Posts Tagged „Rosja”<

Oderwać Rosjan od kremlowskiej TV

14 paź 2011

Trudno ocenić, czy wyniki badania Centrum Lewady dotyczące stosunku Rosjan do Polski są dla nas dobre czy złe.

Na przykład: czy bylibyśmy zadowoleni, gdyby w klasyfikacji „Najbliższy przyjaciel” Polska wyprzedziła Białoruś, na którą wskazała dokładnie połowa ankietowanych (na Polskę zaledwie 5 proc.)? Czy mamy zrezygnować z planów rozmieszczenia nad Wisłą jednej z baz tarczy antyrakietowej, która – według sondażu – jest największą przeszkodą w rozwoju „dobrosąsiedzkich stosunków”? Czy wreszcie powinniśmy się cieszyć, iż coraz więcej Rosjan wie, kto dokonał mordu w Katyniu? Czy raczej martwić, że aż 42 proc. odpowiada na to pytanie: „Nie znaju”.

Ciężko ocenić wyniki tej ankiety także z innego powodu: Rosjanie czerpią swą wiedzę o świecie głównie z prokremlowskiej telewizji. Ci, którzy czytają gazety, także są w dużej mierze skazani na wypaczony przekaz. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż w rankingu nieprzyjaciół Rosji zdecydowanie prowadzi Gruzja (57 proc.) – nie dlatego, że ten malutki kraj stanowi dla Kremla poważne zagrożenie, lecz z powodu trwającej od lat w rosyjskich mediach kampanii oczerniania Micheila Saakaszwilego.

Polska z kolei wciąż jest opisywana jako marionetka USA, kraj rusofobów, którzy uparcie sprzeciwiają się ściślejszym związkom Rosji z Unią Europejską (tak twierdzi ponad jedna piąta badanych). Odsetek niechętnych Polsce odpowiedzi wzrastał w latach rządów PiS, gdyż zarówno śp. Lech Kaczyński, jak i Jarosław Kaczyński byli postrzegani jako politycy wręcz chorobliwie antyrosyjscy (inna sprawa, że sami często wzmacniali ten wizerunek). Za kadencji Donalda Tuska przedstawianego przez portal internetowy Gazeta.ru jako „Nasz człowiek w Warszawie” sympatia do Polski wzrosła tylko nieznacznie (i to pomimo fali współczucia po katastrofie smoleńskiej) i jest nadal o 20 punktów niższa niż na początku dekady.

Rosjan, szczególnie młodych, należałoby oderwać od ekranu telewizora. Niech przyjeżdżają do Polski, niech się uczą na polskich uniwersytetach, niech poznają nasz kraj z pierwszej ręki. Zaproszenie dla jednego rosyjskiego studenta jest warte dużo więcej niż wizyta jednego Siergieja Ławrowa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pust’ wsiegda budiet Putin

24 wrz 2011

I tak oto skończyły się spekulacje na temat zamiany miejsc między premierem Władimirem Putinem a prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem w 2012 roku.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem (a raczej pójdzie), Putin porządzi Rosją przez kolejne dwie kadencje. Duma wydłużyła je z czterech do sześciu lat, a zatem Władimir Władimirowicz będzie nam towarzyszył jako głowa sąsiedniego państwa aż do 2024 roku. Będzie wówczas dziarskim, 72-letnim, doświadczonym politykiem (jego przyjaciel Silvio Berlusconi był w tym wieku sześć lat temu) i odda z ulgą władzę… Dmitrijowi Miedwiediewowi, który będzie zasiadał na Kremlu do roku 2036 (osiągnie wtedy 71 lat).

Gdy skończą się dwie kadencje Miedwiediewa, Putin zapewne już sobie odpuści – jako doradca 16 niemieckich i 9 francuskich koncernów oraz laureat wielu międzynarodowych nagród, może nawet z pokojowym Noblem na czele, odda się rozkoszom wesołego życia emeryta.

Wielu zachodnich polityków i ekspertów znów dało się nabrać na potiomkinowską grę Kremla: nowoczesny, proeuropejski, posługujący się iPhone’em Miedwiediew miał być przeciwwagą dla autorytarnego kagebisty Putina. Dlatego  – postulowali – należy hołubić Miedwiediewa, wspierać go, ściskać dłoń, zachwalać jego reformatorskie esprit. Spodziewano się pojedynku na śmierć i życie w marcowych wyborach prezydenckich – między Rosją nowoczesną, „krzemową”, patrzącą w przód, a Rosją KGB i posągów Stalina.

Takiego pojedynku jednak się nie doczekamy. Okazuje się, że rację mieli ci rosyjscy dysydenci, którzy stawiali między Miedwiediewem a Putinem znak równości.

Wspólną ideologią obu polityków jest po prostu władza. Najważniejszą zaś różnicą to, iż Putin Rosją rządzi, a Miedwiediew Rosję jedynie reklamuje. Ten drugi przez ostatnie cztery lata pełnił co najwyżej rolę lepu na zagranicznych inwestorów. Przez najbliższe 12 lat prawdopodobnie nic się w tej mierze nie zmieni.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cameron wśród kagebistów

13 wrz 2011

Nawet angielskim dżentelmenom zdarza się niekiedy przekroczyć cienką linię dzielącą brytyjski humor od zwykłego braku wyczucia

Podczas poniedziałkowego spotkania z moskiewskimi studentami premier David Cameron opowiedział o swojej przygodzie z 1985 roku. Gdy jako 19-latek odwiedził wówczas wybrzeże Morza Czarnego, podeszło do niego dwóch mężczyzn, świetnie mówiących po angielsku. Zaprosili go na lunch i zaczęli wypytywać o sytuację polityczną w Wielkiej Brytanii. Cameron wkrótce zrozumiał, że była to próba werbunku.

„Chyba oblałem test, bo nie dostałem tej roboty” – powiedział do studentów pół żartem, pół serio Cameron. Gdy anegdotę usłyszał potem prezydent Dmitrij Miedwiediew, skomentował ją z uśmiechem: „David byłby świetnym szpiegiem KGB, choć zapewne nigdy nie zostałby szefem brytyjskiego rządu”.

Tego akurat nie byłbym taki pewien. KGB werbowało młodych ludzi z Zachodu właśnie po to, by lokować ich później jak najwyżej w strukturach władzy i biznesu. Można zresztą zaryzykować stwierdzenie, że od czasu upadku ZSRR niewiele się w tej materii zmieniło – oprócz nazwy tej mrocznej organizacji.

Mnie żarty Camerona i Miedwiediewa w ogóle nie ubawiły. Wdowę po Aleksandrze Litwinience zapewne też nie. Ani wszystkich tych, którzy doskonale wiedzą, jaką rolę odgrywają byli funkcjonariusze sowieckich służb w życiu politycznym i gospodarczym współczesnej Rosji.

Premier Wielkiej Brytanii wybrał się na Kreml, by załagodzić napięte relacje między oboma krajami. Podpisał umowy handlowe opiewające na ponad 200 mln funtów i mówił, że problemy polityczne nie mogą zaszkodzić stosunkom handlowym. Jednak w sprawie ekstradycji Andrieja Ługowoja, podejrzewanego  o otrucie Litwinienki agenta FSB,  nadział się na twarde „Niet”.

Od wielu lat Rosja postępuje tak samo: kiedy trzeba, potrafi się uśmiechnąć, a nawet przytulić. Uściśnie dłoń, wyrazi współczucie i będzie zapewniać o przyjaźni. Pod warunkiem że się od niej kupi trochę gazu. I nie naciśnie się na odcisk kagebowskiej elicie tego kraju.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szczyty bez przełomów

8 gru 2010

W ostatnich dniach obserwowaliśmy festiwal dyplomatycznych fajerwerków w wykonaniu polskich władz

Bronisław Komorowski rozmawiał w ciągu 72 godzin z prezydentami Rosji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych, co samo w sobie jest wyczynem bez precedensu. Donald Tusk zaś najpierw odwiedził Angelę Merkel, a później premiera Turcji.

Żadne z tych spotkań nie przyniosło przełomu. Wizyta Dmitrija Miedwiediewa miała być kontynuacją ocieplenia w stosunkach Warszawy z Moskwą, choć od uporczywego powtarzania słowa „reset” cieplej nam nie będzie. Gdy w oficjalnych dokumentach władz rosyjskich czytamy o „wydarzeniach” w Katyniu, gdy widzimy, jak prowadzone jest śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej – robi się raczej mroźno.

Z kolei Donaldowi Tuskowi po raz kolejny nie udało się przekonać strony niemieckiej, by poważnie potraktowała nasze wątpliwości co do przebiegu gazociągu północnego. Mimo deklarowanej przyjaźni i szerokich uśmiechów, polski premier wciąż odbija się w Berlinie od ściany – i to w sprawie absolutnie kluczowej dla naszego bezpieczeństwa ekonomicznego.

Dla niepoprawnych megalomanów i zwolenników Platformy Obywatelskiej to stężenie spotkań na szczycie dowodzi zapewne coraz większej roli Polski na arenie międzynarodowej. Widać wyraźnie, że Komorowski i Tusk obrali zupełnie inną drogę niż Lech Kaczyński – poprzedni prezydent wolał koalicje małych i średnich państw, które łączyły podobne interesy i zagrożenia. Obecne władze wolą pompatyczne, dwustronne szczyty z wielkimi graczami. Na razie jednak nie widać pozytywnych efektów tej zmiany.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczyński, oczywiście, cyniczny i fałszywy

10 maj 2010

Gdy oglądałem przesłanie Jarosława Kaczyńskiego do Rosjan, mniej więcej w 20 sekundzie klipu zacząłem się zastanawiać – do czego się przyczepią tym razem.

Po prezentacji filmu pewna dziennikarka pozwoliła sobie na krotochwilną uwagę o widocznym w tle instrumencie. „Nie wiedzieliśmy, że pan prezes gra na pianinie” – stwierdziła, lub może zapytała, gdyż trudno było rozpoznać zamiar żurnalistki po intonacji tego zdania (proszę wybaczyć, jeśli mój cytat nie jest dosłowny).

A zatem pianino.

Stawiałem raczej na imbryk. W drugiej kolejności na źle dobrane okulary.

Lecz nie skończyło się oczywiście na pianinie. Wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski odebrał przesłanie Kaczyńskiego „bardzo źle” i uznał je za wyraz „niebywałego cynizmu”. Andrzej Halicki, szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych stwierdził, że przemówienie prezesa PiS to „wielki fałsz”. – Mamy polską duszę sprzyjania osobom, które są poszkodowane. Tylko że Jarosław Kaczyński, może bardziej jego sztabowcy, nadużywają tej okoliczności i czynią to z premedytacją – skomentował Halicki.

Zaś Roman Imielski z „Gazety Wyborczej” „jest gotów postawić każde pieniądze”, iż słowa Kaczyńskiego są „elementem wyrachowanej, zimnej kampanii”.

Uznaję wszystkie powyższe wypowiedzi za żenujące. Jeśli Niesiołowski, Halicki i Imielski będą za chwilę po raz enty narzekać na fatalny poziom debaty publicznej w Polsce i na obniżające się standardy dziennikarstwa, to niechaj spojrzą najpierw w lustro i zastanowią się, czy nie dołożyli swoich trzech groszy do takiego stanu rzeczy.

Czy tak ma wyglądać rozmowa na temat ważnego przemówienia ważnego polityka? Czy w podobny sposób mamy dyskutować o uścisku Tuska i Putina w Smoleńsku? O mowach pogrzebowych szefa polskiego rządu? O wizycie marszałka Komorowskiego na moskiewskiej defiladzie?

Ja uważam zachowanie premiera Polski i Rosji na miejscu katastrofy za szczere i naturalne. Wzruszenie Tuska podczas ceremonii żałobnych za autentyczne. Wizytę Komorowskiego w Rosji za potrzebną. Choć, wedle wzorców wyznaczanych przez Niesiołowskiego, Halickiego i Imielskiego, powinienem wszędzie doszukiwać się cynizmu, fałszu i „elementów wyrachowanej kampanii wyborczej”.

Powtarzam: żenujące.

P.S. Chcecie podyskutować o przesłaniu Jarosława Kaczyńskiego? Proszę bardzo. Według mnie było dobre, choć mogło być lepsze. Zabrakło mi w nim odniesienia do ostatnich gestów Dmitrija Miedwiediewa i do wielkiej, rosyjskiej kultury, którą większość Polaków ceni, i która już nas łączy, mimo różnic ideologicznych. Wystarczyło wspomnieć Bułhakowa, Sołżenicyna, Czajkowskiego. Wówczas „przesłanie” byłoby pełniejsze. Co do tła: było niedoświetlone i zbyt ponure – nawet biorąc poprawkę na okoliczności. Jarosław Kaczyński mógł też bardziej „mówić” do Rosjan niż „czytać”.

Tak czy inaczej, ciekawy ruch polityczny. Szczególnie w momencie, gdy najważniejszy rywal w wyścigu do prezydentury pierwszą debatę z wyborcami prowadzi z… Moskwy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wątki antyrosyjskie i teorie spiskowe w „GW”

27 kwi 2010

Sprawa zabójstwa Aleksandra Litwinienki, byłego oficera FSB, otrutego w jednej z londyńskich restauracji, pozostaje nierozwiązana i budzi ogromne emocje. Większość mediów od początku starało się opisywać tę pogmatwaną i dramatyczną historię w sposób obiektywny i unikając niezdrowej sensacji. Jedynie „Gazeta Wyborcza” od lat snuje na temat śmierci Litwinienki niestworzone teorie spiskowe, oskarżając Kreml o zamach na życie dysydenta (mimo braku dowodów), podsycając nieufność do Rosjan i kopiąc dołki pod rosyjsko-brytyjskim pojednaniem.

***

Wacław Radziwinowicz, „Wyuczony czekista”, GW, 30.12.2009

(…) kiedyś Putin „po przyjacielsku” poprosił go [Tony’ego Blaira] o wydanie ukrywających się w Wielkiej Brytanii Czeczena Ahmeda Zakajewa i zbiegłego oligarchy Bierezowskiego. Blair odparł, że sam nie może, bo o ekstradycji w jego kraju decyduje niezależny sąd. W języku przywódców Rosji powołanie się w takiej sytuacji na niezależny sąd oznacza w najbardziej łagodnym tłumaczeniu „spadaj”. Odpowiedź na to musi być ostra. Inny emigrant polityczny z Rosji Aleksander Litwinienko dostał więc w listopadzie 2006 r. w Londynie śmiertelną dawkę polonu.

Zbigniew Brzeziński, „Komunizm, kapitalizm, putinizm”, 01.05.2008

Atmosferę polityczną kraju zatruwały też tajemnicze zabójstwa niezależnych dziennikarzy, wyraźna obojętność, z jaką reagował Putin na zamordowanie głównej przeciwniczki jego polityki w Czeczenii Anny Politkowskiej i publiczne przyznanie Federalnej Służbie Bezpieczeństwa (FSB) prawa do prowadzenia operacji zagranicznych z „licence to kill”, wkrótce po czym doszło w Londynie do szokującego zabójstwa kłopotliwego dezertera z FSB Aleksandra Litwinienki. Wybrana metoda sugeruje chęć zamaskowania zleceniodawców, a zarazem chęć zadania ofierze jak największych cierpień mających być lekcją poglądową dla kandydatów na politycznych zdrajców FSB. To, że wskazany przez Brytyjczyków główny podejrzany o zabójstwo został posłem do Dumy, świadczy wymownie o wielkich zmianach, jakie zaszły przez ostatnie osiem lat w rosyjskiej etyce politycznej.

(…)

Zabójstwa Politkowskiej i Litwinienki skupiły największą uwagę mediów, a przecież nie były to odosobnione przypadki. W większości przypadków ofiara głosiła niewygodne poglądy polityczne, a sprawców nie aresztowano, co wzmaga podejrzenie, że zabójstwa miały podłoże polityczne i dokonano ich pod osłoną państwa.

Jacek Szczerba, „Niekrasow: Putin, ty morderco!”, 30.08.2008

„Bunt. Sprawa Litwinienki” Andrieja Niekrasowa, który ma dziś swoją polską premierę to interesujący dokument nakręcony w słusznej sprawie. Ale nawet w nim nie uniknięto filmowych chwytów na pograniczu manipulacji. Putin ma swojego Michaela Moore’a. (…) Film Niekrasowa o Litwinience to rzecz interwencyjna, odważna w odsłanianiu kulis władzy w Rosji. Obejrzawszy „Bunt”, trudno nie zadać sobie podstawowego pytania: Dlaczego właściwie Rosjanie zdecydowali się zabić w Londynie Litwinienkę (jeśli to rzeczywiście oni zrobili)? I to dziś, w czasach gdy media całego świata natychmiast robią z tego typu zdarzenia aferę na cztery fajery. Czy on naprawdę aż tak bardzo zagrażał Rosji? A może jej włodarze mieli po prostu pewność, że Wlk. Brytania (czy szerzej ujmując – Zachód) ograniczy się tylko do protestów dyplomatycznych, a w gruncie rzeczy nie zrobi nic. Nie odważy się zadrzeć z Rosją, bo nazbyt jej zależy na dobrych z nią stosunkach. Mają przecież wspólnie do zrobienia wielkie interesy. I to jest chyba w tym wszystkim najstraszniejsze.

Wacław Radziwinowicz, „Rosyjscy rycerze płaszcza i kindżału”, 09.12.2006

Wiele wskazuje na to, że zastrzelenie Anny Politkowskiej i otrucie Aleksandra Litwinienki to elementy zaciętej walki o władzę w Rosji przed zapowiadanym na rok 2008 końcem prezydentury Putina. (…)
Opinia publiczna na świecie bez większych wahań uznała, że za zamordowaniem Litwinienki – który zmarł w londyńskim szpitalu otruty radioaktywnym polonem 210 – stoi Putin i jego służby. Ta wersja wydaje się najbardziej logiczna.

Leopold Unger, „Artyści od Litwinienki”, 05.12.2006

„Był więc czy nie był artystą Mikołaj Chochłow, kapitan KGB, który w lutym roku 1954 wyposażony w papierośnicę zamienioną w pistolet z zatrutymi kulami zjawił się we Frankfurcie z misją zamordowania szefa pewnej rosyjskiej organizacji emigracyjnej? Albo był czy nie był artystą Bogdan Stasziński, też oficer KGB, weteran krwawych misji zagranicznych, który trzy lata później zjawił się także w Republice Federalnej i też w celu zabicia rosyjskiego działacza emigracyjnego? Tym razem przy użyciu metalowej rurki zawierającej truciznę, która spowodowała natychmiastową śmierć o symptomach podobnych do ataku serca.

(…)

No a zabójstwo Litwinienki jest czy nie jest arcydziełem? Człowiek czy też ludzie, którzy go otruli, są czy nie są artystami?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Utopia, którą warto wspierać

8 kwi 2010

„Nie tylko dyskutujemy o ograniczeniach w dalszym rozwoju broni nuklearnej, lecz staramy się wręcz zmniejszyć liczbę głowic. Dążymy do tego, by pewnego dnia broń jądrowa całkowicie zniknęła z powierzchni Ziemi”. Słowa amerykańskiego przywódcy były sygnałem do nowego otwarcia w stosunkach między dwoma mocarstwami. Dla jednych stały się symbolem bezgranicznej naiwności prezydenta USA, dla innych znakiem niebywałej odwagi i politycznego instynktu

Słowa te wypowiedział w styczniu 1985 roku Ronald Reagan. Gdyby żył, zapewne pochwaliłby swojego sukcesora Baracka Obamę za wynegocjowanie nowego traktatu rozbrojeniowego z Rosją. Reagan był republikaninem i antykomunistą, Obama jest demokratą, ale świat bez broni nuklearnej nie musi być pomysłem „prawicowym” czy „lewicowym”. Jest po prostu pomysłem dobrym. Kto nie chciałby żyć w takim świecie?

Ma on jednak zasadniczą wadę: nie da się go zrealizować. Podobnie jak nie da się wyeliminować wypadków samochodowych czy zgonów z powodu choroby wieńcowej. Co nie oznacza, że nie należy z tymi plagami walczyć. Opcja zerowa, na którą zgodziłyby się jednocześnie Stany Zjednoczone, Chiny, Iran i Izrael, jest dziś czystą fantazją. „Czy wyobrażacie sobie premiera Izraela, który dobrowolnie rezygnuje z bomby?” – pytał niedawno były amerykański sekretarz obrony William Cohen.

Problemem nie jest liczba ładunków i ich nośników, lecz kontrola nad nimi. Amerykanie i Rosjanie pilnują się nawzajem. Atomowy Pakistan nie jest dla Waszyngtonu zmartwieniem, dopóki nie przejmą w nim władzy islamscy ekstremiści. Iran posiadający 100 głowic, ale przestrzegający układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, byłby dla Ameryki mniejszym kłopotem niż Iran z jedną głowicą, ale rządzony przez szaleńca.

Co z kolei powiedzieć o terrorystach, którzy z rozkoszą zdetonowaliby nuklearny ładunek gdzieś na Manhattanie? Kto i jak ma ich kontrolować?

Terroryści muszą zdobyć bombę „skądś”. Im więcej współpracy między największymi atomowymi mocarstwami – USA, Rosją i Chinami – tym mniejsze szanse, iż bomba trafi w niepowołane ręce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop