Ucieczka przed wolnością

05 gru 2011

Jedni twierdzą, że historia ruszyła w podskokach, inni dopatrują się zdrady. Dawno już żadna wypowiedź polityka nie wywołała takich emocji jak słowa Radosława Sikorskiego w Berlinie.

Na pewno należy go docenić za to, że tak jasno zarysował wizję federacyjnej Europy. Nie bał się też powiedzieć, że to Niemcy są największym beneficjentem Unii i że nie są one niewinną ofiarą rozrzutności pozostałych państw. Słuszne było również podkreślenie, że obecny kryzys gospodarczy nie jest skutkiem rozszerzenia Unii. Ale na tym moje pochwały się kończą.

Największym błędem ministra jest przeświadczenie, że rozpad strefy euro spowodowałby „kryzys apokaliptycznych rozmiarów”. Że doprowadziłby do załamania wspólnego rynku, a w konsekwencji do upadku samej Unii. Dlatego według Sikorskiego Europa staje przed wyborem: rozpad albo federacja. Ocalenie strefy euro staje się tym samym co ocalenie Unii, a ocalenie Unii to ocalenie demokracji.

Pierwsze pytanie: dlaczego? Przecież zanim powstała strefa euro, Unia istniała i działała. Wspólny rynek nie oznacza jednej waluty, ale swobodę przepływu ludzi i kapitału. Rozpad strefy euro – z pewnością coś, czego należy uniknąć – wcale nie musi prowadzić do katastrofy. Dlaczego Sikorski rezygnuje z trzeźwej analizy? Dlaczego mówi: albo strefa euro, albo apokalipsa? Bo to pozwala mu usprawiedliwić program wzmocnienia władzy instytucji unijnych kosztem narodowych.

Widać to, gdy minister prezentuje pozytywny program zmian ustrojowych wspólnoty. Sikorski jest wyjątkowo dobitny, gdy mówi o nowych uprawnieniach organów Unii – komisja staje się w tej wizji superrządem, instytucją, która kontroluje gabinety państw członkowskich, nakłada na nie sankcje, ingeruje w ich politykę, nadzoruje gospodarkę – i wyjątkowo enigmatyczny, kiedy opisuje, na czym miałoby polegać wzmocnienie ich demokratycznej legitymizacji. Unia w oczach ministra to nie Europa ojczyzn, ale jednolite państwo sfederowane. Kiedy minister mówi o sferach, które mają pozostać w gestii państw narodowych – religii, obyczajach, stylu życia – występuje w roli budowniczego skansenów. Narodowa tożsamość zostaje sprowadzona do roli cepeliowskiej pamiątki.

Polski minister zachowuje się jak ktoś, dla kogo podmiotowość i demokracja przedstawicielska są ciężarami utrudniającymi sprawne zarządzanie. Wolność państw narodowych to w tej perspektywie niewczesna niesforność. Racja i zdrowy rozsądek nie są po stronie niepodległych państw, ale unijnych zarządców, mitycznych reprezentantów równie mitycznego europejskiego demosu. Co uderzające, towarzyszy temu apel do Niemiec, by śmiało realizowały swoją hegemonię.

Naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że wdrożenie programu Sikorskiego prowadziłoby do wzmocnienia siły największych graczy Unii, szczególnie Niemiec. Co z tego miałaby Polska? Tego zrozumieć nie potrafię.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pod kuratelą Brukseli

28 lis 2011

Przysłuchuję się debacie o przyszłości Unii Europejskiej i czegoś, dalibóg, nie pojmuję. Wprawdzie taka już może moja przypadłość i ów brak rozumienia winienem złożyć na karb własnych ograniczeń, a nie dopatrywać się w nim innych powodów. Jednakże kto pyta, nie błądzi. Więc pytam.

Od wielu miesięcy strefa euro przeżywa kryzys, być może najpoważniejszy w historii. Jego najwidoczniejszą oznaką jest bankructwo Grecji – na temat tego, czy już do niego doszło, czy nastąpi on lada moment, zdania specjalistów są podzielone. Większość uważa, że praprzyczyną obecnego kryzysu jest przewaga myślenia politycznego nad gospodarczym. Twórcy strefy euro kierowali się przede wszystkim pewnym projektem politycznym, a nie rachubą zysków i strat gospodarczych. Powołali do życia walutę, która, najkrócej mówiąc, nie miała pokrycia. Albo przynajmniej niektóre państwa strefy nie są i nigdy nie były w stanie takiego pokrycia dostarczyć.

Dążenie do wspólnej waluty było jednak tak silne, bo skrywała się za nim wola tworzenia nowej wspólnoty politycznej. Ci, którzy przygotowali euro, tak naprawdę myśleli o federacyjnej Europie, w której suwerenność narodowa i państwowa zostałaby ograniczona na rzecz innego, ponadnarodowego podmiotu. Twórcy unii walutowej, można sądzić, oszukali wyborców co do swych intencji i dziś widać tego efekty.

Jak sobie z tym poradzić? Odpowiedzią ma być, słyszę, nowy rząd paneuropejski, nowy sposób kontroli suwerennych do tej pory państw. „Komisja Europejska będzie mogła wystąpić do krajów o rewizję projektów budżetów, jeżeli uzna, że są w poważnym stopniu niezgodne z wymogami polityki przewidzianej w Pakcie Stabilności i Wzrostu – stwierdził choćby szef Komisji José Manuel Barroso. Oznacza to przecież, że poszczególne rządy, przygotowując swoje budżety, będą odpowiadały nie przed wyborcami, ale przed… urzędnikami komisji. O ich zgodę będą zabiegać, ich wskazówki będą brać pod uwagę. To klasyczny przykład gaszenia pożaru benzyną.

Strefa euro nie udała się, bo była przede wszystkim projektem politycznym. A zatem… ratując ją, trzeba jeszcze więcej polityki. Przecież Barroso, a wraz z nim wielu innych niemieckich czy francuskich polityków, domagają się ni mniej, ni więcej wprowadzenia oświeconego dyktatu. I jeszcze używają do tego szantażu. Albo potulnie trzeba poddać się pod kuratelę Brukseli, mówią, albo fora ze dwora.

Kto nie chce utrzymania jednej waluty, ten nie chce Unii, kto zaś chce waluty, ten musi się pogodzić z tym, że nie ma nic do gadania. Od budżetów i deficytów – czyli od podatków, ulg, składek – są mądrzejsi ludzie niż rządy narodowe.

Więc albo rzeczywiście niczego nie rozumiem, albo plany Komisji Europejskiej są jawnym pogwałceniem demokracji i zasady suwerenności. Bo jakoś nie słyszałem do tej pory, żeby komisja przygotowała projekt prawa pozwalający ją demokratycznie odwołać. Wniosek? Wyborcy są na to chyba za głupi.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trybiki lewackiej rewolucji

21 lis 2011

W pewnym programie telewizyjnym usłyszałem, że teraz wizytówką Polski są pan Biedroń i pani Grodzka.

A że słowa te padły z ust popularnego publicysty, zadumałem się. Jak to – myślałem – to już do tego doszło, że tym, czym powinna się chwalić Polska, nie są gospodarka, przedsiębiorczość obywateli, odwaga, przywiązanie do niepodległości, szacunek dla tradycji, ale fakt, że w Sejmie zasiadł aktywista gejowski oraz transseksualist(k)a? Na tym polega teraz wielkość To jest to coś, czym Polacy będą się chlubić przed Zachodem? Tym będą przyciągać, na tym budować swoją wyższość?

Faktycznie. Po tym, jak w Sejmie znalazła się owa para, a jeszcze bardziej po tym, jak większość posłów wybrała na wicemarszałka Wandę Nowicką, znaną głównie ze swojej bezkompromisowej walki o prawo do aborcji, Polska ma znowu dobrą prasę. Ponownie się Polaków głaszcze, wreszcie po policzku poklepuje.

Ale żeby do tej beczki miodu łyżkę dziegciu dołożyć, przypomnę, że owo wyniesienie na piedestał Biedronia plus Grodzkiej nie jest niczym nadzwyczajnym, lecz jedynie prowincjonalnym przejawem powszechnej rewolucji, do której Polacy, tak jak i inni mieszkańcy Europy, szybko się dostosowują, radośnie merdając ogonkami. Mechanizm jest prosty. Wiele lat temu wyjawiła mi go pewna szwedzka lesbijka, działaczka tamtejszego ruchu wyzwolenia. Zwierzała się w dobrej wierze, bo też, myślała sobie pewnikiem, jeśli już spotyka się z dziennikarzem z Polski, jeśli już dotarł do niej i o rozmowę poprosił wysłannik z krainy ciemności i zaścianka katolicko-narodowego, musi być, ani chybi, tej samej lewacko-rewolucyjnej proweniencji co ona.

Najważniejsze są, twierdziła, trzy rzeczy: dobrze zorganizowana i oddana (bezwzględnie działająca) grupka ideowców (fanatyków), poparcie dużych mediów, wreszcie zmiany w prawie. Radykałowie opowiadają o swych rzekomych prześladowaniach. Jeśli uda się im znaleźć sympatyków wśród dziennikarzy – a to udaje się szybko – ich opowieść, wcześniej sekciarska, zostaje powszechnie przyjęta. Po prostu sympatia opinii publicznej idzie krok w krok za współczuciem. Dystrybucją współczucia zajmują się wielkie media, które przedstawiają agresorów jako ofiary, a tych, którzy się im opierają, jako napastników. Od tej pory na całą rzeczywistość patrzy się tylko z perspektywy homoseksualistów, lesbijek i innych mniejszości. Pod wpływem medialnego walca politycy wprowadzają nowe przepisy zakazujące krytycznych zachowań wobec mniejszości, potem zaś wprowadzają je w życie sędziowie. Kiedy już to się stanie, zmieniane są programy wychowania. System staje się szczelny.

Takim poręcznym narzędziem służącym do tresury jest chociażby wprowadzenie zakazu mowy nienawiści. Nim się człowiek obejrzy, jest posprzątane. Nie mam wątpliwości, że ten wzorzec działania powiela się w Polsce. Znacznie szybciej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowy patron reform

14 lis 2011

Raz po raz czytam o proreformatorskiej postawie prezydenta Bronisława Komorowskiego. On to ma, mówi się, reprezentować to, co w Platformie świeże, dynamiczne, ku przyszłości zwrócone. On to gotów jest premiera do zmian przymuszać. Wizja to piękna. I nie dziwi mnie, że znajduje ona tylu entuzjastów. W końcu niby o to w polityce chodzi: żeby ułatwiać życie obywatelom, usuwać zbędne bariery, ograniczać biurokrację. Ktoś to musi wykonać. Donald Tusk woli skupiać się na tym, jakby tu Schetynę odstawić, panią Kopacz wstawić, Grabarczyka przesunąć, Nowaka podsunąć itd. itp. A zatem prezydent w roli patrona reform? Nie sądzę.

„Chciałem zwrócić uwagę na to, że (…) zadziałał system – skuteczny system” – mówił niedawno Bronisław Komorowski, komentując to, co zrobił kapitan Tadeusz Wrona. Zdaniem prezydenta zdjęcia z awaryjnego lądowania będą dobrze świadczyły o Polsce i polskim przewoźniku, a także będą dowodem na to, że w sytuacjach awaryjnych polskie państwo sprawdza się i radzi sobie dobrze. Czyżby? Słuchałem i uszom nie wierzyłem.

Bo w jaki sposób z faktu, że w samolocie nie zadziałał system awaryjny i że los 233 osób został powierzony umiejętnościom załogi i jej kapitana, prezydent potrafił wyciągnąć wniosek, że to dobrze świadczy o przewoźniku i polskim państwie, dalibóg, nie pojmuję. W jaki sposób zdjęcia lądującego bez podwozia samolotu mają zachęcić pasażerów do podróży z polskim przewoźnikiem? Brzmi to jak ponury dowcip. Chyba że świadectwem jakości polskiego państwa mają być umiejętności kapitana Wrony. Hm, przedziwna logika. Owszem, kapitan Wrona zasłużył na najwyższe uznanie, ale za pochwałami dla pilota nie może się skrywać indolencja przewoźnika! Nie wolno tuszować błędów systemu, używając jednostki, która ocaliła ludzi przed tragicznymi skutkami niesprawnego systemu. Nie wolno mylić tego, co jednostkowe, osobistej odwagi, zimnej krwi, wiedzy i doświadczenia z tym, co systemowe – wadami mechanizmu i nieskutecznością ogólnych zabezpieczeń.

Przypomina mi to jako żywo podobne w duchu wystąpienia prezydenta po katastrofie 10 kwietnia 2010 r., kiedy to dowodem sprawności państwa miało być, jak mniemam, poprawne zorganizowanie uroczystości pogrzebowych. Tak jak teraz i wtedy również prezydent skupiał się na tym, co zewnętrzne i przypadkowe. Zamiast zadać najważniejsze pytanie, które obnażało słabość i klęskę państwa, zamiast dostrzec niewydolność systemu – jak to możliwe, że wszystkie istotne instytucje państwowe, od dowództwa wojskowego, po organizatorów lotu wykazały się nieporadnością, brakiem kompetencji i rozumu – prezydent wolał chwalić. A w skrajnym przypadku nawet awansować szefa BOR, który mógł przyczynić się do tragedii.

Jak nazwać taką postawę? Jak opisać sytuację, w której zwierzchnik nie umie sięgnąć do istoty problemu i zadowala się upiększaniem fasady? Nie przychodzi mi do głowy nic innego jak słowo „infantylizm”. Trudno przyjąć, żeby taka postawa przyczyniła się do naprawy państwa.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W stronę rezerwatu

07 lis 2011

W  swojej ostatniej powieści „Mapa i terytorium” Michel Houellebecq jakby mimochodem przypomina Alexisa de Tocqueville’a. Jego porte-parole, bohater o tym samym co autor książki nazwisku, tej samej profesji i tych samych dokonaniach stwierdza, że „»O demokracji w Ameryce« to arcydzieło, książka o niesłychanej, wizjonerskiej mocy, nowatorska absolutnie we wszystkich aspektach, zapewne najinteligentniejsza książka o polityce, jaką kiedykolwiek napisano”. Słusznie. Każdy, kto czytał to dzieło francuskiego mistrza XIX w., kto je przemyślał, wewnętrznie przyswoił i nauczył się nim posługiwać, wie, że cała późniejsza, także współczesna literatura poświęcona demokracji to jedynie przypisy.

Tocqueville jak nikt inny potrafił dostrzec w zarodku wszystkie niebezpieczeństwa rządów ludu; umiał widzieć to, co w demokracji wielkie – sprzeciw wobec nieuzasadnionych przywilejów, ale także to, co fatalne i zgubne – kiedy to pęd do równości grozi stłumieniem wolności. Francuski myśliciel pokazał też, gdzie znajdują się zapory przed wszechwładzą większości. Jednym z takich zabezpieczeń była wolność prasy. Wiele różnych, pozostających w opozycji do siebie, polemizujących ze sobą, niezależnych finansowo od rządu gazet zdawało się gwarantować minimum wolnej debaty. Demokracja, w której owego zderzenia się światopoglądów nie ma, staje się ułomna. Tym bardziej że dziś, wraz z rozwojem radia i telewizji, możliwości manipulacji opinią publiczną są niewspółmiernie większe.

W Europie Wschodniej i Środkowej państwami, gdzie – mimo formalnych pozorów demokracji – wolność mediów nie istnieje, są choćby Białoruś i Rosja. Swoboda słowa polega tam na tym, że popiera się władzę. Są wprawdzie tacy, którzy jej nie popierają, tyle że – jak niegdyś dla Indian – stworzono dla nich rezerwaty. Mogą krytykować i psioczyć do woli pod warunkiem wszakże, że ich głos do szerokiej opinii nie dotrze. Czy w tę stronę nie zmierza też Polska?

Wskazuje na to wiele niepokojących sygnałów. Jak to bowiem możliwe, że autorzy najważniejszych publicystycznych programów tak zgodnie i jednomyślnie wystąpili w czasie kampanii wyborczej przeciw największej partii opozycyjnej? Jak to możliwe, że prawicowy, konserwatywny światopogląd i jego autentyczni reprezentanci są systematycznie rugowani z wielkich mediów, od telewizji publicznej zaczynając? A przecież przyznaje się do niego co najmniej jedna trzecia Polaków. Nie będzie ich łatwo zamknąć w rezerwatach.

Rzeczywiście, zdawać się może, że państwa postkomunistyczne, w tym Polska, cierpią na szczególną chorobę, którą można by nazwać syndromem posttotalitarnym. Rząd i dominujące elity po prostu nie chcą się zgodzić na to, żeby poddawano je krytyce. Raz słusznej, a raz nie, raz celnej, a raz przesadnej, raz uczciwej, a raz emocjonalnej. Nie chcą i już.

Na to zgody być nie może. Prawdziwą służbę dla demokracji pełnią ci, którzy nie dają się podporządkować i wystraszyć. Tylko media, które spełniają taką rolę, które potrafią szukać dziury w całym i nie ulegają presji władzy, mają wartość i sens.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Złość na polską niewinność

31 paź 2011

Wciąż nieliczni wiedzą, że – co przypomniał ostatnio w swej doskonałej książce „Skrwawione ziemie” Timothy Snyder – pierwszymi ofiarami ludobójstwa w państwie Stalina byli Polacy. Nawet on jednak, pisząc tyle o zbrodniach i okrucieństwach lat 30. i 40. w tej części Europy i starając się dostrzec wszystkie ofiary przemocy, pominął ludobójstwo na Wołyniu.

Po 1989 r. Polacy dali sobie wmówić, że w ich rozumieniu historii za dużo jest martyrologii. Że wciąż pamiętają o klęskach, ranach, cierpieniach. Wielkie media postanowiły na nowo wychować społeczeństwo, posługując się pedagogiką wstydu i hańby. Ileż to czytałem tekstów, których autorzy stawali na głowie, byle wykazać, że polska niewinność w czasie wojny była względna i że Polacy zasłużyli sobie także na miano „narodu sprawców”. Nic dziwnego, że przy takim podejściu brakowało elementarnego namysłu nad pytaniem: dlaczego akurat Polacy tak często bywali skazani na śmierć i wyginięcie? Czy był jakiś wspólny mianownik Katynia, Pawiaka i Wołynia? Drugie pytanie zdaje się być nie mniej ważne: dlaczego we współczesnej Polsce owa polska ofiara jest odrzucana, wykpiwana, ba, zwalczana? Jak to się dzieje, że zamiast się nią szczycić, zamiast mówić o polskiej niewinności, obnosić się z nią na prawo i lewo, właśnie obnosić, bo to jest coś, co światu należy pokazywać, a nie chować wstydliwie, ale go kłuć tą niewinnością w oczy; zamiast mówić i chwalić się tym, że w czasie próby dzięki polskiej tradycji ogół narodu znalazł się po właściwej stronie, zamiast więc o tym mówić, tak się o tym milczy? Zamiast podkreślać polską zdolność dostrzegania w dziejach moralnego dramatu, zmagań dobra ze złem, tak łatwo przyjmowano banalną opowieść o tym, że wszyscy zostali zbrukani winą?

Pytanie o niewinność kieruje do pytania o rdzeń polskości. Co aż tak rozsierdzało oprawców? Nie stanowiliśmy potęgi, nie budowaliśmy imperium. Polacy nawet – sądzę – nie budzili strachu. Polacy złościli i denerwowali. Tylko co właściwie było tym, powiem to dosadnie, najbardziej wkurzającym elementem polskości? Chyba umiłowanie wolności. I ściśle z nim złączone przekonanie, że ta wolność, to prawo mówienia „nie”, ta suwerenna postawa ducha, który z samej potrzeby samoutwierdzenia i autonomii na podległość się nie zgodzi, wyraża się w dążeniu do narodowej niepodległości. Jak zauważył w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Nikita Pietrow ze stowarzyszenia Memoriał, „cały naród polski, a nie tylko obszarnicy, bronił w 1920 r. swojego kraju”, co stało się powodem eksterminacyjnej decyzji Stalina 17 lat później. Skoro tak, to odpowiedź na drugie pytanie nasuwa się sama. Niechęć do pamiętania o polskich ofiarach byłaby znakiem, że to, co najbardziej polskie, w Polakach osłabło i zmarniało. Czy można się z tym pogodzić?

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Korzenie polityki antyklerykalnej

28 paź 2011

Widmo antyklerykalizmu krąży po Europie. W Polsce objawiło się w postaci Janusza Palikota. Wielu komentatorów pyta, czy to, co się dzieje w Hiszpanii, Niemczech, we Francji, w Polsce i tylu innych krajach, jest dowodem, że proces dechrystianizacji postępuje nieuchronnie? Czy tak szybka przemiana praw i obyczajów, tak powszechne i szybkie wypieranie Kościoła z życia publicznego to fatum? Sam papież Benedykt XVI  kilka razy wspominał, że być może w niedalekiej przyszłości chrześcijanie staną się nieliczną grupką, ledwo tolerowaną w coraz bardziej obojętnym religijnie świecie. Więc jak to jest naprawdę?

W żadne powszechne i nieuchronne procesy nie wierzę. I to nie tylko dlatego, że być może obraz chrześcijaństwa byłby całkiem inny, gdyby zamiast Europy wskazać na inne kontynenty. Chodzi o coś więcej. Wielokrotnie się okazywało, że nieuchronność bywa pozorna i wynika ze słabości postrzegania, ograniczoności perspektywy. Że ci, którzy o niej wspominają, zawsze widzą w części i niedokładnie, a wnioski wyciągają na podstawie przeszłości. Stąd ich wiedza musi być ułomna.

O nieuchronności i konieczności nie ma więc sensu mówić. Zgoda. Warto wszakże wskazać na społeczne konsekwencje pewnych ludzkich, czasowych decyzji. I te można już opisać.

Sądzę zatem, że w debacie na temat przyczyn dechrystianizacji często pomija się dwie kwestie.

Pierwsza to zmiana stosunku Kościoła do państwa, druga to decyzja o zbliżeniu się do świata. Obie miały miejsce w czasie Soboru Watykańskiego. Skutkiem tej pierwszej jest twierdzenie, że Kościół nie miesza się do polityki, a jedynie broni ogólnych wartości. Unika tym samym wiązania się z poszczególnymi partiami i niezależnie od ich programu oraz ideologii, nawet jeśli ta była chrześcijańska, stara się wobec wszystkich zachować dystans.

Wizja ta, myślę, okazała się tyleż piękna, ile utopijna. Wartość moralna w systemie demokratycznym przejawia się tylko w postaci politycznie chronionego interesu, za tym zaś musi stać konkretny podmiot. Po prostu musi istnieć siła polityczna, której opłaca się obrona chrześcijańskiego prawa. Jeśli partie polityczne nie widzą korzyści czerpanych ze wspierania kościelnych postulatów, sekularyzują się. Założenie, że wszyscy ludzie niezależnie od sympatii politycznych mają taki sam stosunek do wartości życia, eutanazji, miejsca symboli chrześcijańskich, okazało się ułudą.

I kwestia druga. Im Kościół bardziej upodabnia się do świata, im bardziej rezygnuje z tego wszystkiego, co go wyróżniało – osobnego języka, liturgii, obyczajów – tym bardziej musi podlegać tym samym prawom co wszystkie inne instytucje. Dawne przywileje muszą zniknąć. Ba, im szybciej Kościół przystosowuje się do świata, tym większy jest napór, żeby ta różnica między sacrum a profanum całkiem znikła. I tym większa popularność nowych antyklerykalnych ruchów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Duchowe dzieci Urbana

24 paź 2011

Świat zmienia się szybko. Nurt dziejów porywa gwałtownie. Wielu polskich umiarkowanych liberałów niegdyś mocno związanych z Kościołem dziś coraz częściej widzi w nim agresora. Polski katolicyzm, ten sam, który wydał kardynała Stefana Wyszyńskiego czy Jana Pawła II i był głównym źródłem antykomunistycznego oporu, okazuje się przeszkodą dla modernizacji.

Te zmiany mentalności polskiej inteligencji doskonale pokazuje przypadek „Gazety Wyborczej”, pisma wprawdzie wobec Kościoła zawsze krytycznego, ale niegdyś doceniającego jego znaczenie społeczne i kulturowe. Dość przypomnieć rubrykę kościelną czy też serie dodatków o świętych miejscach, księgach i papieżu. Co z tego pozostało?

Ową ewolucję od centrum ku radykalnej, antykościelnej lewicy potwierdzają słowa Jerzego Urbana. Świadek to szczególny. Raz, że w nienawiści do katolicyzmu od lat konsekwentny, dwa – szczery. Oto, co powiedział on w rozmowie z „Newsweekiem”: „Nie jesteśmy już ani czymś radykalnym, ani ekstremalnym, ani odstającym od liberalno-lewicowych poglądów powszechnych. Teraz z lękiem czytam »Gazetę Wyborczą« i zastanawiam się, co wyjąć z moich zesłanych do drukarni kolumn, bo »Wyborcza« pierwsza wyraziła ten sam punkt widzenia”. Przechwałki? Zbyt wybujałe ego? Nie sądzę. Przeciwnie, zimna analiza.

„Wyborcza” ze swoją nową lewicowością i neoficką postępowością dobiła do portu, gdzie czekał na nią od 20 lat Urban. Ich przekazy dziś się zmieszały. Może z jednym wyjątkiem, gazeta Michnika wciąż nie osiągnęła jeszcze tego poziomu prostackiego i wulgarnego antyklerykalizmu, który stał się tak ważnym elementem tożsamości dawnego prześladowcy księdza Jerzego Popiełuszki. Poza tym Urban mówi prawdę. To on okazał się historycznym zwycięzcą. To jego sposób widzenia został przyjęty przez przedstawicieli lewicowo-liberalnych poglądów powszechnych. Wyobrażacie sobie państwo? Człowiek, który 20 lat temu był symbolem zakłamania, cynizmu i podłości, który z zimną krwią, pełen buty i pogardy nie wahał się wyszydzać wszystkiego, co w polskiej opozycji niepodległościowej szlachetne, który, mogło się zdawać, na zawsze został naznaczony hańbą, oto uśmiecha się od ucha do ucha i mówi spokojnie: Patrzcie, moje na wierzchu.

I ma rację. Jego na wierzchu. Jego dzieckiem duchowym jest przecież Janusz Palikot i owa pokraczna zbieranina trochę błazeńska i jarmarczna, a trochę straszna, która zajęła 40 miejsc na Wiejskiej. Jego dziećmi są młodzi polscy lewacy, którzy z wypiekami na twarzy odkrywają, że na drodze do wolności nie stoją postkomuniści i niewydolne państwo, ale reprezentowane przez Kościół stare obyczaje. Urban doczekał się tego, o czym przez cały czas Polski Ludowej marzyły pokolenia towarzyszy: autentycznego ruchu antychrześcijańskiego. I to bez sowieckich bagnetów.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Początek ery Palikota

21 paź 2011

Polscy antyklerykałowie, ośmieleni sukcesem w wyborach, ruszyli do natarcia. Janusz Palikot ma dość krzyża w Sejmie. Wanda Nowicka ma dość rozmowy o Kościele.

Magdalena Środa ma dość Biblii. A to dopiero, mniemam, początek. Tyle jeszcze jest do zrobienia.

Tyle nazw, znaków, symboli, słów do zmiany. Niełatwo będzie usunąć wielowiekowe nawarstwienia chrześcijaństwa. Aż chciałoby się zawołać: palikotowcy – odwagi! I zapytać: macież wy odwagę Lenina? I z nadzieją prosić: ducha nie gaście (o ile napomknienie o duchu jest na miejscu i nie narusza świeckości). Bryłę katolicyzmu podnoście, jutrzenka swobody niechaj wam świeci.

By jednak wielki intelektualny wysiłek tego ruchu nie poszedł na marne, trzeba mu pomóc. Religijnej opresji trzeba powiedzieć stanowcze „nie”. Jak? Najważniejsze to sięgnąć do korzeni. Inaczej zabobonu wyplenić się nie da. Dlatego pytam: Czy prawdziwie neutralne religijnie państwo może sobie pozwolić, żeby jego dzieje i historia żyjących w nim obywateli odliczane były według miary religijnej? Nie. Polscy antyklerykałowie, zamiast drzeć Biblię, powinni jak najszybciej wnieść pod obrady Sejmu projekt ustawy o zmianie liczenia czasu z religijnego na neutralny. A jeśli trzeba, to niech wystosują w tej sprawie pismo do Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, ONZ i innych organizacji. Jakże to bowiem tak? Dlaczego ktoś ma się godzić na to, że mamy teraz 2011 rok? I że po nim 2012? Przecież to prawdziwa symboliczna przemoc, gwałt na sumieniu tym gorszy, że ukryty, schowany, pod powierzchnią gładką niedomówień zamknięty. Dawniej to jeszcze jawny był. Przynajmniej jak ktoś mówił, że coś się wydarzyło po narodzeniu Chrystusa, to wiadomo, że innym miarę narzucał. A teraz? BBC wymyśliło, że będzie mówić o erze powszechnej, komuniści w Polsce wymyślili erę naszą. Ale jaka ona nasza? Kto ją naszą uczynił? Jakim prawem za naszą uchodzi? Nie ma zgody. A co to, wcześniejsza naszą nie była? Dlaczego bitwa pod Akcjum była w erze nie naszej, a panowanie Hadriana w naszej?

Nie jest to wcale spór banalny.

O, przeciwnie. Gotów jestem powiedzieć, że to ważniejsze niż kwestia krzyża w Sejmie. Czy on tam wisi, czy też nie, mało kogo obchodzi. Tych, co na sali może i tych, co spać nie mogą. Ale to, że każdy Polak od urodzenia do śmierci prywatnie i urzędowo uznaje, że żyje w erze zapoczątkowanej narodzinami Chrystusa, że do niej się odnosi, że wciąż w niej tkwi zamknięty jak robaczek, nie przymierzając, w bursztynie, to powtarzam, gwałt na świeckości, jakiego świat nie widział.

Ale i zmiana ery nie wystarczy. Środek to, mniemam, połowiczny. Żeby naprawdę osiągnąć ideał neutralności czasu, należałoby też, nie mam wątpliwości, znieść tydzień. Jakim prawem neutralne państwo ma przyjmować podział miesiąca na siedmiodniowe tygodnie? I ta paskudna niedziela na końcu?

Oto prawdziwe wyzwania.

Palikotowcy, do dzieła.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Premier reformator zbiera siły

17 paź 2011

Jeśli jakikolwiek rząd chce wprowadzić reformy, musi to zrobić od razu. Mówi się, że najważniejszych jest pierwszych 100 dni. Nic dziwnego. Tylko na początku jest dość entuzjazmu i woli, by przełamywać niechęć urzędników oraz zmagać się z oporem potężnych grup interesów. I własnym lenistwem.

Premier Donald Tusk ledwo zdążył wygrać wybory, a już ogłosił, że jego ministrowie pozostaną na stanowiskach do stycznia. Wcześniej zapowiadał, że z obecnych szefów resortów pozostawi w gabinecie kilku. No, ale to było przed wyborami. A po… Po wyborach Tusk stwierdził, że nie czas na zmiany, bo Polska sprawuje prezydencję w Unii Europejskiej. I tak Katarzyna Hall miałaby pracować nad reformą edukacji, nadal wprowadzając radosny chaos, a Cezary Grabarczyk z uśmiechem opowiadałby, jak to sprawnie działają polskie koleje. Ta wizja wywołała tak duży szok, że premier pospiesznie się z niej wycofał. Nawet najsprawniejsi propagandyści nie potrafiliby jej przecież wytłumaczyć. Okazało się zatem, że premier zmienił zdanie i nowy rząd powstanie jednak w listopadzie.

Od kiedy Platforma objęła władzę w 2007 r., za każdym razem słyszałem, że czas na reformy nie nadszedł. A to prezydent przeszkadzał, a to unijna prezydencja była blisko, a to brakowało odpowiedniego poparcia, a to nadchodziły wybory. Teraz, kiedy nikt w niczym nie przeszkadza, bo w ręku PO znalazły się wszystkie najważniejsze instytucje państwa, a najbliższe wybory za trzy lata, na przeszkodzie reformom stanęła… Unia Europejska.

To odkładanie zmian w rządzie pokazuje, po co Platformie władza. Po co? Dla władzy. Reszta furda. Czy ktoś się sprawdził, czy nie – bez znaczenia. Zresztą to poniekąd logiczne. Skoro Tusk wygrał, nic nie robiąc, to najwyraźniej nagrodzono go za nicnierobienie. Ważne, że Polacy mogą być dumni z Polski, która zdała egzamin. I ważne, żeby Polacy żyli w świadomości, że już za momencik, już za minutkę, już za chwileczkę premier pokaże, co potrafi. Polacy to – widać – naród uwielbiający złudzenia. No, a skoro tak bardzo lubuje się w iluzjach, to premier Tusk, niczym rasowy prestidigitator, wciąż ich dostarcza.

Gdy tylko nadejdzie grudzień, ogłosi, że właśnie przygotowuje wielką rządową ofensywę. Że już za kilka miesięcy do Sejmu spłyną dziesiątki, ba, setki ważnych ustaw. I reforma zdrowia, i ułatwienie życia przedsiębiorcom, i uproszczenie prawa nastąpią. Czego dusza zapragnie. Tylko, zrozumiałe, że tak wielkie zmiany wymagają ostrożności. A tu wakacje za pasem. Widział kto kiedy, żeby zmiany latem wprowadzać? Poza tym mistrzostwa Europy, trzeba odczekać. A gdy nadejdzie jesień, to okaże się, że zaraz za nią zima. I żeby tak między jesienią a zimą? Brrr. Nie, nie ma sensu. Wprowadzanie przez Tuska reform zdaje się być współczesną wersją paradoksu eleatów. Są jak strzała, która nigdy nie może dolecieć do celu, ciągle tam zmierzając.

Tylko że w taki sposób jak świadomości Polaków nie uda się zakląć rzeczywistości. Ta kiedyś za życie w ułudzie weźmie odwet. Oj, weźmie.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop