Ona nie ma szczęścia w miłości. To wie każdy, bo wokalistka-celebrytka z masochistyczną przyjemnością publicznie rozdrapuje rany. Porzucona, pisze tekst nowej polskiej piosenki. Potem składa płyty z jęków i skarg na płeć przeciwną, przerywanych buńczucznymi zapewnieniami, że da sobie radę. Tak jak teraz.
Minerały cierpienia
Wydany po pięcioletniej przerwie krążek „Skała” powstał w odwecie, „Na złość” jakiemuś niedobremu samcowi, który jej nie docenił – o czym dowiadujemy się z jednego z utworów. „Na złość otrzepię się z kurzu i ruszę do przodu”, oznajmia dzielna kobieta. Jakby alternatywą było ruszanie do tyłu. A swoją drogą, może właśnie wrzucenie biegu wstecznego okazałoby się dla artystki zbawienne. Jeśli ktoś – tak jak ona – systematycznie ponosi klęski w damsko-męskich układach, to znaczy, że coś w nim samym szwankuje. Ale Kayah wydaje się, że tworząc rozwiązuje problem.
W „Skale” wypowiedziała się na wszelkie możliwe sposoby. Skomponowała muzykę, napisała teksty, wykonała i wyprodukowała dzieło. Oczywiście, pojawia się też na okładce w pełni swej krasy.
Mnie najbardziej zaciekawiło zjawisko, nad którym powinna pochylić się nauka. Otóż pod wpływem niesprzyjających okoliczności artystka ulega mineralizacji. Kiedyś była kamieniem, teraz stała się skałą. Samotną, lecz nie byle jaką. Ni mniej ni więcej, jest diamentem. „Nadzieję mam, że ten brylant docenisz w końcu (…)/ Każdy ma blask diamentowy i jest sam wyjątkowy”.
Lustrzane uczucie
Podobnie bezpretensjonalna, szczera forma cechuje wszystkie utwory. Jeśli rytm czy rym autorce nie wychodzi, salwuje się karkołomnymi akcentami bądź rozciąganiem samogłosek. W sztandarowej kompozycji „Na złość” deklaruje: „Nawet jeśli bitwę przegram/ to mogę wojnę wygrać z too-oobą” (akcent na „ą”). W innej piosence wspomaga ją chórek, powtarzający proste wyznanie „I love you”. Proste? Raczej puste, o czym Kayah ze smutkiem informuje: „Dla ciebie to nic warte słowa (…) Nic nie wyrażają ludzie i tak rzucają je na wiatr/ lecz ja pod sercem je przechowam/ będę nosić je jak skarb”.
Proszę zwrócić uwagę na oryginalne miejsce, gdzie autorka ukrywa rzeczone wyrazy: pod sercem. W wojenno-cwaniackiej piosence był to schowek na szabrowany prowiant: „Spod serca kap, kap, słonina i schab”. Kayah mniej ryzykuje – słowa nie zostawią tłustej plamy.
Na nią czyhają inne zagrożenia, o których powiadamia słuchaczy: „Właśnie w ogrodzie dziś/ Odkryłam strasznie ogromne drzewo”. A strasnej zaby nie było? Pod wpływem uczuciowych katuszy wokalistka stała się nie tylko diamentem, także poetką z ambicjami do psychologii. No, może jeszcze nie dorównuje Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale to tylko kwestia czasu. Jest otwarta na kolejne romanse, jak nie z mężczyzną, to… ze sobą samą: „Lustro czeka/ w oczy sobie zajrzyj/ wytęż wzrok/ gdy człowieka jeszcze w sobie znajdziesz/ pokochaj go/ doskonały nie jest nikt/ nie bądź już na niego zły/ przecież to tylko człowiek/ nie oceniaj go surowo”.
Wniosek: trzeba być asertywnym. Nie pozwolić się zdołować, wciąż próbować. Za którymś razem zła passa minie. Przecież „historia nie zatoczy koła/ już więcej nie zdoła”.
Czyste wody kiczu
Złotych myśli na analogicznym poziomie, wyrażonych podobną kulawą polszczyzną, mamy na najnowszym krążku bez liku. Kto ciekaw – niech sięgnie po „Skałę”, która dziś (14 września) wchodzi na rynek.
I proszę nie sądzić, że mam coś przeciwko Kayah. Nie przyczepiam się do jej wyglądu, nic nie obchodzą mnie domniemane czy prawdziwe zabiegi upiększające, o których zawistnicy dudnią w sieci; niech sobie reklamuje, co jej się żywnie podoba i śpiewa tam, gdzie ma chęć, choćby na przyjęciach dla VIP-ów. Tylko niech przestanie się sobą zachwycać i przekonywać do swych wszechstronnych talentów. Jej literackie dokonania – to czystej próby grafomania. Rzec można – brylantowa. Najsmutniejsze, że autorka nie ma wątpliwości co do rangi tekstów. O piosenkach z płyty „Jkajakayah” mówi wprost, że mają bardzo głębokie teksty i przechwala się, że są tam prawdziwe perły. I przytacza perlisty cytat: „Pocałunkiem, nim wyjdziesz z domu, pożegnaj mnie, jakbyś szedł nie na chwilę, ale na cały wiek”.
„Skałę” ocenia jeszcze wyżej: „Płyta jest akustyczna, mądra, refleksyjna” (wywiad w ostatnich Wysokich Obcasach). Oj, przydałoby się trochę samokrytycyzmu. W życiu także.