Posts Tagged „polityka zagraniczna”<

Jak zabić debatę o polityce zagranicznej

29 lis 2011

Minister Sikorski wyłożył w Berlinie swoją wizję Unii Europejskiej. Jestem wobec niej mocno krytyczny, a także poirytowny okolicznościami, w jakich została przedstawiona.

A jednak przychodzi mi z coraz większym trudem polemizowanie z tezami Sikorskiego, krytykowanie polityki zagranicznej obecnego rządu i jego postawy wobec Niemiec – w sytuacji, gdy największa partia opozycyjna zaczyna dyskusję na ten temat od zarzutów najcięższego kalibru.

Zamierzałem napisać ostrą krytykę tego wystąpienia. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego zostało ono wygłoszone w stolicy Niemiec, a nie w Warszawie (tłumaczenie, iż „serce Europy bije dzisiaj w Berlinie” jeszcze bardziej obciąża autora). Nie jestem w stanie zrozumieć błagalnego tonu ministra, który w niemieckim rządzie widzi jedynego zbawcę Unii Europejskiej. Nie zgadzam się ze zdaniem, iż należy wreszcie sprawić, by „Europą dało się rządzić”, bo podobnymi stwierdzeniami często usprawiedliwiano w przeszłości antydemokratyczne działania. Nie zgadzam się na kontrolowanie narodowych budżetów przez brukselską centralę, nawet, jak proponuje minister Sikorski, przy współudziale Parlamentu Europejskiego. Nie zgadzam się także na likwidację zasady weta w Unii, co szef MSZ zasugerował, opowiadając słuchaczom historię polskiego liberum veto.

Nie mogę poprzeć przedstawionej przez Sikorskiego wizji Europy federalnej, bo intuicja podpowiada mi, że polska suwerenność stałaby się wówczas jedynie atrapą suwerenności.

Ale już niczego więcej o tym przemówieniu nie napiszę, ponieważ wiem, że moje skromne non possum i tak zginie w kakofonii oskarżeń o złamanie przysięgi, zaprzaństwo i zdradę stanu. Zastanawiałem się, czy któryś z polityków PiS powie coś o Czwartej Rzeszy. Nie musiałem długo czekać.

Debata na temat berlińskiego przemówienia Sikorskiego już się właściwie skończyła. PiS tę debatę zabił.

Kupiłem sobie dzisiaj kilka książek, m. in. „Długie ramię Moskwy” Cenckiewicza. Idę sobie poczytać.

Autor jest komentatorem tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ajatollah Palikot

10 wrz 2011

Proniemieckość i antyamerykanizm – oto założenia polskiej polityki zagranicznej, przedstawione na piątkowej konferencji prasowej Ruchu Poparcia. Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z Ruchem Poparcia dla Kompletnych Ignorantów.

Według Janusza Palikota polska polityka zagraniczna powinna być prosta jak szyjka od butelki. Nie lubimy Ameryki, kochamy Niemcy. „Powinniśmy mieć bardzo bliski sojusz z Niemcami i w oparciu o ten sojusz negocjować z Rosją i ograniczyć zupełnie dla nas niepotrzebne, a bardzo dużo kosztujące relacje z Amerykanami. Mamy z Ameryką 3 procent wymiany handlowej, a z UE prawie 80, w tym prawie 30 procent z Niemcami. Te liczby najwięcej mówią o interesach polskich w polityce zagranicznej” – mówi były poseł Platformy.

Jeśli w przyszłości z Wikileaks wyciekną kolejne depesze i okaże się, że jakiś dyplomata USA określa Palikota jako skończonego idiotę, to chyba nikt się nie zdziwi.

Świński ryj i wibrator to pestka w porównaniu z tymi wywodami. O ile poprzednie ekscesy Palikota można złożyć na karb specyficznie rozumianego marketingu politycznego, tym razem trudno znaleźć usprawiedliwienie dla tych infantylnych bajdurzeń. Palikot pojmuje świat jak – nomen omen – mały Jasio. Tych lubimy, tamtych nie. Ci są fajni, tamci są be. „Niepotrzebne relacje z USA” – to fraza godna doprawdy Kim Dzong Ila. „Antyamerykanizm” z kolei przyświeca od lat irańskim ajatollahom. Pogratulować sojuszników.

Gdy Annie Fotydze zdarzają się wypowiedzi krytycznie wobec Rosji czy Niemiec, Radosław Sikorski niemal zawsze reaguje – czasami ostro, czasami ironicznie. Mimo że Fotyga nigdy nie proponowała, byśmy prowadzili politykę „antyrosyjską” czy „antyniemiecką”. Czy szef dyplomacji tym razem zbeszta swojego dawnego partyjnego kolegę? Może chociaż na twitterze?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Odrobina rozsądku nie zaszkodzi

21 cze 2011

Mamy w Warszawie rząd, który rzuca się w objęcia Angeli Merkel, a jednocześnie nie jest w stanie uzyskać korzystnych rozwiązań w kilku kwestiach spornych, jak gazociąg północny czy uznanie praw mniejszości polskiej za Odrą. Mamy także w Polsce opozycję, która ciska na Niemcy gromy i oskarża je niemalże o prowadzenie wobec sąsiadów polityki neokolonialnej. Gdy jednak ta opozycja była u władzy, jej osiągnięcia w relacjach z Berlinem były równie mizerne.

Rządowi przydałby się kubeł zimnej wody. A opozycji – wiaderko wody ciepłej.

Współczesne stosunki z Niemcami wymagają spojrzenia przyjaznego, ale rozsądnego. Powinniśmy wyjść z okopów II wojny światowej, ale nie musimy od razu tańczyć w rytm bawarskich przyśpiewek. Nie oderwiemy się od mrocznej historii naszych narodów, nie usuniemy nigdy ze zbiorowej pamięci Auschwitz, Pawiaka, powstania warszawskiego, lecz nie możemy także zapominać, iż jesteśmy dziś sojusznikami w NATO, partnerami w Unii Europejskiej, a wzrost gospodarczy w Polsce zależy w dużej mierze od tego, co dzieje się w gospodarce niemieckiej.

Dotychczas to my potrzebowaliśmy pomocy Niemiec. Berlin wspierał nasze starania o wejście do UE, a potem – poprzez unijne fundusze – w ogromnej mierze finansował nasze inwestycje. Ta kroplówka niestety wkrótce się skończy, bo najbogatsze państwa Unii nie zamierzają dotować w nieskończoność nowych członków. Jednak Niemcy potrzebują dziś także Polski. Angela Merkel jest coraz bardziej osamotniona w Europie. Trudno znaleźć na Starym Kontynencie kraj, który miałby gorszą prasę: Berlin jest oskarżany o próbę sterowania całą europejską gospodarką, a pani kanclerz została znienawidzona przez Greków i Portugalczyków, gdy zaczęła im wypominać, że za mało pracują oraz biorą za dużo urlopów. Niemcom nie pomogła także zaskakująca wstrzemięźliwość w sprawie interwencji w Libii. Nic dziwnego, że Guido Westerwelle usprawiedliwia się, powtarzając, iż w tym przypadku Polska postąpiła tak samo.

Wizja polsko-niemieckiego tandemu, który nadawałby ton Unii Europejskiej, jest wciąż utopijna. Ale Niemcy przestały już być państwem, które Polacy muszą albo bezwarunkowo kochać, albo nienawidzić. I to jest bodaj największe osiągnięcie  w naszych stosunkach po 1989 roku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop