Jak ACTA niszczy kulturę

27 sty 2012

Cieszę się, że z okazji protestów przeciw ACTA rodzi się nowy, ozdrowieńczy ruch społeczny. Ruch młodych, inteligentnych ludzi, zaniepokojonych próbami odebrania im wolności w Internecie oraz ograniczenia dostępu do dóbr kultury. Ludzi, którzy pragną tylko jednego: aby uszanować ich dążenie do prawdy i piękna. Zresztą, wystarczy rzut oka na transparenty, które w ostatnich dniach dumnie powiewały nad głowami demonstrantów w Warszawie i Poznaniu, Lublinie i Gdyni:

„Chcę czytać za darmo książki Mario Vargasa Llosy i Güntera Grassa!”

„Nie odbierajcie nam mp3 z Koncertami Brandenburskimi Bacha!”

„Domagam się otwartego dostępu do prac naukowych amerykańskich fizyków!”

„Biblioteka Kongresu USA – tylko za darmo!”

„Zamierzam nadal grać w szachy na Facebooku!”

„Reprodukcje Gauguina ściągaliśmy, ściągamy i ściągać będziemy!”

„Ręce precz od filmów Felliniego na YouTube!”

„Dlaczego nie możemy szerować zdjęć portali katedry w Reims?!”

Doczekać takich czasów – bezcenne…

Autor jest komentatorem tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W co nas robi Unia Europejska

24 sty 2012

Ministrowie finansów strefy euro ustalili, że Europejski Mechanizm Stabilizacyjny (o którym pisałem tutaj) zacznie działać jeszcze w tym roku. Podjęli także jedną ważną decyzję personalną: szefem tzw. Special Purpose Investment Vehicle, organu, który ma się zająć ściąganiem z rynku funduszy dla ESM, zostanie Jacques Santer.

Zapewne przypominają Państwo sobie to nazwisko. Tak, to ten sam Jacques Santer, który był przewodniczącym Komisji Europejskiej w latach 1995-1999. Tak, to ta sama komisja, która podała się do dymisji en masse, z powodu serii skandali korupcyjnych. Najgłośniejszy (choć wcale nie najpoważniejszy) był ten związany z byłą premier Francji Edith Cresson, wówczas komisarz ds. nauki, która zatrudniła na stanowisku swojego osobistego doradcy… swojego osobistego dentystę, płacąc mu krocie.

Przekręty urzędników komisji Santera zostały udokumentowane przez niezależną grupę ekspertów, którzy sporządzili stosowny raport.

Jean-Claude Juncker, obecny premier Luksemburga i rodak Santera, ogłaszając decyzję Eurogrupy stwierdził:

Jacques Santer dobrze pracował dla Luksemburga i dla Europy.

Brytyjski eurodeputowany Martin Callanan ma nieco odmienne zdanie:

To tak jakby na czele banku krwi postawić Drakulę.

Święta racja.

Mam wrażenie, że gdyby „niedemokratyczny” Watykan funkcjonował tak samo „demokratycznie” jak Unia Europejska, papieżem już dawno zostałby arcybiskup Juliusz Paetz, a abp Stanisław Wielgus – co najmniej szefem Kongregacji ds. Nauki Wiary.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co Europejczyk może przeczytać o Orbanie

22 sty 2012

Presseurop.eu to portal gromadzący tłumaczenia artykułów z prasy europejskiej. Jego patronami są cztery tygodniki publikujące przedruki: francuski „Courrier international”, włoski „Internazionale”, portugalski „Courrier internacional” oraz nasze rodzime „Forum”. Jednym z głównych sponsorów portalu jest Komisja Europejska.

Możemy tutaj znaleźć m. in. raport specjalny poświęcony sytuacji na Węgrzech. Czytelnicy nie muszą nawet zagłębiać się w poszczególne teksty. Wystarczy lektura samych tytułów:

„Wersja Viktora Orbána”

„Próba sił w sprawie ustawy medialnej”

„Gorzkie spotkanie z MFW”

„Związki w pierwszym szeregu przeciwko Orbánowi”

„Budapeszt na ławie oskarżonych”

„Parlament Europejski sprawdza Konstytucję”

„Konstytucja, która niepokoi Europę”

„Dyktatura większości wyryta w kamieniu”

„Sezon polowań na Romów wciąż trwa”

„Wolność prasy to tajemnica wolności”

„Budapeszt poprawi ustawę o mediach”

„Węgry to nie wyjątek”

„Wolność prasy umiera, ale się nie poddaje”

„Dokąd kroczysz, Budapeszcie?”

„Mroczny przedmiot pożądania – prywatne składki emerytalne”

„Przeszłość odbija się czasem czkawką”

„Coraz słabsze ogniwo”

„Pradawna choroba tocząca Węgry”

„Węgierski kapitalizm – zagrożone ambicje”

„Wzorem jest Pekin”

„Viktor Orbán snuje wielkie wizje”

„Społeczeństwo rozdarte”

„Współczesny rokoszanin Viktor Orbán”

„Zapomnijmy o pożytecznych idiotach Europy!”

„Wielkie Węgry budzą strach”

„Fidesz bierze niemal wszystko”

„13 powodów przygnębienia”

„Antyromska krucjata”

„Wymijające odpowiedzi Viktora Orbána”

„Początek próby sił”

„Bruksela rozpoczyna operacją „usunąć Orbána”

„Viktor Orbán coraz bardziej osamotniony”

„Orbán i nasze wartości”

„Węgry to również nasza sprawa”

„Przeciw Orbánowi – tak, razem z zagranicą – nie!”

„MWF i UE trzaskają drzwiami”

„Węgierska ustawa niezadowalająca”

„Jak złagodzić smak węgierskiego gulaszu?”

To nie są tytuły WYBRANYCH przeze mnie tekstów z raportu specjalnego. To są tytuły WSZYSTKICH tekstów poświęconych Węgrom na stronie presseurop.eu.

Brakuje tylko informacji o stonce ziemniaczanej, zrzucanej przez węgierskich imperialistów na europejskie pola. Ale i do tego wkrótce dojdziemy, cierpliwości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kiedy Tusk potrząsa szabelką

19 sty 2012

Donald Tusk nie jest wprawdzie „wszechmocny”, jak słusznie zauważył podczas niedawnej konferencji prasowej, ale udało mu się jednak wcisnąć do projektu unii fiskalnej zapis o udziale państw spoza strefy euro w szczytach eurolandu. Pojawia się on w najnowszej, czwartej wersji projektu umowy.

Polska otrzyma zaproszenie na taki szczyt, ale prawdopodobnie jedynie raz w roku. Będzie to więc raczej wizyta kurtuazyjna, połączona z rytualną, zbiorczą fotografią przywódców UE, a nie realne uczestniczenie w procesie podejmowania decyzji. Co gorsza, aby móc skorzystać z tego prawa, Polska będzie musiała „wyrazić wolę przestrzegania niektórych zapisów umowy”.

Przypomnijmy, iż wcześniej premier Tusk i minister Rostowski zapewniali nas, że restrykcje paktu fiskalnego będą nas obowiązywać dopiero od momentu przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty. Po raz kolejny Tusk stanie przed diabelską alternatywą: realizując obietnicę przystąpienia do unii fiskalnej, złamie inną obietnicę. Dlatego skłaniam się ku hipotezie, iż premier jednak nie zdecyduje się na podpisanie umowy.

Najciekawsza jest jednak pewna sekwencja wydarzeń, które doprowadziły do uzyskania wspomnianego na początku ustępstwa.

Najpierw słyszeliśmy z ust Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego, iż naszą szansą jest ścisły sojusz z Niemcami i popieranie postulatów Berlina w kwestii reform instytucjonalnych w UE. Rząd z góry zapowiedział, że zamierza przyłączyć się do unii fiskalnej. Gdy jednak jej paragrafy okazały się dla nas niekorzystne, ton wypowiedzi najważniejszych polskich polityków zaczął się zmieniać. Tusk stwierdził, że tak naprawdę czuje się eurosceptykiem, i że taki kształt paktu fiskalnego nas nie interesuje. Wreszcie w wywiadzie dla włoskiego dziennika „Corriere della Sera” wypowiedział zdanie zdumiewające. Sprzeciwił się mianowicie dyktatowi Niemiec i Francji w Unii Europejskiej („Nie można pozostawić Europy dwóm stolicom”), a także powstawaniu w UE „ekskluzywnych klubów”. Przedstawił oś Warszawa-Rzym jako „uzupełnienie” osi Berlin-Paryż.

Przecież niecałe dwa miesiące temu szef polskiej dyplomacji mówił w Berlinie coś zupełnie odwrotnego, domagając się od Niemiec, aby przyjęły na siebie ciężar przywództwa w Unii!

Wygląda na to, że Tusk jednym wywiadem przekreślił berlińską mowę swojego ministra spraw zagranicznych, uznawaną swego czasu za „wielką, przełomową i wizjonerską”. Pytanie brzmi, czy Radosław Sikorski także zmienił zdanie i podpisuje się dzisiaj pod tezami swojego przełożonego.

Tusk w krótkim czasie zaostrzył retorykę i utwardził swoje stanowisko, nazwał się eurosceptykiem, a w końcu pozwolił sobie na krytykę niemieckiego-francuskiego duopolu w Europie. Efekt? Korzystna dla Polski zmiana projektu unii fiskalnej (choć nie w pełni satysfakcjonująca). Nawet jeśli ostatecznie nie ratyfikujemy tej umowy, ostatnie tygodnie musimy uznać za bardzo pouczające: okazuje się, że tak wykpiwane przez ministra Sikorskiego „potrząsanie szabelką” daje lepsze efekty niż „wielkie, przełomowe i wizjonerskie” przemówienia, wygłaszane po angielsku w stolicy Niemiec.

Autor jest komentatorem tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawica won z Europy

13 sty 2012

Jeżeli chcemy pozbyć się prawicy z tego czy innego kraju należącego do Unii Europejskiej, należy wykonać następujące czynności:

1. Czekamy na dogodny moment, tzn. wyborcze zwycięstwo lewicy w danym kraju.

2. Przez kilka lat dopieszczamy lewicowy rząd, dając mu miliardowe pożyczki, przymykając oko na brak reform i naruszanie wolności słowa. Witamy premiera takiego kraju na szczytach unijnych, poklepując go i uśmiechając się do niego serdecznie.

3. Czekamy, aż ów premier ostatecznie doprowadzi swój kraj do ruiny.

4. Gdy lewica odchodzi w niesławie, a władzę w demokratycznych wyborach zdobywa prawica, witamy nowy rząd. Chłodno.

5. Kiedy nowy premier przeprowadza drastyczne reformy, starając się ratować kraj przed bankructwem, zaczynamy kręcić nosem.

6. Kiedy ten sam premier wprowadza podatek od banków, głośno się oburzamy (zapominając na chwilkę, że sami przed chwilą obrzucaliśmy światową finansjerę błotem i proponowaliśmy obciążenie jej stosownym podatkiem)

7. Czekamy na każde potknięcie prawicowego premiera, szczególnie w zakresie wolności mediów (zapominając na chwilkę, że sami potrafimy zadzwonić do naczelnego gazety i ochrzanić go z góry na dół za jakiś nieprawomyślny materiał – pozdrowienia dla prezydenta Sarkozy’ego!)

8. Wszelkie zmiany w prawie, przeprowadzane przez prawicowy rząd, traktujemy jako „zagrożenie dla demokracji”.

9. Okraszamy naszą krytykę słowem „faszyzm” i przypominamy, jak do władzy dochodził Hitler.

10. Nagłaśniamy wypowiedź każdego Wybitnego Europejskiego Intelektualisty, który wyrazi swoje zaniepokojenie „rozwojem sytuacji” w kraju rządzonym przez prawicę. Oraz równie zaniepokojonych lewicowych polityków danego kraju, tych samych, którzy doprowadzili go do ruiny.

11. Odmawiamy kolejnych pożyczek.

12. Z nieukrywaną Schadenfreude witamy obniżenie ratingu danego kraju do poziomu śmieciowego (zapominając na chwilkę, że sami niedawno potępialiśmy w czambuł działalność agencji ratingowych)

13. Zaczynamy przebąkiwać o konieczności stworzenia rządu „technicznego”

14. Urządzamy seansik nienawiści w Parlamencie Europejskim.

15. Sugerujemy wprowadzenie sankcji.

16. Odpowiednio stymulujemy frustracje obywateli danego kraju. Czekamy, aż tłumnie wylegną na ulicę, protestując przeciwko rządom prawicy.

17. Naciskamy i powtarzamy do znudzenia, że konieczne są wcześniejsze wybory.

18. Łamiemy kark prawicowemu premierowi, który godzi się na wszystkie warunki w zamian za kredyt z MFW.

19. Gratulujemy zwycięstwa w przedterminowych wyborach lewicy.

20. Przez kilka lat dopieszczamy lewicowy rząd, dając mu kolejne pożyczki…

Autor jest komentatorem tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bolesna porażka premiera Tuska

11 sty 2012

Powstał już trzeci wstępny projekt tzw. paktu fiskalnego. Ani w pierwszym, ani w drugim, ani w trzecim dokumencie nie pojawił się zapis, o który najbardziej zabiegał rząd Donalda Tuska – dotyczący udziału Polski w spotkaniach krajów eurolandu w charakterze obserwatora. Przed grudniowym szczytem UE i krótko po nim zarówno premier, jak i kilku ważnych ministrów odegrało spektakl pod tytułem „Wchodzimy do Unii pierwszej prędkości”. Tusk popełnił elementarny błąd: obiecał narodowi coś, co od początku było poza jego zasięgiem. Takiemu arcymistrzowi politycznego piaru podobne wpadki nie powinny się zdarzać. A jednak…

Jako pierwszy obudził się Jacek Rostowski, który zaczął wyrażać wątpliwości co do treści paktu. Oczywiście, istnieje cień szansy, że Polska zostanie dopuszczona do stołu, aczkolwiek należy się raczej przygotować do kolejnego spektaklu, tym razem zatytułowanego: „Dlaczego nie podpisujemy tej umowy”.

Tusk zapewne spodziewał się, że większość mediów zareaguje tak jak zwykle: przyjmując jego hurraoptymistyczne zapowiedzi za dobrą monetę. Sądził, że raz jeszcze uda mu się wytworzyć wokół siebie różową mgiełkę sukcesu, która ochroni go przed niewygodnymi pytaniami. Był zresztą w komfortowej sytuacji – gdy upubliczniano niekorzystne dla Polski paragrafy umowy, polscy żurnaliści byli zajęci liczeniem bączków, które nasi oficjele wręczyli oficjelom bratnich krajów w ramach prezydencji UE.

Okazało się jednak, że nie sposób przykryć wszystkiego pustą propagandą. Nawet Napoleon nie był w stanie przekuć klęski pod Waterloo w sukces. Wczoraj Tusk przyznał się do porażki. „Nie  jesteśmy wszechmocni”  – powiedział na konferencji prasowej.

Premier mógłby jeszcze lawirować, gdyby ostateczna wersja umowy miała zostać zredagowana za dwa lata, kiedy już wszyscy zapomną, o co w niej chodziło. Ale negocjacje powinny się zakończyć za niecałe trzy tygodnie. Sprawa jest zbyt świeża i zbyt oczywista, żeby ją – ot tak – zamieść pod dywan.

Wczorajsza skrucha premiera zwalnia Igora Ostachowicza z obowiązku wymyślania sposobu na to, aby Waterloo zamienić w Austerlitz. Ale ta porażka, tak czy inaczej, jest dla Tuska bardzo bolesna i wstydliwa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdy Sarkozy zmienia zdanie. O 180 stopni

09 sty 2012

Kilka dni temu prezydent Francji zapowiedział wprowadzenie podatku od transakcji finansowych (tzw. podatku Tobina), nawet jeśli inne kraje się na to nie zgodzą.

Tę zaskakującą deklarację złożył tuż przed dzisiejszym spotkaniem z Angelą Merkel. Niemcy, najważniejszy partner Francji w Europie, także są za ustanowieniem nowego podatku, ale chcą w tej sprawie ogólnounijnego kompromisu. Pani kanclerz musiała być zatem zaskoczona propozycją francuskiego przywódcy.

Najciekawsze w tej historii jest jednak to, iż Nicolas Sarkozy w 1999 roku mówił… coś dokładnie odwrotnego. Podczas jednego z programów telewizyjnych stwierdził:

Podatek Tobina to absurd. My go wprowadzimy, a potem okaże się, że żaden inny kraj tego nie zrobi. Jeśli wprowadzimy go we Francji, dziesiątki tysięcy ludzi straci pracę. Nie rozumiecie, że świat się zmienił? Świat stał się jedną, wielką wioską. Za każdym razem, gdy karzemy podatkiem ludzi, którzy chcą się bogacić, pomagamy bogacić się innym. Nie potraficie zrozumieć, że kolejne regulacje i podatki przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych. Obudźcie się w końcu, świat się zmienił.

Dzisiaj ten sam Sarkozy chce wprowadzić ów podatek, który podobno „przyniesie skutki odwrotne od zamierzonych”.

Czyżby świat zmienił się raz jeszcze? A może pan Sarkozy po prostu – pardon my French – rżnie głupa?

Poniżej fragment wspomnianej dyskusji:

Sarkozy o podatku Tobina

Autor jest komentatorem tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zdrajca? Nie, amator

21 gru 2011

Do indolencji obecnego rządu na arenie unijnej powinniśmy już przywyknąć – twierdzi publicysta

Pemier Donald Tusk jest Ryszardem Czarneckim unijnej polityki. Eurodeputowany PiS lubi opowiadać o swoich wpływach w partii. Szef rządu opowiada o swoich wpływach w Europie. Czarnecki szczyci się, iż ma dostęp do ucha prezesa. Tusk szczyci się swoją przyjaźnią z panią kanclerz. Czarnecki poucza tych, którzy rozbijają PiS i polską prawicę. Tusk karci wzrokiem tych, którzy rozbijają jedność Europy. Czarnecki zawsze wie, skąd wieją wiatry, i w odpowiednim momencie potrafi przytulić się do najsilniejszej frakcji w partii. Tusk także posiada tę umiejętność – a jako że w Unii najsilniejszą frakcją jest zawsze Angela Merkel, zatem Tusk przytula się do niej.

Widok europosła PiS, który niezgrabnie odgrywa rolę szarej eminencji swojego ugrupowania, może wzbudzić najwyżej litość. Ale widok premiera RP, który z kolejnego szczytu UE wraca na tarczy, mimo iż wcześniej obiecywał wszystkim złoto i frykasy, wywołuje jednocześnie smutek i irytację.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tusk wpadł w europułapkę

17 gru 2011

Wczoraj ujawniono projekt umowy międzynarodowej wprowadzającej nowe reguły i restrykcje w obszarze polityki fiskalnej w Europie. Dotyczą one głównie państw należących do eurolandu. Umowa wejdzie w życie, jeśli zostanie ratyfikowana przez co najmniej 9 krajów. Nie będzie jednak obowiązywała w tych państwach, które jej nie przyjmą.

Do unii będą mogli przyłączyć się także członkowie UE spoza klubu euro, w tym Polska.

W ostatnim punkcie projektu umowy jest mowa o tym, iż w przypadku takich krajów jak Polska przepisy zaczną obowiązywać dopiero po przyjęciu przez nie wspólnej waluty, choć mogą one dobrowolnie przystąpić do unii fiskalnej wcześniej („…unless the Contracting Party concerned declares its intention to be bound at an earlier date…”).

Nie ma natomiast słowa o ewentualnym uczestniczeniu krajów spoza strefy euro w pracach Eurogrupy. Nie ma słowa o uczestniczeniu szefów banków centralnych Polski, Czech czy Szwecji w obradach rady Europejskiego Banku Centralnego. W rozdziale V, Art. 13, p. 4 przeczytamy nawet, iż President of the Euro Summit (nowo utworzona funkcja) „będzie szczegółowo informował pozostałe kraje członkowskie UE o przygotowaniach i rezultatach szczytów”. Czy brzmi to jak zaproszenie do udziału w tych spotkaniach? Raczej nie.

Tomasz Bielecki z „Gazety Wyborczej” pisze:

My przed przyjęciem euro będziemy mieć w tej umowie status de facto obserwatora. Jaka będzie praktyczna różnica między Warszawą (przed przyjęciem euro) i Londynem, który pozostanie poza nowym układem? – Będziecie zasiadać przy jednym stole z siedemnastką państw euro. Uczestniczyć w dyskusjach, wpływać na kolejne reformy – mówi zachodni dyplomata.

Proponuję, aby Tomasz Bielecki lub ów „zachodni dyplomata” wskazali stosowny paragraf w projekcie umowy, który mówi o „statusie obserwatora” oraz „zasiadaniu przy wspólnym stole”.

Skoro rząd zadeklarował, iż przyłączy się do paktu, ma teraz dwa wyjścia:

Przystąpić do unii fiskalnej już teraz. Będzie to oznaczało, że manipulowano opinią publiczną, ponieważ restrykcje zaczną nas obowiązywać ZANIM przystąpimy do strefy euro, a i tak nadal nie będziemy mieli miejsca przy wspomnianym stole, nawet jako uczestnicy bez prawa głosu.

Przystąpić do unii fiskalnej wtedy, gdy przyjmiemy euro – czyli za cztery, pięć lat (jeśli oczywiście będzie jeszcze do czego przystępować). Będzie to oznaczało, że manipulowano opinią publiczną, mamiąc ją wizją „twardego jądra” i Polski „współdecydującej o przyszłym kształcie Europy”.

Pozostaje jeszcze szansa, iż w wyniku twardych negocjacji Polska wywalczy daleko idące poprawki w treści umowy. Good luck.

P.S. Jeszcze dwie uwagi natury ogólnej.

Po pierwsze: przez wiele tygodni słyszeliśmy o tym, iż aby uratować euro, należy ściślej koordynować politykę gospodarczą i narzucić wszystkim ostrzejsze reguły polityki budżetowej. Według projektu umowy może dojść do sytuacji, w której poza unią fiskalną pozostanie kilka krajów strefy euro (np. Irlandia), a wejdzie do niej kilka krajów spoza eurolandu (np. Polska). Jednocześnie Irlandia nie przestanie używać euro, choć nie będą jej obowiązywały zapisy nowej umowy. Polska zaś nie przestanie używać złotego, choć zapisy nowej umowy będą już ją obowiązywać. Moim skromnym zdaniem oznaczałoby to bałagan bez porównania większy niż obecnie. Jeśli to ma być „ściślejsza integracja gospodarcza” Unii Europejskiej, to ja się nazywam Justin Bieber.

Po drugie: Donald Tusk wielokrotnie podkreślał, że stworzenie „Europy dwóch prędkości” byłoby niebezpieczne dla naszych interesów w Unii i że powinniśmy się takim próbom zdecydowanie przeciwstawiać. Tymczasem, gdy powstaje rewolucyjny projekt, sankcjonujący „Europę dwóch prędkości” de iure, polski rząd nie tylko się do niego przyłącza, ale wręcz wyraża się o nim w samych superlatywach. Pozostawiam to bez komentarza.

Autor jest komentatorem tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawdziwi Europejczycy kontra plebejusze

16 gru 2011

Doskonale wiemy, że Unia wymaga ściślejszej integracji”; „Nie ulega kwestii, iż bliższa współpraca polityczna jest niezbędna”; „Jest oczywiste, iż rozpad strefy euro oznaczać będzie katastrofę dla całego kontynentu”; „Nikt nie ma wątpliwości, że odpowiedzią na obecny kryzys jest więcej Europy”.

Dlaczego ja właściwie nie piszę euroentuzjastycznych komentarzy?… Przecież to takie łatwe i przyjemne. Szczypta Barroso, kilka gramów Van Rompuya, łyżka Sikorskiego, pół szklanki Smolara, wszystko doprawiamy Beylinem, ozdabiamy Różą Thun i mamy gotowy koktajl. Że mdły i niestrawny? Jakie to ma znaczenie? Ważne, żeby płynnie recytować dekalog prawdziwego Europejczyka.

Zapewne przyzwyczailiście się już państwo do niezliczonych paradoksów w polskim życiu politycznym. Oto kolejny: sformułowanie „prawdziwy Polak” wywołuje u niektórych spazmy oburzenia, skojarzenia z nazizmem oraz oskarżenia o próbę podziału społeczeństwa. Ale te same osoby wskazują, kto dzisiaj jest, a kto nie jest „prawdziwym Europejczykiem”. Ci prawdziwi chodzą na paradę Schumana, ci zaś, którzy cierpią na eurofobię, biorą udział w różnych nacjonalistycznych marszach z jakimiś dziwnymi biało-czerwonymi flagami. Dobrzy Europejczycy – źli Europejczycy.

„Doskonale wiemy…”; „Nie ulega kwestii…”; „Jest oczywiste, że…”. Wszystkie te frazy służą właśnie dzieleniu Polaków i wprowadzają do debaty na temat Unii element shamingu (proszę mi wybaczyć ten anglicyzm, ale lepszego słowa nie znajduję). Kto śmie wyrażać wątpliwości, kto nie uważa, że wszystko jest już jasne, ten powinien się wstydzić i poważnie zastanowić nad swoją kondycją umysłową. Bo przecież młodzi, inteligentni, wykształceni mieszkańcy dużych miast, znający języki i posiadający smartfony, są miłośnikami głębszej integracji i domagają się, by było „więcej Europy”. To samo mówią Aleksander Kwaśniewski i Marek Kondrat. Więcej Europy chciałby też na pewno śp. Bronisław Geremek. A także bł. ks. Jerzy Popiełuszko – jak dał niedawno do zrozumienia Radosław Sikorski – byłby zadowolony z faktu, iż Europa tak pięknie się jednoczy.

Tym samym każda krytyka gabinetu Tuska i jego działań na arenie unijnej jest wyrazem pewnego niedowładu intelektualnego. Żeby krytykować polski rząd za prezydencję, trzeba być „z innej planety”, jak stwierdziła w Strasburgu eurodeputowana PO Lena Kolarska-Bobińska. „To najlepsza prezydencja 15-lecia!” – zachwalał z kolei przyszły szef PE Martin Schulz. „Wielka, imponująca, cudowna, wspaniała, niedościgniona, boska” – rozpływali się w ub. środę prezenterzy telewizyjnych „Wiadomości”.

Jakieś wątpliwości?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop