Ambitne ruchome obrazki idą do galerii, kicz zostaje na ekranie

13 stycznia 2010 autor rp

Animacja narodziła się pod koniec XIX wieku jako rezultat romansu czarno-białego, niemego filmu i wyzwolonej wielobarwnej sztuki. Z początku elitarna, z biegiem lat coraz bardziej się demokratyzowała. Gdzie dziś jest jej  miejsce? Należy do sztuki czy do rozrywki?

Film animowany poniosło w różnych kierunkach. Jeden odłam konkuruje ze sztukami wizualnymi na światowych przeglądach. Przykładem sukces Szwedki Nathalie Djurberg, laureatki Srebrnego Lwa na ostatnim weneckim Biennale, którego otrzymała za filmy z plastelinowymi lalkami.

Drugi odłam animacji skręcił ku komercji. Od lat 30. film rysunkowy dostarczał zabawy – najpierw dzieciom, potem infantylnym dorosłym. Disney popularyzował przesłodzoną tandetę. Niecałą dekadę temu wybuchło gorsze zło: animacja cyfrowa. Digitalne paskudztwo wyparło z kin ambitniejszy film animowany. Rysunkowy, lalkowy, wycinankowy, plastelinowy. Na szczęście, stare techniki znalazły azyl w galeriach.

Szlachetna, artystyczna gałąź animacji wyrosła w połowie lat 20. Wtedy film wszedł w bliskie związki z awangardą. Wszystkie najnowsze plastyczne trendy zostały przełożone na ruchome obrazki. Man Ray, Dalí, Bunuel, Picabia, Léger, Clair, Cocteau, Themersonowie – te nazwiska wyznaczyły wygórowany poziom.

Z tej tradycji powstała polska szkoła animacji, która zyskała w świecie podobną sławę, jak nasza szkoła plakatu. Zresztą obydwie dziedziny miały wiele wspólnego. Operowały plastyczną metaforą i były wolne od komercji.

Po II wojnie nasza animacja tworzyła się spontanicznie. Wspierali ją ilustratorzy (Szancer), plakaciści (Gronowski), wystawiennicy (Zamecznik), scenografowie (Kilian). Pod koniec lat 50. pojawili się pierwsi mistrzowie: Jan Lenica i Walerian Borowczyk, Witold Giersz, Daniel Szczechura; potem młode pokolenie, już wykształcone animacyjnie: Jerzy Kucia, Julian Antoniszczak, Ryszard Czekała, Zbigniew Rybczyński. Dziś działają ich wychowankowie – Piotr Dumała, Mariusz Wilczyński, Wojtek Bąkowski. Pomimo stylistycznych różnic, wszystkich wymienionych łączy podejście do animacji. Operują skrótami myślowymi, niedopowiedzeniami, żartem. I unikają łopatologii.

Tymczasem w kinach królują utwory bez adresata. Autorzy przekonują, że chcą skupić przed ekranem całe rodziny. W istocie propagują kicz i banał. Mnożą się koszmarki w rodzaju Kota Garfielda, Alvina, Artura i Avatara.

To tylko kilka przykładów z ostatniego roku.

W animacji zachodzą procesy, których wcześniej doświadczyły sztuki piękne. Wieki temu sądzono, że w twórczej dyscyplinie dokonuje się postęp, utożsamiany z rozwojem techniki i zbliżaniem się do realizmu. Perspektywa zbieżna, światłocień i realistycznie oddane podobieństwo uważano za kroki milowe na drodze ku doskonałości obrazu. I co? Wszystko to zakwestionowano już w drugiej połowie wieku XIX. W następnym stuleciu wróciła umowność, znakowość, metafora. A po realizm sięgnęła propaganda i reklama. Za jakiś czas podobny los spotka produkcję 3d.


Anioły w sieci i na Piotrkowskiej

22 września 2009 autor rp

– Gdzie jest twoja mama? – zapytałam czterolatka, pozostawionego samopas na podwórku. – Nie wiem, poszukaj w Googlu – odpowiedział rezolutny malec.

Kiedyś dzieci wierzyły w autorytet Aniołka Stróża. Teraz wyrocznią stała się sieć. Pewna kilkulatka, chcąc podkreślić wagę swej wypowiedzi, zakończyła ją stanowczym: – I koniec, i kropka pe el!

Starsza generacja ma większy dystans do wirtualnej rzeczywistości, ale w skrzydlate byty chyba nadal wierzy. Idę ulicą, słyszę rozmowę dwóch kobiet. A raczej biadanie jednej z nich: – Przez Internet szły przelewy, zlecenia, zamówienia. Klikałam, i co z tego wynikło? Zniknęło! Teraz latam, szukam!

Ciekawe, gdzie opanowała sztukę wzlotów? Pewnie przeszła kurs magii w Łodzi Fabrycznej. Bo tam tego uczą. Tuż przy dworcu.

Zainteresowanych informuję: trzeba minąć lokalne budy i brudy, a skupić się na fotograficznych planszach, reklamujących „Łódź magiczną”.

Hokus-pokus zaczyna się po zmroku, kiedy tu i ówdzie zapalają się sztuczne światła. Iluminacja obejmuje Piotrkowską oraz kilka zabytków. Lampy sodowe czynią cuda. W ich blasku widać jakby inne miasto. Jednak żeby do niego dotrzeć, najpierw trzeba zanurkować w przydworcowe lochy.

A to przygoda dla amatorów survivalu czyli sztuki przetrwania. Największe w Łodzi, centralne przejście podziemne od lat pozbawione jest świateł oraz drogoskazów, na jaką ulicę prowadzi dany wylot. Swojska wersja labiryntu, gdzie zamiast Minotaura straszą mniej romantyczne zmory. Czeluści zagospodarowali menele, potrzebujący urządzili tam publiczne WC, a dekoracji podjęli się niewyżyci i, niestety, nieutalentowani artyści.

Tunel sprawdził się podczas Jarmarku Wojewódzkiego, zorganizowanego w Łodzi na początku września. Wprowadzał w stosowny klimat sąsiadów z okolic oraz dostarczał atrakcji gościom ze świata, którzy przybyli na Festiwal Dialogu Czterech Kultur.

W przeciwieństwie do festiwalu, adresowanego do konsumentów wysokiej kultury, jarmark jest rozrywką ludyczną. To taka współczesna, regionalna forma Cepeliady. Ulicę Piotrkowską zapełniły mini-estrady, stanowiska gastronomiczne oraz stragany prowadzone przez handlowców wystylizowanych na lud. Spacerowicze degustowali lokalne przysmaki, kontemplowali muzyczny folklor, nabywali tradycyjne wyroby. Wprawdzie kompletnie nieprzydatne, za to tanie. Furorę robił sprzedawca, u którego można było nabyć sentencje wyrzezane na nieforemnych drewienkach. „Jestem piękna”, „Małe jest piękne”, „To tu”. Prawda, że oryginalne i dowcipne?

W zadowolonym i sytym tłumie znalazł się jeden malkontent. Brnę między straganami, podziwiam towary, a z tyłu dobiega mnie rozmowa dwóch małolatów. – Patrz, jakie tu fajne rzeczy! – zachwycił się młodzian optymistycznie nastawiony do świata. – Gdzie ty widzisz chociaż jedną fajną rzecz? – sarknął towarzyszący mu pesymista.

Festyn miał jednak zdecydowanie więcej entuzjastów. Chwalił go sobie… pewien diabeł. W czerwonej peruce, z okazałymi rogami, siedział z gitarą na krawężniku ulicy, brzdąkał i zbijał kasę. Towarzyszył mu anioł rasy owczarek alzacki. Pies z doczepioną nad łbem aureolą zachowywał stoicki spokój. Wiedział, że za wzorowe zachowanie czeka go nagroda. Bynajmniej nie w sieci – w misce.

Kayah stała jak skała

13 września 2009 autor rp

Ona nie ma szczęścia w miłości. To wie każdy, bo wokalistka-celebrytka z masochistyczną przyjemnością publicznie rozdrapuje rany. Porzucona, pisze tekst nowej polskiej piosenki. Potem składa płyty z jęków i skarg na płeć przeciwną, przerywanych buńczucznymi zapewnieniami, że da sobie radę. Tak jak teraz.

Minerały cierpienia

Wydany po pięcioletniej przerwie krążek „Skała” powstał w odwecie, „Na złość” jakiemuś niedobremu samcowi, który jej nie docenił – o czym dowiadujemy się z jednego z utworów. „Na złość otrzepię się z kurzu i ruszę do przodu”, oznajmia dzielna kobieta. Jakby alternatywą było ruszanie do tyłu. A swoją drogą, może właśnie wrzucenie biegu wstecznego okazałoby się dla artystki zbawienne. Jeśli ktoś – tak jak ona – systematycznie ponosi klęski w damsko-męskich układach, to znaczy, że coś w nim samym szwankuje. Ale Kayah wydaje się, że tworząc rozwiązuje problem.

W „Skale” wypowiedziała się na wszelkie możliwe sposoby. Skomponowała muzykę, napisała teksty, wykonała i wyprodukowała dzieło. Oczywiście, pojawia się też na okładce w pełni swej krasy.

Mnie najbardziej zaciekawiło zjawisko, nad którym powinna pochylić się nauka. Otóż pod wpływem niesprzyjających okoliczności artystka ulega mineralizacji. Kiedyś była kamieniem, teraz stała się skałą. Samotną, lecz nie byle jaką. Ni mniej ni więcej, jest diamentem. „Nadzieję mam, że ten brylant docenisz w końcu (…)/ Każdy ma blask diamentowy i jest sam wyjątkowy”.

Lustrzane uczucie

Podobnie bezpretensjonalna, szczera forma cechuje wszystkie utwory. Jeśli rytm czy rym autorce nie wychodzi, salwuje się karkołomnymi akcentami bądź rozciąganiem samogłosek. W sztandarowej kompozycji „Na złość” deklaruje: „Nawet jeśli bitwę przegram/ to mogę wojnę wygrać z too-oobą” (akcent na „ą”). W innej piosence wspomaga ją chórek, powtarzający proste wyznanie „I love you”. Proste? Raczej puste, o czym Kayah ze smutkiem informuje: „Dla ciebie to nic warte słowa (…) Nic nie wyrażają ludzie i tak rzucają je na wiatr/ lecz ja pod sercem je przechowam/ będę nosić je jak skarb”.

Proszę zwrócić uwagę na oryginalne miejsce, gdzie autorka ukrywa rzeczone wyrazy: pod sercem. W wojenno-cwaniackiej piosence był to schowek na szabrowany prowiant: „Spod serca kap, kap, słonina i schab”. Kayah mniej ryzykuje – słowa nie zostawią tłustej plamy.

Na nią czyhają inne zagrożenia, o których powiadamia słuchaczy: „Właśnie w ogrodzie dziś/ Odkryłam strasznie ogromne drzewo”. A strasnej zaby nie było? Pod wpływem uczuciowych katuszy wokalistka stała się nie tylko diamentem, także poetką z ambicjami do psychologii. No, może jeszcze nie dorównuje Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale to tylko kwestia czasu. Jest otwarta na kolejne romanse, jak nie z mężczyzną, to… ze sobą samą: „Lustro czeka/ w oczy sobie zajrzyj/ wytęż wzrok/ gdy człowieka jeszcze w sobie znajdziesz/ pokochaj go/ doskonały nie jest nikt/ nie bądź już na niego zły/ przecież to tylko człowiek/ nie oceniaj go surowo”.

Wniosek: trzeba być asertywnym. Nie pozwolić się zdołować, wciąż próbować. Za którymś razem zła passa minie. Przecież „historia nie zatoczy koła/ już więcej nie zdoła”.

Czyste wody kiczu

Złotych myśli na analogicznym poziomie, wyrażonych podobną kulawą polszczyzną, mamy na najnowszym krążku bez liku. Kto ciekaw – niech sięgnie po „Skałę”, która dziś (14 września) wchodzi na rynek.

I proszę nie sądzić, że mam coś przeciwko Kayah. Nie przyczepiam się do jej wyglądu, nic nie obchodzą mnie domniemane czy prawdziwe zabiegi upiększające, o których zawistnicy dudnią w sieci; niech sobie reklamuje, co jej się żywnie podoba i śpiewa tam, gdzie ma chęć, choćby na przyjęciach dla VIP-ów. Tylko niech przestanie się sobą zachwycać i przekonywać do swych wszechstronnych talentów. Jej literackie dokonania – to czystej próby grafomania. Rzec można – brylantowa. Najsmutniejsze, że autorka nie ma wątpliwości co do rangi tekstów. O piosenkach z płyty „Jkajakayah” mówi wprost, że mają bardzo głębokie teksty i przechwala się, że są tam prawdziwe perły. I przytacza perlisty cytat: „Pocałunkiem, nim wyjdziesz z domu, pożegnaj mnie, jakbyś szedł nie na chwilę, ale na cały wiek”.

„Skałę” ocenia jeszcze wyżej: „Płyta jest akustyczna, mądra, refleksyjna” (wywiad w ostatnich Wysokich Obcasach). Oj, przydałoby się trochę samokrytycyzmu. W życiu także.

Trudny problem wyceny kału

3 września 2009 autor rp

Na Ursynowie pojawiły się pisemne ostrzeżenia, adresowane do właścicieli psów. Będą kary za pozostawione odchody! Ciekawe, kto je będzie egzekwował. Jeszcze ciekawsze, kto ustali wysokość grzywny – bo, jak można dowiedzieć się z anonsu, rozpiętość jest spora: od 20 do 500 złotych.


Wielkość czy fetor

Czy będzie to uzależnione od wielkości psa? Wiadomo, yorki mniej nabrudzą niż dogi… Z drugiej strony, im większy balasek, tym lepiej widoczny i łatwiej go ominąć. Poza tym, każdy, komu zdarzyło się wdepnąć w psie gówienko wie, że konsekwencje takiego wypadku są w ścisłym związku z konsystencją ekskrementów oraz ich własnościami zapachowymi. Więc w wycenie szkodliwości fekaliów powinno uwzględnić się także powyższe cechy.

Wyobrażam sobie, jak burzliwe będą obrady kwalifikujące nieczystości do poszczególnych kategorii (duże, lecz bezzpachowe – powiedzmy, dwieście; prawie obojętne wizualnie – stówa; miękkie i cuchnące, jako najbardziej szkodliwe społecznie – pięćset, itd., itp.). Już słyszę argumenty właścicieli: – Mój tego nie zrobił, od dwóch dni nic nie żre, to ten bernardyn, on ma gargantuiczny apetyt…

Bez względu na ewentualne komplikacje, dokonał się postęp na niwie psiego równouprawnienia. Nasi czterołapi przyjaciele wreszcie zostali potraktowani po ludzku. Dotychczas tylko człowieczy kał miał wartość określoną w gotówce. No, nie każdy mógł dostąpić takiego zaszczytu, żeby płacono mu za fizjologiczne potrzeby. Ale historia zna takie przypadki. Pisałam już o nich, lecz jest powód, by niektóre fakty przywołać ponownie.

Droższe niż złoto

Teraz będzie serio. W 1960 roku Piero Mazoni, znany włoski artysta-grepsiarz, zapuszkował osobiście wyprodukowaną substancję, w pojęciu większości uchodzącą za bezwartościową. Nie wiadomo, ile czasu zajęła produkcja, za to znane są wyniki. Manzoni wykonał dziewięćdziesiąt konserw, każda z 30-gramową zawartością. Po kilku latach ta limitowana edycja osiągnęła na rynku sztuki kwoty 75 tysięcy dolarów. Za porcję. Sześć lat temu londyńska Tate Gallery z dumą donosiła, że udało jej się kupić puszkę po promocyjnej cenie, za 30 tysięcy dolarów.

W dniu dokonania tej kloacznej transakcji maklerzy giełdowi przeżyli stres: za 30-gramową grudkę złota płacono niewiele ponad 300 dolarów. G… przebiło złoto stukrotnie. Temat godny filozofów.

Pikanterii tej kalkulacji dodaje informacja, która wstrząsnęła posiadaczami weków Manzoniego. Plotka głosi, że włoski artysta zakpił z poważnych dealerów i zamiast rzetelnie wydalonych ekskrementów, naładował do puszek… gipsu. Spieszę jednak pocieszyć wszystkich, którzy wyłożyli kasę za „Merda d’ Artista” (jak oficjalnie zatytułowane jest dzieło): otóż niektóre konserwy eksplodowały. Niezły gips. Dieter Roth, inny artysta-fekalista, tym razem pochodzący z Niemiec, podszedł do tematu od literackiej strony. Napisał autobiografię, w której w porządku chronologicznym spisał swe godne uwiecznienia defekacje.

Artystyczne walory

Cuchnąca materia robi karierę. Rok temu w dwóch amerykańskich miastach odbyły się – niezależnie od siebie – dwie wystawy o tytule nie pozostawiającym wątpliwości co do motywu przedstawionych prac: „Shit”. Na jednej zgromadzono dzieła kilkudziesięciu twórców, w tym klasyków: Boscha, Bruegla, Topora. A także dokonania współczesnych artystów, którzy zainspirował proces wydalania. Drugie „G…” miało jednego autora. Był nim pochodzący z Hondurasu amerykański twórca Andreas Serrano. Przedstawił cykl fotografii z tytułowym surowcem w roli głównej. W kadrach – efekty wypróżnienia różnych zwierząt (w tym celu artysta odwiedził ekwadorskie zoo) oraz samego autora.

Może więc w cenniku kar za psie kupki uwzględnić ich walory artystyczne? Na przykład – dawać upust za wyjątkową piękną formę? Albo podwyższać karę za pozbawiony kreatywności, banalny kształt czy pospolity zapach. Poddaję ten problem pod publiczną dyskusję.

Władza na odcinku polędwicy

1 września 2009 autor rp

– Chciałam zamówić polędwicę na sobotę – poprosiłam w czwartek sprzedawczynię w pobliskich delikatesach mięsnych.

– Zamówienia przyjmujemy do czternastej. Na następny dzień – z godnością poinformowała indagowana.

– Ale ja potrzebuję na pojutrze – uśmiechnęłam się szeroko.

– To pani przyjdzie w piątek. Od szóstej do czternastej.

– A nie mogę dziś? Przecież to chyba jeszcze wcześniej. Mogę zostawić zaliczkę – ciągle jeszcze usiłowałam mówić z uśmiechem.

– Z zaliczką czy bez, nie mogę gwarantować. W piątek cała polędwica może wyjść – droczyła się ze mną kobieta, już świadoma swej przewagi nade mną. Widziała, że mi zależy. Fakt – w sobotę spodziewaliśmy się gości i zaplanowałam befsztyki. Pewnie poszłabym szukać szczęścia gdzie indziej, gdyby nie młodsza pracownica mięśniaka, dająca mi znaki oczyma. – Polędwica jest co dzień, pani się nie martwi – szepnęła, gdy szefowa zniknęła na zapleczu.

Poczułam się jak w wehikule czasu. Wróciła przeszłość i PRL-owskie „królowe”, dystrybuujące towar spod lady w zamian za inne dobra bądź karesy. Jak się okazało, nie mnie jednej dane było doświadczyć podróży wstecz. Odbyły ją także moje dwie radiowe koleżanki. Poszły do lokalnej jadłodajni posilić się zupą, a konkretnie – botwiną z połową jajka. Taka pozycja figurowała w menu. Pracownica garkuchni wydzieliła im po talerzu buro-różowego płynu, bez wzmiankowanego wyżej kurzego produktu. – A jajko gdzie? – zainteresowała się jedna z głodnych. – No posiekane, w zupie – warknęła kobieta od kotła. – A dlaczego nie cała połówka? – znajoma dochodziła swego.

– Nie podoba się, może porcję zwrócić! – kuchenna postawiła na swoim.

Kto wie – może to ona zżarła ostatnie jajeczko… Historia zna podobne sceny, lecz sądziłam, że należą do przeszłości. Albo są z filmu „Miś”.

Myliłam się – w tych przypadkach nie chodzi o system ekonomiczny, lecz o ludzką mentalność. Zawsze znajdzie się ktoś, kto musi okazać innym wyższość, inaczej źle się czuje. Jak pewna niewiasta jadąca metrem. Zajęła miejsce pośrodku siedziska; po bokach było wolne. Weszły dwie miło wyglądające dziewczyny, chciały pogadać.

– Czy mogłaby pani przesunąć się o miejsce? – poprosiły. – Nie! – odpowiedziała jejmość krótko, wyraźnie ukontentowana, że uniemożliwia przyjaciółkom dalszą rozmowę.

Wysiadam z metra, spieszę się, chcę wbiec po ruchomych schodach. Nie ma mowy. Lewa strona – na całym świecie uważana za pas „szybkiego ruchu” – u nas zakorkowana rozpartymi maruderami. Kiedyś obok schodów widniały instruktażowe rysunki – z której strony stać, z której przechodzić. Pouczenia nic nie dały. Pasażerowie narzucają własne zasady, dyktowane ich wygodą. Że komuś przeszkadzają, ktoś chce przejść szybciej? Niech jedzie samochodem, cha, cha. Czyż to nie śmieszne, kiedy komuś można bezinteresownie dokuczyć?

„Chłop żywemu nie przepuści, jak się żywe napatoczy, nie pożyje se, a juści”, śpiewał kiedyś Kazimierz Grześkowiak. Postawa życiowa nadal aktualna, jednak sposoby jej manifestowania poszły z postępem.

Wchodzę do punktu ramiarskiego. Słyszę – jakiś klient usiłuje odebrać zamówienie. Dopytuje, czy gotowe. Urzędujący w sklepie chłopak nie potrafi odpowiedzieć. Mężczyzna prosi o skontaktowanie z szefem.

– Czy ja jestem pańskim SMS-em? – opryskliwie rzuca młodzian i wzgardliwie odwraca się plecami. Bo życzliwość dla bliźnich wymaga wysiłku. Chamstwo zaś nic nie kosztuje, a daje satysfakcję. Oraz poczucie władzy.

Uroki stolicy: Metoda na Łukaszka

29 sierpnia 2009 autor rp

– Te śliwki to twarde czy miękkie? – zapytał mąż chłopaka handlującego owocami na skrzyżowaniu ulic. – Ja tam nie wiem, panie. Tato powiedział Łukaszkowi, żeby otrząsnął drzewko, bo się ugina, zebrał śliwki i sprzedał. No to Łukaszek otrząsnął i sprzedaje – młodziak poskarżył się na swą dolę, zarazem odcinając się od wszelkiej odpowiedzialności za jakość towaru.

Stara jak świat metoda spychologiczna. Wydawało by się – w warunkach wolnorynkowych anachronizm, postsocjalistyczny przeżytek. Wcale nie. Sukces ma wiele ojców, ale klęska jest sierotą. Nawet gorzej – podrzutkiem.

Wiadomo, nie ma mocnych na pecha. To argument, po który sięgają wszyscy nieudacznicy. Tytułem rekompensaty żądają kasy. Bo ktoś im musi zapłacić za niefart. Jak nie Pan Bóg, to ten, kto fatum sprowadził – klient.

Zamówiłam ekspresowe pranie tapicerki kanapy i foteli w firmie Czyścioszek. Znałam już szefa i wykonawcę w jednej osobie. Facet godny zaufania – ex-strażak. Jak zwykle przyjechał z osprzętem przypominającym archaiczny odkurzacz skrzyżowany z sikawką. Ruszył do akcji, jakby od niego zależało życie i dobytek pogorzelców. Włączył wyjące pudło, zaatakował tapicerkę. Czyścił, sapał. Kiedy zbierał się do odejścia, zauważyliśmy pod sofą gigantyczną kałużę. Za późno – woda wdarła się pod klepki, tydzień wcześniej położone przez innych fachowców i utworzyła w podłodze malownicze nierówności. Co na to Czyścioszek? – Ale ja mam dzisiaj niefart! – zaskomlał. – Od rana maszyna mi nawala! Poza tym żona wyjechała, córka rodzi, suka się szczeni, kumpel pożyczył stówę i zapił…

I zaczął wyliczać klęski oraz problemy, które dotknęły jego osobę w ten piękny sobotni ranek. Doprowadził do tego, że pocieszałam go, zapominając o wybrzuszonej nowej podłodze.

Zamówiliśmy obrotowy fotel w wyspecjalizowanej firmie. Nadszedł termin dostarczenia mebla. Zamiast tego – telefon. Krzesło nie dotrze, bo tego dnia kierowca-transportowiec został zatrudniony jako budowlaniec. Musiał zastąpić dwóch murarzy, którzy zobowiązali się zawiesić w siedzibie firmy plafon. Nie było to jednak możliwe – obydwaj cierpieli tego dnia na… lęk wysokości. Kierowca zaś – nie. Więc wezwany został do zadań specjalnych. Fotel mógł poczekać.

Gorzej z pacjentami spółdzielni lekarskiej Luxmed. Czekałam tam na wizytę u laryngologa; wraz ze mną – kilku innych. Doktora nie było o umówionej godzinie. Pojawił się z dużym opóźnieniem, wszedł do gabinetu, zlustrował lokal i… wybiegł. W nieznanym nikomu kierunku. Panie w recepcji nie potrafiły udzielić żadnej informacji. Laryngolog po prostu zniknął. Nie pozostawało nic innego, jak przepisać się na kolejny termin. Co zrobiwszy, rozważyłam możliwe przypadki, które uniemożliwiły lekarzowi zajęcie się pacjentami. Jak nic – UFO. Kosmiczne porwanie. Znam podobne zniknięcia z sąsiedztwa. Dwa dni temu usłyszałam pod oknem coś jak tęskne zawodzenie. Męski głos wabił: „…Stasiek, chodź, zrobimy tylko jedno kółko… No, jedno okrążenie… Jak chcesz, możesz pić wodę…”

Stasiek uwierzył. I zniknął. Światli ludzie mówią, że wpadł w pętlę czasu. Tam, gdzie wskazówki zegara poruszają się we własnym tempie. Jak pech, to pech. Człowiek wobec wyroków losu jest bezsilny.

Einsteina przy tym nie było

17 sierpnia 2009 autor rp

Znów weekend zakończony pogrzebami. Kolejny rekord drogowych wypadków. W komentarzach słyszę nieustannie ten sam refren: brawura plus alkohol. Jasne, ułańska fantazja – to nasza narodowa tradycja. Taki pędu do pędu.

Moim zdaniem, wina za te ponure bilanse leży nie tylko w procentach i upajaniu się siłą koni mechanicznych. Przyczyn jest więcej. W genotoyp polski wpisana jest niesubordynacja wobec przepisów. Wszelkich, nawet sensownych. To historyczna scheda, z lat, kiedy stawanie okoniem wobec władz równało się bohaterstwu. I choć warunki diametralnie uległy zmianie, tak nam zostało.

Kolejna przyczyna – popisywactwo. Chodzi o sukces materialny, manifestowany m.in. zrywną bryką. Żałosna cecha, którą również można zrzucić na karb postsocjalistycznych dewiacji charakterologicznych: odkuwamy się po pół wieku biedy.

I jeszcze powody bez tradycji. Bardziej krępujące, bo nie można obarczyć nimi naszej przeszłości, niedostatku czy skłonności do nadużywania trunków. Otóż drogowa hekatomba jest efektem zwykłego niedouctwa i braku wyobraźni. Te dwie ułomności często chodzą w parze.

Paradoksalnie, pokolenie wychowane na filmach sensacyjnych i grach komputerowych wspaniale czuje wirtualne grepsy, lecz ma wyciętą wyobraźnię na życie. Na budowę i własności żywego ciała, na zachowanie prawdziwej materii.

A wystarczy zapoznać się z prawami mechaniki, żeby coś w głowach zajarzyło. Owszem, Einstein stał się naukowcem-idolem (głównie za sprawą ekscentryzmu, efektownej fryzury i zdjęciu z wywalonym językiem), a najsłynniejsze równanie XX wieku E = mc2 nawet zostało użyte w tytule filmu (pamiętacie? film Lubaszenki z Cezarym Pazurą w roli głównej) – to mało komu przekłada się to na wiedzę. Albo na ochotę jej zgłębiania.

Dowodem – weekendowe statystyki. Zresztą, w pozostałe dni głupota nie maleje, jest tylko mniejszy ruch na przelotowych drogach. Nieraz obserwuję sceny, które tylko cudem nie mają dramatycznego finału.

Stacja metra Ursynów, trzech chłopaczków w wieku 10-12 lat wskakuje do kolejki. Szarpią się przy drzwiach, wypychają. Dwóm udaje się wyrzucić kolegę tuż zanim rozlega się sygnał i pociąg rusza. Mały nie daje za wygraną, biegnie za wagonem, chwyta drzwi; koledzy unoszeni przez pojazd usiłują mu pomóc, też próbują rozchylić drzwi. Ludzie na peronie obserwują tę scenę ze zgrozą. Jakiś mężczyzna bierze chłopaka w obroty, sprawia mu słuszny ochrzan.

Powie ktoś – to dzieci. No właśnie – może jeszcze nie powinny same podróżować metrem?

Gorzej, gdy równie nieodpowiedzialnie zachowują się ludzie metrykalnie dorośli. Ostatnio Warszawa staje się przyjazna rowerzystom. I dobrze. Ale posiadacze jednośladów bynajmniej nie odpłacają tym samym. Ścieżki im nie wystarczają. Widziałam rozpędzonych cyklistów na Marszałkowskiej – po stronie przeciwnej do tej, na której wytyczony rowerowy szlak. Przekora? Podobnie na Ursynowie, gdzie mieszkam – rowerzyści nie respektują przyznanych im tras (a tu akurat jest ich mnóstwo), opanowują trotuary i osiedlowe ścieżki. Niektórzy wpadają między pieszych w pełnym pędzie, zachwyceni, kiedy przechodnie pierzchają w popłochu.

I jeszcze scenka z ostatniego weekendu. Ciepła noc, koło pierwszej zza okna dobiegła głośna muzyka oraz wrzaski. Wyjrzałam. Duży samochód, dokoła czterech chłopaków i dziewczyna. Wracali z imprezki, robili sobie pamiątkowe zdjęcia. Jeden rozwalił się na masce, że niby zmógł go sen. Drugi trefniś przysiadł na bagażniku. Trzeci podniósł dziewczynę, zakręcił nią w powietrzu, nie bacząc na jej wrzask “poje…ło was!”. I wtedy koledze za kierownicą coś odbiło. Ostro ruszył. Ten z bagażnika zdrowo dupnął o asfalt, ale otrzepał się i dziarsko ruszył, choć na pewno doskwierała mu tylna część ciała. Towarzystwo ryknęło śmiechem.

A ja w ich porykiwaniach słyszałam preludium marszu pogrzebowego.

Kariera śledzia na linie

16 sierpnia 2009 autor rp

Spotkaliśmy się z kolegą, bo kolega jest od tego, by się czasem spotkać z nim – wedle wskazań duetu Maleńczuk-Waglewski. Kolegę kilka lat temu firma przerzuciła do Moskwy, żeby wykazał się w branży bankowej. Pomimo mało artystycznej profesji serem i duszą jest „za kulturą” i zawsze mamy o czym pogadać.

Tym razem przelatywał nad Warszawą jak burza. Sześcioro znajomych skrzyknął z marszu, proponując kolację w trendowym lokalu „U Kucharzy”. Miejsca nie znałam, ale słyszałam, że niestandardowy wystrój; że mistrzowie patelni przyrządzają dania na oczach klientów. Lokalem w budynku byłego Hotelu Europejski zawiaduje członek klanu Gesslerów, Adam. Najbardziej zadłużony, a aferalną przeszłością. Zapowiadało się ciekawie.

Dzień był powszedni, pora spotkania późna. Przyszliśmy ostatni (redakcyjne obowiązki); niektórzy kończyli posiłek, inni nań czekali. Wnętrze surowe, post-kuchenne. Kafelki na ścianach i podłodze. Na pozór – antyteza szpanerki. Jakże myliłam się!

Znajomi rekomendowali to, co zjedli: ryba z pieca. Figurującego w menu lina tego dnia zabrakło i jego miejsce zajął śledź. Zdecydowałam się więc na sałatę z kozim serkiem, mąż zaś wybrał nogi w galarecie.

Kulinarne rozkosze miały być tylko dodatkiem do towarzyskich pogwarek. I tu pierwsze rozczarowanie: nie dawało się rozmawiać. Nasze siedmioosobowe grono zostało zagłuszone kuchennymi odgłosami, gwarem innych gości i jakimś dziwnym echem-pogłosem. Krzyczeliśmy do siebie, a mimo to kwestie z przeciwległych szczytów stołu docierały szczątkowo.

Konwersacja zamarła, kiedy na gorącej patelni przyjechał śledź. Robił, co mógł, żeby okazać się godnym zastępcą lina, lecz nie miał po temu warunków, wizualnych ani smakowych. Jedno, co utrzymał, to cena: kosztował jak lin, czyli 67 zł. Towarzyszyła mu marchewka, którą nobilitował dodatek imbiru i miodu. Wbrew zapowiedziom, wcale nie al dente. Za miękka i za słodka.

W mojej sałatce – każdy element od czapy. Kiełki lucerny, marynowany imbir i marchewka, sałata i cykoria. Do tego mocno przeoctowany sos udający vinegrette. Cena – 26 zł.

Zanim pojawiły się desery, warunki do rozmowy nieco uległy poprawie – goście z sąsiednich stolików wyszli, zrobiło się ciszej. Za to co innego zaczęło doskwierać: krzesła. Drewniane, kanciaste, bez poduszek. Zero komfortu dla pośladków. Wierciłam się, wstawałam, przysiadałam na nogach. Toż to tortura! I trzecia tragedia: toalety. Na piętrze, z PRL-owskim standardem.

Prawdziwy szok przeżyliśmy przy rachunku: ponad 700 zł. Po stówie na łeb. Co było drogie? Teoretycznie, jedliśmy najtańsze produkty. Lecz u Gesslera kieliszek żubrówki jest w cenie flaszki, piwo w cenie sześciopaku (duże tyskie – 26 zł), dzbanek wody zwykłej kosztuje 30 zł. No i te śledzie w surogat lina…

Kumpel z Rosji pocieszał nas, że w moskiewskiej knajpie tyle zapłaciłaby jedna osoba za aperitif. A w ogóle, tam na restauracje stać tylko postsowieckich biznesmenów-mafiozów. Wolałabym porównanie do zachodu Europy. Do krajów, gdzie ludzie pracujący w każdym zawodzie kilka razy w tygodniu posilają się z rodziną w lokalach przyjaznych kieszeni i wygodniej urządzonych, niż „U Kelnerów”. Widać wciąż czerpiemy wzorce ze wschodu.

Uroki stolicy: Klaps przy sznurówkach

8 sierpnia 2009 autor rp

Podobno obrywa się zawsze za coś. Bywają jednak wyjątki. W słoneczne piątkowe popołudnie zainkasowałam cios za niewinność. W centrum miasta, nieopodal Novotelu. Niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba, mój pośladek (lewy, gwoli ścisłości) otrzymał siarczystego klapa.

Dawcą owego okazał się anonimowy mieszkaniec Warszawy, przedstawiciel gatunku pospolicie zwanego menelstwem. Ot, miał taki gest. Oraz fantazję, podyktowaną spożyciem słusznej dawki płynów z procentami. Nie wadziłam mu w niczym ani nie utrudniałam biesiadowania w gronie podobnych mu, wesołych osobników. Widać uczestnicy libacji chleba mieli dosyć, a pożądali igrzysk. A tu – żadnej rozrywki. Przecież nie dostarczy jej pobliski bank czy kosmetyczny market Rossmann; nie zagwarantuje sprzedawca sznurowadeł i wkładek do butów, który rozstawił pod bankiem stragan. Ale życzliwy los zesłał mnie. I zrobiło się wesoło.

Koleś, który wykazał się dowcipem oraz inicjatywą, klapsem ryzykował sporo. Wziął zamach, tracąc chwiejną równowagę i o mało nie wyglebił. Ile rechotu w towarzystwie!

Nie powiem, żeby sieknął mocno, jednak trafił boleśnie. Bez względu na reakcję, znalazłam się na straconej pozycji. Ochrzanić osobnika? Oddać? Wezwać stróży prawa? Dopiero byłby cyrk.

Swoją drogą – w Warszawie zrobiło się ciekawie. Nie trzeba zapuszczać się na Pragę czy do Wołomina, żeby doświadczyć ekscytujących spotkań z marginesem społecznym. Niewiele stolic w Europie może poszczycić się menażerią okupującą reprezentacyjne ulice miasta.

Ten kompromitujący stan zawdzięczamy… milczeniu. Wynikającemu z braku godności i odpowiedzialności, a przede wszystkim – z tchórzostwa. Terror chamstwa narasta, bo “porządni” obywatele w kłopotliwych sytuacjach ślepną, głuchną i zaczynają się spieszyć. W efekcie, agresorzy opanowali ulice, publiczne miejsca, środki masowego transportu.

Nie zapomnę pewnej sceny z metra. W godzinach szczytu, w dodatku przed świętami. Dwóch młodych z gatunku ABS (absolutnie bez szyi) zaczęło bluzgać na wszystko i wszystkich dookoła. Zareagowałam. Osiłki zatkało ze zdumienia, a potem chcieli zmiażdżyć mnie ekstra dawką wulgaryzmów. Tylko, że… wyczerpało im się słownictwo. Bezradnie powtarzali znane słowa na k, j, p, ch. Nie byli w stanie wznieść się ponad standard.

Wtedy zatriumfowałam. – Co, ćwoku, nie potrafisz nic ciekawszego wymyślić? No dalej, skombinuj coś nowego, to już było! – podjudzałam. Tego prymitywy nie spodziewały się. Wysiedli na najbliższej stacji.

Zanim to nastąpiło, próbowałam zdobyć sprzymierzeńców spośród innych podróżnych, na oko wychowanych w odmiennej kulturze językowej. – Państwu zapewne ta łacina bardzo się podoba? – chciałam się dowiedzieć. Trzeba było widzieć reakcje! Spuszczane oczka, zadumane spojrzenia w okna, zażenowane chrząkanie. A wróg już był pokonany, wystarczyło zewrzeć szyki.

Minęło kilka lat. W pewnym – metaforycznym – sensie, menel wymierzający mi klapsa na Marszałkowskiej wziął odwet za chłopców z metra. Bo nastały czasy dominacji szumowin. To one opanowały ongiś reprezentacyjne arterie miasta. Tu mieszkają, jak nie pod dachem, to na ławce. Pozostali przemykają pod murami, czują się obco na terenie, gdzie menel ma władzę.

Nikt mnie nie przekona, że władze miasta nie mają mocy prawnych, żeby sobie z tym poradzić poradzić. Po prostu, wygodniej nie dostrzegać problemu.

Uroki stolicy: Odlewnia na Odolańskiej

6 sierpnia 2009 autor rp

Kto chodził do koedukacyjnych szkół (ja chodziłam), ten pamięta, że miejscem niedostępnym dla płci przeciwnej, w ogóle terenem tabu był klop. Jasne, w obydwu (tzn. damskim i męskim) paliło się fajki, i nawet czasem dochodziło do wymiany doświadczeń w zakresie zakazanych przyjemności. Ale w jednej kwestii przestrzegany był rytuał intymności: mocz oddawało się za zamkniętymi drzwiami.

Obok perły za stodołą

W tej wstydliwości dotyczącej wydalania byłam wychowana. Pamiętam szok kulturowy, jakim było spotkanie z kolegami ze wschodu, którzy opowiadali o toaletach z drzwiami bez górnej części (na podobieństwo wrót do saloonu), jeśli w ogóle – ha,ha! – drzwi były. Znajomy filmowiec (Polak), przez rok studiujący w Leningradzie, wspominał o kabinach bez zamknięcia, w których co wrażliwsi (czarnoskórzy przybysze z Afryki) omotywali się kocem dla uzyskania jakiej-takiej intymności.

Przypomniało mi się to wczoraj na ulicy Odolańskiej. Nomen omen Odolańskiej. Bo nazwa ulicy dziwnie harmonizowała ze sceną, której byłam mimowolnym świadkiem. Kto zna te zakątki, ten wie – Stary Mokotów, maksymalna punktacja na tabeli atrakcyjności stołecznych lokalizacji, szczyt na tabeli cen za metr kwadratowy. Idę, podziwiam tempo robót nad „Perłą Mokotowa” (apartamentowiec dla vipów). Finansowy doping działa, myślę.

Otóż, nie tylko. Pęcherz też ma swoje prawa. Przekonuję się o tym kilka kroków za „Perłą”.

Odolańską zamyka budka z towarem pierwsze potrzeby: alkohole. Spoglądam i własnym oczom nie wierzę – za tylną ścianką kiosku dwoje funkcjonariuszy służb miejskich oddaje zbędne płyny ustrojowe. Biały dzień, obydwoje w mundurach, z pewnością na służbie. On leje beztrosko w pozycji stojącej, ona podciąga spodnie, wstając z kuczek. Oto prawdziwe braterstwo broni, koedukacja i równouprawnienie w jednym.

Dziewczynka na nocniczku

Publiczne oddawanie moczu przeczy atawizmowi. Nawet człowiek neandertalski oddalał się od stada w celu spełnienia fizjologicznych potrzeb. Postęp cywilizacyjny doprowadził do płciowego podziału toalet, oznakowanych ogólnie zrozumiałymi symbolami – kółkiem i trójkątem, literami inicjalnymi L i G, D i H. Popularna jest też wersja infantylna – sylwetki siusiającego na stojąco chłopczyka i dziewczynki na nocniczku. Mniej lub bardziej naiwny system oznakowania, a co za tym idzie, podział kabin na damskie i męskie, nie ma nic wspólnego z dyskryminacją płciową. Przeciwnie, zapewnia luz, wygodę i higienę osobnikom odmiennie wyposażonym przez naturę.

Oczywiście, są sytuacje wyjątkowe. Pamiętam mgłę-mleko, która przed kilkunastu laty zaskoczyła nas – pięcioosobową ekipę telewizyjną – w drodze powrotnej z Poznania o Warszawy. Zasłona bieli była tak gęsta, że jechaliśmy w spacerowym tempie. Gdy ktoś coś potrzebował, odchodził metr od wozu i… znikał.

Na Odolańskiej mgły nie było. Przeciwnie, jasny dzień. Natomiast folgujący fizjologii zachowywali się tak, jakby stali się niewidoczni. Nieskrępowani, wciągali to i owo, otrzepywali, potem naciągali odzież spodnią. Proszę nie sądzić, że syciłam oczy ich widokiem. Wbrew woli, miałam ich dobrą chwilę przed oczyma, zmierzając Odolańską – co za obsceniczna nazwa! – ku stacji metra Racławicka.

Publiczne wysadzanie

Jak to się stało, że wyzbyliśmy się atawistycznych hamulców? Co spowodowało, że oswoiliśmy się z publicznym wydalaniem fekaliów?

To się zaczyna od matek „wysadzających” pociechy na każdym miejskim trawniku, przy klombie, pod drzewkiem. Ludzie przechodzą, patrzą, nikt słowem nie zaprotestuje. Widać mały jest na musiku. Matka też. Podobna tolerancja dotyczy pięciolatka, któremu się zachce, siedmiolatka na wycieczce w stolicy, dwudziestolatka po piwie, czterdziestolatka pod wpływem procentów. Straciliśmy kontrolę nad sytuacjami zwyczajowo pozostającymi pod kontrolą. Nikt nie reaguje, bo przecież biologii nie sposób okiełznać.

Pamiętam podsłuchaną na Starym Mieście rozmowę milicjanta (rzecz działa się za PRL-u) z przełożonym. Młody służbista miał dylemat, którym dzielił się głośno przez walkie-talkie: „Halo, piuntka, tu dziewiuntka. Pod siedemnastym obywatel leje w bramie. Co robić?”. Problem zniknął – bo nikt nie reaguje na takie zjawiska.

Idę środmieściem, łagodne letnie popołudnie. Przy autach zaparkowanych na poboczach Alei Jerozolimskich stoi facet; wygląda, jakby dłubał coś przy samochodzie. Nie – leje na jezdnię, sprytnie obwarowując się karoserią. Ludziska patrzą, chichoczą. Nikt nie gorszy się, nie gani. Przeciwnie, aprobują. Ten to umie się załatwić!

Podobnych bezkompleksowych lejków widziałam w Warszawie mnóstwo, w sceneriach mniej lub bardziej surrealistycznych. Większość z nich tłumaczy swoje nieobyczajne zachowanie brakiem wystarczającej liczby toalet miejskich. O ile, oczywiście, podpadną stróżom prawa. Skoro jednak służby miejskie ignorują „antyfekalne” przepisy, trudno oczekiwać poprawy sytuacji. Fizjologia górą, kultura dołem. Olana.