. Udają, że nie widzą, nie słyszą. Zaczynają wierzyć, że manifestacyjny brak ogłady stanowi współczesny kanon zachowań.

Kto systematycznie odwiedza muzea, filharmonie, teatry, opery, biblioteki, należy do duchowej elity. Ale kultura to nie tylko dobra duchowe i materialne gromadzone pokoleniami. To także forma, w jakiej przeżywamy każdy dzień. Sposób, w jaki zwracamy się do bliskich i do nieznajomych. Stosunek do samego siebie, umiejętność funkcjonowania w społeczności. Kultura bycia wydaje mi się ważniejsza od obycia w twórczych dziedzinach, uczestnictwa w wydarzeniach. Najgłębsza, dostępna wszystkim kultura społeczna sprowadza się do zasady: „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Nie ma wprawdzie takiego przykazania, ale ta reguła współbycia z bliźnimi jest najważniejszym przesłaniem dekalogu.

Kultura bycia wcale nie ogranicza wolności jednostki, ułatwia natomiast i uprzyjemnia życie w grupie. Wyklucza zdziczenie, tłumi egotyzm, potęguje wrażliwość na innych. Nie każdemu za młodu dany był pozytywny trening osobowości.

Od czego jednak obserwacja? Wystarczy analizować reakcje innych ludzi i eliminować to, co drażni, wywołuje odruchy niechęci. Jak to górnolotnie się określa, pracować nad sobą. Na tym właśnie polega dojrzałość – na umiejętności kojarzenia i wyciągania wniosków, korygowaniu siebie.

Śmieszą mnie coraz modniejsze reedycje podręczników savoire-vivre’u. Kto nie zdobył kindersztuby w domu, w dorosłym życiu już jej nie nabędzie. Komu w młodości obce były dobre maniery, z czasem się nie przyuczy. Kto od dziecka nie był z etykietą za pan brat, zawsze będzie popełniał gafy. Oczywiście opanuje „wytworne” zachowanie, ale na zewnątrz. W sytuacjach prywatnych słoma wyjdzie mu z butów. Albo z papuci.

Dla ułatwienia startu młodym, nieopierzonym, a chętnym i rokującym wystarczyłby bryk poprawnego zachowania. Dekalog tego, co wśród ludzi najważniejsze. Jeżdżę po mieście środkami masowej komunikacji, podróżuję pociągami, dużo przebywam wśród ludzi. Za najgorsze przewinienia uważam nieliczenie się z cudzymi potrzebami oraz… zmysłami. Ćwok lub niedorostek przypuszcza atak na uszy bliźnich (ryk silników, wrzask, przekleństwa, długie i głośne dialogi przez komórkę), powonienie (zapocone pachy czy stopy), wzrok (plażowy negliż na ulicy).

W zawodowych kontaktach nieznośne są zachowania infantylno-egotyczne: dekoncentrowanie innych podczas skupionej pracy, niedopuszczanie rozmówcy do głosu, przerywanie w pół zdania, lekceważenie tego, co ma do powiedzenia.

Na prywatnej niwie najbardziej drażni gburowatość. Dorosły człowiek umie przeprosić za błąd, wyrazić wdzięczność, podziękować za pomoc. No i pozdrawia innych, wchodząc do sklepu, windy, taksówki, przedziału. To niepisany pakt o nieagresji, podkreślenie chwilowej i niezobowiązującej wspólnoty. A czego dowód dają pracownicy tej samej firmy, którzy widując kolegów na co dzień, mijają ich bez słowa pozdrowienia? Manifestują wrogość albo zaznaczają wyższość.

Czym jest jeszcze osobista kultura? Świadectwem emocjonalnej równowagi i zdrowia psychicznego. Wewnętrzny ład i otwarcie na drugiego są ważniejsze od obycia. Empatia, czyli zwracanie uwagi na innych, to kluczowy drogowskaz w życiu. Otrzaskać się w świecie można w jeden jedyny sposób: obserwując autochtonów i dostosowując się do ich stylu bycia. To, co do przyjęcia na grillu u przyjaciół, kompromituje w Ritzu i nie przystoi w arabskim barze.

W trudnych sytuacjach czy w okolicznościach wymagających impulsywnego działania wystarczy, żeby nie czynić drugiemu, co samemu uważa się za niemiłe. Ktoś, kto tak postępuje, wie – choćby instynktownie – czym jest prawo moralne. I nie ma wątpliwości, że niebo gwiaździste oraz inne okolice świata są wartością wspólną. Nie do kupienia ani ogrodzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ekshibicjonizm w scenerii z Hoppera

23 kwi 2009

Największym grzechem „Tataraku” jest nadmiar stylizacji. I to bynajmniej nie w partiach dotyczących przeszłości – klimaty Iwaszkiewiczowskie to specjalność Wajdy. Fałsz pobrzmiewa tam, gdzie ma dojść do głosu naga prawda – w scenach monologów Krystyny Jandy.

Andrzej Wajda kilkakrotnie z sukcesem ekranizował wielkiego skamandrytę. Tym razem postawił na wyjątkowo karkołomną figurę stylistyczną: metaforę zmiksował z weryzmem. Iwaszkiewiczowską fascynację tajemnicą bytu splótł z ocierającymi się o ekshibicjonizm wynurzeniami Krystyny Jandy.

Na pomysł łączenia w jednym dziele filmowym fikcji i realiów wpadło już wielu twórców. Jednak „Tatarak” nie ma nic wspólnego z „Osiem i pół”, „Kochanicą Francuza” czy „Kinem Paradiso” – by przywołać kilka różnych koncepcji tzw. kina w kinie.

U Wajdy podwójna rzeczywistość nie podnosi wymowy fabuły ani nie dodaje siły zwierzeniom. To obce sobie byty, połączone osobą aktorki.

Co zaskakujące – straceńczy odlot doktorowej Marty ku młodości uosabianej przez Bogusia wydał mi się bardziej wiarygodny niż prawdziwy dramat Jandy.

Aktorka relacjonuje przebieg choroby i ostatnie dni męża. Snuje wspomnienia w pokoju, gdzie stoją tylko łóżko i krzesło. Umowna sceneria. Ani hotel, ani prywatne mieszkanie. Wpadające przez okno ostre słoneczne światło (reflektor?) wykreśla zarys niby-sceny. Bohaterka wstaje z czarnej jedwabnej pościeli, wsuwa stopy w ekskluzywne klapki na wysokich szpilkach (Manolo Blahnik?), otula ciało czarnym satynowym miniszlafroczkiem. Jest elegancka, efektowna. W takim sztafażu zaczyna grać. Zwierza się z intymnych przeżyć. Dlaczego nie potrafię dzielić z nią rozpaczy? Bo widzę, że to kreacja aktorska. Że Janda nie jest sobą, lecz siebie przedstawia.

Słowa nie raziłyby sztucznością, gdyby nie oprawa plastyczna monologów. To fałsz, imitacja. Aktorka nie zachowuje się spontanicznie, lecz przybiera pozy. Stylizuje się na bohaterkę obrazów Edwarda Hoppera.

Jakim cudem amerykański malarz realista przeniknął do „Tataraku”? Co ma wspólnego z Iwaszkiewiczem i osobistym dramatem Jandy? Nic. Po prostu jego płótna stały się modne. Przeniknęły do masowej kultury. I skaziły „Tatarak”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gwiazda znów się rodzi

30 mar 2009

„Hair” wraca na Broadway po 41 latach

Dziś w nowojorskim Al Hirschfeld Theatre premiera kultowego przedstawienia/„Amerykański plemienny miłosno-rockowy musical” powraca na scenę. „Hair” zawdzięcza revival dzieciom dzieci-kwiatów. Oraz kobietom.

W Iraku jak w Wietnamie

Spektakl wyreżyserowała Diane Paulus, choreografię opracowała Karole Armitage. Obydwie z generacji, która nie pamięta wojny w Wietnamie. Obsada też została odmłodzona. W postać Bergera wcieli się Will Swenson; Christopher J. Hanke zagra Claude’a; w roli Sheili obsadzono Caissie Levy.

Przed premierą aktorka mówiła: – Młodzi buntują się przeciwko pokoleniu rodziców, to normalne. Już choćby pod tym względem „Hair” pozostaje aktualne. Ale nie tylko o to chodzi. Wybór Baracka Obamy na prezydenta USA zmienił polityczny klimat. Powiało nadzieją. Jak wtedy, pod koniec lat 60.

Diane Paulus też nie wątpiła w sukces nowej inscenizacji – „Hair” mówi o wciąż aktualnych problemach dotyczących ludzkiej kondycji. Tamto pokolenie szukało sensu, wartości życia, jego ceny. Dziś jest tak samo. Wprawdzie wojna w Wietnamie dawno się skończyła, ale trwają walki w Iraku.

A Karole Armitage dodawała: – W spektaklu sprzed ponad 40 lat liczyła się spontaniczność, improwizacja, odejście od schematów. Powiedziałam aktorom: żadnych ekstra kroków ani super numerów. Możecie popełniać kiksy, ale pozostańcie sobą.

Włosy znów powiewają

Na próbach nowej wersji pojawił się James Rado, współautor tekstów . Oblegany przez dziennikarzy, nie komentował wydarzenia, tylko z dumą podkreślał: „»Hair« to ja!”.

Drugi z autorów libretta, Gerome Ragni nie doczekał revivalu. Zmarł na raka przed 18 laty. Nie wytrzymał ciśnienia sukcesu. Rozwiedziony, stał się fanatycznie religijny i… wspierał finansowo Czarne Pantery.

Jak powstał musical? Był rok 1964. Dwóch początkujących aktorów – James Rado i Gerome Ragni – spotkało się na próbach off-Broadway, w The Open Theatre. Polubili się na zasadzie przyciągania kontrastów. Wkrótce napisali pierwsze teksty o długowłosych. Pomysł wzięli z życia. – Widzieliśmy grupy dzieciaków pętających się po East Village, wyrzuconych ze szkół z powodu zapuszczonych włosów i palenia haszu – wspominał Rado. – Przyglądaliśmy się hipisom, którzy dawali czadu w parkach i na ulicach Nowego Jorku. My też zapuściliśmy włosy i wczuliśmy się w luzowy klimat. Postanowiliśmy z tego zrobić temat musicalu.

Rado nadal nosi kamizelkę na nagi tors i kłaki do ramion (chyba że to peruka); na nich wiąże bandanę. Jest en vogue, choć gębę brużdżą mu tysiące zmarszczek.

Protagoniści sukcesu

Kariera „Hair” to przypadek Kopciuszka. Przed prawie rok autorzy libretta antyszambrowali u nowojorskich teatralnych bossów – nikt nie chciał podjąć się produkcji spektaklu. Pierwszy zaryzykował Joseph Papp, reżyser niszowych scen, specjalizujący się w Szekspirze. Wystawił „Hair” w swoim Public Theatre, z udziałem aktorów-tekściarzy (Ragni jako Berger, Rado jako Claude). Z tego czasu (1967 rok) pochodzi pierwsza, jeszcze bardzo niekompletna płyta. Nie ma na niej połowy utworów, w tym np. finalnego songu „Let the Sunshine in”, który stał się manifestem młodzieżowej rewolty. Nie ma przejmującego, rozpoczynającego się od wycia syren, najbardziej antywojennego utworu „Three-Five-Zero-Zero” (chodziło o szeregowy numer żołnierza zabitego w Wietnamie).

Muzykę – wpadającą w ucho, trochę rockową, trochę klasyczną – skomponował kanadyjski kompozytor, Galt MacDermont. Sporo starszy od librecistów – dobiegał czterdziestki – miał żonę, czwórkę dzieci i nosił krótkie włosy. Jednak współpraca okazała się trafiona w dziesiątkę. Pierwsze utwory pan kompozytor napisał w trzy tygodnie; całość zabrała mu trzy miesiące. Stachanowskie tempo. Warto dodać, że hitowy „Aquarius” powstał wcześniej, niezależnie od scenariusza. Włączony trochę na siłę, okazał się rewelacyjną klamrą spinającą początek i finał.

Kolejna ważna postać, dzięki której „Hair” stał się sukcesem, to Tom O’Horgan, reżyser broadwayowskiego hitu. Awangardysta. Do spektaklu zaangażował amatorów, dając im prawo do improwizacji. Ich spontaniczność zaskakiwała widzów, a zarazem udzielała się, porywała. W roku 1968 na oficjalnych scenach grano w tradycyjnej manierze.

Długie włosy i ciało

Dzieło duetu Rado/Ragni wywołało obyczajowy skandal z wielu powodów. Nad spektaklem unosił się haszyszowy dym, pary łączyły się w miłosnych aktach bez małżeńskich konsekwencji, bon ton legł w gruzach. Ale za najbardziej gorszące uznano „nagie” sceny. Był w spektaklu moment, kiedy aktorzy zrzucali kostiumy i tańczyli obnażeni. Finał również wydawał się niekonwencjonalny: wykonawcy schodzili ze sceny i mieszali się z wychodzącą im na przeciw publicznością.
Co bardziej bulwersowało – włosy czy nagość? Trudno dziś ocenić.W tytułowym utworze „Hair” pada pytanie: dlaczego nosisz długie pióra? Odpowiedź – w tonie prowokacji – brzmi: nie wiem. Jednocześnie blond hipis buńczucznie zapewnia, że będzie je nosił tak długie, jak Bóg pozwoli im urosnąć. Wzorem Jezusa.

Sądzę, że choć czasy się zmieniły, Broadway revival „Hair” ma zagwarantowaną publiczność. Kto nie chciałby zobaczyć legendy na własne oczy?

Więcej o fenomenie „Hair” w najbliższym Plusie Minusie

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Może być w każdym kolorze, byle czarnym

25 mar 2009

Nazywam się czerń, upiera się współczesna moda. Bez względu na sezon. Niby wiosną i latem mamy do wyboru każdy odcień tęczy, ale tak naprawdę dla wielu kobiet i dziewczyn kolorystyczny wybór jest ograniczony do jednej barwy. Znam takie, które za żadne skarby świata nie wyrzekną się czerni. „Bo to najładniejszy kolor”, tłumaczą. Zachowują się jak Henry Ford, twórca samochodowej potęgi, który o słynnym modelu T ukuł jeszcze słynniejszy bon-mot: może być w każdym kolorze, byle czarnym.

Monotonia? Bynajmniej! Gdyby komuś przyszło do głowy wydanie przewodnika po czarnych inspiracjach mody, miałby przebogaty ilustracyjny materiał. Z reprodukcjami dzieł sztuki, słynnych scen filmowych, czarnych kreacji gwiazd estrady.

Projektanci sięgnęli po pomysły z przeszłości odległej i bliskiej (barok, epoka wiktoriańska, międzywojnie i lata 50.); do krajów z czarną ubraniową tradycją (Hiszpania, południe Włoch, Grecja). W poszukiwaniu mrocznych koncepcji zeszli nawet pod ziemię…

Efekty widać w witrynach salonów mody różnych europejskich stolicach. „Ciemność widzę, widzę ciemność”, powtórzę za bohaterem „Seksmisji”. Czarno, szaro, buro. Owszem, w połączeniu z bielą lub pastelowymi tonami, lecz te jasne walory jakieś zszarzałe, jakby brudne.

Kiedyś Hussein Chalajan zakopał jedwab, z którego potem uszył dyplomową kolekcję. Wykopany materiał wyglądał jak strój ekshumowanych. Makabra. Pamiętacie „Thillera” Michaela Jacksona, klasykę wideoklipów? Zombies, które wtedy wylazły z grobów, teraz paradują na wybiegach. Zaświaty ciągle interesują projektantów. Dziewczyny wystylizowane na zwłoki-wywłoki upodobali sobie Alexander McQueen i John Galliano. I lansują wampircze kreacje w sam raz na galę u szatana. Wbrew zwyczajom, upiory nie boją się już światła dnia. Występują całodobowo, w stylu goth. Te mroczno-demoniczne klimaty utrzymują się zwłaszcza w Berlinie. Niesamowite miasto, gdzie kultywowane są punk-tradycje. Które pokolenie się tym bawi? Drugie, trzecie?

Bardziej oryginalna jest wiktoriańska elegantka w wyuzdanej wersji. Wampirzyce jak z filmu „Zmierzch”. Burza włosów (patrz obrazy prerafealitów), blade lica przysłonięte tiulową woalką (pomysł D&G), przesadny, mocny makijaż, do tego suknia z czarnej koronki na gołe ciało (wiadomo, Prada) albo bluzka zdobiona taftowymi falbanami (Chanel) plus koronkowa minispódniczka (Givenchy). Kto woli stroje mniej strojne, może emanować seksem bez ozdób. Czarna skóra oblekająca skórę naturalną. Perwersyjna oferta, z posmakiem sado-maso i post-punk. Vide – „Powrót Batmana”, a raczej – powrót Kobiety-Kota. Drapieżne kociczki a la Michelle Pfiefer obnaszają czaszki ciasno obleczone kapuzą, kapturkiem (czarnym, nie czerwonym), pilotką, dzianinową czapką (wypisz, wymaluj, kopia nakrycia głowy z obrazu Memlinga).

Że brzydko? To może inna stylistyczna wolta i kolejna wyprawa w przeszłość: klimaty egzystencjalne. Juliette Gréco, Édithe Piaff i nasza Ewa Demarczyk. Czarne anioły sceny muzycznej lat 50. i 60. Występowały nieodmiennie w żałobnych, skromnych sukienkach. Ale mała (lub długa) czarna dziś nie wystarcza. Coś musi przyciągać uwagę, drażnić, prowokować. No to wymyślono faktury.

Kontrastowe, niezwykłe, dotychczas nie kojarzone z ubiorem. Właściwie, od nich należałoby by zacząć. Są najbardziej charakterystyczną cechą, znakiem rozpoznawczym obecnej czarnej serii. Połysk kontra mat, gładkość zderzona z puszystością, wymyślnie pikowany materac do przezroczystości. Skoro Burberry zamiast praktycznych okryć lansuje minispódniczkę z kruczych strzyżonych piórek i krótki trencz na gołe ciało z pikowanej skóry, to znaczy, że koniec z kraciastą tradycją. Czarna noc trwa od rana.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Intymność uprawiana publicznie

22 mar 2009

To cecha współczesnej obyczajowości: wywalić wszystko kawa na ławę, stłamsić naturalny odruch wstydu i potrzebę prywatności. Z pewnością zawiniły media – coraz odważniejsze talk-shows, nagłaśnianie seksualnych afer, zdobywanie popularności za pomocą skandali. Na co dzień przekłada się to na zachowania nonszalanckie i lekceważące wobec innych. Właściwie – zjawisko niewinne. Tyle, że przykre dla świadków.

W metrze i na ulicy

„A ja mam swój intymny mały świat”, śpiewała przed laty Iga Cembrzyńska. Piosenka wciąż wykonywana, tytułowy slogan nadal popularny. Tylko coraz mniej osób rozumie jego sens. Dziś większość ludzi stawia na byt publiczny. Poza tym lansowana jest naturalność. Niestety, fałszywie pojęta – graniczy nieraz z ekshibicjonizmem. To, co kiedyś miało prawo wydarzyć się tylko w czterech ścianach, teraz może (powinno?) mieć publiczność. Wiem, obyczajowość musi się zmieniać. Dawny bon ton nie przystaje do współczesnego tempa życia. Ale dlaczego ton nadaje prostactwo? Najgorsze jest to, że jesteśmy zmuszani do uczestnictwa w spektaklach, które zupełnie nie są interesujące. Co więcej, żenują przypadkowych obserwatorów – choć bynajmniej nie krępują wykonawców. Dla nich sceną są wszystkie miejsca publiczne: ulica, metro, przystanek autobusowy, centrum handlowe. Im większy tłum dookoła, tym lepiej. Manifestują postawę cool.

Makijaż między stacjami

Niemal co dnia staję się mimowolnym świadkiem czynności, które kiedyś uchodziły za intymne.

Często z tej racji, że są mało przyjemne wizualnie, zapachowo czy fonicznie. Kiedyś dobrze wychowany człowiek krępował się publicznie wysmarkać nos. Dziś wszyscy dookoła charczą, kaszlą i głośno oczyszczają drogi oddechowe, nawet nie starając się tego maskować. „Fedrowanie” palcem w nosie, to też nierzadki widok. I podziwianie urobku.

Onegdaj za nietaktowne uchodziło także publiczne wykonywanie makijażu. Damie nie wypadało ujawniać, jaki szczegół jej urody nie został dany przez naturę. Ale obecnie dziewczyny nie wstydzą się poprawiać twarz na oczach wszystkich. Jeśli robi to z wdziękiem, nie widzę problemu. Raczej podziwiam zręczność. Widziałam kiedyś mistrzynię: wykonała w metrze pełen makijaż, od podkładu pod puder, przez rzęsy i cienie na powieki, aż po usta i puder. Jednocześnie rozmawiała przez komórkę!

No właśnie – głośne rozmowy telefoniczne w miejscach publicznych biją szczyty „deintymizacji”. Czego to nie dowiadujemy się o bliźnich: z kim śpią, kogo „wydymali”, z kim spotkała się ciocia, co przygotowują na obiad. Dyrdymały ogłaszane ex cathedra. Prawdziwą udręką jest telefoniczny gaduła w pociągu, nieświadomy, że zamiast informować o swoich poczynaniach cały przedział, powinien wyjść na korytarz. Zapewniam – nie chodzi tylko o tzw. dobre wychowanie. To kwestia indywidualnej wrażliwości.

W oparach kanapki

Najwyraźniej brakuje jej tym, którzy w metrze czy tramwaju posilają się, jak w wagonie restauracyjnym. Kiedyś Bunuel w filmie „Widmo wolności” dokonał przewrotnego zabiegu: czynności intymne upublicznił, zaś towarzyskie – utajnił.

W efekcie, bohaterowie dokonywali defekacji podczas przyjęcia, przy zastawionym stole. Jedli natomiast w samotności, w ustronnych zakątkach. Teraz obydwie fizjologiczne potrzeby odbywają się na publicznym forum. Wielokrotnie widziałam taką scenkę: stoi facet na jezdni, przy zaparkowanym samochodzie i udaje, że sprawdza koło. Albo mamusia „wysadza” malca pod pierwszym lepszym napotkanym w centrum miasta drzewkiem. Przechodnie udają, że tego nie widzą. Nikt nie reaguje – po co wywoływać aferę z tak błahego powodu?

Jedzenie także może świadczyć o braku osobistej kultury. Nie chodzi o siorbanie czy inne „tradycyjne” uchybienia wobec savoir-vivre’u. Pospieszne opychanie się nie należy do estetycznych widoków. A zapachy – nawet smakowite – drażnią w miejscach, gdzie ludzie są zmuszeni do fizycznej bliskości. Zmorą kin stały się mdlący fetor smażonego pop-cornu i chrupanie tegoż podczas seansu. Ale przynajmniej kinomanom zaoszczędzone zostały efekty wizualne. Gorzej z ulicznymi pochłaniaczami fast-foodów. Ci żują swoją karmę w każdym miejscu. Nie przychodzi im do głowy, że zajadanie w zatłoczonej komunikacji miejskiej, to również przejaw nie liczenia się z resztą. Niedawno w metrze zostałam wzięta w dwa ognie przez konsumentów kanapek. Ten z prawej pochłaniał ogromną „łyżwę” z tuńczykiem; ten z lewej – z kurczakiem. Kulinarne zapachy wypełniły wagon, żuchwy głośno pracowały, co głodniejsi pasażerowie kręcili się niespokojnie, przełykając ślinę. Chłopak, z którym sąsiadowałam z lewej, ułatwiał sobie trawienie, każdy kęs kanapki popijając sokiem z butelki. Kiedy skończył danie główne, przeszedł do deseru. W ten sposób uporał się lunchem, zanim dojechał do stacji Politechnika. Tu wysiadł, zapewne w poczuciu sytości i sympatycznie spożytego obiadu.

Rozumiem potrzebę posilenia się podczas wielogodzinnej jazdy pociągiem; akceptuję łyk wody z butelki w upalny dzień. Ale ile trwa jazda warszawskim metrem? Kilkanaście minut. Chyba największy głodomór tyle może wytrzymać.

Zniewoleni uczuciem

Jednak największą katorgą dla przymusowych widzów są „miłośni ekshibicjoniści”. Według nich, świat koniecznie musi dowiedzieć się o łączącym ich uczuciu. Zakochanie spadło na nich jak grom z jasnego nieba i nijakiej rady na nie ma.

Toteż muszą publicznie obmacywać się i cmoktać. Widok pary, która w autobusie lub metrze zdaje się zbliżać do orgazmu, wcale nie należy do miłych. Nie chodzi mi o urocze, przelotne całuski zakochanych, delikatne tulenie, trzymanie za łapki. Nic też zdrożnego, gdy dziewczyna siada swemu mężczyźnie na kolanach. Ale gdy zaczyna wwiercać mu się w przyrodzenie, staje się to obleśne. Gdy dochodzi do tego pocałunek z języczkiem, widok staje się krępujący dla obserwatorów, którzy nie wiedzą, gdzie uciec z oczyma. Najbardziej zdumiewające, że „zakochani” (czy raczej napaleni) nie czują żadnej potrzeby ukrycia swego kruchego szczęścia. Przecież to wbrew naturze! Sam instynkt nakazuje chronić uczucie przez spojrzeniami niepowołanych świadków. Podpowiada, że z tak cennym skarbem trzeba uciec w mały, intymny świat. Co ciekawe – wszyscy za nim tęsknią, ale nie potrafią go sobie wybudować.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dotknięci kataklizmem tandety

3 mar 2009

Kryzys, a w sklepach tłumy. Powodem – przeceny. Czy ostał się jeszcze ktokolwiek nieprzemakalny na zakupowe szaleństwo na soldach? Nawet najrozsądniejsi tracą głowę: przecież to okazja. Czy tylko?

Nałogowe szastanie groszem

Przez świat przetacza się tornado fast mody. Zgarnia coraz to nowe ofiary. Degeneruje. Upośledza wrażliwość estetyczną. Wypacza charaktery: oducza planowania, sensownego gospodarowania budżetem, szacunku dla zarobionych pieniędzy i umiejętności świadomego ich wydatkowania.

Obłęd szybkiej mody cynicznie nakręcają wielkie koncerny, które zalewają tandetą cały rynek ubrań, od bazarów po sklepy sieciowe, od butików po outlety. Gdzie tu cynizm, spytacie. Otóż wszechobecność lichych ciuchów i ich przystępność dla najcieńszych portfeli wpędza w nałóg. Od kupowania można się uzależnić jak od używek. To nawet ma nazwę: kupowanie kompulsywne. Jeszcze 10, 20 lat temu problem dotyczył „biednych milionerów”, czyli ludzi ubogich z domu, którzy szybko doszli do sławy i fortuny, nie zdążywszy uporać się z kompleksami. Albo urodzonych w złotej kołysce, lecz z emocjonalnymi kłopotami. Żyjących w ciągłym stresie. Klasyczne przykłady zakupowych nałogowców, to Elvis Presley, Andy Warhol, Elton John. Bliskie temu były Jacqueline Kennedy i księżna Di, choć na swe usprawiedliwienie podawały konieczność reprezentowania państwa.

Uderzenie adrenaliny

Dziś psychologowie biją na alarm. Coraz więcej ludzi ulega zatruciu fast fashion. Żeby zerwać z uzależnieniem, trzeba poddać się kuracji. Swoistej „detoksykacji” od zakupowej manii. To trudne, jak w przypadku każdego innego nałogu. Dlaczego tak jest? Gorączka „szopingu” pobudza adrenalinę, wprawia w świetny nastrój. Potem chce się znów doświadczyć tego cudownego stanu upojenia. Ponownie uwierzyć we własną wartość oraz atrakcyjność. Dopingiem są też przeceny. Klientkom wbija się do głowy, że to wyjątkowa, jedyna okazja. Dodaje się element współzawodnictwa: jeśli nie ty, i nie teraz, to skorzysta na nich kto inny. Efekt? Pożyczki zaciągnięte na „tanie” zakupy. I tak nakręca się karuzela zakupowa. Tego się nie nagłaśnia, bo nikt nie ma interesu w uświadamianiu zagrożenia. Przeciwnie, koncerny ubraniowe są żywo zaangażowane w ogłupianie klienteli. Przekonują, że podążanie za wytycznymi mody zapewnia karierę i szczęście osobiste. Sekundują im kobiece magazyny. Wedle nich, każdy może, a właściwie powinien być en vogue. Na jednej stronie pokazują Haute Couture; na następnej – prezentują wersję demokratyczną. Niby to samo, tylko za grosze. W ten sposób tworzą iluzję, że moda tania i popularna jest jednaka z tą kosztowną, designerską.

Jasne, że nikt zdrowo myślący nie da się nabrać. Ale producenci tandety nie adresują oferty do ludzi rozsądnych ani ceniących dobre marki. W sidła szybkiej mody i kompulsywnych zakupów wpadają głównie młode, i nie tylko młode, ale wciąż niedojrzałe kobiety. Niepewne siebie, nie zrealizowane zawodowo ani uczuciowo. Naiwne i sentymentalne, wierzące, że bajka o Kopciuszku może przydarzyć się w rzeczywistości. I że same znajdą się w tej roli. Fantazjowaniu sprzyjają… nowe ciuchy. Mini jak u Dody, półprzezroczysta koszulka w stylu Paris Hilton, dekolt do pępka a la Victoria Beckham. Najważniejsze, żeby było seksy. W mroku klubowej imprezy książę nie zauważy, że Kopciuszek nie nosi kreacji od Versace, lecz bubel z taniej sieci. Za to doceni ciało.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop