Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Dreszcz z 10 kwietnia

2 sie 2010

Nie wiem, co się stało z częścią polskiej prawicy. Co się stało z jej zdrowym rozsądkiem? Gdzie jest jej instynkt samozachowawczy? Jedni mówią o męczennikach, inni o poległych pod Smoleńskiem, jeszcze inni o ofierze złożonej przez naród albo o zbrodni. Zamiast analizy króluje mętna mistyka. Sypią się metafory, padają podniosłe hasła i slogany. Niektórzy politycy PiS ogłosili, że nie zważając na nic, będą dziś bronić krzyża, miejsca pamięci o śp. Lechu Kaczyńskim na Krakowskim Przedmieściu. Działają pod wpływem szczególnej atmosfery, która uniemożliwia racjonalny namysł.

Dwa tygodnie temu wspominałem o osobliwej wersji smoleńskiego mesjanizmu, zgodnie z którą katastrofa była udziałem w ofierze Chrystusa.

Teraz okazuje się, że dla niektórych stała się chwilą fundującą polską niepodległość.

Poeta i pisarz Wojciech Wencel pisze: „Wydarzyło się coś, co zbliża nas do powstania warszawskiego znacznie skuteczniej niż wspomagane gadżetami opowieści o młodzieńczej przygodzie. To katastrofa smoleńska, która odsłoniła kruchość granicy między życiem a śmiercią i biegunowość polskiego losu, rozpiętego między wegetacją bez znaczenia a autentyczną wielkością. To ona wprowadziła do naszej zbiorowej wyobraźni egzystencjalne i patriotyczne albo-albo. Dreszcz, który przeszył nas 10 kwietnia 2010 roku, jest tym samym dreszczem, który odczuwali powstańcy. (…) 66 lat temu mieliśmy struktury umożliwiające podjęcie walki o wolność. Kiedy wybiła godzina W, powstańcy wiedzieli, co robić, jak się zorganizować. Dziś mamy chaos w państwie kierowanym przez serdecznych przyjaciół Władimira Putina”.

Inny publicysta, Jan Pospieszalski, zauważył w swoim, opublikowanym skądinąd w „Rz”, tekście: „Katastrofy smoleńskiej i tego, czego doświadczyliśmy jako wspólnota po 10 kwietnia, nie da się wymazać czy usunąć tak, jak wymienia się kafle na trotuarze. (…) dopóki nie zostanie ujawniona cała prawda o tym, co stało się rankiem 10 kwietnia pod Smoleńskiem, nowy lokator pałacu powinien wiedzieć, że w tym miejscu będą gromadzić się ludzie, nie tylko po to, by troszczyć się o pamięć. Będą przychodzić, by domagać się wyjaśnienia tej tragedii. Wtedy zawsze można się odwołać do rozwiązania siłowego, a biorąc pod uwagę dziwną słabość prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego do środowiska peerelowskich resortów siłowych, wcale nie należy tego wykluczać”.

Mógłbym mnożyć przykłady takich wypowiedzi. Bardzo emocjonalnych, przejmujących. Tworzą nastrój oporu i sprzeciwu. Rezultatem jest przekonanie, że każdy, kto żywi wątpliwości wobec tezy o katastrofie jako spisku, staje się podejrzany. Staje po tej samej stronie co generał Jaruzelski i Kiszczak. Jest kapłanem złych sił, błaznem, sprzedawczykiem i Bóg wie kim jeszcze. Prawdziwa Polska odsłoniła się w dreszczu, jaki przeszył serca Polaków 10 kwietnia. To wtedy znowu dosięgło Polaków prawdziwe przeznaczenie, to wtedy odsłonił się przed nimi istotny sens rzeczy. Dla niektórych autorów 10 kwietnia stał się momentem przebudzenia świadomości narodowej, nagłym doznaniem podobnym oświeceniu albo łasce wiary. Wreszcie odnaleźli sens. Zobaczyli, że za zwykłym, banalnym życiem, codziennym borykaniem się ze słabościami państwa i jego niewydolnością kryje się coś wielkiego. Coś absolutnego.

To nagłe doznanie oświecenia pozwala im też jasno widzieć to, czego inni, zwykli ludzie, jeszcze nie spostrzegli. Wszystkiemu musi być winny spisek. Zgodnie z tym punktem widzenia katastrofa smoleńska była zamachem Moskwy. Zapewne z udziałem i zgodą polskiego rządu. Motyw sprawców? Kiedy o niego pytam, spotyka mnie niedowierzanie. Przecież to oczywiste: była nim zemsta na prezydencie Kaczyńskim za jego poparcie dla Gruzji. Nic nie pomaga twierdzenie, że ryzyko takiej operacji jest zupełnie niewspółmierne do ewentualnych zysków.

Z jednej strony rzekoma chęć zamachu, która mogłaby zdestabilizować ład światowy, z drugiej polski prezydent, bez realnej władzy i bez szans na zwycięstwo w wyborach. Ale to zwolennikom „pełnej prawdy” o Smoleńsku nie przeszkadza. O dziwo, nawet skądinąd nie zawsze poważny polityk, jak Janusz Korwin-Mikke zauważył to zjawisko, które nazwał napadem smoleńskiej grypy. Trafne.

Zamiast widzieć ludzkie błędy, bałagan, niechlujstwo, złą organizację, tromtadrację; zamiast próbować wyciągnąć wnioski na przyszłość, tak aby podobna katastrofa nigdy się nie powtórzyła, autorzy takich wypowiedzi dzień po dniu przegrywają walkę o rozum, pławią się w cierpiętnictwie i pseudomartyrologii.

Najgorsze jest wszakże co innego. Używając skrajnego języka, radykalizując retorykę, uniemożliwiają faktyczne rozliczenie odpowiedzialnych za katastrofę oraz za opornie prowadzone śledztwo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Powrót z krainy niebytu

30 lip 2010

Wielkie nieba! Lewica w Polsce zmartwychwstaje. Pogrzebana na dobre, teraz daje znaki życia. Zaczęło się od kampanii prezydenckiej, w której to skazany na pożarcie Grzegorz Napieralski dał z siebie wszystko i zdobył 14 proc. poparcia.

Niewiele to jednak więcej, niż SLD miał rok temu wyborów do Parlamentu Europejskiego. O ile przeto dla Napieralskiego to zwycięstwo, bo dzięki temu nie dość, że przetrwa, to jeszcze oczyści partię z wrogów jawnych i ukrytych, o tyle dla lewicy to nie przełom.

Ledwo jednak minęło kilka dni, a okazuje się, że lider SLD cieszy się większym zaufaniem Polaków niż… Donald Tusk. Czy sukcesy Napieralskiego to efekt chwilowego rozchwiania nastrojów?

Napieralski ma na pewno kilka atutów. Pierwszy i banalny to nuda. Polscy wyborcy są znużeni ciągłą walką PiS z Platformą, Jarosława Kaczyńskiego z Bronisławem Komorowskim i Donaldem Tuskiem. Szukają zatem czegoś nowego.

Po drugie sądzę, że znacznemu osłabieniu uległy dotychczasowe bariery uniemożliwiające odrodzenie SLD. Coraz mniejsze znaczenie mają jej komunistyczne korzenie. Sam Grzegorz Napieralski, tak jak Bartosz Arłukowicz, nie należał do PZPR. Dla wyborców okres PRL albo nie ma znaczenia, albo budzi pewną nostalgię.

Skutecznej dekonstrukcji dokonał tu Jarosław Kaczyński. Odrzucając pojęcie „postkomunizm”, dowartościowując Józefa Oleksego, chwaląc Edwarda Gierka, podważył sens antykomunizmu. Na dodatek nie wydaje się, by Napieralski zamierzał umierać w obronie honoru dawnych towarzyszy.

Podobnie tracą znaczenie inne względy. Pamięć o aferze Rywina zupełnie się rozmyła. Dawno zapomniano już o samej jej istocie, a tym bardziej o udziale w niej działaczy SLD. Całkowicie wyczerpał się reformatorski zapał, który w 2005 roku w reakcji na stopień zepsucia państwa pozwolił na zwycięstwo PiS i PO. Zamiast przeprowadzać wielkie reformy, obie formacje wdały się w bój na śmierć i życie.

Zdaje się też, że lewica może zacząć wreszcie wykorzystywać ogólnocywilizacyjne przemiany. To Napieralski najlepiej nadaje się na głosiciela dobrej nowiny o potrzebie szczęścia i postępu. Czy pokona na tym polu Platformę? W obozie zaściankowej prawicy umieściła ona skutecznie PiS, przypisując sobie rolę obrońcy przed powrotem Kaczyńskiego do rządów. Ale PiS już nie budzi takiej grozy. Postawienie na Komorowskiego, a nie na Sikorskiego, musiało być zaś przyjęte przez młodych wyborców z rozgoryczeniem.

Co innego Napieralski. Wprawdzie nie sposób uznać, że potrafi głosić porywające przemówienia, trudno też znaleźć dowody na jego błyskotliwość, ale sympatycznie się uśmiecha, wygląda młodo i dynamicznie, ma obok siebie przystojną żonę. Poza tym mówi ciepło i niezobowiązująco, a radykalnych haseł unika.

Wszystko to nie znaczy oczywiście, że lewica odzyska władzę. Wydaje się jednak, iż Napieralski ma na to szanse.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Droga ku przepaści

23 lip 2010

Spór o krzyż przed Pałacem Prezydenckim wydaje się zakończony. Ale straty polityczne, które poniosła opozycja, są oczywiste.

Budowany z trudem w czasie kampanii prezydenckiej wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako przywódcy umiarkowanego, całkiem się załamał.

Uderza mnie nieznośna przewidywalność takiego rozwoju sytuacji. Od momentu, kiedy Bronisław Komorowski powiedział w rozmowie dla „Gazety Wyborczej” o potrzebie przeniesienia krzyża sprzed pałacu, wszystko potoczyło się jak w precyzyjnie napisanym scenariuszu. List protestacyjny Zbigniewa Ziobry, posłanka Jolanta Szczypińska gotowa przykuwać się łańcuchami do krzyża, senator Zbigniew Romaszewski porównujący Komorowskiego do Kiszczaka, Joachim Brudziński, który nagle wychynął z czeluści i obwieścił, że ciało prezydenta znalazło się w ruskiej trumnie. A na koniec musiał zabrać głos, donośniej niż wszyscy inni, Jarosław Kaczyński. I powiedzieć, że zwolennicy przeniesienia krzyża są niczym Zapatero. Gdyby ktoś potrzebował dowodów na to, że odruchy Pawłowa działają, politycy PiS dostarczyliby ich aż nadto.

Takiego zachowania nie usprawiedliwiają prowokacje Palikota. Tak, też z trudem znoszę insynuacje na temat śp. Lecha Kaczyńskiego, te rzekomo zadawane w dobrej wierze pytania o to, czy przed odlotem nie był pijany albo niekończące się sugestie, że zastraszył pilotów. Tak jakby prezydent posiadał realną, a choćby i pośrednią władzę nad nimi. Zwolennicy tezy o naciskach prezydenckich odwołują się do przypadku gruzińskiego, ale nie zauważają, że pokazuje on coś całkiem innego. Pilot, który odmówił spełnienia prośby prezydenta, został nagrodzony! Więc owszem, próba uwikłania nieżyjącego prezydenta w winę to coś ohydnego. Tylko co z tego?

Czy odpowiedzią mają być słowa Antoniego Macierewicza o zbrodni pod Smoleńskiem? Albo obrona krzyża jako pomnika wystawionego rzekomo poległemu prezydentowi? Który ma być znakiem „pełnej prawdy o Smoleńsku”? Tak jakby w tej pełnej prawdzie, o której mówią politycy PiS, mieściło się coś więcej niż to, co jednak wiemy z dotychczasowej prawdy: że lotnicy byli źle przeszkoleni, że nie powinni startować i lądować, że organizatorom zabrakło wyobraźni, a katastrofa była smutnym rezultatem mieszaniny zuchwalstwa, blagi, bałaganu z polskiej strony oraz niekompetencji po rosyjskiej? Wydaje się, że wiadomo wystarczająco dużo, żeby domagać się dymisji Bogdana Klicha oraz osób odpowiedzialnych za szkolenia w armii.

Zamiast tego słyszę Jarosława Kaczyńskiego, który twierdzi, że kto ataków na nieżyjącego prezydenta nie łączy z katastrofą „ma jakieś kłopoty z myśleniem”. Ale owo „połączenie” musiałoby prowadzić do tezy, że katastrofa została ukartowana przez atakujących prezydenta, w domyśle rząd. Przecież to absurd. Przyjęcie tej tezy to pójście drogą ku przepaści. W polityce nie wolno być zakładnikiem emocji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mesjanizm spod Smoleńska

16 lip 2010

Czas od katastrofy pod Smoleńskiem mija nieubłaganie. Próbie ustalenia faktów towarzyszy nie mniej ciekawa debata o znaczeniu tragedii dla dziejów Polski.

Trudno się dziwić. W końcu śmierć prezydenta i wielu innych najwyższych urzędników państwa, tak zaskakująca, w takim miejscu i chwili, musi dawać do myślenia. Musi wywoływać podstawowe pytania o los i przeznaczenie.

O tym właśnie napisał w ostatniej „Frondzie” Tomasz Terlikowski. Być może to najciekawszy głos w dyskusji o metafizycznym znaczeniu wydarzenia spod Smoleńska, choć zarazem, nie ukrywam, najbardziej dla mnie dwuznaczny.

Cóż bowiem pisze Terlikowski? Zaczyna od stwierdzenia niekontrowersyjnego: „W perspektywie chrześcijańskiej przypadki nie istnieją”. To prawda. Chrześcijanie wierzą, że bieg wypadków podlega boskiej rozumnej opatrzności. Ale autor „Frondy” idzie dalej. Pisze: „Najważniejsze dla zrozumienia tego, co się stało w Smoleńsku, jest przeanalizowanie czasu sakralnego, w którym to wszystko się wydarzyło”. Okazuje się, że „ofiary oddały swoje życie w wigilię Niedzieli Miłosierdzia”… oraz w piątą rocznicę „przejścia Jana Pawła II do wieczności”. Stąd wniosek Terlikowskiego, że tragedia odsłania „misję, jaką dla Polski przewidziała Opatrzność”.

Na czym ona polega? „Polacy – czy tego chcą czy nie – wezwani są do misji, która sprawia, że nie będziemy narodem, który zadowoli się samym tylko istnieniem. (…) Polacy co jakiś czas składają ogromną daninę z krwi. (…) Polska ofiara nadal się dokonuje”. I dalej: „Sensem historii Polski jest niejako współuczestnictwo w jedynej ofierze Chrystusa”.

A więc Smoleńsk, wolno domniemywać, jest kolejną ofiarą dziejową złożoną przez Polaków, nowym udziałem w Męce. Czyżby?

Dziwne miałem uczucia, czytając te słowa. Raz, że chociaż chrześcijanie wierzą w boskie rządy nad światem, to wierzą też, a przynajmniej powinni, że drogi Boga nie są drogami człowieka. To zaś powinno oznaczać dużą ostrożność w odczytywaniu sensu historii. Kto o tym zapomina, popada w uroszczenie i stawia się na miejscu opatrzności.

I dwa. Terlikowski pisze o ofierze i ofiarach, abstrahując od prostego faktu, że nikt z podróżujących do Katynia nie zdawał sobie sprawy z tego, co go czeka. Przypisanie im na siłę i wbrew świadomości złożenia ofiary brzmi co najmniej osobliwie. Podobnie dziwaczne jest przeświadczenie, że Polacy jako naród, czy chcą czy nie, mają za zadanie przelewać krew. Używając takiego języka, łatwo narazić się na zarzut, że za taką wizją skrywa się obraz Boga, który potrzebuje ludzkiego cierpienia.

Autor „Frondy” chce ponownie przemyśleć mesjanizm. Słusznie. Jestem ostatnią osobą, która podważałaby znaczenie wspólnoty i narodu jako nosicieli wartości.

Tyle że naród nie jest czymś ostatecznym, a próba rozumienia jednostkowego życia i śmierci w odniesieniu do jego dziejów łatwo może wywieść na manowce.

Trzeba o tym pamiętać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie tracić miary rzeczy

12 lip 2010

Symbol krzyża ma w polskiej tradycji znaczenie szczególne. I nie tylko religijne. Odwoływano się do niego, ilekroć zagrożone były istnienie i ciągłość narodu. Tak było w czasach zaborów, podczas okupacji, w okresie komunizmu.

Obrona krzyży w szkołach w czasach Bismarcka, obrona krzyża w Nowej Hucie, na miejscu, gdzie władze nie chciały dopuścić do budowy kościoła, obrona krzyża w Dolince Katyńskiej na warszawskich Powązkach wywożonego przez nieznanych sprawców – to widomy znak ciągłości i siły polskiej pamięci. Czy to się komuś podoba, czy nie, nad Wisłą obrona krzyża była tym samym co obrona wolności i godności narodowej.

Krzyż towarzyszył Polakom we wszystkich najtrudniejszych momentach. Nic dziwnego zatem, że po 10 kwietnia został umieszczony przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim. Dla setek tysięcy żałobników stał się znakiem smutku, szacunku, bólu, cierpienia, które dotknęły Polski wskutek tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 osób. Cóż bardziej naturalnego? I cóż lepiej pokazującego, że mimo mijających wieków polski charakter nie ulega zmianie?

A mimo to nie uważam, żeby pozostawienie krzyża w obecnym miejscu było dobrym pomysłem. Czas żałoby się skończył i krzyż, który tak dobrze ją wyrażał, powinien zostać przeniesiony. Zamiast niego można umieścić przed pałacem tablicę, która będzie upamiętniała wszystko to, co stało się w Polsce po 10 kwietnia. Propozycję tę zgłosili niektórzy politycy PO i wydaje się ona rozsądna.

Dlaczego? Nie, nie dlatego, że krzyż ma znaczenie religijne, a państwo jest świeckie. To zły argument. Liczy się co innego. Zwolennicy zachowania krzyża twierdzą, że upamiętnia on nie tylko tragiczną śmierć ofiar katastrofy, ale też niezwykły sposób jej uczczenia. Przypomina o solidarności tysięcy ludzi, którzy postanowili oddać Lechowi Kaczyńskiemu hołd. To prawda, tyle że niecała. Bo w tym samym stopniu, w jakim jest symbolem pamięci, jest też, a przynajmniej może się łatwo stać, symbolem politycznym. Znakiem rozpoznawczym dla ludzi, którzy są zwolennikami legendy Lecha Kaczyńskiego. Którzy porównują tragedię smoleńską z Katyniem i uważają, że ofiary katastrofy były poległymi.

Ale w jakiej bitwie poległ Lech Kaczyński? Czy naprawdę wolno jednym tchem wymieniać przypadkową tragedię – katastrofę pod Smoleńskiem – ze świadomą ofiarą z życia, co stało się udziałem oficerów zamordowanych w Katyniu? Nie wolno. To zatracenie miary rzeczy. Obrona krzyża miała sens wtedy, kiedy zagrożona była sama tożsamość narodowej wspólnoty. Nie ma powodu, żeby dziś w demokratycznej walce miał się on stać narzędziem jednej partii. Żeby był bardziej znakiem PiS niż PO. Obecny prezydent ma przeto – mniemam – prawo domagać się przeniesienia krzyża poza pałacowy dziedziniec.

Jeszcze jedno. Obrona krzyża zamyka ponownie partię Jarosława Kaczyńskiego w zaułku, z którego wydostała się w trakcie kampanii prezydenckiej. Przypomina o dawnym wizerunku Prawa i Sprawiedliwości jako ugrupowania nierozumiejącego współczesności, o ciasnych horyzontach, blisko związanego z Radiem Maryja. Wszystko to skutecznie odpycha umiarkowanych wyborców z centrum, których głosy Kaczyński zdobył.

Można wprawdzie powiedzieć, że gotowość do obrony krzyża jest reakcją na brutalne wypowiedzi Janusza Palikota i niektórych innych sympatyków PO. Wszakże to niczego nie usprawiedliwia. Być może Palikotowi tylko o to chodzi. Być może taki jest jego scenariusz. Być może stąd ciągłe prowokacje, ciągłe drażnienie i obrażanie pamięci zmarłych. Palikot chce zbudować fałszywy podział: z jednej strony niedojrzali wyznawcy mitu Lecha Kaczyńskiego, z drugiej ludzie światli i odważni. Palikot próbuje napędzić stracha inteligencji przed rzekomo szerzącym się kultem ofiar katastrofy. Robi to skutecznie, metodycznie, z zimną krwią. Co bardziej naiwni artyści dają się zresztą na to nabrać. Ale dlaczego jego scenariusz miałaby realizować opozycja? Dalibóg, nie pojmuję. Dlatego byłoby też dobrze, sądzę, gdyby z sejmowej sali zniknęły zdjęcia zmarłych tragicznie posłów PiS. To najlepszy sposób, by unieważnić zarzut, że chce się wykorzystywać śmierć ofiar do politycznej gry.

Zupełnie inną sprawą jest natomiast domaganie się wyjaśnienia przyczyn tragedii. To naturalne, że opozycja ma do tego prawo. Ba, to jej podstawowy obowiązek. Nieudolnie prowadzone przesłuchania, opieszałość, brak odpowiedzi na kluczowe pytania, niechęć do zajęcia stanowczej postawy w rozmowach z Rosjanami, uniki, wszystko to aż nadto obciąża odpowiedzialnych za śledztwo. Tyle że w żadnym razie owe słabości nie powinny stać się budulcem mitu o rzekomo poległym prezydencie. Zamiast obrony krzyża przed pałacem, zamiast apoteozy ofiar tragedii w Sejmie trzeba chłodnego i racjonalnego pokazywania błędów państwa i jego władz. Tylko tak służy się interesowi publicznemu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Władzy zdobytej nie oddawać

9 lip 2010

Straszną jest rzeczą – okazuje się – dostać w ręce pełnię władzy. Tyle przynajmniej wnoszę z rozmaitych deliberacji wszelkiej maści mędrców.

Nie zdążył bowiem jeszcze przeminąć odgłos strzelających korków od szampana – najpierw tych mniejszych butelek, potem tych większych – a już doszły mnie słuchy, że teraz dopiero Platforma znalazła się w opałach. Naprawdę ciężkie brzemię – słychać zewsząd chór – przygniotło wątłe ramiona rządzących polityków. Do tej pory premier mógł reform państwa nie wprowadzać i zrzucać winę na prezydenta, teraz koniec wymówek.

Bo kto na tym skorzysta? Oczywiście PiS – usłyszałem. Teraz dopiero zacznie się na rządzących wyżywać i bezpardonowo atakować. Podważać, kwestionować, przeszkadzać, nosem kręcić. Piaskiem w oczy sypać. Tak, naprawdę, niebezpieczna owa wiktoria Komorowskiego i łacno przeciw zwycięzcom obrócić się gotowa. Do tego zaś dopuścić nie wolno.

Spodziewam się zatem, że znawcy spraw publicznych rychło front zmienią. Tak jak do niedawna głosili, że będą rozliczać PO z obietnic, które nareszcie spełnić można, tak teraz zajmą się tłumaczeniem, że Platforma wprawdzie wygrała, ale państwa unowocześniać nie może, bo za jej plecami czai się chytry i przebiegły przeciwnik, który gotów jej do gardła skoczyć. I tak, przewiduję, zacznie się znowu kolejny taniec chocholi, kolejne wygibasy i bal masek. I usłyszę, że oferta 500 spokojnych dni, złożona przez marszałka Komorowskiego ze szczerego serca i czystego umysłu, z miłości do kraju i troski o interes wspólny, napotyka zawiść i niezrozumienie. A skoro tak, skoro opozycja przez owych 500 dni nie chce rządu popierać i na jego plany przystawać, to sama jest sobie winna. Niech się nie dziwi, że w takiej sytuacji rząd wiele nie zrobi.

Trafnie zauważył Andrzej Wajda, wielki reżyser, obecnie p.o. specjalnego rzecznika PO do spraw kontaktów z prasą zagraniczną, że Jarosław Kaczyński nadal jest groźny. Odwołując się do innego guru myśli platformerskiej, można by to ująć chyba tak: dopóki Jarosław Kaczyński nie zostanie ze skóry obdarty i wypatroszony, dopóty miłość nie zatriumfuje, dopóty zgoda nie zwycięży, dopóty spokój nie zapanuje.

Jedność myśli i czynu, i partii – oto czym ma być prawdziwa demokracja. Na spór miejsca nie ma, Heraklit głoszący, że konflikt jest ojcem wszystkich rzeczy, się mylił. Polacy tęsknią za zgodą, porozumieniem i jednością. Sielankowi to są ludzie, którzy miast do suwerenności dążyć za cenę niezgody, wolą innym się przypodobać, karesy i pieszczoty przyjmować. Grunt to dobre samopoczucie.

Dlatego pierwszy, nim ubiegną mnie inni, mówię: kto domagać się będzie od rządu trudnych reform, ten zdrajca, oszołom. Ten obiektywność i niezależność zatracił i na zlecenie wroga działa. Bo reformować teraz, to władzę oddawać. A na to zgody nie ma.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polityczny przełom w Polsce

4 lip 2010

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie podejrzewał takiego rozwoju wypadków. Wydawało się, że ktokolwiek zostanie kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta, zwycięstwo ma w kieszeni

I tak tygodnie trwała pierwsza w dziejach nowej Polski – według jednych na pokaz, według drugich z pożytkiem dla demokracji – prawyborcza kampania. Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego nad ministrem Radosławem Sikorskim nie wzbudziło specjalnych emocji. Warto przypomnieć, że frekwencja biorących udział w głosowaniu działaczy PO była niższa niż w obu turach rzeczywistych wyborów prezydenckich.

Analitycy i eksperci przewidywali, że polska scena polityczna podzielona jest na lata. Z podobną pewnością wieszczyli wieloletnią i stabilną dominację PO. Kandydat PiS na prezydenta, śp. Lech Kaczyński, nawet na wejście do drugiej tury szanse miał niewielkie, a wspierające go ugrupowanie zdawało się na trwałe zepchnięte do narożnika. Mogło liczyć na wierny, antykomunistyczny, prawicowy elektorat, co zapewniało mu poparcie nie wyższe niż 25 proc. I tyle. Wszelkie szanse zdobycia wyborców z centrum i podjęcie realnej walki o władzę wydawały się mrzonkami.

Wszystko uległo zmianie 10 kwietnia. Katastrofa pod Smoleńskiem całkowicie przeobraziła sytuację polityczną. Okazało się nagle, że pieczołowicie budowany przez specjalistów z PO wizerunek braci Kaczyńskich jako agresorów, awanturników i wichrzycieli nie odpowiada prawdzie. Wielu wyborców uznało, że dali sobie wmówić negatywny stereotyp. Że ulegli zmasowanej propagandzie mediów. Jednocześnie zmienił się w ogóle stosunek Polaków do polityki i życia publicznego. Żałoba po tragedii pokazała znaczenie takich pojęć jak państwo, służba czy wspólnota narodowa.

Oto powód, że obecna kampania prezydencka była tak całkiem inna niż wcześniej można się było spodziewać. Niezależnie od ostatecznego rozstrzygnięcia w sensie politycznym to Kaczyński osiągnął sukces. Po pierwsze jego bardzo dobry wynik oraz rosnące poparcie dla PiS pokazują, że obie główne siły polityczne znalazły się w stanie równowagi. Kampania PiS udowodniła, że zmieniając ton wypowiedzi, inaczej dobierając hasła, odwołując się do pozytywnych wartości można walczyć skutecznie o wyborcę z centrum. Po drugie zaś partia Kaczyńskiego odzyskała – czego dowodzą choćby rozmowy zarówno z PSL, jak i SLD – zdolność koalicyjną. Znaczy to tyle, że nic nie jest ostatecznie przesądzone. Platforma nie ma zagwarantowanej władzy na zawsze. Ale i tak – dzięki, jak wskazują sondaże, zwycięstwu Bronisława Komorowskiego – ma jej wystarczająco dużo.

Dwa tygodnie temu, po pierwszej turze wyborów napisałem: „Wkrótce Polska może stać się krajem rządzonym przez jedno ugrupowanie. Ma to przynajmniej jedną dobrą stronę: PO nie będzie miała już żadnych wymówek dla swego lenistwa, braku chęci działania i unikania reform”. Jeśli tak miałoby się stać pierwszy raz PO nie będzie mogła uciekać się do wymówek, tłumacząc swoje zaniechania. Wreszcie okaże się, czy jest to partia zdolna reformować państwo, szczególnie w tych sferach jak finanse publiczne, które zmuszają ją do konfliktu z wpływowymi grupami interesu.

Niezależnie od wyników wyborów byłoby dobrze, gdyby PO potrafiła zachować wstrzemięźliwość w sprawowaniu władzy. Sądząc z gorliwości, z jaką do tej pory politycy PO zwalczali wszelkie głosy krytyki dziennikarzy pod swoim adresem, trudno w to uwierzyć. Do tego dochodzi jeszcze i całkowita bezkarność tych posłów i senatorów, którzy – jak Janusz Palikot czy Kazimierz Kutz – nie wahali się używać środków brutalnych i agresji. Było to możliwe, bo PO ma za sobą poparcie większości dziennikarzy. Wraz ze spodziewanym przejęciem kontroli nad mediami publicznymi osiągnie władzę, której nie miało żadne inne ugrupowanie w Polsce.

Czy zwycięstwo Komorowskiego okaże się tożsame z wygraną Polski, wkrótce będzie wiadomo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czego nie zrozumiał McCartney

2 lip 2010

Podczas gdy w Polsce właśnie zapadła cisza i wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na zwycięzcę najdziwniejszej kampanii prezydenckiej w dziejach, na świecie w najlepsze trwają ważne debaty ważnych ludzi.

Tym razem w takiej roli wystąpił Paul McCartney. I choć to, co powiedział, pojawiło się na łamach pisma – powiedzmy – średnio poważnego, brytyjskiego tabloidu „The Sun”, to już odpowiedź na jego przemyślenia była jak najbardziej poważna i każdemu powinna dać do myślenia. Otóż były bitels stwierdził, że „niektórzy ludzie nie wierzą w globalne ocieplenie, tak jak niektórzy nie wierzą w to, że Holokaust się naprawdę wydarzył”. No i posypały się gromy. Łatwo przewidzieć, że obok sceptyków wobec teorii globalnego ocieplenia najgłośniej słychać było tych, którzy zarzucali muzykowi pomniejszanie zagłady Żydów.

Zostawiam na boku globalne ocieplenie, zresztą, może wskutek wyjątkowo srogiej zimy, słychać o nim rzadziej. Słowom muzyka warto się przyjrzeć z innego punktu widzenia. Otóż McCartney, święcie przekonany, że globalne ocieplenie jako efekt działalności człowieka jest faktem, poszukiwał innego faktu historycznego, równie według niego niewątpliwego. Pierwszą rzeczą, która mu się nasunęła, była zagłada Żydów. Gdzie tu ujma dla ofiar? Skąd zatem protesty?

Stąd, mniemam, że sławny muzyk nie dostrzegł, że Holokaust dawno już przestał być tylko niewątpliwym faktem historycznym. Zyskał status wydarzenia absolutnego. To stosunek do Holokaustu – a nie Boga czy uniwersalnych norm etycznych – coraz częściej ma decydować o wartości jednostki. Holokaust stał się dla zachodnich elit tym, czym dla chrześcijan była śmierć Chrystusa: wydarzeniem ustanawiającym nową moralność, nową formułę człowieczeństwa.

Kiedy The Beatles pierwszy raz przyjechali w połowie lat 60. na koncerty do Stanów Zjednoczonych, bodajże John Lennon zauważył, że są bardziej popularni od Jezusa Chrystusa. Wtedy to porównanie wywołało szok. W końcu wielu chrześcijan uznało, że może ono sugerować bluźnierstwo. Jak to – mówili sobie – zwykli muzycy rockowi porównują się z Bogiem?

Podobnie wyglądają reakcje na słowa McCartneya. Dla niego Holokaust wciąż jest jeszcze tylko przeszłym zdarzeniem. Ale dla wielu to za mało. Potępiając porównanie McCartneya, jego krytycy atakują więcej niż dogmatyzm muzyka w sprawie globalnego ocieplenia. Nie. Tym, co budzi ich gwałtowny opór, jest podejrzenie, że muzyk chciał globalnemu ociepleniu przypisać ów absolutny, nieporównywalny z niczym charakter, jaki w cywilizacji zachodniej zyskał Holokaust.

Tak, świat się zmienia i to, co w latach 60. było bluźnierstwem, dziś mało kogo wzrusza. I na odwrót. To, co wówczas było po prostu historycznym faktem – masowe zbrodnie na Żydach – teraz nabrało innego, niemal metafizycznego znaczenia. McCartney, widać, tego nie zrozumiał.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezes z marszałkiem w konkurach

25 cze 2010

Wojna o zwycięstwo toczy się na całego. A na wojnie jak to na wojnie: przeciwnika trzeba czasem zmylić, czasem znienacka uderzyć, czasem twarz za maską skryć.

To właśnie sobie myślę, patrząc na zabiegi obu kandydatów o rękę Grzegorza Napieralskiego, a ściślej jego elektoratu. Bo sam Napieralski ani wiele nie da, ani nawet, gdyby chciał, wiele dać nie może. Jemu już same te umizgi, te łaszenia i głaskania wystarczą. I tak może sobie czekać przez najbliższe dni, to jednemu, to drugiemu kandydatowi ulegając, nic ostatecznego jednak nie obiecując. On i tak wygrał swoje.

Pierwszy pospieszył do niego w konkury marszałek p.o. prezydenta. Trzeba pamiętać, że Bronisław Komorowski wciąż jeszcze reprezentuje partię liberalno-konserwatywną, której bliskie są wartości chrześcijańskie i która, jako żywo, jest częścią międzynarodowej chadecji. Ale czego nie robi się dla wygranej. Nie przebrzmiały przeto jeszcze odgłosy niedzieli wyborczej, a PO już ogłosiła, że może poprzeć publiczne finansowanie in vitro oraz parytet – warunki, jakie postawił Napieralski. A skoro lewicy tego za mało, to, okazuje się, PO może dorzucić wycofanie wojsk z Afganistanu. Jak tak dalej pójdzie, to z konserwatyzmu kandydata PO pozostaną tylko wąsy oraz pięcioro dzieci. Co tam jednak program, przecież pałac na Krakowskim czeka.

Ale Jarosław Kaczyński też nie zostaje z tyłu. On, mistrz podchodów i zasadzek, dałby się w pole wywieść? W żadnym razie. Wprawdzie inaczej niż marszałek na dictum Napieralskiego odrzekł non possumus i żadnego z postulatów nowej nadziei SLD nie przyjął, ale lewicę z innej flanki zażył. Otóż uznał, że politycy SLD to już nie postkomuniści, a w PiS jest wiele z lewicy. Myśl owa, światła, mądra, głęboka i prawdziwie prawdziwa jak wszystkie inne prezesa, niczym pożar opanowała umysły pozostałych działaczy PiS. Ci jak jeden mąż, choć były tam też i niewiasty, nieco się wprawdzie pocąc i gimnastykując, ale czego się nie robi z lojalności, czego się nie robi, kiedy charakter giętki i prezesowi można się przypodobać, raz po raz jęli tłumaczyć, że nowi politycy SLD to żadni postkomuniści, bo nie byli w PZPR. Tak młokosy to są, gołowąsy, żółtodzioby, czym PRL była – nie wiedzą, a o związkach SLD z partią nieboszczką słyszeć nie mogli. Idealistyczni byli, sprawiedliwości społecznej szukali, trafili, gdzie trafili i tyle. Wara teraz od nich, Polacy to prawdziwi i patriotyczni, a nie żadne komuchy przebrzydłe. Doprawdy, koń by się uśmiał.

Zastanawiam się tylko, co z tym wszystkim zrobią wyborcy lewicy. Kogo wybiorą? Gajowego z dwururką – piękną tę frazę pożyczam od bratniej „Gazety Wyborczej” – dającego im w wianie bezpłatne in vitro, parytet i pacyfizm czy też prezesa, byłego premiera, który jednać się chce? I to dobre, i tego warto spróbować. Oj, aż głowa boli od nadmiaru powodzenia. Naprawdę, aż głowa boli.




Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ja jako ofiara sondaży

21 cze 2010

Byłem ufny. Do tej pory, ilekroć słyszałem o tym, że sondaże są naciągane, że robi się je pod z góry przewidzianą tezę, wzruszałem ramionami lub pukałem się znacząco w głowę.

Niemożliwe, mówiłem sobie w duchu. Sondaże są profesjonalne. Tam w firmach siedzą prawdziwi znawcy. Wszystko potrafią przewidzieć, wymierzyć, oszacować. Statystycznie ująć. No, zdarzają się im czasem wpadki, ale niewielkie. Nieznaczące. Przecież nikt by sobie tam nie pozwolił na fuszerkę. Nikomu do głowy by nie przyszło, że można manipulować. Ścisłe reguły i jasne kryteria muszą być przestrzegane. Za to im płacą i tego się od nich wymaga.

Tak, byłem ufny. Pisałem i myślałem, durny i głupi, podług tego, co wyczytałem w badaniach. Do niedzieli. A ściślej do wczorajszego poranka, kiedy to się okazało, że wbrew danym ośrodków badawczych różnica między Jarosławem Kaczyńskim a Bronisławem Komorowskim wynosi nie – jak wczoraj można było zobaczyć w prywatnych telewizjach – 10 punktów procentowych, ale ledwie 4,5, co pokazało badanie OBOP.

Błędy popełniły niemal wszystkie ośrodki. Również przewidywania „Rzeczpospolitej” w piątkowym wydaniu odbiegały od rzeczywistości, choć może nie w tak dużym stopniu. Pomylili się niemal wszyscy, choć nie wszyscy w równym stopniu. Nic nie przebije błędu PBS DGA, która jeszcze w piątek podawała 51 proc. poparcia dla Komorowskiego i 33 proc. dla Kaczyńskiego. Wniosek był oczywisty: Komorowski może wygrać w pierwszej turze, trzeba się tylko sprężyć.

Całkiem przypadkowo opublikowano to w przededniu wyborów akurat na łamach „GW”, która jak żadna inna gazeta stała się tubą propagandową partii rządzącej. Która obok notowań kandydatów umieściła wezwanie Tadeusza Mazowieckiego do głosowania na Komorowskiego. Pytam zatem: czy to tylko błąd pomiaru? Czy rzetelna pracownia może się pomylić o kilkanaście punktów procentowych? Czy pracują tam zawodowcy, czy szamani wróżący z układu chmur na niebie?

I dalej: co zamierzają teraz zrobić wszyscy ci specjaliści? Jak chcą się ustrzec przed kolejną kompromitacją? Jak się wytłumaczyć przed opinią publiczną? Na razie odpowiada mi cisza. Co najwyżej znowu widzę miny zadowolonych z siebie ekspertów, którzy spokojnie tłumaczą, że w gruncie rzeczy nie ma o co kruszyć kopii. Guzik prawda.

Jedyne, co usprawiedliwia nieco sondażownie, to to, że zwiedli ich respondenci. Wyborcy bali się przyznać, na kogo zagłosują. Wszystkie ośrodki pomyliły się w ten sam sposób: przeszacowały poparcie dla Komorowskiego, nie doceniły Kaczyńskiego. Ot, to najlepszy dowód na to, kogo boją się ludzie i jaki jest stan polskiej demokracji. Wbrew propagandzie PO wyborcy obawiali się przyznawać do głosowania na Jarosława Kaczyńskiego. Czyli bali się nie strasznej IV RP, ale łagodnej powszechnej miłości proponowanej przez marszałka.

To tyle. Od tej pory przestaję ufać badaczom. Chyba że zrobią coś, żeby mi utraconą wiarę przywrócić. Chyba że będą mieli odwagę przeprosić. A może, skoro przewidywania im nie wychodzą, zmienić profesję? Dlaczego mam od nich wymagać mniej niż od polityków? Za takie błędy się płaci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop