Posts Tagged „Polska”<

Kwestia odwagi

7 sty 2011

Wkrótce ma się pojawić nowa książka Jana Tomasza Grossa. Słyszę, że dzięki niej Polacy będą musieli zmierzyć się z własną przeszłością.

Że dopomoże im ona w przeprowadzeniu rachunku sumienia, odkryje zepchnięte do nieświadomości winy wobec Żydów. Tym razem nie chodzi tylko o współuczestnictwo w Holokauście, jak Gross utrzymywał w „Strachu”, ale w obrzydliwym akcie powszechnego obrabowywania żydowskich ofiar i ich potomków. Słyszę też, że dzieło Grossa jest dowodem odwagi i bezkompromisowości. Że autor „Złotych żniw” niszczy fałszywe mity. Słucham tego wszystkiego i ogarnia mnie pusty śmiech. Jedno jest pewne: żadnego wyznania win na warunkach Grossa być nie może.

Nie chodzi mu bowiem, mniemam, o przezwyciężenie zła z przeszłości i refleksję nad potwornością Holokaustu – rzecz ze wszech miar godna uznania – ale o brutalną próbę zanegowania i podważenia cierpień Polaków. Z dostępnego materiału historycznego wybiera te dokumenty i świadectwa, które mu służą; pomija kontekst albo też zmienia jego znaczenie; uogólnia przypadki jednostkowe – akty antyżydowskie podyktowane antysemityzmem, a z tego co powszechnie doświadczane – strach przed pomocą Żydom i heroizm tych, którzy go pokonali – czyni nic nieznaczący fakt. Dzięki temu może skutecznie uczynić Polaków najpierw współsprawcami zbrodni, później zaś jej głównymi beneficjentami. Otóż wszystkie te metody postępowania muszą, obawiam się, prowadzić do relatywizacji Holokaustu. Ostatecznie istnieje coś takiego jak niewinność wszystkich ofiar zbrodni. Jest ona równa, solidarna i niepodzielna. Obejmuje Żydów, Polaków i pozostałych zamordowanych wbrew wszelkim ludzkim i boskim prawom. Kto chce tę solidarność zniszczyć, kto chce przypisać Polakom winę, kto chce jedne ofiary wygrywać przeciw drugim, kto pragnie niewinność jednych budować, pomniejszając cierpienia drugich, unieważnia moralny sens II wojny światowej.

Jeszcze jedno. Rozumiem, że książki Grossa mogą być uzasadnieniem dla żydowskich roszczeń majątkowych przeciw Polsce. Rozumiem też, że przynoszą mu rozgłos. Jestem też w stanie pojąć, że dyskusja o nich zaspokaja potrzebę tych wszystkich Polaków, którzy wobec swej kultury i polskości odczuwają mieszaninę wstydu i pogardy. Proszę tylko, bym nie musiał słuchać o grossowej odwadze.

Odwaga to zdolność przeciwstawienia się opiniom popularnym we własnym środowisku. Odwaga to gotowość głoszenia w imię prawdy poglądów, które temu, kto je wypowiada, mogą przynieść przykre konsekwencje: ostracyzm środowiskowy, pogorszenie warunków życia, ataki i powszechną niechęć. Grossa to nie dotyczy. W Ameryce schlebia gustom większości uniwersyteckich czytelników; w Polsce ma poparcie wpływowych mediów. O której innej książce dyskutuje się tyle jeszcze przed jej wydaniem? Proszę zatem, by odróżniać pojęcia. Gross jest zręcznym pochlebcą i propagandzistą, z odwagą nie ma to nic wspólnego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska we władaniu wieszcza

30 gru 2010

Czy można pławić się we własnym poniżeniu? Można. Ze słabości, poniewierania i wykluczenia wyższość czerpać? Tak. Pod jednym wszakże warunkiem: że marność i nędzę uda się czymś skompensować.

Że to, co niskie i żałosne, przerobi się na sztandar chwały. Że z nieudacznictwa zrobi się coś pożądania godnego. Ta właśnie sztuka, mniemam, udaje się Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi.

Mało bym się tym przejmował, gdyby nie to, że jego wieszczenie tylu wyznawców znajduje. Ba, że dla wielu Rymkiewicz stał się mistrzem myślenia politycznego o Polsce współczesnej. Nauczycielem cenionym, słuchanym, rozchwytywanym wręcz; kimś, kto w duszę narodu wejrzał głęboko i prawdę na jaw wywodzi. Prawdę o zdradzie i niezłomności. O Polsce wolnej i Polsce służalców.

Rozmawiać z tym prorokiem łatwo nie jest. Nigdy nie wiadomo, czy ten, kto mu się sprzeciwia, kto przed nim się nie korzy i pokłonów mu nie oddaje, to nie kolaborant jakiś, tajny współpracownik, agent obcych mocarstw, były esbek, były komunista i lokaj Rosji. Wiadomo jedynie, że takich pseudo-Polaków cała postkolonialna armia żyje. Ale poeta nie traci nadziei, bo wyliczył, że do 2050 roku ostatni z nich ducha wyzioną, wcześniej zaś, choć są, to jakoby ich nie było: upiory to, trupy żywe, na których nawet plwociny nie warto marnować. Oto opis – staram się niczego nie uronić z bogactwa rymkiewiczowskiej polszczyzny w „Gazecie Polskiej” – ludzi zaludniających postkolonialne gazety i telewizje, gnębiących i zatruwających Polaków wolnych, którzy dzięki wieszczowi pojęli sens polskiej historii, skąd przedziera się światło świętości.

A jak już ktoś owe światło zobaczy, to racji z tego zdawać nie musi. Nie musi się tłumaczyć, podawać argumentów. Nie musi wygrywać w wyborach, poparcia demokratycznej większości zdobywać. Do licha z rozumem, z myśleniem o interesach, z kalkulowaniem. Prawdziwa polityka nie na tym polega, by rządzić. Zamiast tego trzeba ulec posłaniu wieszcza. Wtedy tworzy się rozmowa wolnych Polaków. Pytanie: „Po co mamy rozmyślać o imperium?”. Odpowiedź: „Ponieważ rozmyślał o nim największy z Polaków”. Tyle. A poza tym tak uważali poeci – Andrzej Trzebiński, Tadeusz Gajcy, Zdzisław Stroiński, którzy zginęli w latach drugiej wojny. Wystarczy.

To, że o polskim imperium marzył Mickiewicz czy poeci Konfederacji Narodu, rozumiem. Dla nich myśl o polskości zwycięskiej była odpowiedzią na realne poniżenie państwa. Zniszczona przez zaborców, zdruzgotana przez hitlerowskie Niemcy i sowiecką Rosję Polska trwała jako idea i nadzieja, którą poeci chronili i przenosili w sobie. Lecz dzisiaj? Przepraszam, ale dzisiaj słowa Rymkiewicza zdają mi się wyrazem frustracji i resentymentu.  Urażoną ambicję sycą, a jakże. Sile Polski, wszakże, nie służą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Troska o potęgę Rosji

17 gru 2010

Polska, słyszę, nie musi się już obawiać o swe bezpieczeństwo. Strach przed mocarstwowymi zapędami Moskwy nie ma podstaw. Kto się boi, kto na alarm bije, kto z nieufnością na nowo rozkwitłą polsko-rosyjską przyjaźń spogląda, ten kiep i malkontent. Bo przecież… i tu zostaną mi pokazane wspólne zdjęcia Donalda Tuska z Angelą Merkel i Bronisława Komorowskiego z Dmitrijem Miedwiediewem na dowód, że żyjemy w świecie bezpiecznym, spokojnym, wolnym od agresji i wrogości. Na pewno?

Kilka dni temu miałem okazję wysłuchać na żywo wystąpienia republikańskiego senatora Johna McCaina, nieszczęsnego kontrkandydata Baracka Obamy. Nie wierzyłem własnym uszom. Bo McCain, przecież nie radykał, raczej centrysta na amerykańskiej prawicy, frontalnie zaatakował współczesną Rosję Putina i Miedwiediewa (tak, tę samą, którą tak się w Polsce obecnie zachwycamy i z którą się jednamy). Amerykański polityk, jeden z najbardziej wpływowych w swej partii, która właśnie odzyskała większość w Kongresie i zdolność blokowania prac Senatu, mówił językiem, jakiego dawno już nie słyszałem. Powtarzał, że Rosja to kraj niemal dyktatury, państwo autorytarne; przypominał polityczne zabójstwa dziennikarzy, działaczy społecznych. Wymieniał nazwiska pobitych i uwięzionych bez wyroku. W tym samym tygodniu, w którym Senat USA zacznie się zajmować sprawą ratyfikacji traktatu rozbrojeniowego START II, moskiewski sąd może posłać Michaiła Chodorkowskiego na kolejnych kilka lat do więzienia – niemal krzyczał. Rosja to ginące imperium, któremu nie wolno ufać – dowodził, a wszelkie próby jej zagłaskiwania, patrzenia przez palce na dokonywane w niej jawne łamanie prawa muszą się skończyć dla Zachodu tragicznie. Jedyna metoda to twarde dopominanie się o prawa prześladowanych. Podobnie jak najlepszym sposobem obrony przed postsowieckim imperializmem jest obrona Gruzji.

Nie mniej uderzająca była reakcja na słowa McCaina kilku europejskich, głównie niemieckich, polityków, którym twarda mowa senatora wyraźnie nie przypadła do smaku. Rosja musi być, mówił jeden z nich, silna i stabilna, a Europejczycy muszą pilnować, by Rosjanie nie musieli się niepokoić o swe bezpieczeństwo. Dlaczego? Bo tylko potężna Rosja jest spokojna. Niestety, nie dowiedziałem się, jak silna musi być Rosja i kosztem kogo swą potęgę osiągnie. Oskarżenia McCaina, twierdzili Niemcy, to wyraz amerykańskiej hipokryzji. Dowód? Przecież USA nie piętnują z równą mocą naruszania praw człowieka w Chinach, Afryce i Arabii Saudyjskiej, więc niech się odczepią od Moskwy. Argument o tyle zabawny, pomyślałem w duchu, że wysunął go polityk, który wcześniej utrzymywał, że nie wolno kwestionować przynależności Rosji do Europy.

No cóż. Jeśli dobre stosunki Polski z Niemcami i Rosją mają polegać na trosce o siłę Rosji, to ja dziękuję. Nawet za wspólne zdjęcia z przywódcami dziękuję. Wolę już McCaina z jego hipokryzją.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielkość polskiej cywilizacji

10 gru 2010

Samuel Zborowski” Jarosława Marka Rymkiewicza to przejmująca, oryginalna, z niezwykłą mocą napisana próba zgłębienia polskości, jej istoty, znaczenia. O politycznym sensie pisarstwa Rymkiewicza można było już sporo przeczytać. Znacznie mniej uwagi poświęcono jego duchowemu przesłaniu.

„Cywilizacja – pisze Rymkiewicz – to jest rzecz językowa, zakorzeniona w języku, nieodłącznie związana z językiem (…)”. I dalej: „Miarą cywilizacji tamtej Rzeczypospolitej, miarą jej wielkości i jej chwały jest więc jej język. (…) Tren X – to jest właśnie to, co cywilizację polską umieściło na takich wyżynach, na których nigdy wcześniej się nie znajdowała i na których może nigdy już się nie znajdzie”.

Rację ma Rymkiewicz czy nie? Polska cywilizacja sięgnęła szczytu w XVI wieku raz i potem już nieodwołalnie ku upadkowi się chyli? A ci, co dziś na nowo usiłują przemyśleć, przetworzyć, nowy sens w tej cywilizacji odkryć – kim są? Epigonami? Eklektykami? Zbieraczami staroci? Nie ma zgody.

Pisze autor „Samuela Zborowskiego” o najbardziej natchnionej cywilizacji. Słusznie. Ale, pytam, skąd to natchnienie? Czy nie stąd, a jakże, że właśnie dla Kochanowskiego poezja, język nie były rzeczą samą w sobie, że cywilizacja nie zamykała się w języku, ale język miał opisywać to, co w ludzkim losie najważniejsze. Wielkość cywilizacji, śmiem twierdzić, nie tyle bierze się ze skomplikowania języka, ile z tego, na ile ów język potrafi wyrazić stosunek przygodnego, słabego, wydanego śmierci człowieka do wiecznego, nieodgadnionego, wszechmocnego Boga. Jedynie cywilizacja, która potrafi tę relację nazwać, opisać, pokazać, która potrafi znieść i wytrzymać owo napięcie między grzesznikiem a dobrym Stwórcą, może być prawdziwie wielka. Czy nie w tym tkwi czystość i moc słów Kochanowskiego? W owej niespotykanej dziś i zagubionej komunikacji między żywymi a umarłymi, w napięciu między śmiertelnikami łaknącymi Bożej pomocy i tym, do kogo kieruje się ich tęsknota.

Jeśli przeto obecna cywilizacja wyrzuca z siebie potoki pustosłowia, jeśli ginie przywalona rzężeniem i bełkotem – tu się z Rymkiewiczem zgadzam – to przede wszystkim dlatego, że język osunął się, opadł, pogrążył się w doczesności. Że poezja, duża część literatury współczesnej utraciły związek z, powiedzmy to tak, transcendencją. Zamiast docierać do tego co w górze, pisarze co najwyżej mszczą się na Bogu. Mszczą się też na jego stworzeniu. Czysty głos Kochanowskiego, Sępa Szarzyńskiego, Kochowskiego, ba, Leśmiana, Miłosza czy późnego Herberta, zastąpiło nieustanne epatowanie nicością. „Nie ma dopływów do życia (…) nie ma żadnej takiej sfery – Boga, wieczności, istoty rzeczy, istoty życia i tak dalej, nawet nicości – takiej sfery, w której życie mogłoby się pożywić (…)” – pisze Rymkiewicz. Być może. Obawiam się tylko, że taka deklaracja oznacza, iż on sam miast bronić, podważa to, co w cywilizacji polskiej wielkie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dwie opowieści o Polsce

5 lis 2010

Jak to możliwe, pytam, że tylu ludzi w Polsce wciąż wierzy, że katastrofa smoleńska to był zamach. Świadomie ukartowane, na chłodno i planowo przygotowane zabójstwo.

Czas mija, śledztwo trwa, komisje działają, dowodów brak. Ba, ośmielę się powiedzieć, wiem, że ściągnę na siebie gromy, oskarżenia o zaprzaństwo, zdradę, strachliwość, służalczość i wszelkie możliwe inne występki, nie ma na to nawet poszlak. Więc jak to jest? Czyżby tak to miało już pozostać, że kto raz w spisek i zbrodnię uwierzył, to przy swej wierze na wieki wieków amen pozostanie?

Pisałem wcześniej o kilku tego przyczynach. Najważniejsza to ból, niemożność pogodzenia się z okrucieństwem losu. Tkwiąca w ludziach chęć umieszczania tego co absurdalne w granicach rozumu. Niespożyta i nienasycona gotowość poszukiwania sensu i nadawania znaczenia. No i, być może, zwykła skłonność do upiększania: czyż śmierć w zamachu, śmierć poległych nie jest jakby lepsza i wyższa niż taka sobie zwykła, straszna, katastrofalna śmierć?

Po przeczytaniu rozmów oficerów nadzorujących lot prezydenckiego tupolewa, które opublikował „Wprost”, pomyślałem, że jeden jest jeszcze powód, dla którego wiara w zamach znajduje tylu wyznawców. Chodzi o coś, co uczenie można nazwać dysonansem poznawczym, wywołanym przez zderzenie dwóch nieprzystających do siebie, całkowicie odmiennych obrazów polskiej państwowości.

Obraz pierwszy jest jasny, krzepiący. Pojawia się w dużych gazetach i popularnych telewizjach. Polska to niemal regionalne mocarstwo, państwo, które swych obywateli napawa dumą. Ma silną armię, wypełnia sojusznicze zobowiązania. Jest członkiem NATO i UE. Gdy się ją o to prosi, wysyła do najodleglejszych miejsc świata oddziały wyszkolonych żołnierzy. Ma sprawny wywiad, kontrwywiad, służby takie i siakie, podsłuchy, nasłuchy, odsłuchy, speców, ekspertów, znawców, analityków. To państwo, z którym trzeba się liczyć i o którego względy należy zabiegać.

Obraz drugi, jaki jawi się przed oczami po Smoleńsku, jest zupełnie inny. Mroczny, rozpaczliwy. Polska to państwo, w którym nic nie działa jak należy. Którego prezydent podróżuje nie wiadomo w jakim charakterze, nie wiadomo jak chroniony, nie wiadomo jak zabezpieczony. Jego służby są żałośnie niesprawne i niemrawe. Szef BOR nie umie wyjaśnić, co robili jego podwładni i czy coś robili na lotnisku. Premier zwołuje międzyresortowy zespół, który ma pomagać w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy, tyle że nie sposób stwierdzić, czy kiedykolwiek w ogóle się zebrał. Przedstawiciel tego państwa miota się w mediach, przy okazji promując swoją książkę. A 20 minut po tragedii oficerowie odpowiedzialni za bezpieczeństwo samolotu leniwie starają się ustalić, czy Witebsk jest na Białorusi, bo do Briańska (Brańska?) mapa nie sięga.

Czy można się dziwić, że ze zderzenia tych obrazów wzajemnie się wykluczających rodzi się opowieść o spisku?


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop