Posts Tagged „wybory”<

PiS straciło milion

12 paź 2011

Mariusz Błaszczak nie ma racji twierdząc, że PiS uzyskał w tych wyborach wynik porównywalny z tym sprzed czterech lat. Jego partia otrzymała wówczas 5 183 477 głosów. Teraz: 4 295 016. O blisko milion mniej. Czyli, z grubsza, mniej o jedną piątą.

PiS nie tylko nie jest w stanie rozszerzyć swojej bazy wyborczej, ale wręcz traci twardy elektorat. Gdy spojrzeć na rezultat pierwszej tury wyborów prezydenckich z ub. roku, porównanie wypada jeszcze gorzej: Jarosław Kaczyński uzyskał wówczas 6 128 255 głosów.

Jak to możliwe, że w ciągu 14 miesięcy blisko 2 miliony ludzi, którzy zagłosowali na Kaczyńskiego, zniechęciło się do PiS? Czy wszystko można wytłumaczyć medialną nagonką? Przypomnijmy: w 2005 roku, gdy PiS wygrało z PO, dostało niespełna 3 mln 200 tys. głosów. W ciągu dwóch lat nieustającego i często brutalnego ataku większości mediów, partia ta… zwiększyła stan posiadania dokładnie o 2 miliony. Dwa miliony Polaków, indoktrynowanych na spółkę przez Tomasza Lisa, Monikę Olejnik i Piotra Stasińskiego, jednak postawiło na Kaczyńskiego.

Śmiem twierdzić, że tym razem medialna nawałnica nie była aż tak intensywna. A mimo to setki tysięcy ludzi odwróciło się od PiS.

Dlaczego? Dobre samopoczucie Mariusza Błaszczaka chyba wyjaśnia, dlaczego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sukces słabego premiera

9 paź 2011

Pierwsza w Polsce reelekcja rządzącej partii to niewątpliwie osobisty sukces Donalda Tuska. Bo na pewno nie jego rządu, który nie miał za bardzo czym się pochwalić w kampanii.

Szósta z rzędu wyborcza przegrana Jarosława Kaczyńskiego to jego osobista porażka i klęska jego partii. Wiele wskazuje na to, różnica między PO i PiS będzie podobna jak w ostatnich wyborach (jeśli potwierdzą się wyniki podane przez OBOP). A jeszcze bardziej prawdopodobne jest to, że PiS stracił tysiące zwolenników, którzy zagłosowali na to ugrupowanie cztery lata temu. Odpływ wyborców od największej partii opozycyjnej przy tak słabym rządzie to ewenement na skalę europejską. Powinno to dać Kaczyńskiemu i jego współpracownikom sporo do myślenia.

Jeśli wierzyć wynikom OBOP, poległ na całej linii także Grzegorz Napieralski. Jego dni na czele SLD są już zapewne policzone.

Sukces Janusza Palikota to bardzo niepokojący sygnał dla polskiej demokracji: do Sejmu wchodzi polityczny zbir i ignorant, otoczony wianuszkiem dawnych ubeków. Okazuje się, że w Polsce prostackie zachowania zyskują coraz większą rzeszę fanów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sprawa Kempy: kompromitacja PAP

13 wrz 2011

Oto pierwsza cyberafera tej kampanii.

Kiedyś czytaliśmy o chomikach-ludojadach, jeziorze wypełnionym wódką oraz wielorybie płynącym w górę Wisły. Teraz mamy posłankę PiS rezygnującą ze startu w wyborach. Polska Agencja Prasowa idzie z duchem czasu i nawiązuje do najlepszych tradycji polskiego tabloidyzmu.

Ktoś wysłał do PAP oświadczenie o wycofaniu się Beaty Kempy z wyborów do Sejmu, PAP wypuścił je w świat jako gorącego newsa, PiS natychmiast uznał podejrzanego maila za fałszywkę, a sama zaintesowana skierowała sprawę do prokuratury.

Posłanka zareagowała nerwowo, obwiniając za całe zamieszanie rząd. Już niedługo przeczytacie Państwo kpiny z Beaty Kempy na stronach „Gazety Wyborczej”, tutaj jednak zajmiemy się drugą stroną medalu, a mianowicie Polską Agencją Prasową, która wykazała się kunsztem dziennikarskim najprzedniejszego sortu.

„Dochowaliśmy wszystkich standardowych procedur” – mówi Mirosław Harasim, wiceszef agencji. „Zweryfikowaliśmy adres mailowy, z którego nadeszło oświadczenie, mail zgadzał się z tym, jaki był podany na jej stronie. Próbowaliśmy dodzwonić się do posłanki Kempy. Chcieliśmy szybko podać newsa. Gdybym to ja był tego dnia na miejscu wydawcy, też pewnie zdecydowałbym o jego publikacji”.

A gdyby tak ktoś podszył się pod Cezarego Grabarczyka albo Joannę Muchę, panie Harasim, byłby Pan równie zdeterminowany w swoim profesjonalizmie, żeby taką informację upublicznić? Czy „niedodzwonienie się” także i w tym wypadku nie stanowiłoby żadnej przeszkody?

Okazuje się, że standardową procedurą w PAP jest wrzucanie na depesze wszystkiego, co się wygrzebie ze skrzynki mailowej. Może jeszcze dzisiaj wyślę agencji maila zapowiadającego bankructwo Grecji (oczywiście ze stosownego adresu, np. ministros_finansos@hellada.gov.gr), a wydawca, z wypiekami na policzkach, poinformuje o tym rynki finansowe. „Niestety, nie dodzwoniliśmy się do żadnego Greka: ani Sokratesa, ani Platona, ani Pitagorasa. Ale dochowaliśmy wszystkich procedur” – usłyszelibyśmy z ust naczelnego agencji.

„Redakcja PAP ma dziś ustalić, jak w tego typu sprawach postępować w przyszłości” – pisze „Presserwis”.

Kochani, wszystkie zasady już dawno zostały ustalone. Jakieś dwieście lat temu. Jeśli nie będziecie się ich trzymać, z nazwy Polska Agencja Prasowa, pozostanie już tylko sama „Agencja”. Może jeszcze z jakimś przymiotnikiem…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zdrowy rozsądek Amerykanów

3 lis 2010

Partia urzędującego od dwóch lat prezydenta USA doznała bolesnej porażki w wyborach do Kongresu.

Demokraci stracili większość w Izbie Reprezentantów. Ich kandydaci przegrali z republikańskimi rywalami w kilkudziesięciu okręgach wyborczych, co nie zdarza się zbyt często w amerykańskiej polityce.

Tak było w 1994 roku, gdy mijała właśnie połowa pierwszej kadencji Billa Clintona. Republikanie odbili Izbę Reprezentantów z rąk konkurentów po raz pierwszy od 40 lat. Z kolei w 1982 roku gorycz podobnej porażki poznał Ronald Reagan. Wówczas to demokraci święcili triumfy, powiększając swoją przewagę nad prawicą o 27 mandatów.

Co może zatem oznaczać wtorkowa klęska Partii Demokratycznej dla politycznej przyszłości Baracka Obamy? Jeśli historia miałaby się powtórzyć, Obama powinien bez problemu wygrać kolejne wybory prezydenckie w 2012 roku. Tak jak Reagan w 1984 roku, gdy zmiażdżył Waltera Mondale’a, wygrywając w 49 z 50 stanów. I tak jak Bill Clinton w 1996 roku, gdy nie dał szans Bobowi Dole’owi.

Obamie pozostaje więc nadzieja. Ale tylko nadzieja. Bo pierwszy czarnoskóry przywódca USA stał się ofiarą własnego piarowskiego kunsztu, który wyniósł go na szczyty władzy. Ani Reagan, ani Clinton nie rozbudzili w Amerykanach aż tak wielkich oczekiwań, a mimo to przez dwie kadencje osiągnęli bardzo dużo. Reagan przywrócił Ameryce optymizm i poprowadził ją do zwycięstwa nad imperium zła. Clinton zaś między jedną a drugą randką ze swoją ulubioną stażystką całkiem sprawnie zarządzał gospodarczym boomem.

Obama zaś obiecywał i hope, i change, i całą masę innych cudów. Był przekonany, że za przepchnięcie przez Kongres historycznych ustaw zdrowotnych rodacy będą mu wdzięczni do końca życia. Wszystkie zaś doczesne problemy szarych obywateli zasypywał drukowanymi w pośpiechu bilionami dolarów.

Za wcześnie jeszcze na ocenę, czy socjaldemokratyczny eksperyment a la Obama powiedzie się w Stanach. Na razie wyborcy wykazali się zdrowym rozsądkiem, uznając, że im więcej rządu, tym gorzej dla nich. Niestety, w Europie „Big Government” wciąż jest górą. Obama czułby się tutaj jak pączek w maśle.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszyscy jesteśmy Józefem Oleksym

23 cze 2010

Zabawmy się w political fiction: do II tury wyborów prezydenckich wchodzą Bronisław Komorowski i Grzegorz Napieralski. Jarosław Kaczyński odpada z rywalizacji, ale popiera go aż 14 proc. Polaków. To łakomy kąsek zarówno dla marszałka Sejmu, jak i lidera SLD. Kto przejmie głosy zwolenników PiS, wprowadzi się do pałacu

Już w powyborczy poniedziałek ludzie ze sztabu Napieralskiego dzwonią do ojca Rydzyka, by załatwić wywiad w Radiu Maryja, a Komorowski proponuje powrót do idei IV RP. We wtorek Napieralski pojawia się na herbatce u arcybiskupa Nycza, Komorowski zaś opowiada się za ścisłym zakazem stosowania in vitro. W środę rano Napieralski odwiedza Muzeum Powstania Warszawskiego. Po południu Komorowski wyznaje, że zawsze chciał być kawalerem. W czwartek przywódca lewicy wyraża się w superlatywach o Antonim Macierewiczu, z kolei kandydat PO zapewnia: „Parytety? Po moim trupie!”. W piątek Napieralski nie może sobie przypomnieć, kim była Barbara Blida, a marszałek chwali rzetelne dziennikarstwo Jana Pospieszalskiego. Wreszcie, podczas niedzielnej debaty telewizyjnej obaj pretendenci dokręcają śrubę. Komorowski sugeruje, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu, Napieralski zaś stwierdza, że homoseksualistów należy leczyć.

Czego się nie robi dla dobra Polski… A jednak powyższy scenariusz wydaje się tak absurdalny, że nadawałby się na montypythonowski skecz.

Jarosław Kaczyński, by zdobyć serca wyborców Grzegorza Napieralskiego, oczyścił z grzechu postkomunizmu Józefa Oleksego i uznał, że Prawo i Sprawiedliwość „może i jest po trosze lewicowe”. A jego najbliżsi współpracownicy powtarzają, że PiS w sprawach społecznych i gospodarczych właściwie niewiele się różni od SLD. Tylko czekać, aż jakiś dziennikarz spyta Kaczyńskiego o jego dzisiejszy stosunek do generała Jaruzelskiego. Będzie wesoło.

Sztabowcy prezesa PiS wierzą zapewne, że fani polskiego Zapatero masowo poprą człowieka „po trosze lewicowego”. I są święcie przekonani, iż ukłony w stronę postkomunistów nie zniechęcą do Kaczyńskiego części konserwatywnego elektoratu. Jakże są naiwni.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pułapki kampanii

13 maj 2010

Grzegorz Schetyna w Radio Zet:

To jest oczywiście element kampanii wyborczej i zmiana wizerunku PiS i samego kandydata PiS. (…) Nie mam złudzeń, że tylko właśnie na rzecz swojego wysiłku prezydenckiego takie rzeczy Jarosław Kaczyński mówi, bo za długo go znam i wiem, jaki był w polityce, (…) czym się kierował w polityce i wiem, jaki ma charakter i temperament i takie rzeczy są po prostu nieprawdziwe.

Po raz kolejny Schetyna „obnaża” fałsz kampanii Kaczyńskiego, ale wpycha swoją partię w pułapkę. Jeśli bowiem można odmawiać prawa do odmiany Kaczyńskiemu, wątpić w szczerość jego intencji, to czyż nie można użyć tego samego argumentu, kwestionując szczerość intencji… Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa? Czy nie słyszeliśmy w ostatnich tygodniach, jak wielką przemianę przeżyli obaj rosyjscy przywódcy? Jak bardzo się zmienili i jak dzięki temu mogą zyskać stosunki polsko-rosyjskie?

„Nie mam złudzeń, że Władimir Putin robi to wszystko na potrzeby własnej polityki wewnętrznej. Wiem, jaki ma charakter i temperament”. Jak oceniłby takie słowa Grzegorz Schetyna? Jak skomentowałaby taką wypowiedź „Gazeta Wyborcza”?

Wniosek 1: Gdy przykładasz jakąś miarę do swojego politycznego przeciwnika, przetestuj ją najpierw na politycznym sojuszniku.

***

Wracam jeszcze na chwilę do wczorajszej nieudanej prezentacji strony internetowej Bronisława Komorowskiego. Powtarzam: takie rzeczy się zdarzają. Jednak są dużo boleśniejsze dla partii, która na lewo i prawo obwieszcza, jaka to nie jest wspaniała, europejska i nowoczesna na tle tych „obciachowców” z PiS. Tłumaczenia, iż serwer padł, bo było tylu chętnych do obejrzenia strony, to wymówki dla małych dzieci. Takie prezentacje robi się offline. Jeśli wie to taki bezdenny laik jak ja, a nie wie tego Sławomir Nowak, to znaczy, że Komorowski potrzebuje na gwałt nowego szefa sztabu.

Krótko mówiąc: tym razem nie było ani europejsko, ani nowocześnie, tylko po prostu niekompetentnie.

Co ciekawe, nikt się specjalnie wczoraj nie interesował tym, jaką stronę internetową ma Kaczyński (a ma – przynajmniej na razie – beznadziejną), bo Kaczyński – wiadomo – na Internecie się nie zna i nikt od niego nie oczekuje portali, wortali, klipów i wideoczatów. A od Komorowskiego – tak.

Wniosek 2: Jeśli się na czymś znasz znakomicie, mów, że znasz się trochę. Jeśli znasz się trochę, mów, że nie masz o tym zielonego pojęcia.

***

Marek Wikiński z SLD o Małgorzacie Napieralskiej w „Polsce The Times”:

Żona Napieralskiego jest młoda, atrakcyjna, inteligentna, bardzo medialna. Wygrywa w rankingu na pierwszą damę.

Z dalszej części tekstu dowiadujemy się, że lewica ma zamiar wykorzystać w kampanii pomysł pewnego internauty, który nazwał żonę Grzegorza Napieralskiego „polską Carlą Bruni”.

Po pierwsze: bardzo zaintrygował mnie fakt, iż pro-feministyczny SLD tworzy „rankingi” kandydatek na pierwsze damy. Ja należę raczej do gatunku maczystów-szowinistów, ale nie wyobrażam sobie, bym miał oceniać kandydatów do prezydentury wedle urody ich żon. Panie pośle Wikiński, nie przystoi.

Po drugie: Napieralski był już w swojej politycznej karierze „polskim Obamą” i „polskim Zapatero”. Rozumiem, że teraz chciałby zostać polskim Sarkozym. Mam nadzieję, że jest w jego sztabie ktoś na tyle rozsądny, by mu wybić z głowy ten „fantastyczny” pomysł na kampanię wizerunkową.

Wniosek 3: Nie idźcie tą drogą. Nie traktujcie żon jak bombek na choinkę. I nie porównujcie własnych żon do żon innych polityków.

***

„Mam wrażenie, że może to być element gry politycznej” – powiedział Paweł Poncyljusz o apelu rodzin ofiar katastrofy w Smoleńsku, by nie wykorzystywać tej tragedii w polityce.

Skucha, bodaj pierwsza tak poważna od początku kampanii PiS.

Joanna Kluzik-Rostkowska, pytana o te słowa w „Gazecie Wyborczej”, mówi: „Nie słyszałam ich”.

Skucha nr 2. Szef sztabu wyborczego poważnego kandydata nie może „nie słyszeć” jakiejś wypowiedzi swojego najbliższego współpracownika, tym bardziej, iż trąbią o niej przez cały dzień wszystkie media.

Zresztą Bronisław Komorowski, jak zdradził w programie Tomasza Lisa, także „nie słyszał” wypowiedzi Władysława Bartoszewskiego o „nekrofilii”.

Może jeszcze kilka lat temu byłaby to skuteczna linia obrony. Dzisiaj już nie. Gdy rzecznik kandydata, albo, co gorsza, sam kandydat, mówi: „Nie słyszałem”, to należy to rozumieć jako: „Ściemniam”.

A propos: nie podzielam zachwytów nad Joanną Kluzik-Rostkowską jako szefową sztabu Kaczyńskiego. U Moniki Olejnik broniła się w miarę skutecznie, a powinna ją roznieść na strzępy. Jest miła dla dziennikarzy, ale mało przekonująca. Powtarza się, mówi sloganami („Bronisław Komorowski nie ma charyzmy” – to już wiemy i domyślamy się, że jest to taki fajny, retoryczny gadżecik wymyślony przez spin doktorów PiS, ale wałkowanie tego na okrągło jest już nużące. To samo można powiedzieć wyborcom na tysiąc innych sposobów). A opowiadanie o przeciwnikach politycznych, że się „ich osobiście lubi” pachnie sztucznością na kilometr.

Wniosek 4: Trzeba słyszeć wszystko, ale nie wszystko należy mówić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bronisław „Error” Komorowski

12 maj 2010

Każdemu się zdarza. Chociaż wydawało mi się, że kandydat PO już wyczerpał limit wpadek.

Muszę przyznać, że jest mi nawet żal Agnieszki Pomaski i Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, które miały zaprezentować internetowy portal kandydata PO na prezydenta. Żal mi samego marszałka, który wyraźnie zaciskał zęby z wściekłości, odpowiadając na pytania dziennikarzy.

Skończyło się na desperackim klikaniu tu i ówdzie. Klęska.

Co się w tej chwili dzieje w sztabie marszałka i jakie słowa padają z różnych ust – można sobie tylko wyobrazić.

Szkoda, bo strona jest całkiem przyzwoita. Bez technologicznych fajerwerków, ale łatwa w nawigacji, przejrzysta, ładna graficznie.

To kolejna wpadka marszałka i jego sztabu w ostatnich dniach. Mieliśmy już słynne słowa o szczątkach na miejscu katastrofy Smoleńsku („To nie jest wielki problem”), mieliśmy średni dowcip o Polakach maszerujących pod murami Kremla w 1612 roku, mieliśmy też Sławomira Nowaka, mówiącego o „skrajnej prawicy, która chce Polski ksenofobicznej” i „kandydacie specjalnej troski” (to oczywiście o Jarosławie Kaczyńskim). A teraz mamy „serwer niedostępny”.

Bronisław Komorowski przypomina mi coraz bardziej Gordona Browna, odchodzącego brytyjskiego premiera, który zyskał nawet przydomek „Calamity Brown” (w wolnym tłumaczeniu „Brown Katastrofa”). Jak tak dalej pójdzie „Calamity Bronek” może mieć poważne problemy z utrzymaniem przewagi nad „Silent Jarkiem”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielka Brytania: wybory bez zwycięzcy

7 maj 2010

Rzadko się zdarza, by wyborów nie wygrał nikt.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że torysi pod wodzą Davida Camerona zmierzają po bezdyskusyjne zwycięstwo i zdobędą komfortową większość w Izbie Gmin. Miało być tak, jak często bywało w historii Albionu: silny premier na czele silnego rządu, realizujący politykę na własną odpowiedzialność.

Będzie jednak inaczej. Konserwatyści zdobyli największą liczbę mandatów, ale Camerona trudno nazwać triumfatorem. Liberalni Demokraci przez chwilę nawet prowadzili w sondażach, tymczasem w czwartek uzyskali gorszy wynik niż pięć lat temu. Partia Pracy Gordona Browna poniosła zaś porażkę zapowiedzianą i oczekiwaną. Niewykluczone, że wielu laburzystów odetchnęło z ulgą, iż ten koszmar już się skończył i że będzie można postawić na czele ugrupowania kogoś mniej zgranego niż dotychczasowy premier.

Gordon Brown nie jest nawet w stanie „obejść” Camerona z lewej strony i utworzyć rządu z liberałami. Albo więc powstanie mniejszościowy rząd torysów – bardzo ryzykowna opcja – albo gabinet koalicyjny, konserwatywno-liberalny, z Cameronem jako premierem i Nickiem Cleggiem z jakąś prestiżową teką (np. szefa dyplomacji).

Lider torysów już taką propozycję złożył i wygląda na to, że brytyjską scenę polityczną czeka fascynujący eksperyment: oto będziemy świadkami rozmów koalicyjnych, które są w Londynie rzeczą nieznaną. Co z nich wyniknie? Zapewne rząd nieco bardziej proeuropejski (eurosceptycyzm torysów zostanie złagodzony euroentuzjazmem Clegga) i nieco mniej proamerykański. Najważniejsze jednak, by powstał jak najszybciej i powstrzymał lawinę długów, która pogrąża Wielką Brytanię w gospodarczym chaosie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jezus Maria, wraca IV RP!

27 kwi 2010

A on przecież tylko wzdął policzki i zasunął wpół powieki… – pisze publicysta „Rz”

„Aaaa….”

Jarosław Kaczyński

A zatem nie minęły nawet trzy tygodnie od katastrofy prezydenckiego samolotu, a hydra IV RP znów podnosi swe niezliczone łby. Jarosław Kaczyński nie uszanował żałobnej atmosfery pogrzebów najbliższych współpracowników i rozpoczął bezwzględną, polityczną walkę. Mimo apeli wielu intelektualistów o spokojną, wyciszoną kampanię prezydencką, już widzimy, jaką drogą pójdzie prezes PiS.

Owe „Aaaa…” zwiastuje, iż będzie to kampania pełna zacietrzewienia, brutalności, ciosów poniżej pasa i „dziadków z Wehrmachtu”. Jarosław Kaczyński jest bowiem gotów uczynić wszystko, by wrócić do władzy, gdyż władza jest jego obsesją. IV RP powraca niczym przerażające widmo. Nadciąga z jeszcze większą mocą, gdyż czerpać będzie pełnymi garściami z nowego mitu – mitu męczeńskiej śmierci Lecha Kaczyńskiego. Nikt nie ma złudzeń: w tej kampanii przeciwnicy PiS będą okładani trumnami ofiar smoleńskiej tragedii.

Złowieszcze „Aaaa…” Jarosława Kaczyńskiego rozbrzmiewa dziś niczym echo wydobywające się z wawelskiej krypty. To będzie kampania dramatyczna, agresywna i pełna pseudopatriotycznego patosu. Już pełźnie jak żółw leniwa, ulewa brzemienna, i z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi. To ponure smugi pisowskiej retoryki. Czyż naprawdę trudno dostrzec, jak wielkie zagrożenie stoi dziś przed nami? Czy historia niczego Polaków nie nauczyła? Wraca wszak IV RP, z szambem esbeckich teczek, z opluwaniem ludzi prawych, zniszczeniem prawdziwych bohaterów naszej wolności.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop