Posts Tagged „PO”<

Sekrety strategii premiera

11 mar 2011

Sposób zarządzania emocjami społecznymi przez Donalda Tuska i jego ekipę przestał być wreszcie, mniemam, sekretem. Nie jestem na tyle naiwny, by twierdzić, że tylko Tusk tak potrafił. Tyle że on dotychczasowe metody udoskonalił i przez długi czas skutecznie stosował.

Pierwsza metoda to lekceważenie trudności, robienie dobrej miny do złej gry, udawanie, że nie ma problemu. W ten sposób premier zareagował na pierwsze doniesienie o tym, że MAK zamierza niezwłocznie, bez uwzględnienia polskich racji, opublikować swoją wersję raportu na temat katastrofy. Przypominam, że na dzień przed zwołaniem konferencji w Moskwie rzecznik rządu utrzymywał, że premier nie przerwie urlopu, bo nie ma po co.

Druga to odwracanie kota ogonem albo też zamiana ról. Ten z kolei zabieg doskonale sprawdził się w przypadku afery hazardowej.

Mimo że to premiera i jego otoczenie można było winić za błędy i zbytnią bliskość z lobbystami, Tusk ogłosił, że jest ofiarą brutalnej wojny wywołanej przez opozycję.

Trzecia to pospieszne obietnice i odkładanie ich spełnienia ad calendas greacas. Posunięcie, które sprawdziło się w przypadku stoczni (zaraz znajdzie się inwestor) i wydawało się przynosić rezultaty przez kilka miesięcy po 10 kwietnia (śledztwo jest transparentne, polsko-rosyjskie rozmowy na dobrej drodze). Podobnie brzmiała pierwsza reakcja na raport MAK: Polska miała się natychmiast zwrócić do Rosji z żądaniem negocjacji w sprawie ostatecznej treści raportu. Tyle że tak jak nie znaleziono inwestora z Kuwejtu tak też do Rosji nikt się o nic nie zwrócił.

Czwarta to straszenie dojściem PiS do władzy. Może i Tusk popełnia błędy, ale przecież jego przeciwnicy są nieporównywalnie gorsi.

Poza tym ci, którzy mu błędy wytykają albo są świadomymi agentami wroga, albo naiwnymi głupcami. Przez trzy lata metoda nad wyraz skuteczna. Kiedy jednak do kategorii głuptasów trafili Leszek Balcerowicz i Aleksander Smolar, nawet dziennikarze „Polityki” mają trudności, by platformerską gawiedź zapędzić do zagrody i potem poprowadzić do urn. Nic nie pomaga spuszczanie ze smyczy Stefana Niesiołowskiego. Wprawdzie po staremu ujada za swoim panem, tyle że szkody nie czyni.

Piąta wreszcie metoda to odwracanie uwagi za pomocą tzw. wrzutek. Przykładem choćby sprawa Dubienieckiego, nagle najważniejszy temat debaty publicznej czy wcześniej wysokość odszkodowań dla rodzin ofiar ze Smoleńska.

Dzięki takim posunięciom opinia publiczna łatwo zapominała o błędach i słabościach rządu. Teraz się to trochę zmieniło. Premier wspomniał ponoć o tajemniczym przestawieniu wajchy. Hm, myślę, że jest coś na rzeczy. Strategia opierała się na właściwej komunikacji z mediami. Premier wysyłał sygnał, który podejmowano zgodnie z jego intencjami. Sygnały płyną dalej, tyle że chęć do ich odbioru zmalała.

Ciekawe na jak długo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Partia jest podmywana

18 lut 2011

Coraz częściej słyszę, że poparcie dla Platformy spada. Że kolejni jej zwolennicy tyły podają. By to sprawdzić, sięgnąłem do rozważań znanych publicystów „Polityki”. I rzeczywiście. Coś jest na rzeczy. Nawet tam widać, że partia jest w opałach. Chociaż dziennikarze ducha nie gaszą i pokazują Platformie, jak z opresji uciec. Po kolei jednak.

„Przyczyny bezpośrednie to zapewne raport MAK i histeria z tym związana, sprawa emerytur i OFE czy fatalne kwiaty dla ministra Grabarczyka”. Wszystko to oczywiście blaga i głupstwo, rzecz bez znaczenia i wagi – odnoszę wrażenie – gdyby nie to, że niektóre co bardziej gorące głowy zwiodło. Do tego jeszcze dochodzi fakt, że „Tusk na własną prośbę zorganizował sobie wewnętrznego wroga. To jedno z takich zaćmień, które potem trudno racjonalnie wytłumaczyć”. Co też ten Tusk ze Schetyną wyrabiają – przestrzegają dziennikarze. I konkludują: „Partia jest zatem podmywana z zewnątrz i od wewnątrz”.

Tak, partia się sypie, złe siły ją opętały, zewsząd słychać pretensje i grymasy. „Platforma wpadła w dryf, wektory wyzerowały się, energia wygasła”. Czytając te frazy, aż się chce płakać nad smutnym losem Platformy i jej lidera. Jak można mu coś takiego robić i to przed wyborami? Okładany i łomotany, bity i pokiereszowany, Tusk dzielnie niesie swój krzyż.

Czytam Władykę z Janickim i podziwiam obraz egzystencjalnych zmagań zwolenników PO. I chcieliby Platformę popierać, i nie mogą tego chcenia już znieść, ba, myśl ciągła o potrzebie poparcia wewnętrzny bunt wywołuje i do sprzeciwu skłania. „Rachunek polityczny nadal nakazywałby zwolennikom PO podtrzymywanie jej pozycji, ale właśnie świadomość tej konieczności jest być może powodem buntu”. Od razu, dopowiadają autorzy „Polityki”, buntu niewczesnego, niedojrzałego, pozbawionego podstaw i sensu. Bo jak wyjaśniają: „Front odmowy dla Platformy musi milcząco zakładać, że na miejsce Tuska, Rostowskiego, Sikorskiego, Millera, Kwiatkowskiego, Sawickiego, Grada, Kopacz, Klicha czy Zdrojewskiego przyjdą Kaczyński, Szydło, Fotyga, Macierewicz, Ziobro, Jurgiel, Jasiński, Piecha, Dorn i Ujazdowski (w odwodzie Kurski, Kempa, Suski i Brudziński), nawet jeśli formalnie premierem miałby być Grzegorz Napieralski czy Waldemar Pawlak”. Zimny pot mnie oblał. Tak, teraz już wszystko jasne. Kto Platformę krytykuje, kto premierowi kłody pod nogi rzuca, kto podważa, przeszkadza, nosem kręci, mędrkuje za bardzo, ten otwiera drogę przed potworami. Uważajcie zatem dziatki, co robicie. Nie bawcie się w politykę, bo z tej waszej szczerości złe rzeczy wynikną.

Lecz mimo utrapień nie wszystko stracone. Wystarczy, że premier „wykona znaczące ruchy personalne, programowe, odświeży wizje, przekona, po co jest, pokaże, że nie odpuszcza ani na milimetr, włączy drugi bieg”.

Panie premierze, już pan wie, co robić? Wystarczy wrzucić drugi bieg.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wiersz o miłości ojczyzny

3 gru 2010

Postanowiłem napisać wiersz. Polityczny. O Polsce współczesnej. A co to, myślę sobie, dlaczego mam być gorszy od pozostałych rymopisów?

W końcu sroce spod ogona nie wypadłem, pióro trzymać umiem, przepraszam za ten archaizm, ale taka to licentia poetica,

Ojczyzna w potrzebie, przeto ofiaruję, co tylko potrafię. Podkreślę wszakże od razu na początku jako autor, czyli ten, który najlepiej zna zalety swego dzieła, że wiersz to absolutnie autentyczny, nic sam nie zmyśliłem, niczego nie dodałem, niczym nie przyozdobiłem ani rzeczywistości nie ucukrowałem.

Dufam przeto, że uważny czytelnik znajdzie tu prawdziwe tchnienie prawdy i głęboki rys realizmu.

Każdy prawdziwy poeta musi mieć muzę, wyznaję zatem, że moim natchnieniem były słowa Romana

Ludwiczaka, senatora PO, skierowane do radnego powiatu z Wałbrzycha Longina Rosiaka. Soczysta ta i prosta polszczyzna nie może pozostać niezauważona. Tym bardziej że tak pięknie wpisuje się w inne dialogi toczone przez polityków tej partii. Zebrałem więc co znakomitsze myśli i zestawiłem z obietniacami premiera Donalda Tuska, żywym dla zabawy, potomnym ku przestrodze.

Nie ma solidarności bez miłości

Z tobą, k…, jak byś skumał to

te słowa mają głęboki sens

K…, że myśmy w sobotę nie dogadali

Ja wierzę

Natomiast y… ja mam grupę

bardzo wierzę

ludzi, to nie jest duża grupa ludzi,

bo nas jest troje

w sens tych słów

Tutaj na stałe przeprowadzam się

Polacy dobrze sobie radzą

i koniec,

wtedy kiedy władza nie przeszkadza

im żyć

i kręcimy lód

Polacy mają prawo

Na ch… mi to potrzebne

uczciwość

co, k…, mam im to dawać

przyzwoitość

Od czego się będzie zaczynało?

Jest wielka przestrzeń

trzeba będzie stanąć do przetargu

nie ma miejsca na cwaniactwo

No wiadomo, kupić szpital

żyją normalni ludzie

Ja ci powiem szczerze, Rysiu…

Wszyscy, którzy sobie nawzajem ufają

Którzy mają, tworzą, wiadomo, prawo

i tak dalej

zaufania brakowało

biegam z tym sam…

najbardziej

ja już nie mam siły sam walczyć

najważniejsze wartości

Mnie nie pytaj

zaufanie między ludźmi

to przejmujesz i budynek,

zaufanie polską racją stanu

i strukturę, i ludzi

Zaufanie

I byśmy się spotkali

wrócili do idei prostej

ale tylko w trójkę K…

Władzy skromnej

jak by Grzegorz, Mirek trochę

pomogli mi

idei, która jest oczywista

Z tobą na…

idei taniego państwa

na dziewięćdziesiąt procent, Rysiu,

że załatwimy

walka z korupcją

pełne wsparcie i wszystko…

celem nadrzędnym

musimy przeczekać

walczyć bezwzględnie

Po co, k…


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szaleństwo, zbrodnia i atmosfera nagonki

19 paź 2010

To czyn szaleńca, zgoda. Ale czy to znaczy, że ten dzień nie stanowił przełomu? Że dokonane w biały dzień w biurze PiS w Łodzi morderstwo jest tylko przypadkowym wybrykiem wariata? W żadnej mierze. Obawiam się, że to po prostu rezultat. Smutny, acz konieczny efekt politycznej atmosfery.

Morderca z Łodzi nie działał w społecznej próżni; to, co zrobił, to, jak uzasadniał zbrodnię, wyraźnie pokazuje, że był tyleż sprawcą, co i ofiarą. Krótko: to potworny i wynaturzony, choć przewidywalny skutek trwającej od 2005 roku wojny polsko-polskiej, za której rozpętanie i przebieg ponosi odpowiedzialność cała klasa polityczna. Cała, choć nie w równym stopniu.

Nie jest bowiem, uważam, przypadkiem, że śmiertelny strzał został wymierzony w pracownika posła PiS, który zginął niejako w zastępstwie Jarosława Kaczyńskiego. Z miesiąca na miesiąc można było zauważyć, jak wzrasta atmosfera wrogości i nienawiści skierowana przeciw liderowi opozycji. Zamiast rzeczowej krytyki i argumentów wyśmiewanie, szyderstwo, poniżanie i poniewieranie.

Najgorzej, że w przygotowywaniu tej atmosfery nagonki uczestniczyli nie tylko politycy, ale też intelektualiści, ci, od których szczególnie należy domagać się bezstronności i ważenia słów. Tymczasem to oni właśnie, można mieć wrażenie, byli głównymi podżegaczami. To oni stanęli w pierwszym szeregu, wzywając do rozprawy z PiS.

Jeszcze tydzień temu Andrzej Wajda mówił o Jarosławie Kaczyńskim: „To jest polityczne szambo. Jacyś zgrani politycy, którzy niech sobie idą w cholerę, bo mamy ich dosyć, nagle wymyślili, że oni odgrywali w tym czasie jakąś rolę”. I jeszcze dosadniej: „To jest głupol”. Podobnie nie przebierał w słowach Adam Michnik, który kilka dni temu mówił, że PiS to „formacja, która chce unicestwić państwo demokratyczne, ukształtowane po 1989 r. (…) To opozycja antysystemowa i antypaństwowa”.

W przygotowaniu i prowadzeniu tej nagonki szczególną rolę odegrał Janusz Palikot, do niedawna jeden z liderów PO, człowiek, który ostatecznie nigdy za swoje słowa nie poniósł konsekwencji. Ba, nie było sofizmatu, którego by nie wykorzystano w obronie Palikota. A to przecież on jako pierwszy polityk tej rangi w Polsce sugerował używanie wobec Kaczyńskiego przemocy.

I nie tylko chodzi tu o sławetne słowa po pierwszej turze kampanii prezydenckiej „zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie”, ale o powtarzające się raz po raz spekulacje, które łatwo było odczytać jako wezwania do rozprawy z Kaczyńskim z użyciem przemocy. Choćby to: „Uważam, że jeśli dojdzie do rozlewu krwi w najbliższych miesiącach, to odpowiedzialny za to będzie Jarosław Kaczyński. On robi co może, żeby jakiś szaleniec przez analogię do tego, co się wydarzyło przed wojną, przed 39 rokiem, doprowadził do tej samej sytuacji” – te słowa Palikota brzmią dziś szczególnie złowieszczo.

Tyle że znowu – Palikot nigdy nie zrobiłby takiej kariery, gdyby nie poparcie pozostałych polityków PO, ostatecznie tolerancja samego premiera. Czyż to nie Donald Tusk – nie sposób oprzeć się wrażeniu – wykorzystywał posła z Lublina jako poręczne narzędzie do zohydzania i gnębienia opozycji? Wielu odpowiada za tę atmosferę pogardy. I ci, którzy wyborców PiS nazywali bydłem, i ci, którzy mówili o dorzynaniu watahy. I nieprzeliczony tabun różnego rodzaju tak zwanych ludzi mediów, żartownisiów od siedmiu boleści, błaznów i trefnisiów, którzy zbudowali swoją karierę na wyszydzaniu „strasznego PiS”.

Ten różnobarwny tłum zjednoczony chęcią poniżenia oponentów nie potrafił się opamiętać nawet po tragedii smoleńskiej. Nie padły – z jednym chlubnym wyjątkiem ministra Bogdana Zdrojewskiego – słowa przeprosin. Nie nastąpiła radykalna zmiana tonu. Nie nastąpiła refleksja nad tym, że taki język, takie słowa mogą przynieść tragiczne skutki. Wręcz przeciwnie. Od kilku tygodni ów chór antypisowskiej propagandy jakby jeszcze się nasilił. PiS i jego przywódca stali się partią, wobec której wszystko wolno. Która znajduje się na granicy legalności, z którą się nie rozmawia, ale eliminuje, usuwa, delegalizuje.

Ktoś może powiedzieć, że to połowa prawdy. Bo i druga strona potrafiła odpłacić pięknym za nadobne. Racja. Wiele wypowiedzi samego przywódcy PiS i ludzi z jego najbliższego otoczenia nigdy nie powinno się pojawić. Nie powinny paść zarzuty zdrady, sprzedawania Polski, nieustanne sugestie spisku i domniemania przygotowania przez rząd zamachu. Nie powinny się pojawić wypowiedzi podważające prawowitość wyboru Bronisława Komorowskiego.

Tylko że trzeba pamiętać o proporcjach. W tragedii smoleńskiej zginęli w największej liczbie posłowie PiS, a przede wszystkim brat Jarosława Kaczyńskiego. Bliskim zabitych, jak sądzę, można po prostu więcej wybaczyć. I druga rzecz. PO ponosi dodatkową odpowiedzialność za polityczną atmosferę, bo to ona ma w ręku wszystkie instrumenty władzy oraz – być może to jeszcze ważniejsze – ogromną przewagę w mediach.

Komentując wydarzenia w Łodzi, premier Tusk powiedział: „To dramat, który wszyscy przeżywamy. Liczę na to, że wszyscy w Polsce otrzeźwiejemy”. To mądre słowa. O ile premier będzie je umiał najpierw zastosować do siebie i do swego obozu politycznego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lewica idzie w bój

1 paź 2010

Dni mijają za dniami, jesienne szarugi zastąpiły słoneczne zmierzchy. Na przekór temu trwa radosne tworzenie lewicy. Obecnie budowniczych jest dwóch: Janusz Palikot i Grzegorz Napieralski.

Choć, Bogiem a prawdą, jeden nie do końca buduje i nie całkiem lewicę, drugi zaś i owszem, lewicę do zwycięstwa by powiódł, przeklętego ducha zaściankowości i swojskości wyplenił, gdyby tylko rozumu miał więcej.

Pierwszy budowniczy kryguje się i z sobą obnosi. A to opuszcza Platformę, a to w niej zostaje, jest w niej i nie jest, tworzy i zbiera siły, a to rozprasza i waha się. Jednego dnia szumnie trzaska drzwiami, innego pokornie puka, o powrót wnosząc. Nie wiadomo zatem, czy Palikot w nowym wcieleniu Platformę przed lewicą zasłania i świeże powietrze do niej wpuszcza, czy też nową siłę wznosi, coby z SLD jak równy z równym mogła się zmagać. Jedyne, co wiadomo, to to, że Palikot w PO „ani jednego dnia dłużej niż to będzie potrzebne” nie zostanie. Ważka to deklaracja.

No cóż, w przypadku Palikota owo przekomarzanie bywa czasem zabawne, czego niestety o drugim pretendencie do zdobycia serc lewicowych wyborców powiedzieć się nie da. Pisałem onegdaj, że Napieralski miło się uśmiecha, ma ładną żonę, niewiele mówi i sprawia sympatyczne wrażenie. Ale cóż, wszystko co dobre kiedyś się kończy na tym łez padole. I tak też stało się obecnie. Wiedziony nieodpartą potrzebą Napieralski przemówił. Kilka jego światłych myśli naprawdę zasługuje na uwagę. Otóż Napieralski najpierw – a wszystkie te twierdzenia zaczerpnąłem z bogatej skarbnicy, jaką jest „Rzeczpospolita”, która z szefem SLD przeprowadziła rozmowę – rozprawił się z malkontentami i niedowiarkami, co to nie dostrzegają rosnącej siły SLD. Dowód, że jest inaczej? Przy SLD „pojawił się ruch Jana Widackiego Otwarta Polska”. Rzeczywiście, to rozprasza wszelkie wątpliwości.

Mnie spośród różnorodnego wachlarza mądrości, jakie prezentuje Napieralski, najbardziej ujęło rozumienie parytetu. Oczywiście po linii i na bazie. „Dopóki Tusk nie odwoła Radziszewskiej z zajmowanego stanowiska, nie ma moralnego prawa mówić o parytetach” – orzekł. Trudno o lepszy pokaz hipokryzji. Napieralski jest za parytetami, pod warunkiem że funkcje publiczne będą zajmowały nie kobiety w ogóle, ale kobiety o właściwych poglądach. I nie wstydzi się o tym głośno mówić.

A na deser jeszcze kilka uwag o Kościele. W końcu religia to dziedzina, w której prawdziwy polityk lewicowy musi mieć coś do powiedzenia. Więc Napieralski ma. „Kościół ma swoją powinność – dziesięć przykazań i Pismo Święte”. Zamiast „głosić te tezy z ambon” (swoją drogą ciekawe, kiedy lider SLD widział ostatnio jakiegokolwiek księdza na ambonie) Kościół naciska na zastraszonego Tuska, przez co „osoby bezdzietne nie mogą mieć dzisiaj dzieci”. Naprawdę, z takim potencjałem intelektualnym wróżę lewicy szybkie sukcesy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop