Animacja narodziła się pod koniec XIX wieku jako rezultat romansu czarno-białego, niemego filmu i wyzwolonej wielobarwnej sztuki. Z początku elitarna, z biegiem lat coraz bardziej się demokratyzowała. Gdzie dziś jest jej miejsce? Należy do sztuki czy do rozrywki?
Film animowany poniosło w różnych kierunkach. Jeden odłam konkuruje ze sztukami wizualnymi na światowych przeglądach. Przykładem sukces Szwedki Nathalie Djurberg, laureatki Srebrnego Lwa na ostatnim weneckim Biennale, którego otrzymała za filmy z plastelinowymi lalkami.
Drugi odłam animacji skręcił ku komercji. Od lat 30. film rysunkowy dostarczał zabawy – najpierw dzieciom, potem infantylnym dorosłym. Disney popularyzował przesłodzoną tandetę. Niecałą dekadę temu wybuchło gorsze zło: animacja cyfrowa. Digitalne paskudztwo wyparło z kin ambitniejszy film animowany. Rysunkowy, lalkowy, wycinankowy, plastelinowy. Na szczęście, stare techniki znalazły azyl w galeriach.
Szlachetna, artystyczna gałąź animacji wyrosła w połowie lat 20. Wtedy film wszedł w bliskie związki z awangardą. Wszystkie najnowsze plastyczne trendy zostały przełożone na ruchome obrazki. Man Ray, Dalí, Bunuel, Picabia, Léger, Clair, Cocteau, Themersonowie – te nazwiska wyznaczyły wygórowany poziom.
Z tej tradycji powstała polska szkoła animacji, która zyskała w świecie podobną sławę, jak nasza szkoła plakatu. Zresztą obydwie dziedziny miały wiele wspólnego. Operowały plastyczną metaforą i były wolne od komercji.
Po II wojnie nasza animacja tworzyła się spontanicznie. Wspierali ją ilustratorzy (Szancer), plakaciści (Gronowski), wystawiennicy (Zamecznik), scenografowie (Kilian). Pod koniec lat 50. pojawili się pierwsi mistrzowie: Jan Lenica i Walerian Borowczyk, Witold Giersz, Daniel Szczechura; potem młode pokolenie, już wykształcone animacyjnie: Jerzy Kucia, Julian Antoniszczak, Ryszard Czekała, Zbigniew Rybczyński. Dziś działają ich wychowankowie – Piotr Dumała, Mariusz Wilczyński, Wojtek Bąkowski. Pomimo stylistycznych różnic, wszystkich wymienionych łączy podejście do animacji. Operują skrótami myślowymi, niedopowiedzeniami, żartem. I unikają łopatologii.
Tymczasem w kinach królują utwory bez adresata. Autorzy przekonują, że chcą skupić przed ekranem całe rodziny. W istocie propagują kicz i banał. Mnożą się koszmarki w rodzaju Kota Garfielda, Alvina, Artura i Avatara.
To tylko kilka przykładów z ostatniego roku.
W animacji zachodzą procesy, których wcześniej doświadczyły sztuki piękne. Wieki temu sądzono, że w twórczej dyscyplinie dokonuje się postęp, utożsamiany z rozwojem techniki i zbliżaniem się do realizmu. Perspektywa zbieżna, światłocień i realistycznie oddane podobieństwo uważano za kroki milowe na drodze ku doskonałości obrazu. I co? Wszystko to zakwestionowano już w drugiej połowie wieku XIX. W następnym stuleciu wróciła umowność, znakowość, metafora. A po realizm sięgnęła propaganda i reklama. Za jakiś czas podobny los spotka produkcję 3d.
Tagi: animacja, ekran, historia animacji, rysunki









…a szczytem poszukiwań w sztuce XX. wieku okazała się kupa artysty albo penis na krzyżu. To od penisa na krzyżu wolę tandetę Garfielda czy Avatara.
Co nie zmienia faktu, że istnieje problem „sztuki” komercyjnej. Ale dyskredytowanie jej w sposób, w jak zrobiła to autorka tego artykułu, jest zwyczajnie głupie i świadczy o pewnym zacietrzewieniu. Autorka pomija fakt, że duża część polskiej animacji jest może niedosłowna, ale w jakimś stopniu realistyczna…
Śmieszy mnie nieco Pani komentarz z wyżyn teoretycznych okopów. Naprawdę nie słyszała Pani o GHIBLI czy PIXAR ?? Ale to pewnie gorsze zło, za mało intelektualne dla Pani.
Pozdrawiam.
Przepraszam, ale w przykładach pominęła Pani Redaktor nominowaną do Oskara Katedrę. Artystyczna animacja oparta na, jak rozumiem gust Pani Redaktor niskiego lotu opowiadaniu s-f J. Dukaja.
Dalej – w latach 40-stych Disney w ramach popularyzacji przesłodzonej tandety zrobił „Fantazję” – z muzyką Modest Mussorgsky i Paul Dukas – film zdaje się bez jednego dialogu, tylko z muzyką – mam wątpliwości czy nie jest to dzieło ciekawsze od wielu wymienionych przez Panią.
Pzdr.
kundera tak twierdzi i trudno się z nim nie zgodzić
„Niecałą dekadę temu wybuchło gorsze zło: animacja cyfrowa. Digitalne paskudztwo wyparło z kin ambitniejszy film animowany. Rysunkowy, lalkowy, wycinankowy, plastelinowy.”
Co za głupoty. To wcześniej nie było mnóstwa beznadziejnej, tanio robionej masówki rysunkowej, dopiero od digitalizacji się zepsucie zaczęło? A dziś to samo badziewie? Jak pani autorce się nie chce samej zapoznawać z tematem to może niech się zapyta kogoś kto parę filmów rysunkowych za młodu obejrzał?
„Mnożą się koszmarki w rodzaju Kota Garfielda, Alvina, Artura i Avatara.”
Niech zgadnę: W latach 80-tych nie oglądała Pani telewizji? Niektóre z seriali animowanych tych czasów (i polskich i zagranicznych) to dopiero były koszmarki.
nie jestem „autorytetem” ale za to fanem animacji i muszę się przyznać, że na mój bez wątpienia niewysublimowany i plebejski gust jeszcze nigdy w historii tej sztuki nie było tak szerokiego wachlarza twórczości od najniższych do najwyższych lotów, w skali całego świata. rzecz jasna nie mówię o repertuarze multikina, ale w internecie jest wszystko na wyciągnięcie ręki. próby wtłoczenia całości w ramy wyimaginowanych w głowie autorki tekstu trendów w sztuce są może fajną formą zapełnienia arkusza, ale nie wnoszą, droga pani, nic.
z wyrazami nadziei, że miast krytyki bez powodu rozejrzy się pani wokół siebie i dostrzeże rozkwit sztuki, pozdrawiam
nalezy zacząc od tego, że przyjmuje Pani a priori błedne założenie. Przeciwstawianie sztuki rozrywce nie ma najmniejszego uzasadnienia.
Hmm, niewątpliwie ma Pani rację… ze swojego punktu widzenia. Na szczęście ja mogę sobie iść na AVATARA (choć i Kolargol/Uszatek mnie bawią), a Pani na coś bardziej ambitnego, czego zapewne ja bym nie zrozumiał, ale ja to ciemny/niewyrobiony jestem bo na przykład Warszawskiej Jesieni Muzycznej nie kumam
Rozreklamowana „Katedra” Bagińskiego to także kicz, rysownik ten karmi się
poetyką rodem z niewybrednej grafiki gier komputerowych, takie zresztą jest widać powszechne zapotrzebowanie; szykuje on już następny tytuł, też w tej konwencji. Jak się ma do tego uroda i graficzna prostota filmów Dumały?
Oto następna „intelektualistka”, która chce nas pouczać co jest sztuką, a co nie, co warto oglądać i co mamy myśleć… itd. Czyżbym czytał „Wyborczą” ?
Avatar niewątpliwie przejdzie do historii kina, czy Pani Małkowska chce, czy nie.
I nie wszystko co oglądamy musi być „wielką sztuką”, chociaż nikt dokładnie nie wie jaki jest zakres tego pojęcia.
Może tak jest nawet lepiej…
Niewybredny gust to taki co to lubi ładne a wybredny to taki co trudzi sie (bo nie „lubi”- za banalne) w rozumieniu rzeczy niełatwych w swym ukrytym pieknie- czyli brzydkich?
Malowidła w Lascaux – po dziś dzień fascynują tysiące ludzi i nie trzeba nikomu tłumaczyć żmudnie wielkości tych dzieł – prawdziwa sztuka dotacji nie potrzebuje. Zachwyca, oszałamia i … się sprzedaje.
Na ( mglistej i płynnej a wg. mnie – mitycznej) granicy sztuki i rozrywki jest (dotowane) miejsce dla salonu i katedry, z wyżyn których ferowane są wyroki i osądy pomagające łaknącym wskazówek w ocenie tego co jest, a co nie sztuką, rozrywką , co zasługuje na czołobitność a co na zbyć można machnięciem ręki.
Zawsze odnoszę wrażenie, że to co „niskich lotów” i komercyjne, tandetne – żyje , zaś to co eksponowane w (dotowanych) muzeach sztuki „wysokich lotów” – martwe i dalekie od człowieka.
Szczerze śmieszą mnie tego typu „artykuły”. Pani „nie-wiadomo-skąd” mówi mi, co jest artystyczne, co kiczowate, co warte uwagi, co nie.
Sztuka, i to dobra, powinna ponosić serca, zachwycać odbiorcę. Ma na niego tak działać, żeby on nie przeszedł obojętnie obok, lecz zatrzymał się i zastanowił się nad przekazem. Każdy człowiek jest inny i do każdego trafia zupełnie inny przekaz. Pani ma swój gust, uważa go za wysublimowany i jedyny warty uwagi (bo inni znawcy sztuki też taki pogląd mają), jednocześnie pomniejszając ważność innych form sztuki, której Pani nie uznaje. Ja np. nie podzielam Pani zdania, co do wartości wymienionych przez Panią tytułów, bo po prostu nie przypadły mi do gustu. Lepiej się czuję w komercyjnym kinie, niż w ambitnym, ale nie uważam się za ignorantkę i jeżeli ktoś mi mówi, że spodobał mu się film, który mnie się nie spodobał, to nie mówię mu, że nie jest warty uwagi i należy go omijać szerokim łukiem, bo nie jest z kręgu moich zainteresowań.
Jak ktoś wcześniej wspomniał, ja wolę nowoczesną aminację od szokującej galerii z penisami na krzyżach.
Ja nie byłam zachwycona Avatarem przed jego obejrzeniem, ale już po seansie uznałam, że jest to jeden z najlepszych filmów, jakie oglądałam w życiu, i to nie tylko ze względu na efekty, które, owszem, świadczą o nieuniknionym rozwoju kinematografii, ale i również na treść. Z jednej strony fabuła okazała się dość płytka, ale po zagłębieniu się i przeanalizowaniu tematu, jednak można było znaleźć głębszy sens przekazu. JA znalazłam i nie uważam, żeby ten film był koszmarkiem bez adresata.
A nawet pomijając ten aspekt „koszmarku”, jeżeli film ma zgromadzić przed ekranem całą rodzinę, to ja wolę w ten sposób, niż sama się zastanawiać na przekazem ambitnego kina.
Pozdrawiam,
i życzę więcej optymizmu i otwartości
@nimli
spokojnie, avatar jest kiczem i do tego mega. to moja tzw. osobista recenzja. teraz by trzeba ustalac od nowa kryteria, oddzielajac sztuke od rozrywki, komercji i rzemiosla. ty tego nie robisz, stad oburzenie, ot co. nikt nikomu zreszta nie broni siedziec w kinie z cala rodzina , i z cala reszta ludzi, co lubia sie troche rozerwac
co do mnie, to obejrzalam avatar bez obrzydzenia, bo ma swoje zalety : swietne zdjecia przyrody, fajna dynamike scen, perfekcyjna dbalosc o wizualne szczegoly. aktorstwo nedzne, dialogi sztampowate, akcja i watki zerzniete z innych filmow s-f, dretwe i ograne postacie: dobry naukowiec,zly general, dzielny zolnierz, pokrzywdzona tubylcza postac zenska itd.itp. z Pania Malkowska nie zgadzam sie, ze w kinie kroluja utwory bez adresata. otoz adresat jest , calkiem widoczny, to widz mlody, malo wymagajacy i sterowalny. co dla ciebie jest „glebszym sensem przekazu” w avatarze, dla mnie jest nachalnym pacyfizmem , o tyle irytujacym, ze obie strony konfliktu wyrzynaja sie rowno, a wtloczony dla wyrownania akcent ezoteryczny bynajmniej tego wrazenia nie lagodzi. 80% filmu to sceny militarnych akcji. jednak warto obejrzec pozostale 20% , tylko i wylacznie dla scen fruwania w przestworzach! no dobra, na kiczowatym smoku, ale sa swietne i takiego przezycia, mysle, jak dotad nie mielismy w kinie, pozdrawiam wszystkich
@stella
Nie jestem oburzona, do tego mi bardzo daleko, jednak chodzi mi o to, że Autorka artykułu, Ty zresztą też, określa film, który zachwycił miliony widzów na świecie, jako kicz, którego znaczenie dla mnie jest bardzo negatywne. Dla Ciebie rozumiem pójście na film Jarmuscha czy Almodovara jest sztuką a na Camerona nie, bo co?? Czym się kierujesz oceniając „ambitne kino” jako sztukę a takiego Avatara jako rozrywkę niegodną miana sztuki?
Czy to, że idę z całą rodziną na film, który pozwoli mi zapomnieć o szarości i brzydocie realnego świata, spowoduje, że trochę się zastanowię nad swoim postępowaniem, ale tylko dlatego, że jest skierowany do mas, to nie mogę go nazwać sztuką? Czy nowa technologia pozwalająca zanurzyć się w świat widziany na ekranie, dzięki możliwościom stworzonym przez cyfrowe 3D, nie może być sztuką?
Dla mnie np. ten film w odbiorze nie był nachalnym pacyfizmem, a po jego obejrzeniu naszła mnie pewnego rodzaju zaduma nad tym, co ludzie robią ze swoją planetą. Teraz na świecie nie liczy się człowiek, tylko zysk, zysk, zysk… I nie uważam, że sceny militarne, których owszem było dużo, ale bez przesady nie aż 80%, ujmowały czegokolwiek. Poza tym to nie była taka prosta „wyrzynka”, jak w filmach akcji, gdzie nikogo nie obchodzi ilu ludzi z której strony konfliktu zginie. Poza tym ludzie na’vi chcieli tylko mieszkać tam, gdzie od zawsze mieszkali i mieli sentyment i więź do tego miejsca. Dlaczego mieliby z niego rezygnować dla ocej sobie rasy? Mniemam, że gdyby ktoś chciał Cię wykurzyć z Twojego DOMU, też byś nieźle protestowała.
Mnie nie imponowały tylko sceny z fruwającymi ptakami, ale i klimat tego filmu. Mnie osobiście przyroda jest bardzo bliska, i koncentracja na najmniejszych szczegółach środowiska zrobiła na mnie wrażenie. Zresztą same te sceny fruwania również miały głębszy sens, nie tylko przekonania widza, co może dzisiejsza technika, że mogłam się poczuć jakbym to ja tam leciała. To też pewnego rodzaju przenośnia, jak piękna potrafi być przyroda i jak wiele szczęścia może nam dać ona sama, jeśli tylko jej na to pozwolimy. Jeżeli pod tym względem jestem widzem niewymagającym, to się pod tym podpisuję jak najbardziej. Co do sterowalności, to już na pewno się do tego grupy nie zapiszę, ponieważ długo się zastanawiam nad tym na który film pójść do kina i wydać na nie niemałe pieniądze.
Co do fabuły czy kwestii dialogów, to fakt, nawet ktoś, kto nie zna angielskiego, spokojnie mógłby nie przejmować się napisami. Jednak czy lepsze są teksty w kinie ambitnym, gdzie często dyskutowane są tematy ważne, czasem kontrowersyjne, bardzo dobrze przedstawione, ale jednak bez jakiejkolwiek głębi w tekstach??
Świetny artykuł w pełni się zgadzam z Pani opinią: WILCZYNSKI, DUMALA to sztuka najwyzszych lotow, to artysci należący do elity najwybitniejszych światowych twórców animacji artystycznej ale jednocześnie niestety tworcy stosunkowo malo znani w Polsce, dzieki Pani ktos moze tutaj dowie sie o ich sztuce, pomysli chwile, i może zrozumie na czym polega roznica miedzy Dumala i Wilczynskim a np.Baginskim czerpiacym pelnymi garsciami z tak zlych, pozbawionych gustu wzorow jak malarz Beksinski.
a artysci tej rangi co rzeczeni Mariusz Wilczynski i Piotr Dumała dzieki Pani znajda i wychowaja sobie nowych odbiorców.
A moze jestem niepoprawna romantyczka?
Ale, prosze, niech Pani sie nie przejmuje zaciekloscia i agresja tu polemizujacych (a raczej skaczacych Pani do gardla) forumowiczow i nadal promuje tak piekne i szlachetne wartosci w sztuce, bo robi Pani naprawde dobra prace ktora nie idzie na marne
Z wyrazami szacunku
Jolanta z Wrocłwia
Pełna zgoda z tezami autorki, tylko jeden szczegół nie dokońca jest prawdą, a mianowicie wydaje mi się, a właściwie jestem prawie pewien że Mariusz Wilczyński nie jest niczyim wychowankiem tylko jest samoukiem.
Dumałę uczył Szczechura, Bąkowskiego Urbański a Wilczyński, co często w wywiadach sam ostentacyjnie podkreśla, jest samoukiem.
Ale za odwagę w forsowaniu wartości najwyższych acz niepopulistycznych ogromny szacunek dla autorki tekstu.
Przyznam, że kiedy oglądałam „Avatara” po raz pierwszy, bardzo mnie wciągnęła opowiadana historia i nie rozumiałam, jak ludzie mogą sobie spokojnie chrupać popcorn, kiedy biedny lud Na’vi walczy o przetrwanie. Poza tym po raz pierwszy oglądałam film w trójwymiarze i tak mi się to spodobało, że wybrałam się na ten film po raz drugi. I tu czar prysł. Animacja nadal zachwyca i będę się przy tym upierała, natomiast w fabule zaczęłam dostrzegać banał, powielanie schematów, jednowymiarowość postaci i tak dalej. Nimli, to świetnie, że takie pozytywne wrażenie zrobiła na tobie fabuła, w której dopatrujesz się głębi przekazu. Pozytywnych wrażeń nigdy za wiele. Ale nie zabraniaj pani Małkowskiej oceniać film chłodnym okiem i widzieć w nim kicz i banał, tylko dlatego, że ty jesteś do niego nastawiona entuzjastycznie. Dodam, że nie jestem fanką felietonów tej autorki, momentami śmieszy mnie przebijający z nich snobizm, na przykład oburzenie na jakąś pasażerkę metra, która śmiała przy ludziach umalować sobie usta. Ale staram się być obiektywna.
@studentka
Ja po prostu wychodzę z założenia, że każdy, absolutnie każdy, ma prawo do swojego głosu i gustu. Faktem jest, że ile osób by nie spytać o jakikolwiek film, tyle różnych odpowiedzi padnie, i pozytywnych, i negatywnych, ile tych osób.
Zazwyczaj bywa tak, że chłodnym okiem oceniamy to czego nie lubimy, nie podoba nam się. Raczej trudno jest wyzbyć się emocji w ocenie czegoś, co nam się podoba i często potrafimy bronić swego zdania wbrem wszystkim i wszystkiemu.
Jak już wspomniałam, każdy ma swoje zdanie, inaczej odbiera otaczającą rzeczywistość swoimi zmysłami. Równie dobrze to, co podoba się Pani Moniki Małkowskiej, może zupełnie nie przypaść mi do gustu i wtedy ja nazwę to kiczem. Szczerze mówiąc (raczej pisząc), jest wiele szanowanych na świecie i uznawanych za przewspaniałe arcydzieła, czy to rzeźby, czy ubiory, filmy, które ja osobiście uważam za kicz. Ale myślę, że gdybyśmy się spotkały z Panią Moniką i porozmawiały, na pewno byśmy znalazły wspólne zainteresowania.
Oczywiście, szanuję zdanie Pani Moniki, jak najbardziej, i nie przeczę, że może mieć inne niż ja. Jestem po prostu sceptycznie nastawiona do krytyków, którzy przez swoisty odbiór danego produktu/dzieła, przekazują sobie bliskie informacje, nierzadko uznając jedynie te za słuszne. A kto ma inne zdanie, ten nie zna się na sztuce. Mam nadzieję, że Pani Monika nie należy do takiego grona.
Pozdrawiam
Szanowna Pani Redaktor,
bardzo przekonujaca analiza zjawiska, milo czytac. Animacja sama w sobie nie niesie niezpieczeństwa komercjalizacji, w jej najgorszym znaczeniu. Niesie z soba niebezpieczenstwo upraszczania srodkow wyrazu, chyba bardzij niz film, poniewaz animacja niejako z załozenia zakłada operowanie uproszczonym symbolem (uproszczona symbolika), skad do taniej komercji bliziutensko jak przez sien.
Wydaje sie tez, ze jest jeszcze jeden czynnik: w wyniku bezustannej obecnosci mass mediow i zmniejszonego zainteresowania sztuka ‘wysoka’
odbiorcy coraz czesciej wola uproszczony przekaz, ktory, jak sie zdaje, latwiej osiagnac w animacji, mogac juz na poczatku zmienic wymowe symboli.
Lączę wyrazy szacunku
No cóż, pani redaktor jak zwykle tendencyjna albo , w co w przypadku historyka sztuki raczej należy wątpić nie wie. Dlaczego? Ano dlatego, że nie sposób nie wiedzieć pisząc o filmie animowanym o Władysławie Starewiczu i jego prekursorskich na skalę światową dokonaniach. Prawda, nie był tak dziś wielbionym dadaistą więc mozna go całkiem spokojnie pominąć. Wpiszcie „starewicz” w YouTube …. on robił te filmy najpierw sam, potem z córką..lalki, dekoracje, zdjęcia…a na planie potrafiło być do 300 ( tak, trzystu!!!) lalek…
Grafikami byli autorzy prze omowego dla polskiej animacji filmu By sobie raz… Na wydzia ach grafiki i malarstwa Akademii Sztuk Pi knych zlokalizowane s najwi ksze pracownie animacji a znakiem rozpoznawczym Polskiej Szko y Animacji sta si jej niezwykle wysoki poziom plastyczny.