Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Białoruś według opozycji, Białoruś według Rosji

16 sie 2010

Diagnoza Andrieja Sannikaua, jednego z liderów białoruskiej opozycji, jest bardzo prosta: „Nie trzeba być prorokiem, by dostrzec, iż dyktatorskie rządy Aleksandra Łukaszenki chylą się ku upadkowi. Ani Zachód, ani Rosja nie mają już co do tego człowieka żadnych złudzeń”.

Baćka na dobre stracił ostatniego poważnego sojusznika, jakim był Kreml. Ta przyjaźń zresztą, by użyć popularnego określenia, była dość szorstka od wielu lat. Swego czasu białoruski przywódca bił pokłony Władimirowi Putinowi, licząc na to, iż ten odwdzięczy mu się stanowiskiem prezydenta Związku Białorusi i Rosji. Musiał obejść się smakiem. Wkrótce Moskwa podniosła ceny gazu i zamierzała przejąć białoruski system rurociągów. Na tym tle doszło do trzech poważnych konfliktów energetycznych: w latach 2004 i 2007 oraz na początku tego roku.

Dziś Dmitrij Miedwiediew jest wściekły na Łukaszenkę, bo ten, mimo solennych obietnic, nie chce uznać niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. Rosyjska telewizja pokazuje trzyodcinkowy film o wszystkich bezeceństwach Łukaszenki, a białoruska odpowiada wywiadem z Micheilem Saakaszwilim, który atakuje Putina.

Zarówno opozycja w Mińsku, która wczoraj zorganizowała kolejny protest przeciwko dyktatorowi, jak i władze w Moskwie zaczęły mówić tym samym językiem. Czy jednak mają podobne cele? Andriej Sannikau, Aleksander Milinkiewicz czy Jarosław Romańczuk chcieliby normalnej, demokratycznej Białorusi, z wolnym rynkiem i wolnymi mediami. Miedwiediew i Putin chcą Białorusi wciąż zależnej – przede wszystkim ekonomicznie – od Moskwy. Wiedzą, że Łukaszenko ma poważne kłopoty budżetowe, a przez to stał się łatwiejszy do „odstrzelenia”.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, wspierający dotąd białoruską gospodarkę kredytami, w tym roku odrzucił wszystkie projekty, które napłynęły z Mińska. By ratować finanse państwa, Łukaszenko podpisał ustawę, która pozwoli na prywatyzację najważniejszych zakładów na Białorusi. Rosjanie zapewne woleliby, aby prywatyzował je ktoś bardziej przyjazny Kremlowi niż nieobliczalny Baćka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mój syn na warcie

13 kwi 2010

Mój 14-letni syn, ubrany w uroczysty harcerski mundur, stoi dziś na warcie podczas mszy św. w Katedrze Polowej Wojska Polskiego. Nigdy nie byłem z niego bardziej dumny.
Tomek już wie, że ani ja, ani on sam nie będziemy w stanie dorównać Prezydentowi w jego patriotyzmie i prawości. Możemy się tylko starać.
Staramy się.

P.S. Wszystkim harcerzom, którzy w tych dniach pomagają w organizacji najrozmaitszych uroczystości w całej Polsce, należą się gorące podziękowania.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Życzenia prosto z serca blogera

24 gru 2009

Wszystkim Czytelnikom „Rzeczpospolitej”, internautom odwiedzającym „Hic sunt leones”, euroentuzjastom i eurosceptykom, wierzącym w globalne ocieplenie i tym, którzy w nie nie wierzą, kibicom mojej ukochanej Barcelony oraz fanom Realu (no, jakoś przeszło mi przez gardło) życzę cudownych, rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, góry prezentów i wytrwałości w pogoni za marzeniami w 2010 roku.

Marek Magierowski

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Hiszpania: dzieci pod nóż, byki na wolność

18 gru 2009

Hiszpański Kongres przegłosował właśnie ustawę, wedle której Hiszpanki będą mogły dokonywać aborcji na życzenie do 14. tygodnia ciąży.
Jednocześnie parlament Katalonii rozpatruje projekt zakazu organizowania walk byków, by ulżyć cierpieniom zwierząt.

fetus14WeeksWeb200

Niechaj powyższe zdjęcie 14-tygodniowego dziecka w łonie matki posłuży za cały mój komentarz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wojna z terroryzmem nigdy nie jest ładna

15 gru 2009

Wszyscy nazywamy się dziś Cipi Liwni – powiedział wicepremier państwa żydowskiego Silwan Szalom na wieść o wydaniu przez Wielką Brytanię nakazu aresztowania byłej szefowej izraelskiego MSZ.

Liwni odwołała swoją wizytę w Londynie, a stosunki między obu krajami osiągnęły temperaturę bliską zeru.

Izraelczycy walczą od lat z palestyńskimi terrorystami i osiągają na tym polu znaczne sukcesy. Od lat nie doszło w Jerozolimie, Hajfie czy Tel Awiwie do ataku bombowego. Jednocześnie płacą za tę skuteczność ogromną cenę: przegrywając z kretesem wojnę medialną. Albowiem środki, których Izrael używa w tym konflikcie, są dla większości światowej opinii publicznej nie do przyjęcia.

Cipi Liwni może dziś liczyć jedynie na wsparcie rodaków, bo poza granicami Izraela ujmowanie się za „zbrodniarzami” spod gwiazdy Dawida nie jest mile widziane. Wręcz przeciwnie, wskazywanie palcem państwa żydowskiego jako głównej przeszkody w procesie pokojowym na Bliskim Wschodzie znów stało się modne. Od kiedy zaś w fotelu premiera Izraela zasiada Beniamin Netanjahu, jeden z ulubionych chłopców do bicia lewicowej międzynarodówki, antysyjonistyczny rejwach przybrał jeszcze na sile.

Dochodzi do absurdów – ten sam brytyjski rząd zaleca np. detalistom na Wyspach, by oznaczali produkty pochodzące z żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. Sugerując klientom, by ich nie kupowali. Ciekawe, czy na irańskich dywanach sprzedawanych w londyńskich sklepach, znajdziemy zdanie: „Kupując ten produkt, zasilacie państwo kasę największego sponsora światowego terroryzmu”?

Izrael walczy o przetrwanie i często dopuszcza się aktów budzących w nas odrazę. Ale przynajmniej czyni to z otwartą przyłbicą. Tak jak przez lata robił to rząd Jej Królewskiej Mości w Irlandii Północnej, zwalczając IRA. Gdyby przyjąć dzisiejsze kryteria zbrodni wojennej, większość byłych brytyjskich premierów powinna wylądować w więziennej celi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na dziesiątą rocznicę śmierci pluskwy

11 gru 2009

Zlekceważenie problemu pluskwy milenijnej może narazić naszą gospodarkę na poważne konsekwencje. (…) Podejmujemy więc zdecydowane kroki przeciwko temu zjawisku. Postanowiliśmy, iż będzie to podstawowy temat rozmów podczas najbliższego szczytu G8. (…) Szczególnie kraje rozwijające się będą potrzebowały naszej pomocy. Dlatego zamierzamy przeznaczyć na ten cel 10 milionów funtów w ramach specjalnego funduszu Banku Światowego. (…)

Tekst Tony’ego Blaira, ówczesnego brytyjskiego premiera, ukazał się w dzienniku „The Independent”.

30 marca 1998 r. Eksperci od nowych technologii, politycy i ekonomiści kreślili wówczas wizję apokalipsy, która miała nas spotkać w wyniku błędnego oprogramowania milionów komputerów. Przestrzegali, iż systemy operacyjne nie będą w stanie przestawić się z roku 1999 na rok 2000, a to oznacza utratę kontroli nad rakietami balistycznymi, wyłączenia prądu na ogromnych połaciach globu, paraliż komunikacyjny, katastrofę na giełdach, chaos w szpitalach i szkołach.

Byli też oczywiście naukowcy, tacy jak Ross Anderson z Uniwersytetu Cambridge, którzy twierdzili, iż nie ma powodów do paniki. Ci jednak z rzadka byli zapraszani do mediów.

W lutym 1999 r. przedstawiciele 120 krajów zebrali się w nowojorskiej siedzibie ONZ, by debatować nad milenijnym zagrożeniem. W dramatycznym wystąpieniu Kofi Annan obwieścił, iż „zmagania z problemem roku 2000 stanowią największe wyzwanie od początku istnienia komputerów”. Delegaci wyrażali zaniepokojenie, iż wiele państw jest zapóźnionych we wdrażaniu zabezpieczeń.

Czarnymi owcami stały się m.in. Rosja, Chiny i Nigeria, które besztano za lekceważenie problemu. Przed Nowym Rokiem Australijczycy ewakuowali nawet z ambasady w Moskwie większość personelu. „Zdaniem ekspertów Rosja musi się wreszcie obudzić i zająć pluskwą milenijną” – pisał na swojej stronie internetowej CNN w czerwcu 1998 r.

Także jednak „liderzy” napotykali na poważne przeszkody. W USA Departament Edukacji był przerażony wizją chaosu w swoich placówkach, bo tylko część szkół spełniała stosowne wymogi. Komisja Europejska przewidywała, że 15 proc. przedsiębiorstw w Unii może zbankrutować.

1 stycznia 2000 r. doszło na całym świecie do kilkudziesięciu incydentów. W Berlinie zawiesiły się komputery w jednostce straży pożarnej. W Szwecji wyłączyły się samoczynnie trzy elektrokardiografy (nikt nie ucierpiał). W Pentagonie przez dwie godziny nie działał system zbierający zdjęcia z satelitów szpiegowskich.

Kilka faksów dotarło do adresatów z błędnie wydrukowaną datą. Nic strasznego nie wydarzyło ani w Rosji, ani w Chinach, ani w Nigerii.
Na walkę z pluskwą milenijną ludzkość wydała 300 miliardów dolarów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

„Wyborcza” o Jaruzelskim, „Wyborcza” o Kuklińskim

10 gru 2009

Zdrada, jak wiadomo, jest pojęciem względnym. Dlatego namawianie Sowietów, by wysłali do Polski czołgi, jest wyłącznie wynikiem „braku alternatywy”. Zaś współpraca z CIA w celu uchronienia Polski przed radziecką inwazją „nie jest żadnym tytułem do chwały”.

Adam Leszczyński, „Czy Jaruzelski zdradził?”. „Gazeta Wyborcza”, 10. grudnia 2009, s. 2

Czy Jaruzelski zdradził? Dla generała, podobnie jak i dla reszty elity PZPR, polski interes narodowy był tym samym, co interes PRL: kraju niesuwerennego i będącego pod wpływem Moskwy, ale takiego, dla którego nie widzieli alternatywy. Jeżeli uznamy, że PRL była radziecką okupacją np. na podobieństwo hitlerowskiej – rzeczywiście można to uznać za zdradę. Jeżeli jednak uznamy PRL za państwo polskie – ułomne i niesuwerenne, ale polskie – generał zdrajcą nie był.

Adam Michnik, „Pułapka politycznej beatyfikacji”, „Gazeta Wyborcza”, 9. maja 1998, s. 10

Nie mam podstaw, by kwestionować to, co mówi płk Kukliński, ale jest to jedyny ze znanych mi przypadków, że można być we własnej sprawie jedynym świadkiem. Nagle człowiekowi zapomina się wszystko. Zapomina się, że przez lata był w partii komunistycznej, że był na tyle doceniony – również materialnie – że stać go było na kupienie sobie willi w Warszawie, że stać go było na jacht, co nie było normą dla ówczesnych pułkowników LWP, że pracował na tyle dobrze, że awansował do bardzo wysokich stanowisk w wojsku. Zapomina się, że był w armii w marcu 1968 roku, kiedy się działy rzeczy nikczemne (dość przeczytać prasę wojskową z tamtego okresu), że był w armii w czasie interwencji w Czechosłowacji, a jedyny wniosek, jaki z tego wyciągnął, to nie ten, żeby publicznie napiętnować ówczesne praktyki, wyjść z wojska, wystąpić z partii i w jakiś sposób przystąpić do opozycji. Zdecydował się podjąć współpracę z wywiadem USA. (…) Sam fakt pracy dla amerykańskich służb specjalnych nie jest jeszcze żadnym tytułem do chwały w Polsce. Przecież wielu było u nas amerykańskich szpiegów. Z niektórymi z nich siedziałem w więzieniu. Byli to zwykle wstrętni i podli ludzie. Natomiast oczywiście byli oni użyteczni dla CIA. (…) Cała ta mitologia i legenda tworzona wokół osoby Kuklińskiego jest w najwyższym stopniu niestosowna i żenująca (…).

„Zdrada względna”, „Gazeta Wyborcza”, 1. października 1997 r., s. 6. Autor: pw.

Wczoraj w radiowej „Trójce” gen. Jaruzelski powiedział, że płk Ryszard Kukliński jego zdaniem był szpiegiem i dezerterem. Powstrzymał się przed określeniem płk. Kuklińskiego zdrajcą – zdrada w tych warunkach jest pojęciem względnym – stwierdził.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Liberał wśród socjalistycznych piranii

27 lis 2009

W każdym rządzie jest kilka stanowisk kluczowych, kilka ważnych oraz kilka „dopychaczy”. W Komisji Europejskiej tych ostatnich jest wyjątkowo dużo, bo trzeba znaleźć miejsce dla przedstawicieli aż 27 nacji.

Teka komisarza ds. budżetu, którą otrzyma Janusz Lewandowski, nie jest kluczowa, ale nie jest też nieistotna. Mieści się gdzieś w środku stawki. Oczywiście bardziej prestiżowa byłaby np. konkurencja czy rynek wewnętrzny, ale państwa starej Unii długo jeszcze nie będą dopuszczały do najważniejszych foteli „młodszych braci” ze Wschodu.

Lewandowski nie będzie zatem grał pierwszych skrzypiec, ale nie będzie także zwykłym „księgowym”, jak drwią niektórzy politycy PiS. W chwili gdy w Brukseli coraz częściej słychać o planach przeznaczania większych kwot z unijnej kasy na innowacje i badania – zamiast dalszego wspierania zapóźnionych gospodarczo regionów Unii – lepiej mieć w komisji człowieka od budżetu, a nie od „relacji międzyinstytucjonalnych” (w tej dziedzinie porządzi sobie Słowak).

Lewandowski ma też rzadko spotykaną na eurosalonach zaletę: zna się na rzeczy. W przeciwieństwie do wielu innych komisarzy, z panią „minister spraw zagranicznych” UE Catherine Ashton na czele, jego kompetencje są niepodważalne. Pytanie brzmi, na ile wiedza i doświadczenie przydadzą się w stawianiu oporu socjalistycznym ciągotom Jose Manuela Barroso i kilku europejskich rządów.

Jak będzie się czuł Lewandowski, zadeklarowany liberał, gdy komisja z jego udziałem wprowadzi rygorystyczne regulacje rynków finansowych, zacznie „eliminować różnice w wynagradzaniu kobiet i mężczyzn” ” (jak zapowiedział przewodniczący KE w przemówieniu programowym) oraz ulepszać dyrektywę czasu pracy, czyli dalej ograniczać naszą swobodę decydowania o tym, ile czasu chcemy spędzać w robocie, a ile w barze za rogiem?

Pewnie nie będzie się z tym czuł komfortowo. Byłoby jednak miło, gdyby od czasu do czasu głośno powiedział, co myśli o tego typu „reformach”. Chyba że już przestał być liberałem, a został porządnym, europejskim socjaldemokratą wierzącym w bożka interwencjonizmu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ci wspaniali włoscy komuniści

25 lis 2009

Znów dwa cytaty (proszę mi wybaczyć), ale jakże pouczające.

Tomasz Bielecki, korespondent „Gazety Wyborczej” w Brukseli, w tekście „Lustracja w Brukseli?” (o chadeckich eurodeputowanych, którzy nie chcą, by w nowej Komisji Europejskiej zasiadali ludzie mający komunistyczną przeszłość):

„Lustracyjny import do Brukseli to niemała zasługa polskiej dyplomacji, która niedawno wypominała Massimo D’Alemie przeszłość we włoskiej partii komunistycznej, aby utrącić jego kandydaturę na szefa unijnej dyplomacji i wiceszefa Komisji Europejskiej. – Tak. Musimy zbadać, czy kandydatura D’Alemy nie podpada pod nasze kryteria – przyklaskiwał Polakom chadecki niemiecki eurodeputowany Manfred Weber, choć włoscy komuniści mieli niewiele wspólnego z radziecką wersją marksizmu i zasiadali we włoskim parlamencie.

Christopher Andrew, Wasilij Mitrochin, w książce „Archiwum Mitrochina”. Tom I, ss. 467-468:

„Longo [Luigi Longo, szef Włoskiej Partii Komunistycznej w latach 1964-72] był uzależniony od sowieckich subsydiów (…) Na rok wyborczy [1971] Biuro Polityczne KC PZPR przeznaczyło dla Włoskiej Partii Komunistycznej dotację w wysokości pięciu milionów dwustu tysięcy dolarów. Longo poprosił o zwiększenie dotacji i przyznano mu dodatkowe pięćset tysięcy dolarów. (…) Do 1976 roku przekazywanie w Rzymie pieniędzy dla WłPK nie nastręczało takich komplikacji jak w Stanach Zjednoczonych lub w innych krajach. Czołowi komuniści regularnie odwiedzali sowiecką ambasadę i nie było żadnej potrzeby uciekania się do potajemnych manewrów (…) [Kurierzy] przyjeżdżali do ambasady i odbierali paczki banknotów, upewniając się tylko po drodze, czy ich samochód nie jest śledzony”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Euroentuzjasta, czyli kurek na wietrze

20 lis 2009

Wszystko, co daje nam Unia, jest dobre.

Adam Jasser, dyrektor programowy demosEUROPA, w rozmowie z Newsweekiem, 23.10.2009:

Trzeba (…) wybrać pierwszego „prezydenta” i „ministra spraw zagranicznych” Unii. Te dwa nowe stanowiska są jednymi z najważniejszych zmian w traktacie, mającymi na celu usprawnienie działania wspólnoty i nadanie jej większej wyrazistości na scenie międzynarodowej. Aby takie szczytne cele zrealizować, stanowiska te powinni objąć wybitni politycy i silni przywódcy. Także dlatego, że traktat bardzo ogólnie opisuje obie funkcje i wiele zależy od tego, jak ambitnie pierwsi wykonawcy określą ich treść.
Zdolny, charyzmatyczny przywódca mógłby w tej roli [przewodniczącego Rady Europejskiej - mm] naprawdę podnieść rangę Europy na globalnej scenie, zwłaszcza w sytuacji, gdy wpływ wschodzących potęg, takich jak Chiny, Indie czy Brazylia, będzie wzrastał (…). Z kolei szef polityki zagranicznej będzie miał do dyspozycji pięciotysięczny korpus dyplomatyczny i budżet w wysokości ośmiu miliardów euro, co w rękach kogoś obdarzonego wizją i strategicznym myśleniem może być całkiem silną dźwignią Wspólnoty Europejskiej w polityce międzynarodowej.

Adam Jasser, komentarz na stronie demosEUROPA, 20.11.2009:

Lament nad tym, że Unia Europejska sama zepchnęła się na margines polityki światowej wybierając stosunkowo mało znanych polityków na nowe unijne stanowiska, jest najprawdopodobniej nieuzasadniony, a z całą pewnością przedwczesny. Istnieją ważne argumenty przemawiające za wyborem osób znanych na scenie międzynarodowej, jednakże o tym, czy Unia stanie się silniejszym graczem i sprawniejszą organizacją, zdecydują w większej mierze umiejętności obydwu polityków, aniżeli to, czy świat zna ich twarze. Tak więc argument, że świat nigdy o nich nie słyszał i dlatego nikt, a zwłaszcza Ameryka, Rosja czy Chiny, nie będzie ich brał poważnie to oznaka typowego europejskiego czarnowidztwa i braku wiary.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop