Posts Tagged „benedykt XVI”<

Chętnie pojadę do Asyżu

19 sty 2011

Kilka dni temu napisałem o moich kłopotach w związku z planowanym przez Benedykta XVI spotkaniem przedstawicieli różnych religii w Asyżu. Najpierw zabrał w tej sprawie głos na łamach „Rz” ksiądz, kapłan Opus Dei, Ignacy Soler („Wezwanie do Asyżu„, 18.01.2011).

Przyznał, że choć na początku owo zaproszenie też budziło jego wątpliwości, szybko dostrzegł, że nie miał racji. Przytoczył też kilka powodów, dla których jego zdaniem zgromadzenie w Asyżu jest inicjatywą wartą poparcia. W obronie spotkania wystąpił też ksiądz Adam Boniecki. W swym komentarzu w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” („Dobry czy zły Duch Asyżu”, 23.01.2011) stwierdził, że nie ma poczucia, by jego Credo zostało poddane relatywizacji.

Przykro mi to powiedzieć, ale chociaż bardzo bym chciał, nie zostałem przekonany. Po prostu podane przez obu księży argumenty wydają mi się, delikatnie mówiąc, nietrafione. I to wbrew temu, że podobnie jak oni uważam pokój za ogromną wartość, a dążenie do niego za jeden z istotnych celów działalności politycznej, godny pochwały ze strony przywódców religijnych. Zgadzam się również, że wyznawcom innych religii należy się szacunek, a motywowaną religijnie przemoc należy bezwarunkowo potępiać.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Moje kłopoty z Asyżem

14 sty 2011

Papież Benedykt XVI zapowiedział zorganizowanie jesienią w Asyżu wielkiego spotkania światowych religii, którego celem będzie modlitwa o pokój. Mimo że dość niespodziewana, deklaracja ta spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem komentatorów. Dla wielu jest to widomy znak, że Benedykt XVI podąża śladami Jana Pawła II.

Sam przyjąłem tę informację z mieszanymi uczuciami. I to nie tylko dlatego, że nie bardzo wierzę w skuteczność tego typu inicjatyw. Że trudno mi przyjąć, by przedstawiciele religii – nie bardzo nawet wiadomo, o kogo tu do końca chodzi, a dość to egzotyczna i różnobarwna zbieranina wszelkiej maści kapłanów, magów, czarowników, rabinów, wróży, mułłów, księży, pastorów, mnichów i działaczy – mieli realny wpływ na pokój światowy. Nie spodziewam się, by w Asyżu pojawili się przywódcy Korei Północnej, Chin, bo żadnej religii nie wyznają. Nie przybędą tam też, mniemam, wysłannicy Osamy bin Ladena, a nawet prezydenta Iranu. Jak przed 25 laty pojawią się tam ludzie dobrej woli i słabej mocy. Ale dobrze, może to nie najważniejszy zarzut. W końcu niejedyne to zebranie, które nie zmieni rzeczywistości. Gorzej, że takie formy dialogu międzyreligijnego przyczyniają się do powstawania fałszywych, lukrowanych obrazów rzeczywistości. Słuchając religijno-pokojowego pustosłowia zwykły widz łacno zapomina o niewesołym losie chrześcijan.

Powtarzam jednak, moje wątpliwości wynikają nie tylko z braku wiary w praktyczne skutki Asyżu. Po prostu wspólne modły w 1986 roku wydają mi się, nic nie jestem w stanie na to poradzić, najbardziej kontrowersyjną częścią dziedzictwa polskiego papieża. Dlaczego?

Jest mowa słów i mowa gestów. Zgodnie z tą drugą spotkanie przywódców różnych religii wyraża uznanie dla ich równości i równości ich nauk. Innymi słowy, organizując takie wspólne modły o pokój, Kościół sam relatywizuje swój przekaz. Tak jakby dawał znak, że rezygnuje z roszczenia do pełnego i powszechnego wyrażania prawdy religijnej. I jakkolwiek by temu zaprzeczano i jakkolwiek by twierdzono, że tu chodzi tylko o gesty, które nie zmieniają posłania, mnie to nie przekonuje. Jaki sens ma bowiem, pytam, wykonywanie gestów, które podważają treść?

I rzecz druga, nie mniej istotna. W całej historycznej pamięci Kościoła tego typu spotkania międzyreligijne traktowane były, mówiąc eufemistycznie, z podejrzliwością. Udziału w nich wielokrotnie zakazywali wcześniejsi papieże. Zastanawiam się zatem, na mocy jakiego autorytetu owa wiekowa tradycja zostaje uchylona. I czy autorytet, który swe uzasadnienie czerpie z tradycji, znosząc ją, może nadal oczekiwać posłuchu? Nie wiem.

Wiem tylko, że w tym samym czasie, kiedy papież zapraszał gości do Asyżu, w Egipcie z rąk islamskich fanatyków zginęło kilkudziesięciu koptów. Nie sądzę, by modlitwy w mieście św. Franciszka ulżyły losowi takich jak oni, prześladowanych chrześcijan.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop