– Chciałam zamówić polędwicę na sobotę – poprosiłam w czwartek sprzedawczynię w pobliskich delikatesach mięsnych.
– Zamówienia przyjmujemy do czternastej. Na następny dzień – z godnością poinformowała indagowana.
– Ale ja potrzebuję na pojutrze – uśmiechnęłam się szeroko.
– To pani przyjdzie w piątek. Od szóstej do czternastej.
– A nie mogę dziś? Przecież to chyba jeszcze wcześniej. Mogę zostawić zaliczkę – ciągle jeszcze usiłowałam mówić z uśmiechem.
– Z zaliczką czy bez, nie mogę gwarantować. W piątek cała polędwica może wyjść – droczyła się ze mną kobieta, już świadoma swej przewagi nade mną. Widziała, że mi zależy. Fakt – w sobotę spodziewaliśmy się gości i zaplanowałam befsztyki. Pewnie poszłabym szukać szczęścia gdzie indziej, gdyby nie młodsza pracownica mięśniaka, dająca mi znaki oczyma. – Polędwica jest co dzień, pani się nie martwi – szepnęła, gdy szefowa zniknęła na zapleczu.
Poczułam się jak w wehikule czasu. Wróciła przeszłość i PRL-owskie „królowe”, dystrybuujące towar spod lady w zamian za inne dobra bądź karesy. Jak się okazało, nie mnie jednej dane było doświadczyć podróży wstecz. Odbyły ją także moje dwie radiowe koleżanki. Poszły do lokalnej jadłodajni posilić się zupą, a konkretnie – botwiną z połową jajka. Taka pozycja figurowała w menu. Pracownica garkuchni wydzieliła im po talerzu buro-różowego płynu, bez wzmiankowanego wyżej kurzego produktu. – A jajko gdzie? – zainteresowała się jedna z głodnych. – No posiekane, w zupie – warknęła kobieta od kotła. – A dlaczego nie cała połówka? – znajoma dochodziła swego.
– Nie podoba się, może porcję zwrócić! – kuchenna postawiła na swoim.
Kto wie – może to ona zżarła ostatnie jajeczko… Historia zna podobne sceny, lecz sądziłam, że należą do przeszłości. Albo są z filmu „Miś”.
Myliłam się – w tych przypadkach nie chodzi o system ekonomiczny, lecz o ludzką mentalność. Zawsze znajdzie się ktoś, kto musi okazać innym wyższość, inaczej źle się czuje. Jak pewna niewiasta jadąca metrem. Zajęła miejsce pośrodku siedziska; po bokach było wolne. Weszły dwie miło wyglądające dziewczyny, chciały pogadać.
– Czy mogłaby pani przesunąć się o miejsce? – poprosiły. – Nie! – odpowiedziała jejmość krótko, wyraźnie ukontentowana, że uniemożliwia przyjaciółkom dalszą rozmowę.
Wysiadam z metra, spieszę się, chcę wbiec po ruchomych schodach. Nie ma mowy. Lewa strona – na całym świecie uważana za pas „szybkiego ruchu” – u nas zakorkowana rozpartymi maruderami. Kiedyś obok schodów widniały instruktażowe rysunki – z której strony stać, z której przechodzić. Pouczenia nic nie dały. Pasażerowie narzucają własne zasady, dyktowane ich wygodą. Że komuś przeszkadzają, ktoś chce przejść szybciej? Niech jedzie samochodem, cha, cha. Czyż to nie śmieszne, kiedy komuś można bezinteresownie dokuczyć?
„Chłop żywemu nie przepuści, jak się żywe napatoczy, nie pożyje se, a juści”, śpiewał kiedyś Kazimierz Grześkowiak. Postawa życiowa nadal aktualna, jednak sposoby jej manifestowania poszły z postępem.
Wchodzę do punktu ramiarskiego. Słyszę – jakiś klient usiłuje odebrać zamówienie. Dopytuje, czy gotowe. Urzędujący w sklepie chłopak nie potrafi odpowiedzieć. Mężczyzna prosi o skontaktowanie z szefem.
– Czy ja jestem pańskim SMS-em? – opryskliwie rzuca młodzian i wzgardliwie odwraca się plecami. Bo życzliwość dla bliźnich wymaga wysiłku. Chamstwo zaś nic nie kosztuje, a daje satysfakcję. Oraz poczucie władzy.









Kultury uczy rynek a w konsekwencji plajta. Ale w PRL-BIS przed rynkiem bronią więc i kultury brak.
Pani sie myli,chodzi o ekonomie.I jest Pani troche zapozniona ,wolowine od dawna trzeba zamawiac:)
Narzekanie nie ma sensu – trzeba iść do konkurencji. A poza tym są poważniejsze niedogodności dla klienta- weźmy na ten przykład chamskie zagrywki bankowców, każących płacić sobie słono za rzeczy-wydawałoby się- będące integralną częścią usług bankowych, Dlaczego mam płacić prowizję z wyplatę moich pieniędzy w kasie (w okienku) PKO BP, placic za przelew, placic z informacje o stanie moich finansów, za zaswiadczenie i to płacic krocie. Na czym więc polega usługa bankowa? Czy na tym, ze mam w zebach zanieś do banku pieniadze a potem dopraszac sie , bym mógł nimi dysponować? To chore. Dlaczego politycy pozwalają na taki humbug?
To Pani idzie do innego mięsnego i do innej stołówki. Na Miłość Boską czy na tym blogu Pani tylko narzeka? Oby tylko takie problemy Polacy miewali…
Rynek, z pewnością nauczy sprzedawców, ale co ze schodami do metra?
Przpraszam za poprzedni naiwny komentarz. Pani faktycznie narzeka tylko na tym blogu – widać taka jego konwencja. Co ciekawe (prawie) zawsze narzekanie jest z odwołaniem do Nowego Jorku i innych takich (z wprowadzoną zmiennością bo czasami bywa to Jerozolima, a nawet Paryż, czy Rzym może). Jejku… za to płacą w „Rz”?
Kultury uczy rynek a w konsekwencji plajta. Ale w PRL-BIS przed rynkiem bronią więc i kultury brak.
Co za nonsens !!
Kultura bierze sie z zasad i wartosci nie z rynku !!
Do popalajacy: te problemy, to się nazywa jakość życia i w całym cywilizowanym świecie o nie właśnie zwykłym ludziom chodzi – bo zasadniczo nie dyskutujemy 3 razy dziennie o historii II wojny. A co do odniesień autorki bloga do innych miast – to chyba zrozumiałe, trzeba się w czymś (jako społeczeństwo) przeglądać. Naszym punktem odniesienia mamy być my sami? Co za megalomania!
mięso je mięso
Bardzo współczuję, ależ problemy, brak na sobotę polędwicy, jajka do zupy, rama nie na czas i to cholerne metro! Pocieszę Panią, do fryzjera trzeba się zapisać, żeby nabyć legitymację seniora ukończyć sześćdziesiąt lat, na srebrnego ferrari czekać trzy miesiące, a na pasterkę do… wigilii! Naprawdę nic się ne zmieniło, jak w PRL-u!
Muszę się podpisać pod artykułem. Mnie też zdarzają się „wycieczki”wstecz, często w jakiś mniejszych sklepkach osiedlowych. Mentalność po poprzednim systemie jeszcze się czuje. Kontrast uderzył mnie po pobycie we Francji, gdzie czuje sie na ulicach że ludzie są po prostu dla siebie mili, gdy ktoś zajdzie komuś drogę albo popchnie nieuważnie posyłają sobie raczej uśmiechy niż wrogie spojrzenia. W każdym sklepie sprzedawczynie witają klientów, standardowe „dzień dobry, dowidzenia i miłego dnia” słyszy sie też od kasjerek w supermarketach. Często jakieś drobne przysługi, czy uprzejmości … Czasem troche wyuczone, ale w większości raczej szczere. Brakuje mi tego u nas troche. Nie chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy źle wychowani, bardziej wynika to z nieufności i podejrzliwości, które wynieśliśmy z PRLu.
Wbrew pozorom temat bardzo trudny bo dotyczący naszej mentalności,mentalności kształtowanej poprzez handel w okresie okupacji i całe dziesięciolecia powojenne.To nie było tak że wszystkiego brakowało,60% atrakcyjnych towarów było w magazynach ale tylko car i bóg w osobie kierownika sklepu decydował komu i za ile,zwykły człowiek nie miał szans.Słynne WPHW począwszy od dyrektora a skończywszy na kierowcach to byly gigantyczne układy i powiazania.Pralka automatyczna a proszę bardzo ,bokiem 10000 uwczesnych złotych i nie ma sprawy itd,itd.
Najgorsze że to zostało i zatruło następne pokolenia i dlatego dziś
większość urzędników nie ruszy sprawy jak coś im z tego nie skapnie,to samo dotyczy polityków.Jesteśmy zatrutym społeczeństwem zadającym tylko jedno pytanie ” A co Ja z tego będę miał ” i to nas zabije …..chyba że znajdzie się odtrutka pod nazwą normalność i życzliwość .
Nie wiem w jakim mieście to się dzieje. Widocznie tam jeszcze konkurencja nie dotarła. Ja mieszkam „na prowincji”. W moim mieście takie traktowanie byłoby nie do pomyślenia bo właściciel by zbankrutował. U nas klient to pan. Moja rada: niech się pani wyprowadzi z tej PRL-owskie przeszłości.
Gdyby pani redaktor powiedziała na schodach ruchmoych magiczne słowo „Przepraszam”, gdyby dwie młode interlokutorki również zaczeły od słowa „przepraszam”, gdyby w mięsnym zamiast zaczynać rozmowę od „chciałabym” zacząć od szczerego „dzień dobry” efekty mogłyby być zgoła inne.
Zbydlenie dotyczy nie tylko tych co mogą nam coś dać , ułatić etc ale równiez NAS samych.
Zresztą już Chrystus powiedzaił ” źdźbło w oku bliźniego widzisz ale belki w sym już nie” – co wskazuje na ponadczasowość tegp zjawiska.
100% zgoda z autorką. Czasem po prostu ręce opadają.
A PRL się skończył ???
Przecież ciągle pokazują Jaruzelskiego, Millera, Cioska, Kwasniewskiego, Kiszczaka, Michnika.
A w moim miescie, Chojnicach, nadal jest ulica Janka Krasickiego, Hanki Sawickiej.
No jedyna różnica, to może to, że wołowina jest codziennie a papier toaletowy, to nawet pachnący.
Hmm, czy to jedyny miesny sklep w Pani okolicy?
jechu
Do Sebastiana: trzeba zbudować więcej schodów w metrze wtedy konkurencja wymusi na nich (schodach) bycie grzecznym
Hmm. Dziwią mnie niektóre komentarze. Ale to może, że trudno czasami się przyznać, że jako ogół to Polakom na ulicy bliżej do chamów i prostaków niż do życzliwych.
Często Pani Redaktor to chyba METREM nie jeździ, prawda?
Z mego doświadczenia wynika, że 90 % użytkowników METRA respektuje zasadę „jeżdzenia schodami po prawej stronie”.
Czytelnicy z poza W-wy, nie jest tak strasznie jak Pani Redaktor to opisała.
Pozdrawiam
Małkowska wyrasta na największą malkontentkę Rzeczpospolitej.
Jedzie po wszystkim i po wszystkich. Przypomnę jej zdanie na temat Michaela Jacksona i jego pogrzebu, cytat: „Zaprzątał uwagę jako dostarczyciel sensacji: pedofil, który za chwilę rozejdzie się w pooperacyjnych szwach, tonąc przy tym w długach. Umarł król, można oddać mu tron. Wprawdzie nie ma mózgu, ale to nie była jego mocna strona. Głosu też nigdy nie posiadał, popiskiwał falsecikiem. Owszem, kiedyś tańczył ładnie, ale jak by to mu dziś wyszło? Dobrze, że fanom nie było dane tego zweryfikować. Co on tam jeszcze wyjątkowego zdziałał? Aha, komponował piosenki. Nieskomplikowane – kilka fraz powtarzanych na okrągło. Jednym uchem wpadały, drugim wypadały. Najlepiej byłoby go zmumifikować i umieścić w Sevres jako wzorzec mega-kiczu”.
Potem była też seria innych wpisów, w których poddała krytyce restaurację Gesslerów – bo śledź był rzekomo nie dobry i za drogi…
A co się tyczy dzisiejszego wpisu na blogu to Małkowska jest niekonsekwentna w stopniu wręcz elementarnym. Chcąc bowiem kupić polędwicę nie powinna udawać się do „pobliskich delikatesów mięsnych”, bo – wbrew temu co sugeruje autorka – takowych za komuny w Warszawie było może kilka i przez to z całą pewością nie można byłoby ich nazwać „pobliskimi”. Porównanie do PRL więc kompletnie nietrafione. Befsztyki mogła Małkowska bez problemu kupić i od ręki kupić w innych sklepach w centrum miasta, których nazw tu nie wymieniam. Dlaczego jednak tam po nie nie poszła? – bo nie mogłaby na nic narzekać! Nie chce mi się też wierzyć, że Małkowska była w stanie mówić w sklepie mięsnym z uśmiechem, bo z treści jej wpisów na blogach wynika, że uśmiech na jej utrudzonej i sfrustrowanej twarzy jest czymś zupełnie niespotykanym. Dziwna jest też opowieść Małkowskiej o zupie z botwinki i połówce jajka. Od kiedy to bowiem Szanowna Autorko oczekuje Pani Wersalu w barach mlecznych??? Ile kosztowała ta zupka? 3 zł, a może 4 zł??
Idąc tokiem rozumowania autorki należałoby się zastanowić nad tym dlaczego tak profesjonalna gazeta jaką jest Rzepa, zamieszcza taki chłam jak twórczość Małkowskiej. Czytając bowiem wpisy Małkowskiej robi mi się nie dobrze w stopniu o wiele gorszym aniżeli po konsumpcji zgniłego jajka rozgniecionego w sfermentowanej zupie z botwinki… Ale czy jest to temat na artykuł??? Napiszę o tym jak pogrążę się w paranoi – póki co pozdrawiam czytelników życząc im wspaniałego dnia!!!
Bardzo sobie cenię Pani felietony. Są niezwykle trafne i kapitalnie demaskują bolączki naszego, codziennego życia. Poza tym dokładnie odzwierciedlają moje uczucia, gdy widzę ten wszech otaczający brak kultury, by nie powiedzieć dosadniej – ogólne (coraz bardziej powszechne) chamstwo i prostactwo, ten brud ulic, smród sklepów, nieuprzejmość ludzi. Kto tego nie widzi lub na krytykę reaguje „świętym oburzeniem”, to albo sam takim właśnie jest, albo okłamuje samego siebie. Pani Moniko, proszę nie ustawać w odważnym wytykaniu dziadostwa.
Rynek potrzebuje takze „swiadomego” konsumenta, ktory po prostu pojdzie do konkurencji. Pozostawanie klientem chamskiej sprzedawczyni niczego nie zmieni, kochana Pani Redaktor. A tak to za pare lat sklepik z chamska sprzedawczynia splajtuje i wtedy ta pani bedzie juz tylko bluzgac na urzedasy od zasilku dla bezrobotnych … .
Też sądzę (jak wyżej komentujący), że ten PRL ciągle żyje. Także zmuszony jestem chodzić po ulicach Janka Krasickiego, Hanki Sawickiej, Juliana Marchlewskiego. Dwadzieścia lat po rzekomym upadku komunizmu, sowieccy gieroje spod znaku sierpa i młota ( o czerwonej gwieździe nie wspominając) wciąż są honorowani i patronują ulicom, szkołom czy placom. Dopiero w zeszłym roku został zburzony pomnik UB w centrum miasta. Miejscowi SLDowcy nie mogą przeboleć, że już nie mają się gdzie spotykać 1 maja. Dlaczego więc nie ma go być w urzędach czy sklepach? Przecież tam wciąż tkwią ci sami ludzie lub ich dzieci, wychowane tak samo.
Życzliwość ludzi wobec siebie nie zna granic, pod warunkiem, że ludzie są zadowoleni kim i czym są i z tego co mają, w przeciwnym razie zawsze znajdzie się frustrat, który będzie uważał, że jest mądrzejszy i ładniejszy, albo bezinteresownie zawistny lub „życzliwy”. Przykładów nie trzeba daleko szukać, wystarczy przeczytać pana @Remigiusza.
„Leben und leben lassen” mawiają Niemcy, u innych nacji pewnie też można by znaleźć podobne, u nas jakoś się nie przebija do świadomości. Może z powodu „inteligenckiego prymitywizmu” takich ludzi?
Potwierdzam wypowiedź millan80. Jezdze metrem codziennie i wiem, ze generalnie zasada „lewa wolna ” jest respektowana. Na pewno respektuja ja mieszkancy Warszawy, przywyczajeni juz do metra i panujacych w nim zasad. Czasami jednak zawieruszy sie jakis turysta – i co z tego? Czy to naprawde jest taki problem, aby o nim pisac w wydawaloby sie powaznej gazecie?
Czytanie ze zrozumieniem jak widać po większości komentarzy to sztuka zaiste tajemna, ba wręcz nie do opanowania. Co gorsza ci którym ta sztuka jest nieznana sądzą iz świat bedzie uboższy bez ich własnego komentarza w którym „przejadą” sie po autorce tekstu.
Niestety ukazuje to tylko jedno, mianowicię iż autorka ma 100% rację twierdząc iż PRL żyje i ma się dobrze. Nie tylko w przysłowiowym „mięsnym” ale i na forum gdzie bezmyślność, chamstwo i buractwo też uzurpuje sobie prawo do wypowiedzi.
W kwietniu dałem zaliczkę na drewniane stołki w sklepie koło mostu Uniwersyteckiego. Pan mówi, że właśnie jadą, a zaliczek to oni z zasady nie oddają…
Po raz kolejny „przyszło mi” skomentować tekst autorstwa p. Małkowskiej. Skłonił mnie do tego zarówno sam tekst, jak i zamieszczone pod nim komentarze. Zarówno tym zadowolonym z polskiej rzeczywistości, jak i tym utyskującym należy chyba przypomnieć (uświadomić???) jeden oczywisty i ewidentny fakt: tracicie Państwo czas na jałowe dyskusje. Żyjemy bowiem w państwie na wskroś postkomunistycznym, co oznacza, iż tzw. „tkanka społeczna” (jakże to ładnie brzmi, czyż nie?) składa się w znakomitej większości z czegoś, co niegdyś, w mniej poprawnych politycznie czasach nazywano po prostu plebsem. Arystokrację ukatrupiono, inteligencję także; wieśniacko-robotniczy plebs zwyciężył, wspiął się na cokół i swą milionową masą zalał WSZYSTKO, nadając ton, stanowiąc prawa i egzekwując swój własny swołoczy savoir-vivre.
I co? – Po co te utyskiwania, płacz nad dawno i nieodwołalnie rozlanym mlekiem? – Stało się i tyle. Jeśli komuś ten stan rzeczy nie odpowiada, to musi po prostu rozejrzeć się za innym krajem, bo Polska inna niż obecna już nigdy nie będzie!
Problemy nieuprzejmości czy chamstwa są w naszym społeczeństwie, dobrze, że media zwracają na te zjawiska uwagę. Jest to z jednej strony nagana dla takich zachowań a z drugiej strony czynnik wychowawczy. Pisząc jednak artykuł należy zastanowić się nad przykładami z życia, jeżeli takie się przedstawia. Wiadomo, że zazwyczaj nie są to fakty. Przedstawione „przykłady z życia” w pani artykule, te z punktów przedaży i punktu usługowego mogłyby być wykorzytane w filmie fabularnym, ale tutaj nie pasują. Nieuprzejmość jest, ale nikt juz w Polsce nie sprzedaje „botwinki z jajkiem” bez jajka. Pani praca to nie sztuka, gdzie można wyrażać się w bardzo różny sposób ( np. we wspomnianym przez panią „Misiu” świetna scena w barze ze sztućcami na łańcuchach).
Dodam tylko, że w supermarkecie znajdującym sie w Galerii Mokotów w Warszawie (chyba prestiżowe miejsce), aby odzyskać kaucje za opakowanie zwrotne (butelka po piwie), należy:
- okazać paragon, jako dowód zakupu
- poczekać aż pracownik odszuka w zeszycie, z ręcznie wyrysowaną tabelą, rubryki z odpowiednim rodzajem opakowania
i ją wypełni
- poczekać na ksero paragonu (jeżeli chce się odebrać z powrotem oryginał)
- podpisać się własnoręcznie na paragonie, który zabiera pracownik
- odebrać 35gr………
Czy to już czas na następcę Bareji?
@GallAnonim
„Rynek potrzebuje takze “swiadomego” konsumenta, ktory po prostu pojdzie do konkurencji. Pozostawanie klientem chamskiej sprzedawczyni niczego nie zmieni [...]”
Właśnie najgorsze jest to, że prawa rynku nie zmienią tego zachowania. Nie jesteśmy klientami chamskiej sprzedawczyni, jesteśmy klientami WŁAŚCICIELA sklepu. Przy nim sprzedawczyni jest pewnie słodka jak miód. A jak wyjdzie, ona swoje… I jak właściciel ma to kontrolować? Kamera w sklepie? I potem przez pół nocy ma oglądać na kamerze czy sprzedawczyni tego dnia była miła?
Niby tak, niby nie.
Swoją drogą proponuję eksperyment: niech dziennikarka Rzepy zamieni się na parę dni ze zwykłym szarym pracownikiem zarabiającym 1000 czy 1300 na rekę i zobaczy problem od drugiej strony, jak upierdliwi potrafią być klienci.
Może i racja, i może jestem przewrażliwiony, ale widzę tu jakieś narzekanie na szarych Polaków, charakterystyczne dla Wyborczej, a ostatnio i Dziennika w jego nagonce na internautów, że za głupi, by samodzielnie działać.
Kiedyś w Kołobrzegu nie zauważyłem, że idę po chodniku pasem wyznaczonym dla rowerów. Cały chodnik wolny, ale rowerzysta musiał przyhamować i na mnie dzwonić, choć można było swobodnie ominąć. Oczywiście Niemiec…
…czasem ten nasz nieporządek bywa bardziej funkcjonalny niż bezmyślne słuchanie rozkazu! Funkcjonalne rozumienie przepisu i porządku, to coś, co nas różni od Niemców. Generalnie dobra cecha.
Pani z mięsnego to insza inszość, ale też pewnie ma swoje powody.
@Remigiusz I Vannegen
Nie jest rozsadna rzecza aby byc czupurnym w stosunku do redaktor Malkowskiej, gdyz male przeszkody i utrudnienia w codziennym zyciu, napotykane przez przecietnego czlowieka, maja kumulatywny efekt na wszystkich i przekladaja sie na duze straty w skali spolecznej.
Ludzie, ktorzy dopuszczaja sie malej skali „sabotazu” blokujac lewa strone schodow ruchomych, robia to bo czuja sie wyalienowani ze spoleczenstwa en large i jest to jedna z niewielu okazji gdzie moga pokazac ze maja modicum kontroli. Dziecinada? Tak lecz problem do rozwiazania z dwoch koncow, pare prelekcji czy programow telewizyjnych dla publicznosci z udzialem zwyklych ludzi ktorzy podziela sie swymi wlasnymi obserwacjami a z drugiej strony kilka/kilkanascie aresztowan za „blokowanie” eskalatora i manadaty i/lub „koza”. Nic tak nie jest przekonywujace jak „amputacja” kalety, nawet na przyziemnym poziomie. Dla przykladu przytocze tu zdarzenia z Nowego Jorku z poczatku ubieglej dekady. Lokalne prawa ktore nakazywaly zbieranie (przy pomocy torebki plastykowej) po swym psim ulubiencu, byly naczesciej ignorowane i przez tych na „dole” jak i tez na „szczytach” piramidy spolecznej. Kilkanascie spektakularnych aresztowan wyrywkowo roznych osob, w tym wielu bardzo bogatych, czesto starszych „dam” w futrach minkowych, sfilmowanych i pokazanych w telewizji, stworzylo atmosfere „demokratycznego” spojrzenia na ten maly lecz dokuczliwy aspekt zycia w tej trudnej do zycia/zestresowanej metropolii. „Damy” te byly skute kajadankami, wsadzone na tylne siedzenia (za kratkami od siedzen przednich gdzie siedza aresztujacy policjanci), wziete na komisariaty gdzie ich dane byly spisane, odciski palcow wziete, wsadzone do „kicia” az do nastepnego ranka kiedy po krotkiej rozprawie sadowej i uiszczeniu dosyc wysokich kar pienieznych (circa USD 250. o ile dobrze pamietam, co byloby odpowiednikiem okolo PLN 1.500 dzisiaj, biorac pod uwage straty w sile nabywczej dolara amerykanskiego w ciagu ostanich 12-15 lat). Rezultatem tego byly drastycznie czesciejsze miejsca dla pieszych wszedzie, nie tylko w dzielnicach tych dla „uprzywilejowanych”. udezenie po „kalecie” i doza upokorzenia (dla tych ktorzy uwazaja sie/sa uwazani za „uprzywilejowanych) zazwyczj skutkuje.
A co do „zoladkowania sie” pana Vennagena, to pozwole sobie powiedziec ze te stare warstwy arystokratyczne/szlacheckie ktore odeszly w pomrok dziejow (a ktore byly „nosnikiem dobrych manier”) to odeszly one glownie dlatego ze nie wywiazaly sie z ogonoludzkiej umowy spolecznej w ktorej „klasy” (takowe) maja pewne przywileje i rownoczesnea mozliwosc wiekszego udzialu w konsumpcji dochodu narodowego lecz rownoczesnie maja obowiazek prowadzenia tych ktorych przywodstwem sie mianuja (lub do ktorego „uzurpuja”) dobrze z pozytywnym rezultatem dla wszystkich calego spoleczenstwa. Co sie stalo to sie nie odstanie w swiecie rzeczywistym (jak Pan to tez sformulowal). W przeciwienstwie do tego co jest Pana wnioskiem, jestem przekonany, ze narod polski (takim jak jest on obecnie) ma wreszcie okazje aby stac sie narodem obywatelskim w przeciagu jednego/nastepnego pokolenia. Tradycje uprzednich Rzeczpospolitych, szczegolnie te ktore sa obecnie nieprzydatne, i idealistyczne wyobrazenia o europejskiej kulturze/cywilizacji, szczegolnie te z „pensjonarskich” noweli pisanych po francusku, ktore byly glownym zrodlem informacji (dla mlodych panienek z „dobrego towarzystwa), powinny byc przeslane do lamusa. Nie koniecznie zapomniane lecz przebadane „anatomicznie” pod katem przydatnosci. Polska jest obecnie innym tworem niz jej poprzednie wcielenia i istnieje w innej konfiguracji sil, zjawisk i trandow wewnatrz i z zewnatrz. Historyczna matryca wyobrazen nie jest juz (w swej calosci) przydatna.
Jesli idzie o „poledwice” to jest to towar, ktorego „shelf life” (swiezosc) jest krotkotrwala. Jest to tez towar drogi i dlatego tez nie powinno to dziwic nikogo ze jest koniecznym aby go zamawiac wczesniej, czy jest to robione w Los Angeles, Londynie, Paryzu czy tez „inszym” miescie.
Lestek (jeden z tych z „plebsu”)
Tak, najlepiej wszystko uregulować, zaregulować i wyregulować. Chodzimy prawą stroną maksymalnie 10 centymetrów od barierki, miejsca stojące na schodach ruchomych – po prawej stronie, uśmiech przepisowy przy wydawaniu ogonówki – 6 zębów, minimalna prędkość na chodniku – 4 na godzinę! A co! Centralnie wszystko wysterować!:-)… Pani Autorko, chyba nie mówi Pani poważnie. Wolność nasza polega dziś między innymi właśnie na tym, że jak chcemy, to możemy być niemili. A jak się drugiej stronie nie podoba, to może iść do konkurencji. I to jest piękne.
Opisane przez panią Małkowską przypadki to pryszcz. Chamstwo w instytucjach, sankcjonowane komunistycznym prawem, człowieka powala. Jesteśmy współwłaścicielami działki, na której w zamierzchłych czasach PRL zbudowano linię energetyczną. W obecnym czasie linia ta zasila jeden dom, którego właściciel, gdyby chciał, mógłby przyłączyć go do innej, bliższej linii. Wystąpiliśmy do właściwego zakładu energetycznego o usunięcie tej, obniżającej wartość działki, „ozdoby”. Nie chcą z nami rozmawiać, dopóki nie przedstawimy aktów notarialnych i wypisów z ksiąg wieczystych, oraz uwierzytelnionego upoważnienia wszystkich współwłaścicieli (pięć osób- pięć upoważnień), żeby mogła to załatwiać jedna osoba. Teraz wszyscy biegają i załatwiają, a oni mają przez dłuższy czas spokój i dalej korzystają z nie swojej własności.
no wreszcie… juz sie stesknilem za Pani felietonami.
Po pierwsze Pani naprawde utkwila mentalnie w PRLu skoro zamawia Pani mięso na pojutrze
niesamowite…
Jesli chodzi o wolna lewą strone na schodach to zapewniam Pania ze w cywilizowanym Swiecie (domyslam sie ze chodzi Pani o Zachod) nie jest to powszechnie przyjeta zasada. Nie zmienia to faktu ze akurat w Warszawie tak. Jedynie na stacji Centrum gdzie sa tylko ruchome schody i wysiadaja z wagonow zawsze setki osob nikt nie zostawia lewej strony. Jest to zachowanie w pelni normalne. Ludzie nie beda czekac w kolejce na wejscie na schody i nie beda tamowali ruchu tylko po to zeby jedna zmanierowana Paniusia mogla sobie pobiegac.
Zreszta na litosc boska, schody sa ruchome po to zeby nie trzeba bylo sie wspinac….
a juz mowienie o okazywaniu swojej wyzszosci innym w Pani ustach jest prawdziwym rodzynkiem tego felietonu
, czekamy na kolejne !
Ja mam to samo jak idę do sklepu Społemowskiego. Wystrój się zmienił ale podejście do klienta nieeeeeeeeeeeeeeeeeeee!
A w takich sklepach bywam tylko raz, pierwszy i ostatni.
No i znajomym mówię, że szkoda tam zaglądać. To niestety jedyny sposób.
Jeśli chodzi o sklepy i punkty usługowe to takie zachowanie to działalność samobójcza. Co właściciele mają w głowach tego nie wiem?
Otóż przykład „wspólnoty” postkomunistycznej. Poszłam na tegorocznie zebranie wspólnoty mieszkaniowej. Ogłoszono że bęczie wymiana pionów. Młoda kobieta która odziedziczyła mieszkanie po dziadku i dokonała generalny remont, oświadczyła swoje zdziwienie że w chwili gdy poinformowała administrację wspólnoty o remoncie, że wtedy ją nie poinformowano o planowanych robotach. W odpowiedzi na to ją objechano za to że poinformowała administrację a nie zarząd wspólnoty, i dlatego to jej wina. Jej (jak i moje) oczy stały się okrągłe i duże jak jabłuszka za zdziwienia.
Gdy ja spokojnie zasugerowałam że byłoby by dobre gdyby każdy nowy właściciel mieszkania (ba nawet stary) otrzymał który opis „regulamin i zasad” (co N.B. się przekazuje w innych krajach przy zakupie mieszkania) to członek wspólnoty (pani mecenas) powiedziała że to się znajduje w kodeksie który każda osoba powinna znać. Gdy powiedziałam że ja osobiście nie noszę takiego kodesku w tylnej kieszeni i uważam że to byłoby korzystne dla wszystkich to powiedziano że ja mam wygórowane ekspektacje. I tak to wygląda życzliwość i wspólne działanie WSPÓLNOTY.
Co do metra to chyba pan Millan nie wysiada na placu Bankowym… tam notorycznie lewa strona schodów ruchomych jest zablokowana, i gdy się grzecznie powie przepraszam, chcę przejść to słyszy się – trzeba było iść schodami. I panie Janie, naprawdę w cywilizowanym świecie to lewą strona zawszę (nawet na schodach ruchomych) istnieje jako przejście… i nie tylko dla panius tylko dla zwykłych ludzi którzy się spieszą.
Wiecej ryb a mniej poledwic.
W kazdym kraju zle traktuja konsumenta.
Jak tylko moga.
Boże ! widzisz i nie grzmisz !!!
Blogerzy chcą kupić dobre maniery, dobre wychowanie, zyczliwość i uprzejmość od „niewidzialnej reki rynku”.
Od początku ludzkości obyczajność i sposób zachowania były kjształtowane poprzez wychowanie, wzorowanie się na prawdziwych autorytetach, systemie moralnym.
A teraz blogerom wydaje się , że nie ma innej miłości jak tylko „rynkowa”.
Może ci z Warszawy za dużo sie naczytali burdelowych ulotek wsadzanych za wycieraczki samochodów – tam stoi napisane „trzecia godzina gratis”…. taka „promocja i happy hours”
Chamstwo i prostactwo stało sie normą. I Małkowska ma rację. Nie tylko w sklepach mięsnych czy jadłaodajniach krulują maniery rodem z filmów Barei. W warsztatach samochodwych to samo. Panie w urzędach dalej poczas przyajmowania interesantów robia sobie kanapki na tym samym biurku na którym trzymaą dokumenty. I to nie gdzieś na prowincji ale w Warszawie. Przykładami mozna sypać jak z rekawa.
Mieszkam od kilku lat w Irlandii. I wybór w takim mięsnym jest nieporównywalnie bardziej skraomny niz w byle sklapie w Polsce. Ale uprzejmośc wobec klienta jest, mnie Polaka, zaskakujaca. Więc to nie problem czy cos jest w sklepie czy czegoś niema. Problem w barku kultury.
Pani Moniko,
przeciez mieszka Pani w Warszawie, nie pzrywykla Pani do tego? Jako mieszkaniec stolicy dopiero od kilku lat ciagle sie dziwie jak to nazywam bezinteresownemu chamstu, gdzie indziej nie spotykanemu. Ludzie w windach, na ulicach, nawet w parkach sa zwykle niezyczliwi, gburowaci, jakby czekajacy na okazje zeby o cos zaczepic, dogadac, skrytykowac.
Zapewniam Panią Redaktor, że i przed PRL-em byli w Polsce i na całym świecie ludzie i ludziska! Tyle poważnych wydarzeń dookoła,
a Pani na poziomie Polędwicy? Nie wiem, czy śmiać się, czy wzruszyć ramionami, albo puknąć się w czoło! Zawsze byłem wrogiem PRL, ale takie argumenty … Życzę rozkoszy podniebienia przy konsumowaniu
z takim trudem zdobytej POLĘDWICY!
„Pracownica mięśniaka ” czyli inaczej pracownica tej szefowej, czy ja dobrze rozumuję?
Mam te same skojarzenia, ponieważ poziom obsługi np. w marketach „dołuje”. Kupowałem płytki w OBI Bytom, w część płytek na sztuki. Na stoisku poprosiłem o „owinięcie” ich taśmą na czas transportu. Pani bezceremonialnie mi oświadczyła, że nie owinie bo nie ma taśmy. Doradziłem nieśmiało, że taśma jest w tym samym markecie tylko na innym regale…..? Za co zostałem „ukarany” oświadczeniem, że będę obsłużony na końcu bo „te panie były przede mną”. Za karę miałem czekać w nieskończoność….Zostałem upokorzony i w dodatku z luźnymi płytkami.
Pamiętam, jak w tym samym markecie w pierwszych latach po jego otwarciu obsługa była uprzejma i miła, a obecnie przypomina mi jak żywo czasy PRL-u.
Odrębnym zjawiskiem jest „rozwydrzenie” urzędników w Polsce, które obecnie sięga zenitu. „Bez kija nie podchodź”, a miało być tak miło i sielsko.
Co się więc dzieje? Może mi to ktoś wyjaśnić?
moze nieuwaznie przeczytalem komentarze, ale czy tym paniom przyszlo na mysl zeby zadzwonic do biura firmy zatrudniajacej te pracownice dzialajace na szkode pracodawcy? Kilka takich telefonow i do widzenia praca
Wrf3ciłem 4 dni temu z Ałbena. Pogoda była super, upały ponad 30 stopni w dzień, w nocy rf3wnież ciepło. W ciągu tenodgiowygo pobytu tylko w jeden dzień padało. Ale przy takich upałach to aż marzyło się o tym żeby chociaż dzień było chłodniej.