Posts Tagged „Muammar Kaddafi”<

Kaddafi: śmierć człowieka podłego

20 paź 2011

Zanim Muammar Kaddafi oddał ducha, zdjęcie śmiertelnie rannego pułkownika obiegło świat. Zobaczył je zapewne także Baszar al-Asad, syryjski dyktator, który trwające od kilku miesięcy powstanie przeciwko jego brutalnej władzy właśnie topi we krwi. Musiał być nie lada przerażony. Czy podobny koniec czeka każdego arabskiego przywódcę, który nie liczy się ani ze swoimi podwładnymi, ani z nakazami Allaha? Chyba tak – czasem prędzej, czasem później.

Kaddafi był tego świadom, gdy pierwsze bomby z francuskich i brytyjskich samolotów spadły na wierne mu oddziały. Być może wiedział już wcześniej – gdy pierwsi rebelianci chwycili za broń i zaczęli zdobywać kolejne libijskie miasta. Albo jeszcze wcześniej – gdy jego asystenci położyli ma na biurku fotografię brodatego, wycieńczonego Saddama Husajna, wyciąganego przez amerykańskich żołnierzy z nory gdzieś pod Tikritem.

Ale Kaddafi zdawał sobie sprawę ze swojego przeznaczenia prawdopodobnie jeszcze wcześniej: gdy wydawał rozkazy torturowania swoich przeciwników politycznych, gdy skazywał na śmierć ludzi bawiących się w berlińskiej dyskotece „La Belle” i tych, którzy wsiedli na pokład samolotu linii Pan Am, lecącego z Londynu do Nowego Jorku. Ludzi niewinnych, którzy zginęli rozerwani bombą nad małym szkockim miasteczkiem Lockerbie.

Kaddafi musiał wiedzieć już wtedy. Pozbawieni jakichkolwiek moralnych odruchów tyrani nie umierają raczej ze starości, we własnym łóżku, z ciepłą poduszką pod głową i otoczeni gromadką prawnuków.

Zazwyczaj umierają tak jak żyli – podle.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Daleko do demokratycznej Libii

22 sie 2011

Walka przeciwko reżimowi może skończyć się dzisiaj, ale walka o demokrację dopiero się zaczyna – stwierdził przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek i miał absolutną rację.

Po półrocznej krwawej wojnie domowej libijscy rebelianci wkroczyli do Trypolisu. Zdali egzamin militarny, wykazali się wielką odwagą i determinacją, lecz za chwilę staną przed dużo cięższą próbą.

W budowaniu nowego państwa nie pomogą im ani brytyjscy komandosi, ani francuskie myśliwce. Unia Europejska może podpowiedzieć Libijczykom, jak zorganizować wolne wybory, jak stworzyć normalny system partyjny, może ich wesprzeć finansowo, ale prędzej czy później doradcy wrócą do Brukseli, pieniądze się skończą, a Libia będzie musiała radzić sobie sama.

To będzie bardzo bolesny proces. Podobnie jak w przypadku Afganistanu Libijczycy nie są jednolitym narodem, lecz konstelacją blisko  150 plemion mających własne interesy i priorytety. Wiele  z nich połączyła nienawiść do Muammara Kaddafiego, inne były mu wierne do końca.

Trudno będzie skleić tę mozaikę, szczególnie w atmosferze rozliczeń z dyktaturą. Opozycyjna Tymczasowa Rada Narodowa będzie musiała utrzymać porządek w kraju do czasu ukonstytuowania się nowych władz. Wydaje się to zadaniem karkołomnym. Jak uniknąć samosądów? Jak zapobiec grabieżom? Co zrobić z tysiącami sztuk broni, które trafiły (głównie z Kataru) do rąk powstańców? Najtrudniejszym problemem może się okazać dekaddafizacja Libii. W Iraku po obaleniu Saddama Husajna przeprowadzono osiem lat temu pospieszną debaasyfikację (od nazwy ugrupowania irackiego prezydenta – Baas), która okazała się błędem: zakaz sprawowania funkcji publicznych przez byłych członków partii dotknął nie tylko urzędników, ale także profesorów uniwersyteckich, nauczycieli i lekarzy. Wyhodowano w ten sposób gigantyczną armię wściekłych Irakijczyków, wrogo nastawionych do rządu.

Demokratyczna, spokojna Libia to kusząca i miła perspektywa, lecz jeszcze bardzo odległa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska na uboczu, gdy Zachód walczy w dobrej sprawie

20 mar 2011

W 1953 roku Amerykanie na spółkę z Brytyjczykami obalili premiera Iranu Mohammada Mossadegha, gdy ten postanowił upaństwowić Anglo-Irańską Kompanię Naftową (poprzedniczkę dzisiejszej BP).

Trzy lata później Brytyjczycy, Francuzi oraz Izraelczycy dokonali inwazji na Egipt, kiedy ówczesny prezydent tego kraju Gamel Abdel Nasser znacjonalizował Kanał Sueski. Obie te interwencje są do dziś traktowane w świecie muzułmańskim symbolicznie: jako dowód na to, iż Zachód zawsze gotów jest do najbardziej brutalnych działań, łącznie z militarnymi, by chronić gospodarcze interesy w swoich byłych imperialnych posiadłościach.

Dziś, w obliczu deszczu tomahawków wystrzeliwanych z amerykańskich okrętów i z francuskimi myśliwcami nad głową, przywódca Libii Muammar Kaddafi mówi o „nowej krucjacie” i „kolonialnych agresorach”, próbując obudzić antyzachodnie resentymenty tkwiące głęboko w umysłach mieszkańców północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Dyktator jest jednak osamotniony. Atak na Libię poparła Liga Arabska, w pierwszej fazie „Świtu odysei” wzięły udział siły Kataru, a Egipt nieoficjalnie zaopatruje w broń libijskich rebeliantów. Nikt nie ma zamiaru stawać w obronie „wściekłego psa z Trypolisu”.

Ta wojna przypomina najbardziej „Pustynną burzę”, operację wyzwalania Kuwejtu spod okupacji irackiej w 1991 roku. Zaaprobowaną przez Radę Bezpieczeństwa ONZ i przeprowadzoną przy współudziale aż 29 państw (w tym Egiptu, Maroka, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a nawet Syrii, która wystawiła do boju ogromną liczbę ponad  14 tysięcy żołnierzy).

„Świt odysei” odpowiada  w dużej mierze definicji wojny sprawiedliwej, o której mówili Cycero, św. Tomasz z Akwinu,  a także rektor Akademii Krakowskiej Stanisław ze Skarbimierza w swoim słynnym kazaniu „De bellis iustis” sprzed 600 lat. Odnosił się wtedy do konfliktu Polski z zakonem krzyżackim i wzbudził kontrowersje, gdyż usprawiedliwiał zawieranie sojuszy z ludami pogańskimi. Dzisiaj muzułmanie sprzymierzają się z niewiernym Zachodem, by obalić niebezpiecznego szaleńca. Libijscy powstańcy wiwatujący na cześć francuskich samolotów, bombardujących bądź co bądź ich ojczyznę, to jednak widok dość niezwykły.

Społeczność międzynarodowa długo zwlekała z podjęciem decyzji, jednak perspektywa ponurej powtórki z historii zadziałała mobilizująco. W ostatnich tygodniach widmo drugiej Srebrenicy nieustannie towarzyszyło deliberacjom polityków na temat sytuacji w Libii. Lecz nie tylko: prezydent Francji i premier Wielkiej Brytanii, dwaj liderzy, którzy najbardziej nalegali na akcję zbrojną, próbują zapewne zmyć winy swych państw z przeszłości.

Brytyjczycy, w zamian za kontrakty naftowe, półtora roku temu (jeszcze za czasów Gordona Browna) wypuścili z więzienia terrorystę odpowiedzialnego za krwawy zamach nad Lockerbie. Z kolei francuski rząd przez wiele lat utrzymywał znakomite stosunki z dyktatorem sąsiedniej Tunezji, przez co Nicolas Sarkozy naraził się na ostrą krytykę. Ponadto wojna z Kaddafim to szansa na zbudowanie wizerunku silnego przywódcy, co dla Camerona i Sarkozy’ego, tracących od miesięcy poparcie wśród wyborców, jest szczególnie ważne.

W „Świt odysei” zaangażowało się dotąd kilka krajów, wysyłając swoje samoloty, okręty lub udostępniając wojskowe bazy. Wprawdzie operacja nie jest oficjalnie prowadzona przez sojusz północnoatlantycki, lecz na naszych oczach rodzi się koncepcja „NATO dwóch prędkości”. Niemcy, kraj o ogromnym potencjale militarnym i wielkich geopolitycznych ambicjach, nie poparły rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie strefy zakazu lotów nad Libią i nie będą uczestniczyć w konflikcie. Także Polska zachowała daleko idącą wstrzemięźliwość, a Donald Tusk uznał, że nie zaszły „nadzwyczajne okoliczności, bezpośrednio lub pośrednio związane z naszym  bezpieczeństwem lub sytuacją, która wymaga solidarności całego NATO”.

Trudno domagać się wysyłania nad Trypolis polskich F-16, można sobie jednak wyobrazić wiele innych form militarnego udziału w tej akcji. Poza tym diagnoza premiera wydaje się błędna: usunięcie tyrana zagrażającego bezpieczeństwu całego basenu Morza Śródziemnego, człowieka, który w przeszłości sponsorował akty terroru na terytorium Europy, jak najbardziej leży w interesie i NATO, i Unii Europejskiej. Polska nie powinna pozostawać na uboczu, gdy Zachód walczy w słusznej sprawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop