Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Donald Tusk spisiał

21 lis 2009

„Nie nasze zabawki, nie nasze małpy, nie nasz sposób uprawiania polityki” — tak Ryszard Kalisz w piątkowy wieczór w TVN24 dystansował się wobec ustawy hazardowej. Oczywiście „jednorękich bandytów” można potraktować jako zabawki, ale co wspólnego z kasynami mają małpy?

Zoologiczne skojarzenia oceniając rządowe tempo prac miał również Paweł Wypych, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta: „Jest takie stare przysłowie polskie, że pospiech jest dobry przy łapaniu pcheł”. Ta wypowiedź częściowo odpowiada na pytanie, dlaczego pan prezydent skieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Otóż niezbędne jest ustalenie, czy gra w pchełki przypadkiem nie podpada pod hazardowe paragrafy.

Jednak zbyt szybka debata nad tym aktem prawnym pozwoliła Ryszardowi Kaliszowi znów wrócić do idei wielkiej koalicji POPiS: „Skandalem jest – i mówię to publicznie — to, co powiedział pan premier. On spisiał już strasznie i mówi jak PiS, dlatego, że jest powiedziane, że kto jest przeciw ustawie, jest za rozwojem hazardu. To jest typowe pisowskie straszenie.”

Błyskotliwy poseł SLD rozszyfrował też ostatnie działania otoczenia szefa rządu: „Kilka osób, które dbają o PR postanowiło zmienić wizerunek premiera, żeby on nie wyglądał na takiego podbuzowanego, tylko na takiego dobrego pana, co społeczeństwo lubi, bo lubi takiego Donalda Tuska, trochę luzaka, takiego szczęśliwego, takiego, który dużo mówi, robi.”

Trzeba w tym momencie zaznaczyć, że Kalisz niesłychanie sugestywnie zagrał „takiego podbuzowanego”. Dopiero po tej interpretacji zobaczyłem, jak wygląda człowiek podbuzowany.

A swoją drogą dziwne to nasze społeczeństwo. Podoba mu się szef Rady Ministrów, który jest wyluzowany, szczęśliwy, dużo mówi i robi.

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Czekając na przegranego premiera

17 lis 2009

Nareszcie! Premier Donald Tusk złożył samokrytykę: „Mój rząd nie jest rządem, który zrealizował wszystkie marzenia wszystkich Polaków. Ja nie mam złudzeń co do tego”.

To oświadczenie w drugą rocznicę sprawowania władzy wygłoszone w poniedziałkowym wywiadzie dla „Faktów” TVN powinno mieć swoje dalsze konsekwencje polityczne. Szef Rady Ministrów powinien podać się do dymisji, i to wcale nie dlatego, że nie zrealizował „wszystkich marzeń wszystkich Polaków”, bo rodacy i tak sami nie wiedzą, czego chcą. Gorsze jest to, że premier nie ma już złudzeń, a bez nich nad Wisłą nie da się żyć.

Nie pomogą już Tuskowi gesty dopuszczające krytykę: „Słucham z wyrozumiałością polityków opozycji, bo takie jest ich zadanie, żeby wybrzydzać, nawet ponad miarę”. Natychmiast z tego przyzwolenia skorzystała Elżbieta Jakubiak, która wyznała Bogdanowi Rymanowskiemu: „Kiedyś myślałam, że Donald Tusk jest politykiem, takim fighterem. To znaczy: umiem wygrywać, umiem przegrywać, staram się poruszać w tej rzeczywistości, na ile jest to możliwe. Dzisiaj wiem, że Donald Tusk jest politykiem, który nie potrafi przegrywać. I to jest dramat naszego kraju”.

Co tam dramat, pani poseł. To jest tragedia narodowa. Powinniśmy natychmiast znaleźć przywódcę, który będzie z dumą kroczył od porażki do klęski. Takich wodzów u nas dostatek. Ot, choćby Leszek Miller, który ocenił półmetek obecnej ekipy: „Największym plusem pana premiera Tuska jest to, że szef tego rządu nie nazywa się Kaczyński”. W ten finezyjny sposób były premier na emeryturze próbował pogrążyć innego, który uważa, że znajduje się w stanie chwilowego spoczynku.

Rząd niby nie obawia się powrotu lidera opozycji do gry, ale na wszelki wypadek rzecznik Paweł Graś uderzył czarnym pijarem: „Im częściej pan prezes Kaczyński i im częściej liderzy PiS pojawiają się w mediach, tym notowania PiS są gorsze”. Z drugiej jednak strony jest chyba jakaś dyrektywa w partii rządzącej, żeby z przywar przeciwników czynić też własną słabość, tak jak Grzegorz Dolniak: „Jeżeli mamy słabą opozycję, to w sposób naturalny trudno jest nam utrzymać takie wysokie standardy rządzenia, jak chcielibyśmy”.

Ale żeby optymistyczniej podsumować całą bijatykę związaną z dwuleciem rządu, wróćmy do posłanki Jakubiak: „Taki nam się udzielił pogodny nastrój, nie wiem z jakiego powodu, może dlatego, że to już tylko dwa lata do końca”. No pewnie, rok nie wyrok, dwa lata, jak dla brata…

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Władzy złe namiętności

14 lis 2009

„Ja u nikogo nie byłem jeszcze u boku w życiu i sobie to niesłychanie cenię” – powiedział Jan Rokita w piątkowy wieczór w TVN24. A Nelli? – wypada zapytać o partnerkę niedoszłego premiera z Krakowa. Czy posłanka Prawa i Sprawiedliwości nie grzeje już miejsca przy „biernym członku – jak sam się określił – Platformy Obywatelskiej?”

Co prawda wypowiedź Jana Marii dotyczyła tego, że nigdy nie był u boku Donalda Tuska, ale żeby od razu tak generalizować, że nigdy i u nikogo, to chyba lekka przesada.

Powodem do zaproszenia Rokity do studia była ocena dwulecia rządu, a wystawione noty tyle efektowne, co druzgocące: „To, co jest najbardziej uderzającą obserwacją polityki rządu tych ostatnich dwóch lat to pewnego rodzaju dysproporcja. Dysproporcja pomiędzy olbrzymim potencjałem władzy zgromadzonym przez Platformę, a zwłaszcza osobiście przez pana premiera i stosunkowo słabym przekuwaniem się tego potencjału na istotne materie państwowe. Znacząca większość tego potencjału idzie w gwizdek.”

Niestety, redaktor prowadząca nie spytała co to są „istotne materie państwowe”. A to, że premier dmuchnął w gwizdek wszyscy słyszeli, nawet koledzy z drużyny.

„Istnieje dość głębokie społeczne przekonanie, że takie emocje, złe namiętności władzy towarzyszyły w bardzo dużym stopniu ekipie Kaczyńskich. I to przez tak pokrętne namiętności władzy tamta ekipa została zdyskredytowana. Jeżeli się ujawni, że współczesne namiętności są dużo większe, a tamte namiętności to małe piwo, to oczywiście jest ryzykowne dla całego obozu władzy i premiera.”

Panie Janie, nawet jeśli namiętności rządu Tuska to duże piwo, to znając upodobania Polaków i tak łykną je bez problemu. A jak rodacy dmuchną w sondaże, to znów okaże się, że obecnej władzy promile poszły w górę, a nie w dół.

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Być jak Zbigniew Ziobro

10 lis 2009

W każdym polityku siedzi kilka postaci. Nieoczekiwanie ujawniają się one w trakcie programów telewizyjnych.

„Być może jako prokurator, jestem też bardzo człowiekiem” – tak swoje dwa pierwsze oblicza określił Zbigniew Ziobro w niedzielnym programie „Ona i on”. Ale w analizie własnej psychiki poszedł jeszcze dalej: „Być może jako polityk nie powinienem był mówić czegoś, co mówię jako człowiek”.

Nasuwa się oczywisty wniosek, że Ziobro jako prokurator jest człowiekiem, jako polityk – niekoniecznie. Jest to nawet do pewnego stopnia zgodne z klasycznym cytatem z „Martwych dusz” Mikołaja Gogola: „Jeden tam tylko jest porządny człowiek – prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc – świnia”.

Kim jeszcze jest były minister sprawiedliwości? „Różnie o mnie mówią, raz szeryf, słyszę też Zorro.” I zaraz wyjaśnił, jakiego szeryfa ma na myśli: „Szeryf w wymiarze politycznym to jest ktoś – tak to sobie wyobrażam – kto stawia sobie jasne cele i dąży do ich realizacji wbrew jakiemuś środowisku, i robi to z otwartą przyłbicą”.

Na taką definicję człowieka z gwiazdą w klapie John Wayne pewnie przewraca się w grobie, oczywiście w przyłbicy. Małgorzata Domagalik, jakby jeszcze jej mało było różnych bohaterów w Ziobrze, spytała, czy bliższy jest mu Brudny Harry czy Eliot Ness. Eurodeputowany nie dał się złapać w sprytną pułapkę redaktor prowadzącej: „Ness był zawsze moim bohaterem”. To słuszny wybór, bo nawet dziecko wie, że Eliot żył naprawdę i naprawdę wsadził Ala Capone za kratki, a Brudny Harry to tylko rola Clinta Eastwooda.

Zbigniew Ziobro, nawet prezentując swoje przywary, potrafił znaleźć konotacje z inną wielką postacią historyczną: „Nie zapamiętuję łatwo ludzkich twarzy. Ale pocieszam się tym, że jeden ze wspaniałych polskich polityków, mężów stanu – generał Sikorski – miał podobny mankament”.

Żeby się nie pogubić, uporządkujmy. Zbigniew Ziobro to człowiek, prokurator, polityk, szeryf, Zorro, Eliot Ness, generał Sikorski. Teraz dochodzimy do finału: „Zawsze kobiety mocno tkwiły w mojej świadomości”. Pierwiastka kobiecego w osobowości polityka Prawa i Sprawiedliwości chyba nikt się nie spodziewał. Na pytanie, kto powinien być jego Piętaszkiem na bezludnej wyspie, odpowiedział: „Kobieta, która mnie fascynuje”. Szkoda, że nie wpadł na to Daniel Defoe. Jakże inaczej wyglądałyby wówczas przypadki Robinsona Cruzoe na bezludnej wyspie.

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Premierzy w lustrze

7 lis 2009

W minionym tygodniu widoczna była nienotowana od lat aktywność byłych premierów — żubra z puszczy, politycznego emeryta i niby-celebryty

Jak na zwierzę z kniei przystało najspokojniejszy był Włodzimierz Cimoszewicz. Jako jeden z nielicznych polityków ma dystans wobec samego siebie i zadowolenie z powodu wysokich notowań w sondażach wyraził w następujący sposób: „Nawet ludzie skromni do końca nie wyzbyli się próżności.”

Leszek Miller to Wujek Dobra Rada. Doradzi urzędującemu szefowi rządu: „Jeśli premier Tusk występując przed komisją śledczą będzie miał okazję, żeby powiedzieć do jakiego szczególnie uciążliwego posła: pan jest zerem, panie pośle – to rekomenduję to panu premierowi.”

Miller robi wszystko, by jego matematyka polityczna trafiła pod strzechy, a także pochyla się z troską nad ministrem sprawa zagranicznych w swoim rządzie: „Widzę, że Włodzimierz Cimoszewicz stoi nad brzegiem Rubikonu i poważnie się zastanawia czy przejść. Za czasów Cezara to nie była ani głęboka, ani wielka rzeka, ale charakteryzowała się tym, że jak się przeszło, to już nie było odwrotu. I myślę, że taki dylemat rozważa Włodzimierz Cimoszewicz.”

A na koniec beszta młodych kolegów: „Ja z takim niesmakiem patrzę na postępowanie moich młodszych kolegów z kierownictwa SLD, bo to trochę przypomina taką misję dziada proszalnego. Otóż chodzi się po różnych ludziach i się prosi – a może pani zostanie naszym kandydatem na prezydenta, a może pan… Jeśli to jest trzecia siła polityczna w parlamencie to jest bardzo przygnębiające.”

Równie trudne do zdefiniowania jest zachowanie Kazimierza Marcinkiewicza, który sam już nie wie kim jest: „ Celebrytą nie jestem, bo nie występuje nigdzie, nie śpiewam nie tańczę, nie recytuję. Nie jestem ani aktorem ani piosenkarzem. I nie będę – bez obaw. Jak patrzę w lustro, to celebryty nie widzę. Widzę normalnego człowieka.”

Przypomniało mi się, jak kiedyś wpadło do mnie rozgorączkowane małżeństwo — ona mówiła, że on zwariował, on – że ona. Ale żeby lustro decydowało, kto jest normalny, a kto nie, to pierwszy taki przypadek.

Na deser wybrałem myśl premiera z Gorzowa, bo jak ulał pasuje do całokształtu polskiej polityki: „We władzy naprawdę nigdy nie chodzi o PR, bo nie da się sprzedać powietrza. Trzeba mieć coś, żeby to coś sprzedawać.”

Problem zaczyna się wtedy, kiedy „coś” nie istnieje.

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Grześ Samochwała

3 lis 2009

Rzadko się zdarza, żeby felieton był źródłem prawdziwego newsa, ale udało się i na koniec ujawnię, kto będzie kandydatem Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach prezydenckich.

Ale powoli, zacznijmy od ogólnego samopoczucia tej partii, które najlepiej opisał Wacław Martyniuk w poniedziałkowym „Polska i świat” w TVN24: „Znakomicie! Gdyby nie to, że świetnie, byłoby fenomenalnie”. Jeszcze lepiej sytuację widzi Grzegorz Napieralski: „Dzisiaj jesteśmy jedną z trzech najważniejszych formacji na rynku politycznym. Jesteśmy zagrożeniem dla PiS, ale największym zagrożeniem jesteśmy dla PO.” Lider lewicy w „Kropce nad i” ujawnił nawet, dlaczego tak się stało: „To się wydarzyło za rządów Grzegorza Napieralskiego, dlatego, że bardzo konsekwentna polityka nowego szefa partii od 1,5 roku spowodowała, że jesteśmy formacją przewidywalną, naprawdę lewicową i nowoczesną”

Wnikliwy obserwator życia politycznego zwróci zapewne uwagę, z jakim nabożeństwem i zadowoleniem przewodniczący SLD mówi o sobie w trzeciej osobie. I tu dochodzimy do kwestii najważniejszej – przygotowań do wyborów prezydenckich: „My chcemy się świetnie do tego przygotować. Najpierw program – pokażemy alternatywę. A potem do tego programu pokażemy naszą osobę.”

Chyba nikt nie ma już wątpliwości, kto jest „naszą osobą”. Mam nawet hasło wyborcze, choć tantiemy trzeba zapłacić Janowi Brzechwie:

Moja buzia tryska zdrowiem,

Jak coś powiem, to już powiem,

Konkurencja taka mała,

A ja jestem – samo…!

W tym miejscu na wiecach tysiące wyborców wykrzykują polityczne imię wodza.

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Piękna i (była) bestia polityczna

20 paź 2009

„To jest moja specjalność, że ja nie wywołuję stanów letnich” – powiedział Jacek Kurski w niedzielnym programie „Ona i on”. I co ciekawe, polityk PiS w obecności Małgorzaty Domagalik całkowicie utracił swoją specjalność – niestety, był letni, a chwilami nawet ciepły. Pani redaktor do tego stopnia oswoiła tygrysa opozycji, że jadł z ręki jak kotek i tylko od czasu do czasu mruczał z zadowolenia: „Dobrze się czuję w mediach, aczkolwiek bez przesady” – ale zaraz dodał, że w europarlamencie „łapie równowagę między obecnością a nieobecnością”. I właśnie obecność na antenie TVN 24 pozwoliła ujawnić prawdziwe oblicze pierwszego pistoletu PiS: „Wielokrotnie złapałem się na tym, że dobrze merytorycznie wypadałem, gadałem do rzeczy, a przyjaciele, znajomi komentowali: no co tam, miałeś mokro pod nosem, jakiś niewypudrowany byłeś, świeciłeś się”.

W niedzielę Kurski nie świecił, zwłaszcza przykładem: „Zdarza mi się, że klnę przy kobietach, ale zaraz przepraszam”. Natomiast zupełnym zaskoczeniem było ujawnienie, dlaczego dzisiejszy europoseł na progu kariery telewizyjnej zupełnie się nie uśmiechał: „Ja przez pierwszych dziesięć lat miałem taką zaciętą minę, złowrogą. Skupienie, które przeradzało się w taką złowrogość”.

Dziś zacięcia w tym polityku nie ma wcale: „To już jest wiek, kiedy trzeba stabilizować pozycję. I już tych wzlotów i upadków starczy”.

Jak tak dalej pójdzie, to Kurski skończy jako uczestnik przesympatycznego teleturnieju „Jaka to melodia”.

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Rude i zadowolone

17 paź 2009

W walczących obozach politycznych liczą się dwie markietanki: Julia Pitera i Beata Kempa. Wbrew pozorom bardzo wiele je łączy. Poza rudym kolorem włosów także fascynacja urzędującym premierem.

„Pan premier Donald Tusk — wyznała Beata Kempa w środę Monice Olejnik — powiedział na konferencji prasowej – rzeczywiście w tym jednym jest świetny – «Zjeździłem pół świata, znalazłem inwestora». Tak to mniej więcej zabrzmiało.” „Ja bardzo sobie cenię spotkania z panem premierem — Julia Pitera piała z zachwytu dzień później w tym samym programie – Nie lubię o tym mówić, ale premier jest osobą wyjątkowo konstruktywną i aczkolwiek nie pełni funkcji urzędniczej, świetnie rozumie państwo”.

Obie panie użyły wobec prezesa Rady Ministrów przymiotnika „świetny”, co nie pozostawia wątpliwości. Była wiceminister sprawiedliwości z ramienia PiS chciała pójść dalej wczuwając się w rolę szefa rządu: „Zastanawiałam się, co zrobiłabym na miejscu pana premiera Donalda Tuska”, ale chyba przestraszyła się urzędu: „Od razu z góry zastrzegam, że nie uzurpuję sobie tego prawa. Absolutnie jest to kluczowa i dość ważna funkcja”

Pewną zbieżność poglądów obu dam można też zaobserwować w kwestii oceny własnej płci i swoich możliwości. „Myślę, że kobiety z wieloma sprawami lepiej sobie radzą” — oceniła ogólnie Kempa. Natomiast Pitera skoncentrowała się na sobie, a ściślej na swojej umiejętności rozpracowywania afer: „Dość dobrze rozgryzam tego typu historie” i do tego w kowbojskim stylu: „Za długo byłam samotnym jeźdźcem, żeby nie wiedzieć, że zwłaszcza jak dybią wrogowie, trzeba być ostrożnym”. Pani Julia wręcz zachwyca się swoją pozycją i stażem politycznym: „Ja zawsze miałam dobry wynik wyborczy. Nie byłam osobą świeżą w Warszawie w 98 roku”. Jeśli pani minister była nieświeża 11 lat temu, to strach pomyśleć, jak jest z nią dzisiaj. Teraz przejdźmy do fundamentalnych różnic między gwiazdami PO i PiS. Otóż Julia Pitera ma grzywkę na lewą stronę a Beata Kempa na prawą. Albo odwrotnie.

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Niezły pasztet polityczny

13 paź 2009

Kryzys aferalny zdaje się zmierzać ku końcowi, o czym świadczy zmiana retoryki wojennej na kulinarną. Marszałek Bronisław Komorowski dał temu wyraz u „Tomasza Lisa na żywo”: „Dobry polityk, a pan Mariusz Kamiński jest politykiem pisowskim, zrobił co innego – żadnych dowodów nie zebrał poza nagraniami, nie złapał na gorącym uczynku i rzucił premierowi ten pasztet na stół”.

„Panie marszałku, z całym szacunkiem, pasztet nie jest z masarni pana Kamińskiego tylko z masarni Platformy – polemizował redaktor Lis i dopytywał dalej – czy pan marszałek z trwogą zagląda do gazet, że będzie następny pasztet?”.

Marszałek kuchenny problem kompetentnie powąchał: „Widać wyraźnie, że ten pasztet okazał się mocno nieświeży. Jeśli jeszcze parę takich pasztetów rzuci Mariusz Kamiński na stół, to nikt mu nie uwierzy. Dzisiaj widać, że to są nieświeże, odgrzewane kotlety”.

Lisowi zrobiło się niedobrze i błagał: „Ucieknijmy na moment od pasztetów i kotletów”. „No wie pan – nie dał za wygraną marszałek – to jest wszystko kuchnia polityczna”.

Jak na dobrą audycję kulinarną przystało, na koniec podaję własny przepis na niezły pasztet. Na sześciu głowach rządowych przygotować wywar z warzywami, w którym sparzyć wątrobę opozycji, koniecznie wraz z żółcią. Dodać pianę ubitą w mediach i oczywiście dużo innych jaj. Wszystko skropić potem Chlebowskiego. Składniki zmielić w maszynce CBA. Podgrzewać w formie posypanej Gradem, aż pasztet i społeczeństwo będą mieli dosyć. Smacznego et voila.

Szanowni Internauci,

Może macie własny przepis na „niezły pasztet polityczny”? Czekamy na propozycję, a dla najlepszej receptury nagroda-niespodzianka

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop

Trup ściele się gęsto

11 paź 2009

W ostatnich kilku dniach język polityki zaostrzył się i bardziej przypomina słownictwo tanich kryminałów niż poważnej debaty. Coraz więcej trupów, ściętych głów, padliny, a nawet morderstw.

Nie przebierali w słowach uczestnicy niedzielnej „Kawy na ławę” w TVN 24, kłócąc się o najnowszą aferę stoczniową.

„Przy tej transakcji – mówił Jacek Kurski (PiS) – chcieli się wzbogacić jacyś kolesie i pociotkowie i tę padlinę, do której Platforma doprowadziła przemysł stoczniowy, jeszcze obgryźć. To byłby już megaskandal, który powinien skutkować dymisją Grada, a być może dymisją premiera”.

„Jeżeli mówimy o trupach… – ripostował Sławomir Nitras (PO) – to wy na trupach stoczni próbujecie uprawiać politykę”.

Pierwsze ofiary na politycznej scenie zauważył już Paweł Piskorski (SD): „Kluczowa sprawa, to nie jest Grad, bo jego głowa, wydaje mi się, jest już na półmisku, tylko, ile o tej sprawie wiedział premier. Donald Tusk doprowadził do takiej inflacji decyzji politycznych, że nie wiemy, kto teraz powinien być ścięty, by zaspokoić…”. Niestety, Piskorski nie dokończył i nie dowiemy się, czy chodzi o zaspokojenie żądzy krwi społeczeństwa, czy chęci zemsty partyjnych kolegów.

Były kolega w ocenie obecnego premiera idzie jeszcze dalej: „Każdy, kto wiąże się z Donaldem Tuskiem, wcześniej czy później jest przez niego poświęcamy bądź mordowany”.

Oj, chyba szykuje się kolejne doniesienie do prokuratury i lider Stronnictwa Demokratycznego będzie musiał wskazać, gdzie ofiary są pochowane. Chyba że chodziło mu tylko o „martwe dusze” w PO.

„Jesteśmy w bardzo poważnym kłopocie – rzekł poseł Kłopotek. I najbardziej zmartwił się losem Grzegorza Schetyny. – W trakcie ostatniej debaty sejmowej właśnie na temat afery Grzegorz Schetyna był często pokazywany obok premiera Tuska w ławie rządowej. Ja tego człowieka nie poznawałem – zbity jak pies”.

„To świadczy o tym, w jakim domu wariatów żyjemy” – próbował całkowicie zmienić perspektywę eurodeputowany Kurski. A może to po prostu czarny kryminał, którego akcja dzieje się w szpitalu psychiatrycznym?

  • Facebook
  • Print
  • Twitter
  • Wykop