Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

W stronę państwa Platformy

20 cze 2010

Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego i niezły wynik Jarosława Kaczyńskiego pokazują, że mimo katastrofy smoleńskiej i nękającej Polskę plagi powodzi preferencje wyborcze Polaków są dość stabilne.

Komorowskiemu w wygranej nie przeszkodziły ani liczne gafy, ani brak charyzmy, ani nawet pozbawiona polotu kampania. Wyskoki jego najgorętszych zwolenników, jak choćby Janusza Palikota, mogły chwilowo zmniejszyć poparcie; na stałe odebrać mu głosy – już nie.

Jeszcze ważniejszy i pesymistyczny jest inny wniosek płynący z ostatnich miesięcy. Pełniąc obowiązki prezydenta, Komorowski podjął trzy ważne polityczne decyzje. Choć działał zgodnie z przepisami, to sądzę, że do ich podjęcia brakowało mu demokratycznego mandatu. Każdy czytelnik Tocqueville’a rozumie znaczenie różnicy między przepisami a obyczajami. To te drugie decydują o jakości życia publicznego w demokracji. I to one w jaskrawy sposób zostały przez obecnego marszałka Sejmu naruszone. Komorowski bezwzględnie wykorzystał sytuację: podpisał nowelizację ustawy o IPN, nominował nowego szefa Narodowego Banku Polskiego – w tym przypadku przynajmniej wybór osoby nie budzi zastrzeżeń – oraz doprowadził do rozwiązania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Żadna z tych decyzji mu nie zaszkodziła, za żadną nie został przez wyborców ukarany. Można domniemywać, że większość nie obawia się nadmiaru władzy w jednych rękach, nawet jeśli może być ona sprawowana na granicy reguł demokratycznych. Na razie ważniejsza niż kontrola nad władzą jest jej spójność. To wszystko przemawiało za wyborem Komorowskiego. Pamiętając o dwóch latach nieustannych sporów prezydenta i premiera, większość wolała mieć obu najwyższych polityków z jednego obozu.

Po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego wydawało się, że polskie społeczeństwo się zmieniło. Wyglądało na to, że towarzysząca żałobie fala masowego współczucia nie tylko spowoduje zmianę podejścia do polityków i życia publicznego, ale też wpłynie na polityczne sympatie Polaków. Tragedia podważyła dotychczasowy wizerunek PiS, który jawił się jako partia zaściankowa, zamknięta i agresywna. Niezależnie od tego, na ile to była prawda, a na ile skuteczny zabieg politycznych oponentów, taki obraz praktycznie skazywał ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego na powolną degradację. We współczesnej demokracji nie da się zwyciężać, nie docierając do politycznego centrum. Dla wyborców centrowych zaś PiS okazywał się nie do przyjęcia.

Po 10 kwietnia zarówno sam Jarosław Kaczyński, jak i jego sztabowcy wykonali wiele pracy, by pokazać się od innej strony. Stąd słowa o końcu wojny polsko-polskiej, o rezygnacji z hasła IV Rzeczypospolitej czy o potrzebie pojednania się. Strategia ta przyniosła pewne korzyści. Można jednak zadawać sobie pytanie, czy Jarosław Kaczyński, walcząc o wyborców centrowych, nie zniechęcił do siebie niektórych własnych, którzy nie poszli głosować. Nawet jeśli sam pomysł, by złagodzić oblicze Kaczyńskiego, był rozsądny, to zwrot polityczny ku centrum został wykonany chyba zbyt gwałtownie. Dla centrowych wyborców PO Kaczyński nie okazał się wiarygodny. Zdezorientowany wyborca stanął wobec dwóch polityków, którzy posługiwali się podobną, opływową retoryką. Największym sukcesem Grzegorza Napieralskiego jest to, że obecny wynik zapewnia mu przeżycie i daje mandat do kierowania lewicą. Czy to jednak, że Napieralski osiągnął lepszy rezultat niż SLD w ostatnich wyborach, jest rzeczywiście wielkim zwycięstwem, to już inna sprawa. Ale to i tak lepiej niż poparcie dla Waldemara Pawlaka. Wyraźnie widać, że z tym politykiem na czele PSL przyszłości nie ma. O ile i bez niego w ogóle ją ma.

Przewaga Komorowskiego nad Kaczyńskim jest spora. Kandydatowi PiS trudno będzie – biorąc pod uwagę choćby brak czasu – dogonić lidera PO. Nie jest to wprawdzie niemożliwe, mimo wszystko mniej prawdopodobne. Wkrótce Polska może się stać krajem rządzonym przez jedno ugrupowanie. Ma to przynajmniej jedną dobrą stronę: PO nie będzie miała już żadnych wymówek dla swego lenistwa, braku chęci działania i unikania reform.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Hiszpański sposób na pamięć

18 cze 2010

W jednym z wywiadów udzielonych jeszcze nim został papieżem, kardynał Joseph Ratzinger przewidywał, że chrześcijaństwo może zniknąć ze sfery publicznej i wrócić do katakumb.

Trudno było w to uwierzyć. Działo się to przecież w czasach największego, przełomowego – to tylko niektóre z określeń komentatorów – pontyfikatu Jana Pawła II. Niezwykła charyzma papieża Polaka przyciągała tłumy; można się było jedynie zastanawiać, czy 4 miliony uczestników jednej mszy to już największe czy jeszcze nie zgromadzenie religijne ludzkości w dziejach.

Kryzys Kościoła zdawał się być przezwyciężony, a zapowiadana po Soborze Watykańskim II wiosna zdawała się być tuż-tuż. Tymczasem okazuje się, że znacznie bliższe rzeczywistości były pesymistyczne przewidywania kardynała Ratzingera. Entuzjazm zniknął, Kościół zaś – jeśli chodzi o jego polityczne znaczenie – nigdy nie był w równie ciężkim położeniu. Dowodzą tego chyba kolejne wizyty Benedykta XVI, których głównym przesłaniem stały się przeprosiny za skandale pedofilskie.

Tę słabość widać doskonale w Hiszpanii. To prawda, Kościół jest w stanie zmobilizować tam setki tysięcy ludzi do udziału w marszach życia. Co z tego jednak? Owe marsze nie tylko nie zmieniają praw, ale pozwalają, obawiam się, występować katolikom w roli poręcznego straszaka, który idealnie nadaje się do tego, by uśmierzyć gniew ludu. Nic dziwnego zatem, że ostatni pakiet ustaw znoszących religijny charakter uroczystości państwowych Jose Louis Zapatero zamierza przedstawić dopiero wtedy, gdy wprowadzi oszczędności budżetowe i reformę rynku i prawa pracy. Sprytnie pomyślane: najpierw niepopularne reformy mające zaradzić skutkom własnych błędów, a potem rozpalenie wojny ideologicznej.

Projekt ustawy – piszą o tym różne gazety – o laicyzacji mówi, że władze publiczne mają być „neutralne w sprawach religii i wyznań”. Tyle że to nie zwykła neutralność, ale, co wynika z treści przepisów, wrogość. Hiszpanie chcą znieść religijny charakter uroczystości państwowych, cywilnych i wojskowych, takich jak pogrzeby czy święta państwowe. Symbole religijne takie jak krzyże mają być zakazane w budynkach państwowych, ratuszach, szpitalach publicznych i szkołach; mogą przetrwać – ciekawe jak długo – tylko w budynkach o charakterze zabytkowym, historycznym lub kulturalnym.

Dlaczego tylu hiszpańskich wyborców jest podatnych na radykalną ideologię? Wiem, zaraz usłyszę w odpowiedzi o okrucieństwach reżimu Franco. To mnie wszakże nie przekonuje. Nie wyjaśnia, dlaczego ludzie nie widzą Kościoła, jakim jest – pozbawionej realnych wpływów instytucji – ale wyimaginowany Kościół – ziemską potęgę. A może po prostu widzą to, co chcą zobaczyć? Bo nie mogą znieść pamięci o tej, reprezentowanej przez Kościół tradycji, która przypomina, że nie człowiek jest miarą rzeczy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jeszcze więcej Palikota

11 cze 2010

W „Mieście ślepców” Jose Saramago opisuje dziwną epidemię, która niespodzianie spadła na ludzi. Jak i dlaczego następuje utrata wzroku, nikt nie potrafił powiedzieć.

Te dramatyczne opisy portugalskiego pisarza przypomniały mi się, kiedy obserwowałem poczynania Janusza Palikota w Lublinie. Bo też jak, jeśli nie nagłą chorobą wytłumaczyć postępowanie polityka PO?

Sprawa jest dość prosta. Przed 10 kwietnia, przed katastrofą pod Smoleńskiem, brutalność i chamstwo wobec PiS popłacały. W oczach opinii publicznej „Kaczory” reprezentowały wszystko to, co obciachowe. Wydawali się niewspółcześni, zaściankowi, pozbawieni wizji przyszłości. Nie mieli – mówiono – poczucia humoru, nie potrafili zdobyć się na ironię, byli małostkowi, nastroszeni, ograniczeni. Jednym słowem idealni przeciwnicy polityczni, raz na zawsze zamknięci, wydawało się, w swych pociesznych rolach naburmuszonych nieudaczników. Można ich było wykpiwać i wyszydzać. Widownia, która się temu przyglądała, nie była wybredna. Jak każdy tłum, tak i ten pragnął widzieć poniżenie i gnębienie. Tyle że po 10 kwietnia tłum zniknął. Częściowo przemienił się we wspólnotę, częściowo się zawstydził.

Teraz zmaganiom polityków przypatruje się już inna widownia, w innym nastroju. Dominującymi emocjami stały się współczucie wobec zarówno tragicznie zmarłego prezydenta, jak i jego brata oraz poczucie wyrządzonej im krzywdy. Temu nastawieniu towarzyszy chęć zadośćuczynienia. W języku polityki oznacza to zmianę sympatii partyjnych. Zrozumiał to tak Kaczyński, jak i jego sztab. Stąd przekaz łagodny, ostrożny. Stąd hasło o końcu wojny polsko-polskiej trafiające do tych wyborców, którzy wskutek żałoby narodowej zwątpili w wizerunek Kaczyńskiego-agresora.

Dlatego, mniemam, ostre ataki na kandydata PiS jedynie mu służą, bo wzmacniają i rozbudzają współczucie. Im więcej błazeństw Palikota, im więcej rozważań profesora Bartoszewskiego o nekrofilii, im więcej wyzwisk Kutza i tyrad Niesiołowskiego, tym bardziej rosną szanse Kaczyńskiego. Palikot wołał w Lublinie: „Jarosław Kaczyński nie zbudował domu, nie ma żony ani dzieci, więc nie zna problemów większości Polaków”. A mówił to o człowieku, który kilka tygodni temu stracił brata bliźniaka i bratową. Którego matka znalazła się nad grobem. Który w oczach Polaków stał się symbolem cierpienia!

A może to nie ślepota? Może wszyscy oni, Palikot, Niesiołowski, Bartoszewski i Wajda potajemnie przeszli na stronę PiS? Być może istnieje umowa, o której nic nie wiadomo, na mocy której panowie ci zdradzili PO i postanowili wspierać Kaczyńskiego? I w zamian za swoje występy zostaną przez niego wynagrodzeni? Uznani za niewinnych? Co ciekawe, i co każe mi domniemywać, że zdrada zatacza coraz szersze kręgi, to drobny fakt, że Palikota et consortes telewizje, także prywatne, pokazują ile wlezie. Naprawdę, Komorowski jest w opałach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kłopoty z winą Kaczyńskiego

4 cze 2010

O katastrofie pod Smoleńskiem wciąż nie wszystko wiadomo. Jednak opublikowany zapis zawartości czarnych skrzynek podważa teorię tych komentatorów, którzy współwinowajcę widzieli w Lechu Kaczyńskim. Czytając stenogramy, musieli się srodze zawieść. Żadne z trzech zdań, na które mogliby się powoływać, nie wystarcza, by snuć dywagacje o rzekomych naciskach Kaczyńskiego

Od razu zastrzegam, że przez nacisk rozumiem próbę zmuszenia pilotów do wylądowania wbrew ich woli. Oczywiście, wiem, że pojęcie „nacisk” można rozciągnąć bardzo daleko, czego dowodem wypowiedzi Edmunda Klicha. Dziennikarka „Rzeczpospolitej” zapytała go, czy za nacisk na pilotów można uznać obecność w kabinie generała Błasika, szefa Sił Powietrznych. Klich odpowiedział pytaniem na pytanie: „Jak pani pisze tekst na komputerze, a z tyłu ktoś stoi, to się pani nie stresuje? Bo ja się stresuję”. Świetny argument. Posługując się nim, powinno się na przykład zlikwidować wszystkie egzaminy na prawo jazdy, kiedy to kandydat na kierowcę ma obok siebie kontrolującego go i oceniającego egzaminatora. Z faktu, że pilot musi lądować przy swoim dowódcy, może wynikać zarówno to, że się bardziej denerwuje, jak i to, że się bardziej stara.

A teraz trzy wypowiedzi.

„Wkurzy się, jeśli…” – nie wiadomo, kto to mówi. Wkurzenie się może dotyczyć wszystkiego: mgły, opóźnienia, złych warunków, niemożności wylądowania. Prawdę powiedziawszy, każdy pasażer Tu-154, łącznie z pilotami, był zapewne wkurzony.

„Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić”. To słowa dyrektora Mariusza Kazany. Tyle że mają one sens tylko wtedy, gdy dotyczy kwestii, jakie lotnisko dodatkowe wybrać. Kazana wypowiada je po tym, gdy piloci poinformowali, że „nie dadzą rady usiąść”. Czy w odpowiedzi na to Lech Kaczyński przekazałby im wiadomość, że nie podjął decyzji co dalej robić? Absurd.

„No to mamy problem” – to również wypowiedź Kazany. Może świadczyć o wszystkim, ale nie o naciskach. Chyba że według zwolenników teorii winy prezydenta właściwa odpowiedź powinna brzmieć: „świetnie, jest mgła, nie damy rady wylądować, tysiące ludzi czeka na nas w Katyniu, ale w ogóle w porządku i nie ma się co stresować. No to nie ma problemu”. Jeszcze trochę i się okaże, że naciskiem na pilotów, prowadzącym do wypadku, była sama już obecność prezydenta na pokładzie. Zresztą, czyż nie? Skoro był i leciał, to chciał wylądować, a to niewątpliwie było wywieraniem na pilotów presji.

Podobnie niedorzeczne tłumaczenia mogą się pojawiać tylko w głowach tych, którzy od początku gotowi byli, wskutek niechęci i złej woli, widzieć w Lechu Kaczyńskim potencjalnego winowajcę. Nie wierzę, niestety, by stenogramy rozmów z kokpitu zmieniły ich zdanie. Będą się czepiać każdego przecinka i kropki. Taka jest po prostu natura uprzedzeń.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Otwartość wspólnoty

28 maj 2010

Niedawno pisałem o ludziach, którzy słysząc słowo „naród”, czy „wspólnota”, dostają gęsiej skórki.

Otwieram ostatnią „Politykę” i proszę: „Na dźwięk słowa »wspólnota« rewolweru nie odbezpieczam, ale mam bardzo mieszane uczucia” – pisze publicysta Adam Szostkiewicz. Uff, dobrze, że nie będzie strzelał i że wolno w Polsce mówić o wspólnocie i mimo to uchodzić z życiem. Chociaż, gdy wczytać się uważniej w tekst, to uczucia Szostkiewicza wcale nie są mieszane. To strach, obawa, niechęć.

Warto im się przyjrzeć dokładnie. Wyraża bowiem Szostkiewicz, śmiem twierdzić, powszechne przekonania części inteligencji. „Wskutek nieustannego powtarzania w mediach fraz »wspólnota narodowa«, »Polacy« powstaje wrażenie, że obywatele polscy niebędący etnicznymi Polakami po prostu się nie liczą”. Czytam i oczom nie wierzę. W jaki sposób myślący człowiek, a za takiego ma się Szostkiewicz, może dokonywać takiego wnioskowania? Wspólnota narodowa to w żadnym wypadku nie jest grupa etnicznych Polaków. To nie szczep, nie plemię. Nie krew i nie pochodzenie tylko rozstrzygają o polskości. A co? Świadome przyjęcie na siebie obowiązków. Gotowość do ponoszenia ofiar.

O ile wartości – wolność, honor, dobro – zawsze mają charakter uniwersalny i ponadczasowy, o tyle w rzeczywistym świecie można je realizować tylko wraz z innymi, we wspólnocie, będąc zakorzenionym w konkretnej historii. To właśnie umożliwia przynależność do narodu. Jest zatem coś takiego jak polski idiom, jak polskość, która jest częścią tożsamości Polaka, o ile sam się jej nie wyrzeknie.

Nie każdy etniczny Polak należy do wspólnoty narodowej. Mogą się w niej znaleźć – na mocy dokonanego wyboru – całkiem nieetniczni Polacy. Dziwne, że ktoś tego nie rozumie. Ba, pójdę dalej. Tak wykpiwana przez liberałów, niezgrabna może formuła „prawdziwego Polaka” ma sens. Prawdziwy Polak to choćby ten, który gotów był w Katyniu ponieść śmierć, bo nie przystał na narodowe odszczepieństwo i nie uległ Sowietom. Prawdziwy Polak w 1945 roku wolał walczyć z nieprawdziwymi Polakami z jednostek UB. Oczywiście, dzisiaj polskość znaczy co innego niż kilkadziesiąt lat temu. Zawsze jednak musi zawierać w sobie przywiązanie do ojczyzny, uznanie dla jej suwerenności, przedkładanie jej korzyści nad interesy innych wspólnot.

To oznacza podział i wykluczenie – zawoła Szostkiewicz. Tak. Tyle że dotyczy to każdego pojęcia, na przykład podziału – posługuje się nim publicysta „Polityki” – na demokratów i niedemokratów.

Szostkiewiczowi wspólnota narodowa kojarzy się z radykalną, faszyzującą prawicą i katolickim państwem. No, jakby mogło być inaczej. Kto nie potrafi zdobyć się na chłodny namysł, musi uciekać się do straszaka. Uspokoję Szostkiewicza. Wspólnota narodowa nie jest tak szeroka jak ludzkość, zgoda. Wszakże to najszersza wspólnota, dzięki której realnie można zmieniać świat. Naprawdę, nie ma się czego bać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

„Solidarni 2010″ – prawo do obrony

24 maj 2010

Rzadko się zdarza, by jeden film wywołał taką zawieruchę. Za sprawą „Solidarnych 2010″ okazało się, że w roli krytyka i znawcy dokumentu wystąpił sam premier Donald Tusk. Co więcej, dzielił się swymi wrażeniami o filmie, mimo że – jak sam przyznał – go nie widział.

Odnosząc się do „Solidarnych”, Tusk zauważył: „Nie sądzę, żeby rozstrzygnięcie w tej kampanii nastąpiło w audycjach pana Pospieszalskiego (…) Kampania PiS to Pospieszalski. To będzie istota tej kampanii”. W ogóle zdaniem premiera „Solidarni” to zręczny propagandowy instrument realizacji planu politycznego mającego doprowadzić do głębszego podziału Polski. Już samo to, że owe dywagacje Tuska nie spotkały się z żadną ripostą prowadzących wywiad dziennikarzy „GW”, powinien dawać do myślenia. Czy to naprawdę normalne, żeby dziennikarze szczuli premiera na innego dziennikarza, nawet jeśli nie podoba się im opowieść o Polsce, którą pokazał Pospieszalski? Albo którą by pokazał, gdyby był faktycznie jedynym i głównym autorem filmu?

Bo prawdziwą autorką nie jest twórca „Warto rozmawiać”, ale Ewa Stankiewicz. Ta informacja z trudem się przebiła do opinii publicznej. I to nie tylko dlatego, że Stankiewicz jest od Pospieszalskiego mniej znana. Po prostu znacznie trudniej było przyprawić jej gębę pisowca i tym samym trudniej było widzieć w „Solidarnych 2010″ narzędzie partyjnej propagandy.

Film został potępiony przez różnych samozwańczych speców od etyki. Skrytykowały go zarówno Rada Etyki Mediów, jak i komisja etyki TVP. Ta ostatnia napisała, że w filmie „piętno jednostronności i tendencyjnego doboru” wypowiedzi są nad wyraz czytelne. Nie są zaletą tego filmu ani cnotą jego autorów. Sam zaś Pospieszalski jest, zdaniem komisji, „identyfikowany z konkretną opcją polityczną”.

Oprócz zarzutów jednostronności i manipulacji film wywołał też strach i przerażenie. I tak na przykład wystraszył się nim Andrzej Wajda: „Mnie najbardziej przestraszyło, że można opowiadać tak nieprawdopodobne historie w publicznych mediach, że można zrobić taki film, jaki został pokazany w TVP, bez żadnej odpowiedzialności”.

A mimo to „Rzeczpospolita” zdecydowała się zaoferować ten film swoim czytelnikom. Dlaczego? Po pierwsze autorzy filmu mają prawo się bronić. A najlepiej mogą to zrobić, pokazując swoje dzieło i poddając je pod rzeczową krytykę.

Po drugie nie sposób się oprzeć wrażeniu, że dotychczasowa debata jest nieuczciwa. To nie wymiana krytycznych argumentów, ale atak, nagonka, niemal próba medialnego linczu. Tak się nie rozmawia. I choćby większość dziennikarzy chciała występować w roli naganiaczy, nie ma na to zgody.

I wreszcie niewspółmierność. Nawet jeśli w filmie zdarzały się wypowiedzi bolesne, niemądre, szokujące, wręcz głupie, to padały one z ust przypadkowych ludzi, nie ekspertów, nie komentatorów profesjonalnych, nie autorytetów. Głos ulicy jest wyrazem chwilowego nastroju, a nie głębokiej analizy. Film zaś zaatakowali ci, od których wymaga się trzeźwości ocen i dystansu.

Ewa Stankiewicz, autorka „Solidarnych”, napisała: „Nie roszczę sobie pretensji do całościowego uchwycenia procesu żałoby. Była to próba uchwycenia nastrojów i zarejestrowania – tak to odebrałam – pewnego zrywu społecznego, który dokonuje się na moich oczach. Była to też próba przywrócenia równowagi w jednostronnych relacjach medialnych z żałoby – całkowicie pomijających lęki i obawy społeczne, czy przyczyną katastrofy nie był zamach. Oraz próba oddania głosu ogromnej części społeczeństwa – która sama o sobie mówi, że od lat była dyskryminowana i upokarzana przez media”.

Sądząc po reakcjach, można się obawiać, że część polskich elit ma w sobie zbyt mało empatii. Zamiast wsłuchać się w różne głosy, autentycznie wyrażające poczucie dyskryminacji i wyobcowania, woli w nich widzieć przejaw wojny. Woli kneblować, ograniczać, tresować, budzić strach, potępiać, zatupywać. Instynkt stadny zamiast myślenia, zarażenie emocjonalne zamiast troski, wreszcie złość i chęć prześladowania inaczej myślących – oto obraz umysłowości niektórych zajadłych krytyków filmu. Można mieć tylko nadzieję, że to głośna, choć nie dominująca, grupa.

Najważniejsze, że teraz każdy będzie mógł sam sobie wyrobić zdanie na temat filmu, niezależnie od tego, czy „Solidarni” wywołają jego uznanie czy sprzeciw. Każdy bez pośrednictwa komentatorów będzie mógł być sędzią. Swoboda oceny, wolność wyboru oraz dostęp do wiedzy – tego na pewno będzie bronić „Rz”.

Płyta z filmem we wtorek 25 maja z „Rzeczpospolitą”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Różnorodność a la Żakowski

22 maj 2010

Wolność słowa – rzecz piękna i pożądana? Tak, jeśli tylko można nią sterować i kontrolować. Oto wniosek, jaki wyciągam, przysłuchując się przebiegowi debaty medialnej po katastrofie pod Smoleńskiem.

Co mnie uderza, to to, że w roli żandarmów zdają się wstępować co bardziej znani dziennikarze i publicyści. I jednocześnie znikąd nie słychać głosów oburzenia.

O tak, wszystko byłoby w porządku i w Polsce panowałaby prawdziwa różnorodność opinii, poglądów, podejść, spojrzeń i tłumaczeń, gdyby – tyle potrafię wyczytać z „Gazety Wyborczej” czy „Polityki” – nie taki na przykład Pospieszalski. Albo Wildstein. Albo Ziemkiewicz. Albo… Tak, trzeba się różnić i spierać, byle tylko bez tych, których nie lubimy, z którymi nam nie po drodze. Ci – to propagandyści. My – dziennikarze. Kpię? Skądże znowu. Wystarczy, że przypomnę sobie choćby wywiad z Jackiem Żakowskim w „Fakcie”.

Jeden jest wróg Żakowskiego – PiS. Nie widzi ani jednostronności, ani nieuczciwości po swojej stronie politycznej. Nie. Każdy środek, zdaje się mówić, który pomaga w pognębieniu PiS, może być dobry. Publicysta „Polityki” nie pozwala na neutralność. Kto nie jest z Żakowskim, jest przeciwko demokracji i za autorytaryzmem. Taki drobiazg jak udowodnienie, że PiS to partia autorytarna, zdaje się w ogóle Żakowskiego nie zaprzątać.

A teraz garść cytatów. Czy „GW” zbyt angażuje się politycznie? – pyta dziennikarka. Gdzieżby tam. Żakowski: „(…) Nie widzę aż tak ostrego zaangażowania »Gazety« jak »Wiadomości« TVP. Nie dostrzegam tego też tak ostro w »Polityce«”. Wolne żarty. Czyli wielomiesięczna propagandowa kampania, w której tyle tytułów, artykułów, wypowiedzi ocieka nienawiścią i agresją, okazuje się… złudzeniem. Chociaż może nie całkiem. Nawet Żakowski zdaje się widzieć przesadne zaangażowanie swoich, tyle że „chodziło o zatrzymanie autorytarnego projektu braci Kaczyńskich”. No tak, taki cel dużo potrafi uświęcić.

Żakowski też chce różnorodności. Oto jakiej: „Dziennikarze »Wyborczej« są bardzo zróżnicowani (…)”. Zaiste. Ale gdyby ktoś miał wątpliwości, czy owa różnorodność między np. Stasińskim a Michnikiem i Pacewiczem nie jest zbyt mała, oferta Żakowskiego jest bogatsza. „Między mną a Janką Paradowską jest polityczny spór w bardzo wielu sprawach. Między mną a Dominiką Wielowieyską też są bardzo duże różnice”. To tyle w odpowiedzi na pytanie o wyrzucenie z Radia TOK FM Igora Janke. Ktoś powie, że tak to się Żakowskiemu powiedziało. Bynajmniej. On reprezentuje, gotów jestem się założyć, sposób pojmowania całego środowiska. W końcu nie kto inny jak Monika Olejnik zasugerowała, że Janke został słusznie wyrzucony z TOK FM, bo… prawił złośliwości na temat artykułu z „Wyborczej”.

Myślę sobie, że to, co mówi Żakowski, jest stokroć bardziej niebezpieczne dla demokracji niż żale wszystkich razem bohaterów filmu „Solidarni 2010”. Koszmarna wizja różnorodności, której granice wyznaczają Paradowska,

Żakowski i Wielowieyska. Brrr…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszędzie czai się agresja

14 maj 2010

Dzisiaj wyjątkowo postanowiłem zrezygnować z felietonu. Zamiast tego pozwolę sobie oddać głos czytelnikowi.

„Szanowny panie redaktorze,

Od kilku dni zgłaszają się na mój oddział pacjenci, którzy skarżą się, że nie mogą znieść narastającego napięcia. Myślę, że wyprowadziła ich z równowagi najpierw żałoba narodowa, a teraz jej skutki. Próby zwykłej rozmowy spełzają na niczym. By nie być gołosłownym, załączam jeden zapis:

»Panie doktorze, jeszcze niedawno dni mijały mi w spokoju i zadowoleniu. Z nadzieją spoglądałem w przyszłość, wiedząc, że nie grozi powrót zamordystycznych pisowskich rządów. Że nikt nie będzie mnie obrażał, porównując do ZOMO albo szatanów. Że Polska wydostanie się z rąk rydzyków i im podobnych. Że nikt nie zapuka do mnie do mieszkania o szóstej rano i nie wyprowadzi skutego w kajdankach.

Teraz, panie doktorze, po katastrofie smoleńskiej, mój świat się zawalił. Z przerażeniem widzę, co stało się z moimi znajomymi, z którymi jeszcze niedawno kpiliśmy sobie z kaczorów. Nie chcą się śmiać. Zaśpiewałem tydzień temu na urodzinach piosenkę Wojewódzkiego o Wawelu i Kaczorze, co tam szedł po trupach. I co? Cisza! Jakieś zażenowanie nawet. A ja, panie doktorze, boję się wyjść na ulicę. Wszędzie twarze pełne nienawiści. Usta zaciśnięte, oczy a la Pospieszalski, głosy domagające się zemsty i szepty oskarżające mnie o krew na rękach. Płynie strumieniem szerokim agresja, stłumiona, ukryta, jawna i dygocąca.

Nie śpię po nocach. Ledwo zamknę oczy i mam wrażenie, że ktoś wali mnie trumną niczym obuchem w łeb. Nie mogę znieść czarnego koloru, nie wytrzymuję kirów, kokardek, wstążek, plakietek, zdjęć, woalek, rajstop. Pocę się niemiłosiernie, wstaję, włączam i wyłączam telewizję. Rośnie rozpacz. Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Że owi przebiegli, cyniczni, podli agresorzy z PiS milczą. Że się uśmiechają jakby nigdy nic. Że udają niewiniątka. Że schowali się za maską, szkaradną maską gry i pozoru, i w ten sposób nabierają ludzi. Dlaczego Jarosław Kaczyński nic nie mówi? Panie doktorze, dlaczego nie oskarża? Dlaczego nie wyzywa i nie obsobacza? Niech pokaże, jaki jest, niech pokaże. Są wprawdzie ludzie odważni. Powiem panu, panie doktorze, że gdyby nie profesor Bartoszewski, to nie wiem już, co bym zrobił.

Jesteśmy ofiarami zbiorowej nekrofilii. Jak ludzie mogą nie widzieć, że Kaczyński to Mao Tse-tung i Lenin, i Stalin. Panie doktorze, ktoś musi przekonać ludzi. Ktoś musi sprawić, żeby łuski spadły im z oczu. Przecież tak dalej nie może być. Aaaaaa«.

Ostatnie słowa pacjent wykrzykiwał, wreszcie rzucił się konwulsyjnie na ziemię. Udzieliłem mu pomocy. Leży, zasnął. Ale przed drzwiami gabinetu cały tłum.Z góry dziękuję za uwagę i proszę o nagłośnienie w pańskiej poczytnej gazecie tego problemu. Prof. dr hab. psychiatrii N. N.”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krach państwa socjalnego

7 maj 2010

To nie miało prawa się wydarzyć. A jednak. Całkiem wbrew, w poprzek, na przekór i obok tego, co ktoś sobie przewiduje. Od kilkunastu dni Europa myśli, jak uratować Grecję. Zresztą sami Grecy też się zastanawiają. Efekt? W ciągu trzech najbliższych lat zamierzają zaoszczędzić 24 mld euro. To warunek otrzymania pomocy, niebagatelnej sumy 110 mld euro, od Unii Europejskiej i MFW.

Na razie nie widać, aby plany oszczędnościowe i zapowiedzi pomocy przyniosły uspokojenie. Strajki i protesty nie ustają. Na ulicach wrze. Gdy w płomieniach zginęło trzech bankierów, do protestów wezwały banki. Obligacje greckie zyskały „śmieciowy” status, a turyści chyłkiem zmieniają rezerwacje.

Pierwszy morał, jaki z tego wynika, to ten, że żadna organizacja ani instytucja nie chroni państwa, jeśli samo nie potrafi się obronić. Następne wnioski są jeszcze bardziej pesymistyczne. Wszystko wskazuje na to, że Grecja nie miała prawa znaleźć się w strefie euro. To, że ją do niej przyjęto, wynika z celowego fałszowania przez poprzednie rządy danych statystycznych. Tylko dlaczego przyjmowano je za dobrą monetę? Co gorsza, mimo największego kryzysu od lat do tej pory nie wiadomo, jaki tak naprawdę był zeszłoroczny deficyt budżetowy. Czy wyniósł on, jak podaje się oficjalnie, 13,6 proc. PKB? A może więcej? Warto pamiętać, że UE oficjalnie nie akceptuje deficytu powyżej 3 proc. PKB. Oficjalnie.

Bo nieoficjalnie Grecja zdaje się być typowym przykładem degeneracji współczesnego państwa socjalnego. Państwa, w którym z roku na rok powinno się żyć lepiej. W którym coraz mniej się pracuje, coraz lepiej jest się chronionym, ma się coraz więcej przywilejów i zabezpieczeń. W którym eliminuje się ryzyko, a następne pokolenie sądzi, że ma prawo żyć wygodniej i bardziej beztrosko.

Gwałtowne protesty wywołało przecież nie widmo głodu, zagrożenia zdrowia czy życia. Nie, Grecy protestowali, bo mieli stracić część przywilejów. Protestowali, bo dobrobyt im się po prostu należy. Należą się z roku na rok wyższe wynagrodzenia. Należą się dodatkowe pieniądze na Wielkanoc i Boże Narodzenie – wskutek czego grecki pracownik sfery budżetowej dostaje 14 pensji. Należy się emerytura po osiągnięciu, uwaga, 53 lat.

Analitycy obawiają się, że przypadek Grecji nie jest odosobniony. I z coraz większym niepokojem obserwują Portugalię, Hiszpanię, nawet Włochy. Wiadomo, że gdyby te dwa pierwsze kraje dotknął kryzys porównywalny z greckim, to ewentualna pomoc musiałaby być znacznie większa. Może nawet 400 mld euro?

Ale nie te sumy, skądinąd bajeczne, budzą moje obawy. Najbardziej boję się mentalności rentiera. Przekonania, tak rozpowszechnionego w wielu krajach Europy, że bogactwo ma wynikać nie z własnej pracy, ale że powinno je zapewnić państwo, Unia, ktokolwiek. A jak go nie zapewniają, to trzeba ich postraszyć i zaszantażować. Przy takim podejściu żadna pomoc nie wystarczy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polskim władzom zabrakło woli

6 maj 2010

W obliczu smoleńskiej tragedii współczesne państwo polskie zdało egzamin, zarówno konstytucja, jak i instytucje państwowe – tak mówił 3 maja z okazji Święta Konstytucji marszałek Bronisław Komorowski. I dodawał: „W 219. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja mamy prawo podnieść wysoko głowy, bo możemy być dumni ze współczesnego państwa polskiego”. Czyżby?

Czy rzeczywiście kolejne informacje na temat samej katastrofy i zachowania polskich władz pozwalają się cieszyć i odczuwać dumę? Wątpię. Przeciwnie. Im więcej czasu mija od tragedii, tym więcej pytań ciśnie się na usta. Tym łatwiej przychodzi też sądzić, że słowa marszałka, kandydata PO na prezydenta, są wyrazem niewczesnej chełpliwości, zadufania i braku zrozumienia dla roli państwa. Gorzej – mydlenia oczu.

Jak pokazuje ujawniony przez „Rzeczpospolitą” dokument – obowiązujące polsko-rosyjskie porozumienie wojskowe z 1993 roku – Polska miała podstawy, by się domagać przeprowadzenia wspólnego śledztwa z Rosjanami. I to nie z powodu przewrażliwienia czy antyrosyjskich uprzedzeń. Po prostu troska o losy swoich obywateli, o ich prawa to psi obowiązek państwa i jego władz. Podstawowy i najważniejszy. Politycy są rozliczani z tego, czy potrafią go wypełnić. Po to się ich wybiera. Nie po to, by ich klepano po ramieniu, prawiono dusery i obdarzano komplementami. Ich pierwszym zadaniem jest – zgodnie z procedurami i prawem – obrona interesów obywateli.

Tyle że w atmosferze powszechnego pojednania z Rosjanami, owego nagłego bratania się i zagłaskiwania, polski rząd w ogóle zdawał się nie myśleć, że może się czegoś domagać. A fe, cóż to za paskudnie niegrzeczne słowo – wydawali się mówić politycy PO. Okazuje się dziś, że polskie władze nie potrafiły wykorzystać instrumentów prawnych. Nie potrafiły? Gdyby to tylko był brak kompetencji. Obawiam się, że było gorzej. Nie chciały. Im po prostu – taki wniosek nasuwa się wręcz nieodparcie – brakowało woli.

Duma? Pytam dalej: czy Polacy mogą być dumni z publicznej awantury między ministrem obrony Bogdanem Klichem a byłym już szefem Państwowej Komisji Badającej Wypadki Lotnicze Edmundem Klichem? Czy mają być dumni z tego, że do tej pory nie wiadomo, kiedy odzyskają zawierające zapis rozmów czarne skrzynki? Z tego, że w pobliżu miejsca katastrofy tak długo można było znaleźć szczątki ludzkich ciał? Że walały się tam dokumenty ofiar? A może powinni być dumni z gotowości rządu, by na miejsce tragedii wysłać ekipę archeologów? Doprawdy, szkoda, że nie filologów klasycznych albo grotołazów.

Śledztwo robi wrażenie nieudolnego i chaotycznego. Kiedy doszło do tragedii? Przez ponad tydzień sądzono, że o 8.56. Potem okazało się, że było to o 8.41. Lekarze wpisali 8.50. Nie wiadomo, dlaczego lot był tak słabo zabezpieczony i co robiły polskie służby. Chociaż wnosząc z wypowiedzi premiera polskiego rządu, można by dojść do wniosku, że Polsce służby nie są potrzebne, skoro o wszystko ma się troszczyć gospodarz. Nie wiadomo nawet do końca, kto ostatecznie zadecydował o tym, że wizyta prezydenta Kaczyńskiego miała charakter prywatny, a nie oficjalny – jeśli taki miała.

Od samego początku krytykowałem pojawiające się raz po raz teorie spiskowe. Nie sposób po prostu znaleźć, uważam, dla nich racjonalnego uzasadnienia. Przede wszystkim nie ma na nie żadnych dowodów. Nawet zresztą gdyby przyjąć – co samo w sobie jest ze wszech miar wątpliwe – że Rosjanie byliby do takiego zamachu zdolni, to nie widzę żadnych korzyści, jakie miałaby odnieść Rosja. Pod każdym możliwym względem teza o zamachu brzmi niedorzecznie. Owa łatwość przypisywania winy innym, w tym przypadku Rosjanom, źle świadczy, mniemam, o samokrytycyzmie Polaków. Trudno się wszakże dziwić ich podatności na tego typu absurdalne hipotezy, skoro właściwe władze nie potrafią jasno, przejrzyście i kompetentnie tłumaczyć faktów.

Nie. Wbrew temu, co mówił marszałek Komorowski, nie możemy być z polskiego państwa dumni. Najwyższa pora, by z tragedii wyciągnąć wnioski. By ukarać winnych niekompetencji i bałaganu. Może przywróci to wreszcie zachwiane zaufanie i pozwoli powstrzymać spekulacje dotyczące przyczyn tragedii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop