Posts Tagged „Wielka Brytania”<

Nagonka na Albion

11 gru 2011

W tych ciężkich dniach tuż po unijnym szczycie w Brukseli Zjednoczone Królestwo znów jest splendidly isolated. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron nie uległ naciskom Angeli Merkel oraz Nicolasa Sarkozy’ego i nie zgodził się na nowy traktat UE. Albion został wyautowany.

Prawdopodobnie jako jedyny kraj Unii nie przyłączy się do „paktu” zaproponowanego przez Niemcy i Francję. Wiele wskazuje na to, że prędzej czy później Brytyjczycy sami opuszczą UE albo zostaną do tego zmuszeni. „Nigdy nie zgodzimy się na wejście do strefy euro. Nigdy nie pozbędziemy się części naszej suwerenności, tak jak muszą to uczynić kraje chcące wstąpić do eurolandu” – mówił Cameron w piątek bladym świtem w dramatycznym wystąpieniu tuż po zakończeniu obrad przywódców.

Czułem niesmak, gdy Jerzy Buzek, przewodniczący europarlamentu, z wyrazem zadowolenia na twarzy powiedział dziennikarzom: „Wynik tego szczytu jest bardzo dobry: dwadzieścia sześć do jednego! To znaczy, że Europa jest zjednoczona”.

W istocie przez ostatnich kilka miesięcy niemal cała Europa grała do jednej bramki. Politycy powtarzali ad nauseam, iż Anglicy są ostatnimi hamulcowymi w Unii, a niemiecka i francuska prasa znęcała się nad Wielką Brytanią i Cameronem mniej więcej tak jak w latach 80. „Trybuna Ludu” nad Stanami Zjednoczonymi i Ronaldem Reaganem. Gdy w Brukseli Nicolas Sarkozy ostentacyjnie nie podał ręki szefowi brytyjskiego rządu, przypomniałem sobie ze smutkiem, że ta sama ręka całkiem niedawno kordialnie ściskała dłoń Muammara Kaddafiego.

„Można być prezydentem, ale można też być chamem” – powiedział ponoć trzy lata temu Radosław Sikorski o Lechu Kaczyńskim. Przy całym szacunku dla francuskiej kultury: to stwierdzenie pasuje jak ulał, lecz akurat nie do Lecha Kaczyńskiego.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cameron wśród kagebistów

13 wrz 2011

Nawet angielskim dżentelmenom zdarza się niekiedy przekroczyć cienką linię dzielącą brytyjski humor od zwykłego braku wyczucia

Podczas poniedziałkowego spotkania z moskiewskimi studentami premier David Cameron opowiedział o swojej przygodzie z 1985 roku. Gdy jako 19-latek odwiedził wówczas wybrzeże Morza Czarnego, podeszło do niego dwóch mężczyzn, świetnie mówiących po angielsku. Zaprosili go na lunch i zaczęli wypytywać o sytuację polityczną w Wielkiej Brytanii. Cameron wkrótce zrozumiał, że była to próba werbunku.

„Chyba oblałem test, bo nie dostałem tej roboty” – powiedział do studentów pół żartem, pół serio Cameron. Gdy anegdotę usłyszał potem prezydent Dmitrij Miedwiediew, skomentował ją z uśmiechem: „David byłby świetnym szpiegiem KGB, choć zapewne nigdy nie zostałby szefem brytyjskiego rządu”.

Tego akurat nie byłbym taki pewien. KGB werbowało młodych ludzi z Zachodu właśnie po to, by lokować ich później jak najwyżej w strukturach władzy i biznesu. Można zresztą zaryzykować stwierdzenie, że od czasu upadku ZSRR niewiele się w tej materii zmieniło – oprócz nazwy tej mrocznej organizacji.

Mnie żarty Camerona i Miedwiediewa w ogóle nie ubawiły. Wdowę po Aleksandrze Litwinience zapewne też nie. Ani wszystkich tych, którzy doskonale wiedzą, jaką rolę odgrywają byli funkcjonariusze sowieckich służb w życiu politycznym i gospodarczym współczesnej Rosji.

Premier Wielkiej Brytanii wybrał się na Kreml, by załagodzić napięte relacje między oboma krajami. Podpisał umowy handlowe opiewające na ponad 200 mln funtów i mówił, że problemy polityczne nie mogą zaszkodzić stosunkom handlowym. Jednak w sprawie ekstradycji Andrieja Ługowoja, podejrzewanego  o otrucie Litwinienki agenta FSB,  nadział się na twarde „Niet”.

Od wielu lat Rosja postępuje tak samo: kiedy trzeba, potrafi się uśmiechnąć, a nawet przytulić. Uściśnie dłoń, wyrazi współczucie i będzie zapewniać o przyjaźni. Pod warunkiem że się od niej kupi trochę gazu. I nie naciśnie się na odcisk kagebowskiej elicie tego kraju.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szemrane deale z libijskimi powstańcami

2 wrz 2011

Sensacyjna, tajna operacja Brytyjczyków w Libii, opisywana od wczoraj przez londyńskie media, może przyprawić premiera Davida Camerona o kolejny ból głowy.

Kilkuosobowy zespół ludzi pracujących w Foreign Office miał za zadanie odciąć siły Kaddafiego od dostaw paliwa, a jednocześnie zaopatrywać w benzynę rebeliantów. Komórką kierował Alan Duncan, sekretarz stanu w Departamencie Współpracy Międzynarodowej. Duncan jest zamożnym czowiekiem, świetnie znającym się na rynku ropy, bo sam nią kiedyś handlował.

I tutaj zaczynają się kłopoty.

Głównym „narzędziem” w całej operacji była zarejestrowana w Szwajcarii firma Vitol – to ona dostarczała towar dla powstańców. Wedle mediów robiła to nielegalnie, bo w tym czasie sankcje na tego typu dostawy dotyczyły obu stron konfliktu.

Vitol z rzadka występuje na czołówkach gazet: tak już zwykle bywa z koncernami, które zarabiają gigantyczne pieniędze, ale nie chcą się nimi chwalić. Otóż Vitol jest nie tylko największym na świecie brokerem ropy naftowej, ale też spółką zamieszaną w kilka międzynarodowych skandali. W dodatku dla Vitola pracował niegdyś… Alan Duncan, do dziś zaprzyjaźniony z szefem tego koncernu, Ianem Taylorem, który z kolei był darczyńcą Partii Konserwatywnej.

Guardian pisze o Vitolu:

Obracają ponad 5 milionami baryłek ropy naftowej dziennie, kontrolują 200 supertankowców, pływających po wodach całego świata. Ich przychody – w dobrym roku – sięgają 140 miliardów dolarów. Mają swoje przedstawicielstwa w każdym kraju liczącym się na rynku ropy, łącznie z Irakiem i Syrią. (…) W 1993 roku Vitol sprzedał 280 tysięcy ton zanieczyszczonego paliwa Pakistanowi, co spowodowało 100 milionów dolarów strat. Trzy lata później okazało się, że szwajcarski koncern wręczył milion dolarów łapówki serbskiemu zbrodniarzowi wojennemu, słynnemu „Arkanowi”, za ułatwienie zawarcia kontraktu z reżimem Slobodana Miloszevicia. W 2007 roku Vitol musiał zapłacić ponad 17 milionów dolarów kary za opłacanie urzędników Saddama Husajna, w ramach programu „Ropa za żywność”.

Opozycyjna Partia Pracy domaga się śledztwa w sprawie związków brytyjskiego rządu z Vitolem, tym bardziej, że rebelianci mieliby zapłacić za dostarczone paliwo funduszami Kaddafiego, zamrożonymi na kontach w brytyjskich bankach. Rzecznik rządu twierdzi, że Vitol ubijał interesy z Narodową Radą Libijską na zasadach czysto komercyjnych.

Demokracja demokracją, ale przecież nikt nie będzie obalał arabskich dyktatorów za darmo…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Albion i jego motłoch

10 sie 2011

Upadkowi brytyjskiej cywilizacji są winne tamtejsze elity, które straciły kontrolę nad własnym państwem. Dla większości polityków hasłem przewodnim stało się: „nie drażnić społeczeństwa” – uważa publicysta „Rzeczpospolitej”.

Kiedy jeden 20-latek włamuje się do salonu z telefonami komórkowymi i wynosi z niego kilka nokii, jest zwykłym złodziejem. Gdy 500 zakapturzonych  20-latków rozbija witryny i kradnie dwa tysiące telefonów – o, to już zupełnie co innego. Wtedy mamy do czynienia ze „społecznym buntem” ludzi zdesperowanych i wykluczonych, bezbronnych ofiar dzikiego kapitalizmu. Gdyby brytyjscy policjanci zabili w strzelaninie jakiegoś białego skinheada, znanego ze swoich rasistowskich wybryków, media nie wyrażałyby żalu i nie roztrząsały, czy funkcjonariusze przypadkiem nie nacisnęli na spust zbyt szybko.

Ale policjanci zabili śniadoskórego, obwieszonego złotem handlarza narkotyków i sprowokowali jego kumpli do wywołania „społecznego buntu”. A to już zupełnie co innego.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Amerykanin w Londynie

25 maj 2011

Widzę, że załatwiliście na mój pobyt typową brytyjską pogodę – żartował prezydent USA podczas konferencji prasowej w ogrodach Downing Street, spoglądając w bezchmurne niebo i mrużąc oczy pod promieniami ostrego słońca.

Anglosaski humor nie jest jedyną rzeczą, jaka łączy Amerykę i Zjednoczone Królestwo oraz Baracka Obamę i Davida Camerona. Łączą ich język, historia i literatura. Nierozerwalna kulturowa pępowina. W polityce zagranicznej zaś przekonanie, że czasami trzeba zastosować siłę, by rozwiązać jakiś problem, zakończyć konflikt czy odsunąć od władzy krwawego dyktatora. Że niekiedy wysłanie uzbrojonych po zęby żołnierzy na drugi koniec świata jest moralnym nakazem, a zabicie groźnego terrorysty – usprawiedliwioną egzekucją dokonaną dla wyższych celów. Nic się pod tym względem nie zmieniło od czasów Winstona Churchilla i Franklina D. Roosevelta, Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, George’a W. Busha i Tony’ego Blaira. Jeśli ktoś uważa, że epoka specjalnych relacji się skończyła, a Wielka Brytania jest dziś dla USA takim samym sojusznikiem jak Niemcy czy Francja, niech zapyta amerykańskich komandosów, z kim woleliby ruszyć na wojnę: z żołnierzami Bundeswehry czy z kolegami z SAS. Specjalne relacje rodzą się w okopach, a nie na szczytach G8 czy G20.

W czasie przemówienia przed połączonymi izbami brytyjskiego parlamentu Obama kilkakrotnie wspominał Wielką Kartę Swobód wydaną przez Jana bez Ziemi w 1215 roku, ograniczającą władzę monarszą i określającą przywileje poddanych. Mówił też o narodach, które nadal cierpią pod rządami tyranów mających za nic zasady zawarte w Magna Charta, choćby prawo do uczciwego procesu.

Ameryka walczyła w obronie Albańczyków z Kosowa i obaliła afgańskich talibów, Brytyjczycy interweniowali w Sierra Leone, gdy dochodziło tam do rzezi cywilów. Dziś oba państwa pomagają rebeliantom w Libii i wspierają dysydentów w Iranie. Gdyby kontynentalna Europa była nieco bardziej anglosaska, być może udałoby się także obalić reżim leżący tuż za naszą wschodnią granicą. Niekoniecznie przy pomocy marines i F-16, lecz za pomocą potężnej broni, jaką jest moralność.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Europa jak islandzki wulkan

28 maj 2010

Stary Kontynent walczy z gigantycznym zadłużeniem. Tnie i oszczędza. Ale Europa jest usłana politycznymi trupami śmiałków, którzy w przeszłości próbowali przeprowadzić w swoich krajach podobne reformy. Nielicznym się udawało, większość po jakimś czasie wywieszała białą flagę.

W 1974 roku konserwatywny premier Wielkiej Brytanii Edward Heath, po trwającym trzy tygodnie paraliżu całego kraju, skapitulował przed strajkującymi górnikami. Podniósł im pensje o ponad 20 procent i rozpisał przyspieszone wybory. Przegrał je gładko, oddając władzę laburzystom.

Dziesięć lat później swoją wojnę ze związkowcami stoczyła Margaret Thatcher. Brutalną i krwawą. Były w niej prawdziwe bitwy, jak słynna „Battle of Orgreave”, w której 6 tysięcy robotników starło się z 8 tysiącami policjantów; a także zwykłe morderstwa: w listopadzie 1985 roku pewien taksówkarz wiozący do pracy górnika łamistrajka zginął pod betonowym blokiem zrzuconym z mostu. Żelazna dama ostatecznie triumfowała, choć do dziś straszy się nią walijskie dzieci.

Thatcher była jednak wyjątkiem. Minęło kolejnych dziesięć lat i kolejny europejski polityk musiał pożegnać się ze złudzeniami. Gdy jesienią 1995 roku konserwatywny premier Francji Alain Juppé zapowiedział zmiany w systemie emerytalnym pracowników budżetówki, stał się wrogiem publicznym numer jeden.

Pociągi przestały kursować. Uniwersytety przestały uczyć. Strajkowały miliony ludzi. Przez miesiąc cała Francja po porannej kawie z croissantem udawała się na najbliższą manifestację. W końcu Juppé podkulił ogon i wycofał się ze swych projektów. Pięć lat później socjaliści dopisali puentę do tego smutnego epizodu, wprowadzając nad Sekwaną… 35-godzinny tydzień pracy. Żeby było więcej czasu na maszerowanie z transparentami.

Dzisiaj przed równie ciężką próbą stają Papandreu, Zapatero, Berlusconi, Cameron, Sarkozy, Sócrates, Cowen. Na razie rządzący obcinają przywileje głównie sobie (jak w Wielkiej Brytanii), planują opodatkowanie najbogatszych (jak w Hiszpanii) i ograniczają inwestycje (jak we Włoszech). Lecz prędzej czy później zostaną zmuszeni do bardziej radykalnych kroków. Wtedy zabawa w palenie banków, którą pamiętamy z Aten, może się okazać niewinną igraszką. Nie wiadomo tylko, kiedy ten wulkan wybuchnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tylko u nas: trzecia aborcja za darmo

20 maj 2010

Ciąże nastolatek są jednym z najpoważniejszych problemów społecznych w Wielkiej Brytanii. Rządzący przez wiele lat laburzyści ramię w ramię z licznymi organizacjami feministycznymi bohatersko walczyli z tym zjawiskiem na najrozmaitsze sposoby

Było zatem dużo edukacji seksualnej dla dzieci i młodzieży. Było rozdawanie kondomów w szkołach. Było wręczanie 16-latkom pigułek wczesnoporonnych. I jeszcze więcej edukacji seksualnej. I jeszcze więcej prezerwatyw. Były także instruktażowe broszury (o wielce wymownym tytule „Pleasure”), wydawane przez tamtejszą służbę zdrowia, wedle których nauczyciele mieli mówić dzieciom o zaletach „codziennego orgazmu” i namawiać do masturbacji.

Było promowanie różnych „modeli rodziny”, łącznie ze stwierdzeniem, iż rodzina tak naprawdę „nie ma znaczenia dla społeczeństwa”, a rosnąca liczba separacji na Wyspach to „pozytywne zjawisko” (Harriet Harman, pani minister ds. równości w rządzie Gordona Browna).

A na końcu były wielkie oczy i zdumione miny ekspertów, gdy okazywało się, że te wszystkie środki jakoś nie przekładają się na mniejszą liczbę niechcianych ciąż, że 280 mln funtów wydanych w ciągu ostatnich dziesięciu lat zostało wyrzucone w błoto, że statystyczne słupki, zamiast maleć, idą w górę. Eksperci przyjrzeli się owym słupkom, podrapali w głowy i zaproponowali… kolejne 20 milionów na edukację seksualną i kolejne śmiałe innowacje. M.in. pomysł, by państwowi urzędnicy wysyłali uczennicom esemesy z przypomnieniem, kiedy powinny łyknąć swoją tabletkę.

Owi eksperci chyba liczą na to, iż brytyjskie nastolatki, gdy już dowiedzą się wszystkiego o „pleasure”, a ich cyklem miesiączkowym będzie sterował telefon komórkowy, przestaną uprawiać seks. Ale przecież nie można być niczego pewnym, więc na wszelki wypadek trzeba im jeszcze zareklamować usługi aborcyjne w telewizji. Niedługo pojawią się zapewne także reklamy „zestawów aborcyjnych zrób to sam” – skoro można już kupić podobny zestaw do eutanazji.

Nic mnie już nie zdziwi. Nawet jeśli Wielką Brytanię wkrótce pochłonie Atlantyk.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielka Brytania: wybory bez zwycięzcy

7 maj 2010

Rzadko się zdarza, by wyborów nie wygrał nikt.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że torysi pod wodzą Davida Camerona zmierzają po bezdyskusyjne zwycięstwo i zdobędą komfortową większość w Izbie Gmin. Miało być tak, jak często bywało w historii Albionu: silny premier na czele silnego rządu, realizujący politykę na własną odpowiedzialność.

Będzie jednak inaczej. Konserwatyści zdobyli największą liczbę mandatów, ale Camerona trudno nazwać triumfatorem. Liberalni Demokraci przez chwilę nawet prowadzili w sondażach, tymczasem w czwartek uzyskali gorszy wynik niż pięć lat temu. Partia Pracy Gordona Browna poniosła zaś porażkę zapowiedzianą i oczekiwaną. Niewykluczone, że wielu laburzystów odetchnęło z ulgą, iż ten koszmar już się skończył i że będzie można postawić na czele ugrupowania kogoś mniej zgranego niż dotychczasowy premier.

Gordon Brown nie jest nawet w stanie „obejść” Camerona z lewej strony i utworzyć rządu z liberałami. Albo więc powstanie mniejszościowy rząd torysów – bardzo ryzykowna opcja – albo gabinet koalicyjny, konserwatywno-liberalny, z Cameronem jako premierem i Nickiem Cleggiem z jakąś prestiżową teką (np. szefa dyplomacji).

Lider torysów już taką propozycję złożył i wygląda na to, że brytyjską scenę polityczną czeka fascynujący eksperyment: oto będziemy świadkami rozmów koalicyjnych, które są w Londynie rzeczą nieznaną. Co z nich wyniknie? Zapewne rząd nieco bardziej proeuropejski (eurosceptycyzm torysów zostanie złagodzony euroentuzjazmem Clegga) i nieco mniej proamerykański. Najważniejsze jednak, by powstał jak najszybciej i powstrzymał lawinę długów, która pogrąża Wielką Brytanię w gospodarczym chaosie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop