W tych ciężkich dniach tuż po unijnym szczycie w Brukseli Zjednoczone Królestwo znów jest splendidly isolated. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron nie uległ naciskom Angeli Merkel oraz Nicolasa Sarkozy’ego i nie zgodził się na nowy traktat UE. Albion został wyautowany.
Prawdopodobnie jako jedyny kraj Unii nie przyłączy się do „paktu” zaproponowanego przez Niemcy i Francję. Wiele wskazuje na to, że prędzej czy później Brytyjczycy sami opuszczą UE albo zostaną do tego zmuszeni. „Nigdy nie zgodzimy się na wejście do strefy euro. Nigdy nie pozbędziemy się części naszej suwerenności, tak jak muszą to uczynić kraje chcące wstąpić do eurolandu” – mówił Cameron w piątek bladym świtem w dramatycznym wystąpieniu tuż po zakończeniu obrad przywódców.
Czułem niesmak, gdy Jerzy Buzek, przewodniczący europarlamentu, z wyrazem zadowolenia na twarzy powiedział dziennikarzom: „Wynik tego szczytu jest bardzo dobry: dwadzieścia sześć do jednego! To znaczy, że Europa jest zjednoczona”.
W istocie przez ostatnich kilka miesięcy niemal cała Europa grała do jednej bramki. Politycy powtarzali ad nauseam, iż Anglicy są ostatnimi hamulcowymi w Unii, a niemiecka i francuska prasa znęcała się nad Wielką Brytanią i Cameronem mniej więcej tak jak w latach 80. „Trybuna Ludu” nad Stanami Zjednoczonymi i Ronaldem Reaganem. Gdy w Brukseli Nicolas Sarkozy ostentacyjnie nie podał ręki szefowi brytyjskiego rządu, przypomniałem sobie ze smutkiem, że ta sama ręka całkiem niedawno kordialnie ściskała dłoń Muammara Kaddafiego.
„Można być prezydentem, ale można też być chamem” – powiedział ponoć trzy lata temu Radosław Sikorski o Lechu Kaczyńskim. Przy całym szacunku dla francuskiej kultury: to stwierdzenie pasuje jak ulał, lecz akurat nie do Lecha Kaczyńskiego.







