Posts Tagged „Rosja”<

Putin nie potrzebuje przyjaciół

21 sty 2011

Donald Tusk stracił słuch. Mistrz politycznej rozgrywki, który przez tyle lat potrafił zapędzać w kozi róg przeciwników, tym razem się pogubił. I to jak.

Polityk, który jednym śmiałym posunięciem, zwalniając kilku ministrów i ogłaszając wojnę z PiS, umiał całkowicie zmienić sens afery hazardowej, tym razem znalazł się w opałach. I choć wystąpienie Tuska w Sejmie było ostre, a atak na opozycję – „zamieniacie wyjaśnianie katastrofy w gonienie za premierem” – robił wrażenie, nie wierzę, by to wystarczyło.

W czasie, kiedy Polacy z zapartym tchem, z zaciśniętymi z bezsilności pięściami śledzili, jak MAK ogłasza coś, co okazało się parodią prawdy, premier był nieobecny. Nie wiadomo jedynie, czy spacerował po Dolomitach, czy też szusował po stokach na nartach. Dzień przed ogłoszeniem raportu rzecznik rządu twierdził, że premier urlopu we Włoszech nie przerwie. A kiedy już zmienił zdanie, to podróż do kraju zajęła mu więcej czasu niż wędrówka dookoła świata. Kilka tygodni temu premier zapowiedział, że rosyjska wersja raportu jest nie do przyjęcia. Kiedy mimo to Rosjanie postawili na swoim i raport MAK bez polskich uwag opublikowali, dokument, który był „nie do przyjęcia”, okazał się tylko dokumentem „niekompletnym”. Nie sposób było odpędzić od siebie myśli, że w starciu z bezwzględnymi Rosjanami Tusk położył uszy po sobie.

Dlaczego? Po pierwsze, premier mógł zwyczajnie nie docenić wagi sprawy. Wielu polityków PO od początku zdawało się bagatelizować katastrofę smoleńską. Mogło się im zatem wydawać, że Smoleńsk utracił polityczne znaczenie, a wyborcy są już zmęczeni debatą na temat tego kto, kiedy i jak zawinił. Rachuby te zresztą wydawały się całkiem trafne. Jednego wszakże Tusk nie przewidział, że Rosjanie przerzucą całą winę na polskich pilotów, wyprą się wszelkiej odpowiedzialności i dodatkowo jeszcze poniżą śp. generała Andrzeja Błasika, który znienacka stał się głównym sprawcą tragedii. Nic dziwnego, że tak duża doza lekceważenia i pogardy dla pilotów musiała obudzić poczucie godności Polaków.

Być może premier naprawdę zaufał Rosjanom. Uznał, że nowe otwarcie, wzajemne zbliżenie, wspólne dążenie do naprawy stosunków, nowa przyjaźń nie są tym, czym są – miłymi sloganami i frazesami – ale opisują prawdziwy stan rzeczy. Byłby to dość osobliwy przykład polityka, który wziął własny PR za prawdziwą politykę i wykazał się ponadprzeciętną naiwnością. Dlatego rosyjski cios był tak mocny i tak nieoczekiwany.

To, co nie powiodło się przez tyle miesięcy PiS – podważenie zaufania do Tuska i uderzenie w jego wiarygodność – załatwił jednym raportem MAK. Stare przysłowie mówi „Chroń mnie Boże od przyjaciół, z wrogami sam sobie poradzę”. Szczególnie od takich przyjaciół, mógłby dziś dodać Donald Tusk, jak Władimir Putin. Dodać poniewczasie. Rosjanie zamiast przyjaźni wolą władzę, a już szczególnie jej okazywanie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Porażka strategii Donalda Tuska

12 sty 2011

Gdyby nie to, że wszystko, co łączy się z katastrofą smoleńską, jest naznaczone tragizmem i smutkiem, ktoś mógłby ironicznie powiedzieć, że w czasie konferencji prasowej rosyjscy przedstawiciele MAK udowodnili, iż do lądowania współczesnych samolotów nie są potrzebni ani kontrolerzy, ani wieża. Przedstawiony przez Tatianę Anodinę dokument brzmiał bardziej jak akt oskarżenia polskich pilotów niż rzetelny raport.

Rosjanie nawet nie próbowali odpowiedzieć na kilka kluczowych pytań. Nie wiadomo zatem, dlaczego tak późno padła komenda nakazująca polskiemu samolotowi rezygnację z lądowania; nie wiadomo, dlaczego kontrolerzy nie zamknęli lotniska choćby po tym, jak na daremno podchodził do lądowania ił 76; nie ma też odpowiedzi na pytanie, dlaczego polscy piloci tak długo słyszeli, że są „na kursie i na ścieżce”.

Zamiast tego Rosjanie przedstawili swoją wersję wydarzeń. Ta zaś jest prosta. Głównym odpowiedzialnym za katastrofę zdaje się być polski szef lotnictwa wojskowego generał Andrzej Błasik, który po pijanemu przymusił pilotów do podjęcia straceńczej decyzji o lądowaniu za wszelką cenę. Dlaczego to zrobił? Bo jak stwierdziła Anodina, w razie odmowy przewidywał negatywną reakcję prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dowód? Ustalenia psychologów.

Ciekawe jedynie, że jednocześnie Rosjanie nie umieli znaleźć zapisu wskazującego, że prezydent Lech Kaczyński polecił lądowanie w Smoleńsku. Kolejny paradoks. Raport MAK okazał się bardziej wstrzemięźliwy niż informacje tych polskich mediów, które sugerowały, że to śp. Lech Kaczyński zmusił załogę do lądowania.

Szkoda, że raport ukazał się w takiej postaci. Szkoda, że Rosjanie nie potrafili zdobyć się na bezstronność. Że słusznie wskazując na błędy polskiej strony – podjęcie decyzji o lądowaniu podczas gęstej mgły bez zgody wieży – nie dostrzegli własnych zaniedbań. Tym samym podważyli zaufanie do swych intencji i rzetelności.

Na tym nie koniec szkód. Treść raportu, sposób jego prezentacji, sposób, w jaki potraktowano polskie uwagi, jest, obawiam się, dowodem porażki strategii Donalda Tuska. Premier od początku deklarował, że wyjaśnieniu przyczyn katastrofy najlepiej będzie służyć odwołanie się do konwencji chicagowskiej. Mając nadzieję na nowe stosunki z Moskwą, Tusk postanowił zaryzykować. Publicznie bronił decyzji o przekazaniu śledztwa Rosjanom. Twierdził, że próba wywierania na Rosję nacisku, domaganie się wspólnego śledztwa, odwoływanie się do opinii międzynarodowej będzie znakiem braku zaufania do nowych przyjaciół.

Przyjmując takie stanowisko, znalazł się w pułapce. Nim się obejrzał, został zakładnikiem własnej retoryki. Kiedy się zorientował, czym to grozi, kiedy zapoznał się ze wstępnym rosyjskim raportem, było już za późno. Stając się gwarantem i twarzą polsko-rosyjskiego porozumienia, Tusk sam odebrał sobie realne możliwości presji na Moskwę. Po prostu został przez Rosjan brutalnie przyparty do muru.

Teraz może tylko albo robić dobrą minę do złej gry i twierdzić, że nic złego się nie stało, bo raport MAK nie jest ostateczny, albo zupełnie zmienić front. To pierwsze zachowanie oznaczałoby ignorowanie faktów, to drugie byłoby mało wiarygodne.

Miesiąc po katastrofie „Rzeczpospolita” ujawniła istnienie polsko-rosyjskiego porozumienia z 1993 roku, na mocy którego rząd w Warszawie mógł się domagać wspólnego śledztwa z Rosjanami. Premier z tej możliwości nie skorzystał. Można sądzić, że już wtedy Polska straciła szansę na uczciwe i wiarygodne wyjaśnienie katastrofy. Pisałem wówczas: „w atmosferze powszechnego pojednania z Rosjanami, owego nagłego bratania się i zagłaskiwania, polski rząd w ogóle zdawał się nie myśleć, że może się czegoś domagać. (…) polskie władze nie potrafiły wykorzystać instrumentów prawnych. (…) Im po prostu – taki wniosek nasuwa się wręcz nieodparcie – brakowało woli”. Od napisania tych słów minęło dziewięć miesięcy. Nie ma chyba wątpliwości, że okazały się prawdziwe.

Od 10 kwietnia wielokrotnie słyszałem z ust najważniejszych polskich polityków, że Polska jest silnym, dobrze zarządzanym państwem, z którego jego obywatele powinni być dumni. Słyszałem, że Polska zdała egzamin, że potrafiła przetrzymać najgorsze. Wszystko, co wiadomo zarówno o tragicznym locie z 10 kwietnia, jak i o późniejszym śledztwie, zadaje tym twierdzeniom kłam.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeśli chodzi o bezpieczeństwo, lot polskiego samolotu z prezydentem i kilkudziesięcioma najważniejszymi urzędnikami państwa potraktowano gorzej niż transport kartofli. Do tej pory nie sposób ustalić, jak wyglądała i czy w ogóle była zapewniona ochrona BOR na lotnisku w Smoleńsku. Dlaczego nie przygotowano lotnisk zapasowych? Jak to możliwe, że do tej pory nikt za te wszystkie błędy nie poniósł odpowiedzialności? Dlaczego choćby nie nastąpiła dymisja ministra obrony narodowej, za którego rządów wskutek katastrofy CASY i Tu-154M zginęło więcej najwyższych dowódców wojska niż w niejednej wojnie?

Bez odpowiedzi na te pytania, bez wyciągnięcia konsekwencji wobec winnych nie ma mowy o dumie. W zderzeniu z rządową propagandą sukcesu raport MAK zabrzmiał jak ponure memento.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Troska o potęgę Rosji

17 gru 2010

Polska, słyszę, nie musi się już obawiać o swe bezpieczeństwo. Strach przed mocarstwowymi zapędami Moskwy nie ma podstaw. Kto się boi, kto na alarm bije, kto z nieufnością na nowo rozkwitłą polsko-rosyjską przyjaźń spogląda, ten kiep i malkontent. Bo przecież… i tu zostaną mi pokazane wspólne zdjęcia Donalda Tuska z Angelą Merkel i Bronisława Komorowskiego z Dmitrijem Miedwiediewem na dowód, że żyjemy w świecie bezpiecznym, spokojnym, wolnym od agresji i wrogości. Na pewno?

Kilka dni temu miałem okazję wysłuchać na żywo wystąpienia republikańskiego senatora Johna McCaina, nieszczęsnego kontrkandydata Baracka Obamy. Nie wierzyłem własnym uszom. Bo McCain, przecież nie radykał, raczej centrysta na amerykańskiej prawicy, frontalnie zaatakował współczesną Rosję Putina i Miedwiediewa (tak, tę samą, którą tak się w Polsce obecnie zachwycamy i z którą się jednamy). Amerykański polityk, jeden z najbardziej wpływowych w swej partii, która właśnie odzyskała większość w Kongresie i zdolność blokowania prac Senatu, mówił językiem, jakiego dawno już nie słyszałem. Powtarzał, że Rosja to kraj niemal dyktatury, państwo autorytarne; przypominał polityczne zabójstwa dziennikarzy, działaczy społecznych. Wymieniał nazwiska pobitych i uwięzionych bez wyroku. W tym samym tygodniu, w którym Senat USA zacznie się zajmować sprawą ratyfikacji traktatu rozbrojeniowego START II, moskiewski sąd może posłać Michaiła Chodorkowskiego na kolejnych kilka lat do więzienia – niemal krzyczał. Rosja to ginące imperium, któremu nie wolno ufać – dowodził, a wszelkie próby jej zagłaskiwania, patrzenia przez palce na dokonywane w niej jawne łamanie prawa muszą się skończyć dla Zachodu tragicznie. Jedyna metoda to twarde dopominanie się o prawa prześladowanych. Podobnie jak najlepszym sposobem obrony przed postsowieckim imperializmem jest obrona Gruzji.

Nie mniej uderzająca była reakcja na słowa McCaina kilku europejskich, głównie niemieckich, polityków, którym twarda mowa senatora wyraźnie nie przypadła do smaku. Rosja musi być, mówił jeden z nich, silna i stabilna, a Europejczycy muszą pilnować, by Rosjanie nie musieli się niepokoić o swe bezpieczeństwo. Dlaczego? Bo tylko potężna Rosja jest spokojna. Niestety, nie dowiedziałem się, jak silna musi być Rosja i kosztem kogo swą potęgę osiągnie. Oskarżenia McCaina, twierdzili Niemcy, to wyraz amerykańskiej hipokryzji. Dowód? Przecież USA nie piętnują z równą mocą naruszania praw człowieka w Chinach, Afryce i Arabii Saudyjskiej, więc niech się odczepią od Moskwy. Argument o tyle zabawny, pomyślałem w duchu, że wysunął go polityk, który wcześniej utrzymywał, że nie wolno kwestionować przynależności Rosji do Europy.

No cóż. Jeśli dobre stosunki Polski z Niemcami i Rosją mają polegać na trosce o siłę Rosji, to ja dziękuję. Nawet za wspólne zdjęcia z przywódcami dziękuję. Wolę już McCaina z jego hipokryzją.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop