Minister Sikorski wyłożył w Berlinie swoją wizję Unii Europejskiej. Jestem wobec niej mocno krytyczny, a także poirytowny okolicznościami, w jakich została przedstawiona.
A jednak przychodzi mi z coraz większym trudem polemizowanie z tezami Sikorskiego, krytykowanie polityki zagranicznej obecnego rządu i jego postawy wobec Niemiec – w sytuacji, gdy największa partia opozycyjna zaczyna dyskusję na ten temat od zarzutów najcięższego kalibru.
Zamierzałem napisać ostrą krytykę tego wystąpienia. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego zostało ono wygłoszone w stolicy Niemiec, a nie w Warszawie (tłumaczenie, iż „serce Europy bije dzisiaj w Berlinie” jeszcze bardziej obciąża autora). Nie jestem w stanie zrozumieć błagalnego tonu ministra, który w niemieckim rządzie widzi jedynego zbawcę Unii Europejskiej. Nie zgadzam się ze zdaniem, iż należy wreszcie sprawić, by „Europą dało się rządzić”, bo podobnymi stwierdzeniami często usprawiedliwiano w przeszłości antydemokratyczne działania. Nie zgadzam się na kontrolowanie narodowych budżetów przez brukselską centralę, nawet, jak proponuje minister Sikorski, przy współudziale Parlamentu Europejskiego. Nie zgadzam się także na likwidację zasady weta w Unii, co szef MSZ zasugerował, opowiadając słuchaczom historię polskiego liberum veto.
Nie mogę poprzeć przedstawionej przez Sikorskiego wizji Europy federalnej, bo intuicja podpowiada mi, że polska suwerenność stałaby się wówczas jedynie atrapą suwerenności.
Ale już niczego więcej o tym przemówieniu nie napiszę, ponieważ wiem, że moje skromne non possum i tak zginie w kakofonii oskarżeń o złamanie przysięgi, zaprzaństwo i zdradę stanu. Zastanawiałem się, czy któryś z polityków PiS powie coś o Czwartej Rzeszy. Nie musiałem długo czekać.
Debata na temat berlińskiego przemówienia Sikorskiego już się właściwie skończyła. PiS tę debatę zabił.
Kupiłem sobie dzisiaj kilka książek, m. in. „Długie ramię Moskwy” Cenckiewicza. Idę sobie poczytać.
Autor jest komentatorem tygodnika „Uważam Rze”







