Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Panie Kissinger, może pan zadzwonić do Van Rompuya

19 lis 2009

Zwyciężył tandem niemiecko-francuski oraz kobiece lobby w Unii. Usatysfakcjonowani mogą się czuć Brytyjczycy. Przegrała m.in. Polska, która starała się, by proces wyłaniania prezydenta Europy był bardziej demokratyczny.

Triumf Hermana van Rompuya można było przewidzieć, wybór baronessy Ashton, która nigdy nie była nawet wiceministrem spraw zagranicznych, jest niespodzianką. Niestety, obie nominacje nie wróżą zbyt dobrze Europie. Zwolennicy traktatu lizbońskiego przekonywali, iż Unia zyska dzięki niemu przywódcę z krwi i kości. Ileż to razy słyszeliśmy słynną anegdotę o Henrym Kissingerze, byłym sekretarzu stanu USA, który miał kiedyś stwierdzić, że nie ma do kogo zadzwonić na Starym Kontynencie (on sam nie przyznaje się do tego cytatu).

Drodzy Amerykanie, oto Mister Europa 2009 – Herman Van Rompuy. Telefonujcie do niego, by porozmawiać o walce z terroryzmem, o ograniczaniu emisji dwutlenku węgla, o pomysłach na wyjście z kryzysu gospodarczego.

Jeszcze przed wejściem w życie traktatu lizbońskiego okazało się, że jeden z głównych argumentów za jego przyjęciem – postawienie na czele Unii silnego polityka – nie jest wart funta kłaków.

Prezydentem Europy zostanie mężczyzna, który nie będzie miał nic do powiedzenia na arenie międzynarodowej, a ministrem spraw zagranicznych kobieta, która nie ma żadnego, powtarzam: żadnego doświadczenia w dyplomacji.

Wyobraźmy sobie rozmowę Baracka Obamy z Hillary Clinton w Białym Domu. Hillary: „Zadzwoń do Sarkozy’ego i Merkel, musimy od nich wymusić konkretną deklarację w sprawie obecności Europejczyków w Afganistanie”. Obama: „O nie, Hillary, najpierw zadzwonię do Van Rompuya”.

Henry Kissinger zapewne uśmiecha się dzisiaj pod nosem i rozmyśla o Chinach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Potęga Unii i potęga krzyża

3 lis 2009

Vaclav Klaus podpisał traktat lizboński. Dzięki temu Unia będzie miała swojego prezydenta. Ostatnio największe szanse na objęcie tego stanowiska daje się belgijskiemu premierowi, który nazywa się bodaj Herman van Rompuy. Idealny partner dla Baracka Obamyi Hu Jintao.

Z kolei szefem unijnej dyplomacji zostanie zapewne – przy wsparciu Berlina i Paryża – Carl Bildt, a Szwecja odwdzięczy się, wycofując sprzeciw wobec budowy gazociągu północnego, jak przytomnie zauważył niedawno jeden z analityków Ośrodka Studiów Wschodnich.

Chciałbym uwierzyć, iż para van Rompuy – Bildt uczyni z Unii potęgę. Ale Europa nigdy potęgą się nie stanie, gdyż właśnie dokonuje cywilizacyjnego samobójstwa (proszę mi wybaczyć tę odrobinę patosu). Odcina się od swoich chrześcijańskich korzeni, wywraca do góry nogami świat wartości, który przez stulecia łączył Europejczyków. Nie łączy nas już bowiem kościół Mariacki w Krakowie, katedra Notre Dame i Kaplica Sykstyńska. Nie łączy już nas „Złożenie do grobu” Caravaggia i „Powrót syna marnotrawnego” Rembrandta. Dzisiaj łączą nas: traktat lizboński, MTV, pełny brzuch, wakacje na Ibizie oraz tolerancja dla gejów.

W tym samym czasie, gdy Klaus składał swój wiekopomny podpis, Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, iż obecność krzyża we włoskiej szkole publicznej narusza wolność jednostki. Kobieta skarżąca włoskie państwo dostanie 5 tys. euro odszkodowania za straty moralne.

W tym samym czasie, gdy prezydent Czech podpisywał traktat, dzieci w Hiszpanii uczyły się na lekcjach wychowania obywatelskiego, jak fajną rzeczą jest homoseksualizm. W niektórych szkołach organizowane są zajęcia pod hasłem „Dzisiaj bawimy się w gejów”. Nikt za to nie dostanie żadnego odszkodowania.

W jakiej dziedzinie, przepraszam, Unia zamierza być potęgą?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pula do wzięcia, której nikt nie weźmie

28 paź 2009

Zmieniło się niby niewiele. Na czele wyścigu do prezydentury wciąż Tusk przed Cimoszewiczem i Kaczyńskim. Jednak stawka się zagęszcza, różnice między kandydatami są coraz mniejsze, rośnie natomiast liczba wyborców, którzy są do wzięcia.

W sondażu „Rz” aż 27 procent nie wie, na kogo zagłosować. 8 procent deklaruje, że poparłoby „innego kandydata”. To daje w sumie 35 proc. Zaiste, niezwykle atrakcyjna pula, o którą powinna się toczyć przyszłoroczna batalia prezydencka.

Nie należy jednak oczekiwać od strategów PO, PiS i SLD, iż rzucą się z dnia na dzień do badań socjologicznych, zaczną prześwietlać jedną trzecią elektoratu, zgłębiać jej oczekiwania i polityczne preferencje. Najważniejsi pretendenci będą raczej umacniać własny twardy elektorat, nawet jeśli miałby się on skurczyć do kilku procent wyborców. Z przekonaniem, iż ludzie, którzy dziś nie mają swojego kandydata, jesienią 2010 roku albo nie pójdą do urn, albo ich głosy rozłożą się równo i nie wpłyną na ostateczny wynik.

A zatem będziemy mieli z jednej strony festiwal nienawiści do braci Kaczyńskich, którzy „zagrażają demokracji” i funkcjonują w polityce już tylko dzięki Lechowi – jako głowie państwa. Jeśli uda się odzyskać pałac, „zagrożenie dla demokracji” zniknie, Polska będzie miała cudownego, prawdziwie europejskiego prezydenta, który potrafi nawet powiedzieć kilka zdań po angielsku.

Z drugiej zaś strony usłyszymy, iż zwycięstwo Donalda Tuska będzie oznaczało ostateczny pogrzeb Polski, katastrofę narodową i piąty rozbiór, a krajem zaczną rządzić na powrót pogrobowcy WSI, byli ubecy oraz mafiosi.

Niewykluczone, że całkiem spora grupka z owych 35 procent da się ponieść emocjom i dołączy do jednego lub drugiego obozu. Niewykluczone, że część z nich poprze kogoś z lewicy (nie będzie to raczej Cimoszewicz). Być może o ich głosy zawalczy ktoś jeszcze – Dorn? Dutkiewicz? – ale sromotnie polegnie.

Większość Polaków znów pozostanie w domach, nie chcąc uczestniczyć w eksperymencie, który polega na tym, iż to wyborcy słuchają polityków, a nie politycy wyborców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

UE, czyli Uprowadzenie Europy

18 paź 2009

W demokracji parlamentarnej każdy obywatel, który oddał głos na partię lewicową, liczy na to, że jego ulubione ugrupowanie zwycięży w wyborach i utworzy nowy rząd. Premier będzie z lewicy, minister spraw zagranicznych będzie z lewicy, szef MSW także.

Każdy obywatel, który zagłosował na partię prawicową, również liczy na to, że wsparta przez niego formacja wygra wybory i utworzy nowy, prawicowy rząd. Premier będzie z prawicy, szef dyplomacji również, minister gospodarki, kultury, zdrowia…

Zdarzają się oczywiście rządy mniejszościowe, rozmaite konstelacje, czasami tekę premiera czy ważnego resortu dostaje mniejszy koalicjant. Z grubsza wiadomo jednak, jakie są reguły gry, zasady tworzenia gabinetów, nominacji. Polityczne rozgrywki mogą być skomplikowane, ale rachuby są zazwyczaj proste. Przykład pierwszy z brzegu: po ogłoszeniu wyników wyborów do Bundestagu nikt nie miał wątpliwości, kto sformuje rząd i kto zostanie następnym kanclerzem Niemiec (czy raczej pozostanie na tym fotelu).

Tymczasem w Unii Europejskiej… Cóż, w Unii Europejskiej panują nieco inne porządki.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pokojowa nagroda im. Monty Pythona

9 paź 2009

Skoro Barack Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla, należy uznać za niedopatrzenie, że tegoroczną Miss Universe nie została jego żona Michelle.

Trudno z powagą komentować wydarzenie, które zrazu wygląda na żart. Norweski Komitet Noblowski nierzadko podejmował dziwne decyzje, wzbudzając zdumienie czy zwykłą złość – wystarczy wspomnieć laury dla Ala Gore’a czy Jasera Arafata. Wczorajszy werdykt należy do innej kategorii: wybór Obamy wywołuje jedynie salwę śmiechu, niczym skecz z Monty Pythona.

Dotychczas – niezależnie od kontrowersji – każda nagroda była przyznawana za coś. W przypadku obecnego prezydenta USA to „coś” ciężko znaleźć. Chyba że przyjmiemy, iż w dzisiejszych czasach wystarczy złożyć kilka obietnic, uśmiechnąć się do kamery i dbać o sylwetkę, by cztery Norweżki i jeden Norweg padli na kolana i zaczęli bić czołem o ziemię. Członkowie komitetu w Oslo zachowali się jak ludzie przebudzeni nagle z rocznej głębokiej hibernacji, którym się wydaje, że globalna obamomania jest właśnie w zenicie i należy się do niej ochoczo przyłączyć.

Bez wątpienia Barack Obama marzy o pokoju na Bliskim Wschodzie, chciałby rozbroić Iran i Koreę Północną oraz porozumieć się z Rosją w sprawie redukcji arsenałów nuklearnych. Żadnych jednak rezultatów jego działań – poza „dobrym klimatem” – na razie nie ujrzeliśmy. Jeden z jego poprzedników Ronald Reagan też dużo gadał, ale przynajmniej miał się czym pochwalić. To głównie dzięki niemu przestał istnieć i Związek Sowiecki, i mur berliński. O czym świadczy zresztą Nagroda Nobla z 1990 roku przyznana… Michaiłowi Gorbaczowowi.

Warto w tym kontekście przypomnieć jeszcze jedną postać, która nigdy Noblem nie została uhonorowana. Jan Paweł II miał, niestety, niewystarczająco „norweskie” poglądy na aborcję i antykoncepcję. Barack Obama posiada z kolei odpowiednie referencje – jeszcze jako stanowy senator w Illinois opowiadał się przeciwko ratowaniu dzieci, które przeżyły tzw. późną aborcję.

Najbardziej z nagrody dla Obamy cieszą się zapewne afgańscy wieśniacy. Mało kto w świecie dostąpił zaszczytu zbombardowania przez laureata pokojowego Nobla.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szantaż lizboński

4 paź 2009

Traktat lizboński prawdopodobnie wejdzie w życie, lecz przyniesie Unii gorzkie owoce. Został bowiem przyjęty w sposób, który obnażył arogancję unijnej elity politycznej. Za jakiś czas się okaże, jak dużego uszczerbku doznała z tego powodu demokracja na Starym Kontynencie.

Irlandczycy głosowali z pistoletem przystawionym do skroni. W przypadku głosowania na „nie” Irlandia miała zostać albo wyrzucona z Unii Europejskiej, albo zmarginalizowana i pozbawiona własnego komisarza. Miała się pogrążyć w jeszcze większym chaosie gospodarczym, bo inwestorzy zaczęliby uciekać z Zielonej Wyspy, a na pomoc z Brukseli już nie można byłoby liczyć. Budzi zdumienie, że w takiej sytuacji zaledwie 67,1 proc. głosujących poparło traktat.

Za klęskę poprzedniego referendum euroentuzjaści zgodnie obwiniali Declana Ganleya, który „robił kampanię za pieniądze CIA, a fortunę zbił na szemranych dealach z mafią ze Wschodu”. Tym razem nikomu nie przeszkadzał fakt, że w polityczną batalię na wyspie włączyły się tabuny zagranicznych oficjeli, a kampanię zwolenników traktatu hojnie wspierały wielkie koncerny, m.in. Ryanair i Intel.

Dla demokracji to bardzo niebezpieczny precedens. Każdy prezes w Europie zastanowi się teraz pięć razy, zanim wyłoży pieniądze na jakąkolwiek kampanię eurosceptyków. A każdemu obywatelowi będzie można pogrozić wizją wiecznego potępienia i gospodarczej katastrofy, jeśli nie uzna racji Unii.

To w stronę Brukseli można by dziś skierować słowa wieprza Minimusa z powieści niejakiego Erica Blaira alias George’a Orwella: „O, jak szczodrze szafujesz tym, co Twe stworzenia miłują: świeża słoma w przegrodzie, moc strawy w zagonie. Każde zwierzę, duże czy małe, śpi spokojnie, w dzień głosząc Twą chwałę”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Brońmy księdza Polansky’ego!

30 wrz 2009

Polska elita intelektualna stanęła murem za znanym księdzem, oskarżanym o zgwałcenie 13-letniego ministranta.

Dennis Polansky, 72-letni sławny irlandzki ksiądz polskiego pochodzenia, trafił do aresztu. Policja zatrzymała go w Szwajcarii – miał odebrać w Genewie nagrodę ONZ za wieloletnią działalność dobroczynną na rzecz głodujących dzieci w Afryce. Ksiądz Polansky jest oskarżony o dokonanie gwałtu na 13-letnim ministrancie w 1977 roku, wcześniej odurzonym alkoholem i narkotykami. Dotychczas duchowny unikał wymiaru sprawiedliwości.

Ksiądz Polansky, ikona działalności charytatywnej i posługi duszpasterskiej na całym świecie, otrzymał moralne wsparcie od wielu intelektualistów, głównie z Polski, ale także z innych krajów. Elita polskiej kultury jest niemal jednomyślna: zatrzymanie księdza Polansky’ego i sposób, w jaki potraktowano tę wybitną postać, zakrawa na międzynarodowy skandal. W ostatnim tygodniu zaangażowani w działalność publiczną artyści, znamienici reżyserzy, aktorzy i krytycy filmowi, politycy i publicyści w ostrych słowach potępili szwajcarskie władze i z pełnym zaangażowaniem bronili polsko-irlandzkiego duchownego.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cimoszewicz ranny, Tusk bez szwanku

29 wrz 2009

Mamy Buzka, nie mamy Cimoszewicza. Z dwóch byłych polskich premierów jeden stanął na czele europarlamentu, drugi zaś poległ w walce o fotel szefa Rady Europy. W promowanie obu kandydatów (choć z różnym zaangażowaniem) włączył się Donald Tusk. Także w obu przypadkach, szczególnie w ostatniej fazie kampanii, mówiono o pewniakach. Przepowiednie sprawdziły się tylko raz.

O ile jednak wybór Buzka był sukcesem jego samego oraz szefa rządu, o tyle porażka Cimoszewicza jest po prostu porażką Cimoszewicza. Nikt nie będzie załamywał rąk ani rozdzierał szat. Sekretarz Rady Europy to mało znaczące stanowisko i Polska niewiele by na nim zyskała. Jednocześnie premier Tusk profilaktycznie nie wypowiadał się zbyt często na temat swojego kandydata, aby – w przypadku przegranej – uniknąć „ochlapania”.

– Cimoszewicz nie przyniósł Polsce wstydu – zawyrokował we wtorek Tusk, stosując, może nieświadomie, retorykę kibiców piłkarskich. Kiedy wynik brzmi 2:3, mówimy: „przegrali z honorem”, a nie „przegraliśmy z honorem”… Kiedy zaś jest 3:2, to znaczy, że „wygraliśmy”, a nie „wygrali”.

Od niepowodzenia się odsuwamy, do triumfu chcemy się przytulić.

Tusk nie ma więc nawet zadrapania, a Cimoszewicz jest mocno poharatany. Któraż to bowiem polityczna klęska senatora? Przegrał w wyborach prezydenckich 1990 roku, 15 lat później wycofał się z rywalizacji, jako premier zasłynął głównie wypowiedzią na temat powodzian. Nie udało mu się zreformować SLD i w środowisku lewicy pozostał outsiderem. Gdy zaś zgodził się kandydować na szefa Rady Europy, wielu dawnych towarzyszy uznało go za zdrajcę.

Tusk gładko pozbył się przeciwnika w boju o prezydenturę. Cimoszewicz zapewne nie zaryzykuje następnej klapy. A i Grzegorz Napieralski zapewne nie będzie go namawiał do startu, bo tak się składa, że właśnie namawia kogoś innego.

Cimoszewiczowi pozostaje powrót do Puszczy Białowieskiej. W wycofywaniu się z życia publicznego były premier ma największe doświadczenie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Barack Obama w drodze do Utopii

17 wrz 2009

Amerykanie zrezygnowali z budowy systemu antyrakietowego w Polsce i w Czechach z trzech powodów.

Po pierwsze uznali, iż Iran w najbliższym czasie nie będzie w stanie zagrozić swoimi rakietami ani Europie, ani tym bardziej Stanom Zjednoczonym. Po drugie: postanowili poświęcić tarczę na ołtarzu dobrych stosunków z Rosją. Po trzecie zaś doszli do wniosku, że naziemne bazy w Europie Wschodniej są zbyt drogie.

Ten krok może oznaczać początek epoki chłodu w stosunkach polsko-amerykańskich. Zapowiedź dalszej współpracy w sprawie nowego systemu, którą usłyszeliśmy z ust sekretarza obrony Roberta Gatesa, dotyczy – najwcześniej – roku 2015. W 2015 roku Barack Obama może już nie być prezydentem, a Robert Gates sekretarzem obrony. A nowy system powstanie… albo i nie powstanie. Poza tym: który polski premier podpisze teraz umowę z rządem USA bez obaw, iż kilka miesięcy później zostanie wystawiony do wiatru?

Nawet jeśli Obama zaproponuje nam coś na osłodę, sposób, w jaki Amerykanie wycofali się z tarczy oraz data, którą wybrali na ogłoszenie tej wiadomości, budzi niesmak.

Jedyną stolicą, w której zapanował w czwartek entuzjazm, była Moskwa. To zrozumiałe, bo dla Rosji próba utrącenia projektu tarczy była testem jej geopolitycznej potęgi. Kreml upiekł kilka pieczeni przy jednym ogniu: amerykańscy żołnierze nie pojawią się 200 km od europejskich granic Rosji, „rusofobiczna” Polska została upokorzona, rośnie za to prestiż Moskwy jako wpływowego gracza na scenie międzynarodowej. Rosyjscy przywódcy wydają się rozochoceni miękkością Waszyngtonu. Wysyłają obraźliwy list do prezydenta Ukrainy, grożą gruzińskiej flocie, zapowiadają interwencje zbrojne w obronie swoich obywateli za granicą.

Moskwa, owszem, odwdzięczy się Amerykanom: poprze nałożenie nowych sankcji na Iran i zgodzi się na obustrone ograniczenie liczby głowic nuklearnych (których i tak nie jest w stanie utrzymywać). To wyjątkowo niska cena za cały wór korzyści dla Rosji.

Barack Obama najwyraźniej podąża za mirażem bezpiecznego świata bez broni nuklearnej, bez państw zbójeckich i bez terroryzmu. Z Ameryką, Rosją, Chinami, Unią Europejską i ONZ-em, stojącymi na straży globalnego pokoju. Może się jednak przeliczyć w swoich utopijnych kalkulacjach.

Co jeśli Rosja, w zamian za redukcję arsenału atomowego, zażąda dodatkowo rezygnacji Waszyngtonu ze wspierania prozachodnich ambicji Ukrainy i Gruzji? Albo większej roli Kremla w kształtowaniu strategii NATO? Co jeśli okaże się, że Iran jest jednak bliżej skonstruowania broni jądrowej niż nam się wydaje? I niż wydaje się CIA, która w przeszłości, przypomnijmy, była zaskoczona wybuchem wojny Jom Kippur, rewolucją irańską, inwazją sowietów na Afganistan, nie przewidziała upadku ZSRR, skompromitowała się 11 września 2001 r., a potem znalazła „niezbite dowody” na istnienie broni masowego rażenia w Iraku. Co jeśli i tym razem jej wybitni analitycy i szpiedzy (spośród których 72 procent zna wyłącznie język angielski) pobłądzili?

Wtedy obudzimy się w nowym-starym świecie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Barroso, czyli Pan Nikt

16 wrz 2009

W 2014 roku, gdy będzie się kończyła druga kadencja José Manuela Barroso na stanowisku szefa Komisji Europejskiej, Unia może wyglądać zupełnie inaczej.

Będzie miała swojego prezydenta (nazywanego dla niepoznaki przewodniczącym Rady Europejskiej) i ministra spraw zagranicznych (nazywanego dla niepoznaki wysokim przedstawicielem…), a kompetencje europarlamentu będą dużo szersze. José Manuel Barroso, już dziś niemający zbyt wiele do powiedzenia w unijnej polityce, stanie się kontynentalnym odpowiednikiem brytyjskiej królowej, choć bez korony, zamków i wiejskich posiadłości. Tak się stanie, jeśli na początku października Irlandczycy przyjmą traktat lizboński.

Jeśli zaś go nie przyjmą, w 2014 roku Unia będzie wyglądała z grubsza tak samo jak obecnie. Barroso pozostanie twarzą Europy i nadal będzie udawał, że rządzi. Unijni liderzy będą w tym czasie pracować nad kolejnym traktatem – berlińskim, paryskim czy sztokholmskim, by „wyprowadzić Unię z marazmu i stawić czoła wyzwaniom globalizacji”. A eurodeputowani dalej będą narzekać, że nikt ich nie słucha.

Barroso jest zatem w dziwnej sytuacji: z jednej strony popiera z całego serca traktat lizboński, z drugiej zaś zdaje sobie sprawę, że po jego wprowadzeniu w życie rola szefa Komisji Europejskiej będzie znikoma. Na pierwszy rzut oka grozi to schizofrenią, ale to tylko pozory… Bo Barroso doskonale wie, że nie o władzę tu chodzi, lecz o przedłużenie przyjemnej, dobrze płatnej politycznej przygody.

Z traktatem czy bez traktatu najważniejsze decyzje w Europie były, są i będą podejmowane gdzie indziej. Dla Polski byłoby oczywiście lepiej, gdyby Barroso miał realną władzę, a interesy dużych państw były równoważone przez mądrą politykę Komisji Europejskiej. Tyle że ze względów geopolitycznych, gospodarczych, historycznych i kulturowych ta wizja nigdy się nie ziści.

Jeśli zatem miałbym odpowiedzieć na fundamentalne pytanie, co oznacza wczorajszy wybór Barroso dla przyszłości Europy, odrzekłbym: nic.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop