Archiwum z sie 2009

Ameryko, co jeszcze możemy dla ciebie zrobić?

26 sie 2009

Kapitan Daniel Ambroziński stracił życie w Afganistanie, walcząc u boku amerykańskich sojuszników. Polska nie odstąpiła od Stanów Zjednoczonych ani o krok w walce z talibami i ze światowym terroryzmem. Ilu jeszcze polskich oficerów powinno zginąć w Ghazni, by 1 września, w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej, Waszyngton wydelegował na Westerplatte polityka wysokiego szczebla?

Wraz z armią USA uczestniczyliśmy w inwazji na Irak. Mimo że nadwerężyliśmy w ten sposób nasze stosunki z Niemcami i Francją, mimo krytyki większości europejskich mediów, mimo ofiar w ludziach pozostaliśmy nad Eufratem tak długo, jak było to możliwe. W ilu jeszcze amerykańskich operacjach powinniśmy wziąć udział, by ktoś z Białego Domu raczył przylecieć 1 września do Gdańska?

Tuż przed pierwszą wojną w Zatoce polski wywiad wyciągnął z ciężkiej opresji kilku agentów CIA ukrywających się w Iraku. Notabene tamtą akcją kierował Gromosław Czempiński, który za czasów świetności śp. Układu Warszawskiego był, by tak rzec, po drugiej stronie barykady. Ilu jeszcze amerykańskim chłopcom mamy uratować skórę, by ktoś ważny zza oceanu pofatygował się na rocznicowe uroczystości?

Kupiliśmy także od USA 48 samolotów F-16 w ramach kontrowersyjnego „przetargu stulecia”. Jako że chodziło nie tylko o modernizację polskich sił powietrznych, lecz także o zacieśnienie sojuszu z Waszyngtonem, decyzja w tej sprawie była stricte polityczna. Ile jeszcze samolotów musimy sprowadzić z Ameryki, by przedstawiciel administracji USA pojawił się w Polsce na pierwszowrześniowych obchodach?

Ile jeszcze maszyn CIA powinno wylądować w Szymanach? Ile lat musimy jeszcze poczekać na zniesienie wiz? Ile razy mamy się dać nabić w butelkę tak jak w przypadku umowy o instalacji tarczy antyrakietowej? Jak długo powinniśmy wspierać amerykańskie interesy na Ukrainie?

Co jeszcze powinniśmy zrobić w ciągu najbliższych pięciu dni, by Barack Obama i Hillary Clinton zrozumieli, jak bardzo się kompromitują w oczach Polaków?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kremla kampania wrześniowa

24 sie 2009

W dzisiejszej Rosji trzeba mieć dużo odwagi, by napisać, że Związek Sowiecki przystąpił do II wojny światowej 17 września 1939 roku. Tak też uczynił Oleg Chlebnikow w dzienniku „Nowaja Gazieta”, idąc w poprzek oficjalnej państwowej historiografii, która wskazuje na 22 czerwca 1941 roku – datę rozpoczęcia zdradzieckiej inwazji wojsk hitlerowskich na ZSRR.

Artykuł „Nowej Gaziety” budzi jednocześnie zdumienie i uznanie. Marna to jednak pociecha przy narastającej z dnia na dzień propagandowej nawale Kremla, który za wszelką cenę chce zrzucić z ZSRR odpowiedzialność za to, co wydarzyło się 70 lat temu w Europie.

Moskiewscy specjaliści od polityki historycznej malują dziś obraz Polski Anno Domini 1939 jako zgoła sojuszniczki nazistowskich Niemiec. To teza kłamliwa i bolesna, lecz na tyle grubiańska, że nie warto z nią polemizować. Aż trudno sobie wyobrazić, iż następcy speców z KGB, którzy niegdyś byli w stanie wcisnąć zachodnim dziennikarzom i intelektualistom każde łgarstwo, dzisiaj posługują się tak prymitywnymi metodami.

Skąd ta nerwowość? Skąd rozpaczliwe próby wywracania historii do góry nogami? Otóż Kreml zdaje sobie sprawę, że bohaterstwo radzieckiego żołnierza w czasie wojny z faszyzmem jest jedną z niewielu rzeczy, jaką ma światu do zaoferowania i z której może być dumny. Cóż bowiem zostanie Władimirowi Putinowi i Dmitrijowi Miedwiediewowi, jeśli obedrzemy współczesną Rosję z legendy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej?

Pozostanie biedne, zakompleksione państwo, które nie może znieść faktu, iż przegrywa w cywilizacyjnym wyścigu nie tylko z Ameryką, Niemcami i Francją, ale także z Chinami i Brazylią. Które bardzo chciałoby być szanowaną potęgą, choć robi wszystko, by ów szacunek – szczególnie u sąsiadów – utracić. Które mogłoby kojarzyć się światu ze wspaniałymi muzykami, tancerzami i naukowcami, ale woli się kojarzyć z wojnami gazowymi, morderstwami dziennikarzy i nagim torsem swojego smutnego premiera.

Nie mam wątpliwości, z jakiej Rosji chciałby być dumny Oleg Chlebnikow. Człowiek, który wie, co się zdarzyło 17 września 1939 roku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Putin był, jest i będzie

9 sie 2009

Władimira Putina miał zmieść ze stanowiska premiera kryzys. Pikujące ceny surowców, załamanie giełdy, masowe bankructwa rosyjskich firm, galopujące bezrobocie, ludzie protestujący na ulicach – gospodarczy krach od Smoleńska po Władywostok miał zakończyć błyskotliwą karierę byłego pułkownika KGB.

Nie zakończył.

Władimira Putina miał też pogrążyć nieuchronny konflikt z liberalnym, otwartym na Zachód Dmitrijem Miedwiediewem. Wielu ekspertów przewidywało, iż prezydent ostatecznie odsunie szefa rządu od najważniejszych decyzji, że sam będzie systematycznie poszerzał swoją władzę, że postara się ocieplić stosunki z USA i Europą. A grupa sprzyjających Putinowi siłowików znajdzie się na marginesie wielkiej polityki.

Nic takiego się nie wydarzyło.

Putin był, jest i będzie. Nic nie wskazuje na to, by jego rola w rosyjskiej i światowej polityce miała zmaleć. Owszem, do niedawna był królem, dziś jest tylko hetmanem, lecz kto ma choćby blade pojęcie o szachach, wie doskonale, co może król, a co hetman.

Miedwiediew jest zatem dostojny i uśmiechnięty, paraduje wśród liderów światowych mocarstw i rozpoczyna „nową erę” w relacjach z Waszyngtonem, poruszając się z gracją o jedno i tylko jedno pole – w przód, czasami w bok.

Putin zaś zajmuje się intensywnie, choć bez fanfar, tym, czym hetman zajmować się powinien – ochroną interesów swojego władcy. Zasłania go, atakuje po przekątnej albo po prostej wraca do dawnej pozycji. Kiedy Miedwiediew pozuje do uroczystego zdjęcia z Barackiem Obamą, on podpisuje gazowe umowy z premierem Turcji. Po stokroć ważniejsze niż czcza gadanina o amerykańsko-rosyjskim „resecie”.

A jednak nie jest to do końca ten sam Putin, którego znamy z czasów prezydentury. Już nie kompromituje się tyradami przeciwko „czeczeńskim terrorystom”, których chciał ścigać „nawet w kiblu”. To nie ten sam Putin, który na pytanie, co się stało z okrętem podwodnym „Kursk”, odpowiadał z pogardliwym uśmiechem: „Utonął”. Czy więc mamy do czynienia z lepszym Putinem, bardziej ludzkim? Nie, to raczej Putin po obróbce piarowskiej. Sporo się zmieniło, by nie zmieniło się nic.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Clinton jako lekarz pierwszego kontaktu

6 sie 2009

Uwolnienie zakładniczek stalinowskiego reżimu? Próba odmrożenia kontaktów dyplomatycznych? A może jednak głównym celem wizyty Billa Clintona w Phenianie było coś zupełnie innego?

Wyobraźmy sobie, iż w Waszyngtonie, na dwa dni przed odlotem, Bill Clinton spotyka się z z dwoma ekspertami od Korei Północnej oraz z pewnym profesorem medycyny. Clinton wie już, że jego „prywatna misja” zakończy się pełnym sukcesem, że dwie dziennikarki, aresztowane za nielegalne przekroczenie granicy, zostaną „ułaskawione w trybie nadzwyczajnym”. Wie także, że dojdzie do spotkania z Kim Dzong Ilem.

Wszystko zostało ustalone podczas tajnych spotkań z północnokoreańskimi dyplomatami pracującymi w nowojorskiej siedzibie ONZ.

Clinton jest więc wyluzowany, choć nie do końca, bo przecież podróż do Phenianu to dla każdego zachodniego polityka niczym wyprawa na Marsa. I tak jednak powoli pęcznieje z dumy. Zdaje sobie sprawę, że wróci jako bohater, a media od Bostonu po San Francisco będą go wychwalać przez co najmniej kilka dni.

Mąż pani sekretarz stanu siedzi więc wygodnie w fotelu i wsłuchuje się z uwagą w instrukcje swoich trzech interlokutorów. A szczególnie jednego z nich: profesora medycyny, który opowiada Clintonowi ze szczegółami o symptomach cukrzycy, raka trzustki i o tym, jak poruszają się i zachowują ludzie po wylewie.

Wizyta Clintona w Phenianie była dla amerykańskiego wywiadu bezcenna – oto po raz pierwszy nadarzyła się okazja, by ważny amerykański polityk obejrzał z bliska umierającego dyktatora i przekazał swoje wrażenia kilku równie ważnym urzędnikom z CIA (oraz – last but not least – własnej żonie). O ile bowiem o programie nuklearnym Korei Płn. Amerykanie co nieco wiedzą, o tyle o samym Kim Dzong Ilu, jego najbliższych współpracownikach i o rozgrywkach politycznych w łonie stalinowskiego reżimu – zgoła nic. Według niektórych anonimowych analityków Stany Zjednoczone nie prowadzą żadnych operacji wywiadowczych na terenie Korei Północnej, ponieważ nie były w stanie namówić do współpracy ani jednego wartościowego źródła. Słowem: Amerykanie nie mają w Korei Północnej prawdopodobnie ANI JEDNEGO SZPIEGA, nie wspominając o czymś takim jak „siatka wywiadowcza”.

Amerykanie zapłaciliby dużo za szczegółowy raport o stanie zdrowia Kim Dzong Ila. Ale nie mają komu. Wysyłają więc Clintona, by przyjrzał się pacjentowi z bliska. Chociaż tyle…

Może więc były prezydent udał się do Phenianu jako lekarz pierwszego kontaktu?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop