Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Korzenie polityki antyklerykalnej

28 paź 2011

Widmo antyklerykalizmu krąży po Europie. W Polsce objawiło się w postaci Janusza Palikota. Wielu komentatorów pyta, czy to, co się dzieje w Hiszpanii, Niemczech, we Francji, w Polsce i tylu innych krajach, jest dowodem, że proces dechrystianizacji postępuje nieuchronnie? Czy tak szybka przemiana praw i obyczajów, tak powszechne i szybkie wypieranie Kościoła z życia publicznego to fatum? Sam papież Benedykt XVI  kilka razy wspominał, że być może w niedalekiej przyszłości chrześcijanie staną się nieliczną grupką, ledwo tolerowaną w coraz bardziej obojętnym religijnie świecie. Więc jak to jest naprawdę?

W żadne powszechne i nieuchronne procesy nie wierzę. I to nie tylko dlatego, że być może obraz chrześcijaństwa byłby całkiem inny, gdyby zamiast Europy wskazać na inne kontynenty. Chodzi o coś więcej. Wielokrotnie się okazywało, że nieuchronność bywa pozorna i wynika ze słabości postrzegania, ograniczoności perspektywy. Że ci, którzy o niej wspominają, zawsze widzą w części i niedokładnie, a wnioski wyciągają na podstawie przeszłości. Stąd ich wiedza musi być ułomna.

O nieuchronności i konieczności nie ma więc sensu mówić. Zgoda. Warto wszakże wskazać na społeczne konsekwencje pewnych ludzkich, czasowych decyzji. I te można już opisać.

Sądzę zatem, że w debacie na temat przyczyn dechrystianizacji często pomija się dwie kwestie.

Pierwsza to zmiana stosunku Kościoła do państwa, druga to decyzja o zbliżeniu się do świata. Obie miały miejsce w czasie Soboru Watykańskiego. Skutkiem tej pierwszej jest twierdzenie, że Kościół nie miesza się do polityki, a jedynie broni ogólnych wartości. Unika tym samym wiązania się z poszczególnymi partiami i niezależnie od ich programu oraz ideologii, nawet jeśli ta była chrześcijańska, stara się wobec wszystkich zachować dystans.

Wizja ta, myślę, okazała się tyleż piękna, ile utopijna. Wartość moralna w systemie demokratycznym przejawia się tylko w postaci politycznie chronionego interesu, za tym zaś musi stać konkretny podmiot. Po prostu musi istnieć siła polityczna, której opłaca się obrona chrześcijańskiego prawa. Jeśli partie polityczne nie widzą korzyści czerpanych ze wspierania kościelnych postulatów, sekularyzują się. Założenie, że wszyscy ludzie niezależnie od sympatii politycznych mają taki sam stosunek do wartości życia, eutanazji, miejsca symboli chrześcijańskich, okazało się ułudą.

I kwestia druga. Im Kościół bardziej upodabnia się do świata, im bardziej rezygnuje z tego wszystkiego, co go wyróżniało – osobnego języka, liturgii, obyczajów – tym bardziej musi podlegać tym samym prawom co wszystkie inne instytucje. Dawne przywileje muszą zniknąć. Ba, im szybciej Kościół przystosowuje się do świata, tym większy jest napór, żeby ta różnica między sacrum a profanum całkiem znikła. I tym większa popularność nowych antyklerykalnych ruchów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Śmiertelnie groźny mit

19 lis 2010

Przeczytałem „Politykę” i się wzruszyłem. Polały się łzy me rzewne, po policzkach brykały, po brodzie spływały. Nareszcie. Wyblakłe nieco wąsate sumienie polskiego dziennikarstwa i niedoszły dziennikarz XX-lecia wspólnie znaleźli dla mnie miejsce w „Gazecie Wyborczej”. Bóg zapłać.

Niezwykła to zaiste sytuacja. Z jednej strony Jarosław Kaczyński w czambuł wyklina i od hiperoportunistów wyzywa – pardon, zapomniałem, że w ustach prezesa PiS na wyzwiska miejsca nie ma, sama prawda i rzeczywistość z nich spływa; z drugiej Michnik z Żakowskim rozgrzeszenia udzielają. A wszystko z jednego powodu: z mojego braku wiary w to, że pod Smoleńskiem doszło do zamachu. Sceptycyzm ów, szczery, prawdziwy, niewymuszony, a jeśli ktoś trud by sobie zadał, konsekwentny, w takie dziwne mnie tarapaty, widzę, zaplątał.

Ad rem przeto. Do tej pory nie potrafiłem się dowiedzieć, jaki interes miałaby Rosja w przeprowadzeniu zamachu. Odpowiedź główna to zemsta i chęć zastraszenia. Rosjanie, nie mogąc znieść suwerennościowej polityki śp. Lecha Kaczyńskiego, postanowili go za karę zabić, jednocześnie terroryzując cały region. Po co? Rosjanie zawsze tacy byli. Nigdy nie odpuszczali wrogom, a kto im w oczy piaskiem sypał, tego w końcu usuwali.

Od  początku mi się wydawało, że opowieść ta kupy się nie trzyma. Na rosyjski spisek brak dowodów. Można wykazać bałagan, niekompetencję, chaos i głupotę. Tyle że to nie to samo, co zbrodnia z premedytacją.

Poza tym rachunek zysków i strat. Rzekoma korzyść – twierdzą zwolennicy spisku – to ukaranie zbyt samodzielnego polityka. A straty – pytam? Przecież byłyby nieporównywalnie większe. Gdyby ów rzekomy zamach wyszedł na światło dzienne, a nikt mnie nie przekona, że istnieją zbrodnie doskonałe, bezśladowe, oznaczałoby to całkowite zerwanie stosunków Rosji z Zachodem. W końcu u licha jesteśmy w NATO i Unii Europejskiej czy nie? Krótko: Rosjanie musieliby być szaleńcami, żeby coś takiego przeprowadzić.

I argument następny. Ze wszystkiego, co do tej pory wiadomo, wynika, że polska załoga zdecydowała się lądować w warunkach, w których nie miała do tego prawa. Nawet jeśli założyć, że jakimś cudem ktoś wytworzył sztuczną mgłę, to pilot sam powinien był szukać innego lotniska.

Mit smoleńskiego spisku wydaje mi się zatem śmiertelnie groźny dla polskiej prawicy. Po pierwsze teza o zamachu jest tak radykalna, że pozwala przejść do porządku dziennego nad rażącymi zaniedbaniami polskich organizatorów lotu. Łatwo im wykazać, że nie przygotowywali morderstwa; tym samym rząd unika odpowiedzialności za nieudolność i błędy.

Po drugie, posługując się myśleniem zamachowym, prawica traci zdolność przekonywania wyborców do swoich racji. Zainfekowana irracjonalizmem będzie musiała przegrywać kolejne batalie o kształt państwa. Ostatecznie liczba osób, które przyjmą, że w zderzeniu z kilku-dziesięciocentymetrowej grubości brzozą nie łamie się skrzydło samolotu, jest ograniczona.

Nic nie poradzę, że tak myślę.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione
intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tydzień w krainie opresji

3 wrz 2010

Po powrocie z urlopu postanowiłem nadrobić zaległości i dowiedzieć się, co też ważnego się w Polsce dzieje. Na biurku czekała odłożona kupka tygodników. Nic, tylko – pomyślałem – czytać i cieszyć się rozmaitością opinii.

Najpierw wpadła mi w ręce „Polityka”, z której się dowiedziałem, że polski Kościół gnębi państwo, a wszystko dlatego, że Polskę ominęła reformacja Lutra. Nic wszakże straconego, utrzymywał autor, bowiem sojusz ołtarza i tronu się kończy. Uff, odetchnąłem z ulgą. Ledwo wszakże zdążyłem się pocieszyć myślą o czekającej Polskę radosnej modernizacji, rzut oka na następny numer owego szacownego tygodnika rozwiał złudzenia. Czegóż to bowiem się dowiedziałem? A tego, że w Polsce rządzi nie premier, Sejm czy prezydent, ale księża, którzy polityków za pysk trzymają. I strona po stronie, niczym monotonny rytm wybijany przez bębny, uderzały we mnie kolejne frazy: a to, że państwo klęczy przed Kościołem, a to, że Kościół bierze państwo.

Przerażony rzuciłem się do „Wprost”. Tam obraz nie mniej mroczny. Najpierw się okazuje, że Kościołem, a przeto i Polską, rządzą ambicje rywalizujących ze sobą biskupów. W ogóle we „Wprost”, jak w „Polityce”, Polska to kraj katolickiej opresji i niewoli. Po artykule o cierpieniach Polek pragnących dokonać aborcji felieton znanej autorki, która przekonuje, że w zakazie aborcji chodzi nie o obronę życia, ale o władzę mężczyzn nad kobietami. Furda pytanie o to, czy aborcja nie jest aby zabiciem niewinnego. Kto pyta o początek życia, nie troszczy się o jego godność, ale władzy mu się zachciewa. Hipokryta to i, własnym oczom nie wierzyłem, nacjonalista. Dowód? Niepotrzebny. A jednak z kolejnego tekstu „Wprost” wynika, że Kościół jakąś pozytywną rolę spełnia. Jest miejscem, w którym w obawie przed nienawiścią społeczeństwa żenią się ze sobą geje z lesbijkami.

By obraz Polski był pełen, sięgam do „Newsweeka”. A tam… Tadeusz Bartoś ogłasza nową krucjatę. Tym razem przeciw zwyczajowi pierwszej spowiedzi, która jawi się jako „okrutny rytuał”. Ba, na tym Bartoś nie poprzestaje. Likwidacja pierwszej spowiedzi to początek. Niczym Savonarola grzmi: „Nie dajmy sobie wmówić, że oddając dzieci na wychowanie Kościołowi, oddajemy je w dobre ręce”. O nie, nie damy sobie wmówić. Oto próbka stylu publicystyki profesora Bartosia: „Nadużycia związane z Pierwszą Komunią Świętą to tylko wierzchołek góry lodowej. Zdarzają się bowiem jeszcze: ukrywanie przestępców seksualnych, przestępstwa finansowe, nieludzkie stosunki zależności i przemocy psychicznej wewnątrz kasty duchownych, oligarchiczne relacje i ukrywanie tego wszystkiego, by nie stało się wiedzą publiczną (tzn. zakłamanie)”.

Zastanawiam się tylko, czy bardziej przeraża mnie rzekoma władza Kościoła czy ów jednolity front propagandowy polskich tygodników. Czy naprawdę wolność słowa polega na tym, że wszyscy mówią to samo?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Islamskie chmury nad Obamą

27 sie 2010

Prezydent Barack Obama, który – jak się wydaje – wyszedł obronną ręką z katastrofy w Zatoce Meksykańskiej i kryzysu gospodarczego, nieoczekiwanie natrafił na nową przeszkodę.

Budowa meczetu w pobliżu miejsca, gdzie stały budynki World Trade Center, z dnia na dzień przysparza prezydentowi USA kłopotów. Już teraz szybko rośnie liczba Amerykanów, którzy uznają, że Obama to muzułmanin, co z pewnością nie jest dobrą wróżbą dla jego przyszłości politycznej. Stąd tylko krok od wniosku, że w niewystarczającym stopniu walczy z muzułmańskim terroryzmem i nie okazuje dość współczucia ofiarom ataku z 11 września. Jest to tym łatwiejsze, że taki obraz prezydenta USA wyjątkowo skutecznie promują republikanie. Problemy Obamy mogą się przełożyć na porażkę jego partii w uzupełniających wyborach do Izby Reprezentantów, w której demokraci utracą większość.

Rzeczywiście, sytuacja Obamy łatwa nie jest. Jak pogodzić dwie sprzeczne wartości? Jak bronić tolerancji wobec różnych religii, jednocześnie bezwzględnie zwalczając islamski fundamentalizm? Zadanie przypominające kwadraturę koła. W pierwszym wystąpieniu na temat budowy meczetu Obama stwierdził, że jej zwolennicy zachowali wprawdzie reguły prawa, ale być może nie jest to najmądrzejszy wybór. Czy mógł powiedzieć więcej?

Zwolennicy budowy meczetu wysuwają kilka argumentów. Pierwszy i najprostszy, że postępują zgodnie z przepisami. Tyle że w sprawach, w których chodzi o społeczną wrażliwość i stosunek do tego co ostateczne, reguły prawa to za mało. Poza tym twierdzą, że islam to religia miłości, że postawienie meczetu koło World Trade Center będzie dowodem chęci pokojowego współżycia z resztą Amerykanów. Utrzymują również, że wśród ofiar byli muzułmanie, a terroryści naprawdę z islamem nie mieli nic wspólnego.

Prawdę powiedziawszy, trudno uznać to rozumowanie. W uszach dominującej większości Amerykanów brzmi jak pusta dialektyka. Nie da się przecież ukryć, że islamiści wprost powołują się na święte teksty i w swoim mniemaniu są dobrymi wyznawcami Proroka. Terroryzm muzułmański to nie zjawisko jednostkowe, lecz masowe, co pozwala twierdzić, że islam łatwiej niż inne tradycje religijne może być wykorzystywany przez fanatyków. Przychodzą mi na myśl choćby rozważania Alaina Besancona, który zauważył, że w Koranie nie ma opowieści o stworzeniu człowieka na boży obraz i podobieństwo, co radykalnie obniża godność człowieka w porównaniu z tradycją żydowską i chrześcijańską. Trudno nie przyznać mu racji.

Sam zadaję sobie pytanie, jak powinien się ten spór zakończyć i jakich słów należałoby oczekiwać od Obamy. Sadzę jednak, że to, co powiedział, to za mało. Powinien nakłonić muzułmanów do wycofania się z pomysłu. Jeśli chcą dowieść swego pokojowego nastawienia, taka rezygnacja będzie najlepszą formą. Na meczety w pobliżu miejsca tragedii czas jeszcze nie nadszedł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Człowiek sobie, fortuna sobie

20 sie 2010

Człowiek sobie, fortuna sobie
U Fortuny to snadnie,
Że kto stojąc upadnie;
A który był dopiero u niej pod nogami,
Patrzajże go po chwili, a on gardzi nami.
Wszystko się dziwnie plecie
Na tym tu biednym świecie;
A kto by chciał rozumem wszystkiego
dochodzić,
I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Te słowa Jana Kochanowskiego byłyby pewnie, tuszę, najlepszym komentarzem nie tylko do ludzkiego życia, jego zagadek, zaskoczeń, nagłych wzlotów i nie mniej głośnych upadków, ale i do polityki. Rzeczywiście, rozum nie będzie umiał ugodzić w to, jak przewrotny i nieobliczalny bywa los. Kpi sobie z ludzkich planów, szydzi z nich bez pardonu.

Ot, pierwszy przykład z brzegu. Śp. Lech Kaczyński, za życia zapewne jeden z najbardziej liberalnych posłów Prawa i Sprawiedliwości, wrogi wszelkiej ostentacyjnej dewocji, sceptycznie nastawiony nawet do obecnej wersji ustawy antyaborcyjnej, z dnia na dzień stał się patronem najbardziej zagorzałych obrońców krzyża, katolicyzmu, religii i narodu. Dziwny i nieprzewidziany to splot wypadków.

Myślę sobie, co on sam powiedziałby, widząc, że najbardziej zagorzali, najbardziej nieprzejednani i oddani zwolennicy budowy jego pomnika w jednej ręce trzymający różaniec, a w drugiej święte obrazki, wołają: Chrystus i naród. Ba, nierzadko można tam znaleźć i takich, którzy nie tylko że nie pałają miłością do starszych braci w wierze, ale wręcz przeciwnie, żywią do nich zgoła niebraterskie uczucia; postawa, przyzna to chyba każdy, zmarłemu prezydentowi całkiem obca.

Polska się dzieli, okazuje się, wcale nie według kryteriów światopoglądowych. To, w którym miejscu sceny się wyląduje, w dużej mierze zależy od konieczności, zderzenia ambicji, chęci bądź niechęci mediów. Nim się człowiek obejrzy, a zostanie przypisany do jednej lub drugiej grupy. Żywi przy tym mogą jeszcze próbować się bronić, głos zabierać, prostować, wyjaśniać, zmarli szans nie mają. Siła polskiej martyrologicznej tradycji sroga. Za życia można ją krytykować, wyśmiewać, dystansować się od niej, po śmierci i tak, niczym głaz wielki, swoją ofiarę przytłoczy. Nie ma zmiłowania.

Nic to zresztą w polskiej historii nowego. Wystarczy wspomnieć pośmiertne losy bohatera Tadeusza Kościuszki czy choćby Juliusza Słowackiego. Co z tego, że wielki poeta wadził się z polskością, gromił, szydził, pomiatał, odżegnywał się. Raz na wieszcza pasowany, raz w narodowym panteonie umieszczony, nigdy już stamtąd nie zniknie.

Nie dość, że człowiek tylko w części jest panem siebie za życia. Nawet i to, jaką po sobie pozostawi pamięć zależy nie tylko od niego. Nie mniej ważne są kontekst, społeczne oczekiwania, ciężar tradycji, gotowość rozumienia. Szkoda tylko, że owa wiedza w tak niewielkim stopniu przekłada się na czyny żywych polityków.

A powinna dodać im lekkości i swobody, przede wszystkim zaś tak potrzebnej autoironii i dystansu do samych siebie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald Tusk – koniec absolutyzmu

13 sie 2010

Strach się bać. Napisze człowiek felieton, a tu zaraz Jarosław Kaczyński głos zabierze, do porządku przywoła, pouczy i obsobaczy. Więc, choć korci mnie, by na replikę na replikę prezesa repliką replikować, tym razem nic o krzyżu i o PiS. Nawet o zapateryzmie się nie zająknę.

Przypomnę natomiast pewne słowa: „Kluczowe było przekonanie, że chociaż prezydentura to wielki spektakl, a kampania wyborcza bardzo wielu wyborców ekscytuje, pociąga, to wszyscy wiemy, że po tym, jak nowy prezydent mówi słowa przysięgi, jest tylko prestiż, zaszczyt, żyrandol, pałac i weto”. Ciekaw jestem, czy i dziś Donald Tusk, on to bowiem jest owych mądrości autorem, by je powtórzył. Chyba nie. Chyba i on dostrzegł, jak bardzo się pomylił.

I kto wie, czy w duchu, w ciszy, gdy nikt nie patrzy, nie pluje sobie w brodę i powtarza: głupio zrobiłem. A już szczególnie, kiedy przypomni sobie i tę wypowiedź: „Warto podjąć wyzwanie większe niż pałac na Krakowskim Przedmieściu. Zostać jego lokatorem – to byłaby jednak ułomna satysfakcja”. Ułomna satysfakcja? Dobre sobie. Bo też na razie żadnych wielkich wyzwań, które Tusk miałby podejmować, nie widać. Trudno przecież uznać, że są nimi zapowiadane przez rząd podwyżki VAT.

Donald Tusk, uważam przeto, się przeliczył. A dokładniej: nie docenił znaczenia prezydentury lub też, co na to samo wychodzi, przecenił pozycję premiera. Tak długo, jak wrogiem numer jeden był śp. Lech Kaczyński, Tusk łatwo mógł dominować. Mając za sobą zjednoczoną Platformę, bez kłopotów potrafił wykazywać swoją przewagę. To jednak zupełnie inna sytuacja, niż gdy w pałacu zasiada polityk z jego własnego ugrupowania. W tym momencie wszystkie nieformalne wpływy, jakimi dysponuje prezydent, zaczynają się liczyć podwójnie.

Prezydent stał się zatem równorzędnym w stosunku do premiera ośrodkiem władzy. I wcale nie jest powiedziane, że owa równowaga będzie trwała. Wystarczy poważniejszy kryzys i środek ciężkości władzy łacno może przechylić się w stronę Pałacu Prezydenckiego. Oprócz bowiem formalnych uprawnień, oprócz żyrandola i zaszczytów, prezydent ma to, czego zazdrościć mu musi każdy demokratyczny polityk: gwarancję zachowania władzy. Oraz, rzecz nie do pogardzenia, najwyższą możliwą formę legitymizacji.

Nie to, bym naiwnie, jak czynią to niektórzy, jedni z nadzieją, inni ze strachem, wieszczył konflikt prezydenta z premierem. Stwierdzam jedynie prosty fakt, że Tusk przestał być władcą absolutnym, że w osobie Komorowskiego ma silnego konkurenta i że w miarę upływu czasu pozycja prezydenta będzie rosła. A to prędzej czy później doprowadzi do napięcia. W końcu zawsze pojawi się pytanie, kto podejmuje najważniejsze decyzje, a kto je tylko wykonuje. Nie da się ukryć, że twórcy konstytucji, dokonując tak osobliwego podziału wewnątrz władzy wykonawczej, zapewnili Polakom niekończące się emocje polityczne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W odpowiedzi Jarosławowi Kaczyńskiemu

8 sie 2010

W piątek po południu strona pis.org.pl zamieściła wywiad z Jarosławem Kaczyńskim w całości niemal poświęcony polemice z moim czwartkowym felietonem „Polska droga do zapateryzmu”

Jakiż może być większy dowód uznania dla publicysty, jeśli w dniu zaprzysiężenia nowego prezydenta, wkrótce po jego pierwszym orędziu, najważniejszy polityk opozycji miast skomentować słowa swego rywala, woli zająć się rozprawą z tezami dziennikarza? Powinienem się zatem cieszyć. I tak było. Tyle że moja radość nie trwała długo, gdyż rzut oka na tekst rozmowy pokazał, że o żadnej polemice, o żadnej wymianie argumentów czy o przedstawieniu racji mowy być nie może.

Zamiast tego posypały się razy i wyzwiska. Przeczytałem otóż, że napisałem „bzdury, i to bzdury wierutne, odrażające”, że „z powodu oportunizmu czy radykalnego braku odwagi pewni ludzie, którzy głoszą mocno idee katolickie, a mają czasem duże kłopoty z wcielaniem ich we własnym życiu, posuwają się do bzdur, kłamstw, tego rodzaju obrzydliwości”, że, ponownie, jestem „hiperoportunistą”. Jak na to odpowiedzieć?

***

Mógłbym posłużyć się językiem prezesa, w końcu i ja znam trochę inwektyw, ale, prawdę powiedziawszy, w wiejskich bitkach, gdzie po kolana w błocie stoi naprzeciw siebie dwóch biedaków i okładają się cepami ile wlezie, a gapie z uciechą biją brawo, nie gustuję. Jarosław Kaczyński musi sobie poszukać innego partnera do takich zmagań.

Przed jedną uwagą nie umiem się wszelako powstrzymać. Występuje prezes PiS w roli jedynego sprawiedliwego, sędziego cudzych sumień i intencji, niezłomnego obrońcy prawdy o Smoleńsku. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że przez kilka miesięcy po katastrofie głoszenie owej prawdy zawiesił na kołku? Tłumaczył, bardzo szlachetnie, że nie chciał, by tragedia smoleńska stała się przedmiotem kampanii. Tylko jakoś mało mnie to przekonuje.

Bo mam wrażenie, że prezes nie wspominał o obecnych oskarżeniach wobec rządu i Bronisława Komorowskiego po prostu z wyrachowania. Albo sam zrozumiał, albo też dał się przekonać, na jedno wychodzi, że dla zdobycia władzy musi pokazać inną twarz, posługiwać się innym, łagodnym językiem. Czy to nie oportunizm? A może gorsza od niego obłuda? Lekarzu, nim zabierzesz się za innych, ulecz samego siebie.

Zastanawiałem się, co aż tak rozsierdziło Jarosława Kaczyńskiego. Po lekturze wywiadu nie mam już wątpliwości, że prawda. Przypomnę, iż napisałem, że w sporze o krzyż Kaczyńskiemu chodzi nie o symbol religijny. Napisałem też, że PiS tylko pozornie godzi się na tablicę upamiętniającą wszystkie ofiary katastrofy; chodzi mu o pomnik lub obelisk, który będzie wyrażał wielkość Lecha Kaczyńskiego.

I dokładnie to powiedział prezes PiS: „Przede wszystkim jednak nie można zapominać, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Chodzi o to, by nie powstał pomnik, pomnik, który siłą rzeczy będzie pomnikiem Lecha Kaczyńskiego (…) Jestem przekonany, że pamięć o Lechu Kaczyńskim się przebije, i że zostanie On należycie uczczony nie tylko w Warszawie, ale i w całym kraju – zresztą pierwsze jego pomniki już powstają – i że walka z pamięcią o Nim zakończy się klęską”.

***

Zauważyłem również, że elementem budowania owej wielkości jest niewyrażone wprost przekonanie, że śp. prezydent zginął nie w nieszczęśliwym wypadku, ale w czymś, co nazwałem „prawie-zamachem”. Dzięki temu można o nim mówić jako o poległym, męczenniku itd. Jest to niby-zamach lub prawie-zamach, bo jak dotąd brakuje przesłanek, które by uzasadniały twierdzenie, że jest to po prostu zamach.

Dokładnie to zdaje się mówić prezes PiS. Wprawdzie najpierw oburza się, jakżeby inaczej, że piszę bzdury, ale potem dodaje: „My nie rozstrzygamy tego, jakie były przyczyny smoleńskiej katastrofy. Ale też żadną miarą nie mamy zamiaru z góry wykluczać, że nie doszło do zamachu. Takie wykluczanie jest niczym innym jak tylko skrajnym tchórzostwem”.

Jeśli takie wykluczanie zamachu okazuje się „skrajnym tchórzostwem”, to niewątpliwie aktem odwagi będzie poszukiwanie dowodów na prawdziwość zamachu. Im bardziej uparcie ktoś będzie doszukiwał się śladów spisku, tym okaże się w oczach prezesa bardziej odważny. Osobliwe to wartościowanie moralne i nie zajmowałbym się nim wcale, gdyby nie to, że głosi je lider największej partii opozycyjnej. Takim postępowaniem i takim używaniem krzyża – pełni on rolę zastępczą wobec pomnika Lecha Kaczyńskiego i jednocześnie mobilizuje obrońców rzekomo zagrożonej religii – Kaczyński chcąc nie chcąc wikła Kościół w wojnę.

***

Z innych powodów podobną winę przypisałem Bronisławowi Komorowskiemu. Dla niego krzyż przed pałacem to znak rozpoznawczy opozycji. Zapowiedź jego usunięcia bez jednoczesnej obietnicy postawienia tam tablicy mogło sprowokować PiS. A to dla PO, uważam, wydawało się korzystne, bo obrona krzyża odpycha od PiS wyborców umiarkowanych. I pewnie PO mogłaby się cieszyć, gdyby nie fatalnie przygotowana operacja przeniesienia.

Zastawiając pułapkę na PiS Platforma sama w nią wpadła. W oczach opinii publicznej wykazała się słabością i nieudolnością wobec agresji tłumu. Dlatego sądzę, że na wojnie o krzyż może zyskać tylko SLD. Tylko on będzie mógł twierdzić, że w przeciwieństwie do fanatyków z jednej strony i słabeuszy z drugiej, będzie gwarantem niereligijnego państwa. Kaczyński i Komorowski otworzyli drogę dla nowej, antychrześcijańskiej lewicy.

To, co zaprezentował w wywiadzie prezes PiS, robi wrażenie jakby nie potrafił dostrzec społecznych skutków swoich działań. Trudno mi to wytłumaczyć inaczej, niż odwołując się do jego stanu emocjonalnego. I w pewnej mierze można to zrozumieć. Sam uważałem, pisałem o tym choćby broniąc idei pochowania śp. Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, że z dotychczasowych prezydentów był on najbardziej wybitny.

Przede wszystkim w czasie rozmazanych tożsamości i atrofii myśli państwowej chciał i próbował prowadzić suwerenną politykę. Wiedział, czym jest podmiotowość narodu i starał się zapewnić Polsce godne i samodzielne miejsce w Europie. Głęboko też rozumiał, jaką wartością jest narodowa pamięć, a to, co robił dla jej podtrzymania, dla zapewnienia honorów i uznania zasług walczących o polską niepodległość, nie powinno zostać zapomniane. Podobnie jak chęć oczyszczenia państwa z przeklętego dziedzictwa komunizmu.

***

Jest też prawdą, uważam, że w czasie swej prezydentury był atakowany przesadnie, brutalnie, często bez zdania racji i wyłącznie po to, by go upokorzyć. Nawet jeśli spora część krytyki była uzasadniona niewydolnością państwa, błędami jego zaplecza politycznego, a także jego własnymi słabościami, to i tak wytworzono wokół niego atmosferę śmieszności i pogardy. Aż zęby zgrzytały z bezsilności.

Tylko że między tą atmosferą a konkretną katastrofą pod Smoleńskiem, jak bardzo by to bezdusznie nie brzmiało, nie ma związku. Z krzywd i niesprawiedliwości, jakie spotkały za życia Lecha Kaczyńskiego, nie da się wywieść tezy o zamachu i zbrodni. Brak tego związku między przyczyną – niegodnym traktowaniem, a skutkiem – śmiercią w wypadku pod Smoleńskiem, można ukrywać albo odwołując się do mętnej retoryki parareligijnej, albo do spisku. Z tą pierwszą nie da się racjonalnie dyskutować, na ten drugi żadnych dowodów nie znaleziono.

Wszystko to razem prowadzi do wniosku, że obecna działalność Jarosława Kaczyńskiego sprowadza się do naprawienia krzywd, zniewag i niesprawiedliwości, które dotknęły śp. prezydenta. To droga donikąd. Polityka nie może ograniczać się do upamiętniania i zadośćczynienia, do ciągłego rozpamiętywania ran przeszłości. Życie, prędzej czy później, upomni się o swoje.

A teraz krótki morał: W dniu, w którym napisałem o groźbie zapateryzmu, „Gazeta Wyborcza” podała, że wielki wiec przeciw krzyżowi organizuje SLD. Ta sama partia ogłosiła już, że zaczyna debatę o świeckości państwa.

***

Jarosław Kaczyński dla www.pis.org.pl

Czy PiS wolno atakować bez ograniczeń

(…) Według pana Lisickiego poglądu, że ten krzyż powinien pozostać, głosić nie wolno. Jest jakaś reguła, tylko nie potrafię powiedzieć, gdzie pan Lisicki ją znalazł, że trzeba mieć w tej sprawie takie stanowisko, jakie ma pan Komorowski. A jeżeli ma się odmienne zapatrywania, to znaczy, że się jakąś dziwną metodą dąży do zapateryzmu właśnie.

(…) Dla mnie najbardziej interesujące w tej sprawie jest pytanie, dlaczego pan Lisicki tego rodzaju bzdury, i to bzdury wierutne, odrażające, pisze. Sądzę, że wynika to z niesłychanie groźnego zjawiska, jakim jest hiperoportunizm, który opanował dzisiaj pewną część ludzi pióra. Pan Lisicki chciał coś napisać o Komorowskim, ale musiał się jakoś zabezpieczyć, a ponieważ wiadomo, że mnie, nas, PiS wolno atakować bez żadnych ograniczeń, że za to się nie ponosi żadnych konsekwencji, wobec tego wymyślił sobie tę konstrukcję, że głównie winien jest Kaczyński, a Komorowski też, ale tylko troszkę. (…) Nie można zapominać, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Chodzi o to, by nie powstał pomnik, pomnik, który siłą rzeczy będzie pomnikiem Lecha Kaczyńskiego, a pamięci o Lechu Kaczyńskim obecna władza się boi jak diabeł święconej wody.

(…) Teza pana Lisickiego, że dla nas krzyż oznacza nie wypadek, ale – mówiąc wprost – zamach, jest bzdurna. Jej przyjęcie musiałoby oznaczać, że krzyż na każdym grobie mówi nam, iż nie mamy do czynienia z naturalną śmiercią, tylko z morderstwem. Tu pan Lisicki bardzo się zaplątał. My nie rozstrzygamy tego, jakie były przyczyny smoleńskiej katastrofy. Ale też żadną miarą nie mamy zamiaru z góry wykluczać, że nie doszło do zamachu. Takie wykluczanie jest niczym innym jak tylko skrajnym tchórzostwem.

6 sierpnia 2010 r.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydentura deklaracji i faktów

6 sie 2010

Stało się. Czwarty prezydent III Rzeczypospolitej został zaprzysiężony.

W swoim pierwszym wystąpieniu przed Zgromadzeniem Narodowym Bronisław Komorowski pokazał się jako polityk otwarty, gotów do rozmów z opozycją i dialogu. Potrafił oddać hołd zarówno zmarłemu tragicznie poprzednikowi, jak i innym ofiarom katastrofy spod Smoleńska. Bardzo dobrze, że piątkowe uroczystości w Sejmie poprzedziła minuta ciszy.

Nowy prezydent podkreślał, że jest zwolennikiem różnorodności, że demokracja oznacza spór, a nie jednomyślność. Zasugerował też, że Pałac Prezydencki może być miejscem spotkania różnych opcji politycznych. Komorowski wskazał, że zamierza dbać o poprawne stosunki z opozycją i nie chce być tylko prezydentem Platformy Obywatelskiej. Dobitnie zabrzmiały jego słowa, że pamięta o tych niemal ośmiu milionach Polaków, którzy oddali głosy na jego konkurenta.

To ważne i pozytywne deklaracje, chociaż, trzeba przyznać, towarzyszące im fakty nie napawają już takim optymizmem. Warto pamiętać, że w krótkim okresie, kiedy to Komorowski pełnił obowiązki prezydenta, podjął kilka ważnych decyzji, nie licząc się ze stanowiskiem opozycji i wbrew intencji śp. Lecha Kaczyńskiego. Podobnie od razu po zwycięstwie nominował do Krajowej Rady Radiofonii dwóch zaufanych współpracowników, co trudno uznać za wyraz troski o bezstronność i odpartyjnienie mediów publicznych. Trudno też zapomnieć, że jednym z istotnych powodów niepotrzebnej awantury o krzyż na Krakowskim Przedmieściu były zbyt pochopne słowa o jego przenosinach bez obietnicy upamiętnienia zmarłych. Dobrze, że Komorowski taką deklarację złożył tuż przed zaprzysiężeniem.

Bronisław Komorowski wiele razy podkreślał, że Polacy powinni być dumni ze swego państwa. Mówił też, że zarówno elity polityczne, jak i władze oraz społeczeństwo bez zarzutu zdały egzamin z tragedii smoleńskiej. Wydaje się, że nowy prezydent powinien się jednak wykazywać większym sceptycyzmem. Niemal codziennie widać słabości i zaniechania państwa; zarówno jeśli chodzi o przygotowanie wizyty Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku, jak i podczas prowadzonego później śledztwa. Większość obserwatorów zwróciła uwagę na nieobecność na sali Jarosława Kaczyńskiego. Szkoda, że tak się stało. Po przegranych wyborach Kaczyński potrafił pogratulować zwycięstwa swemu przeciwnikowi. Jednak od końca kampanii prezydenckiej każda jego wypowiedź i gest robią wrażenie, jakby nie umiał się pogodzić z porażką. Jakby nie umiał się dostosować do powszechnie akceptowanych reguł. Walka z PO i Komorowskim przestała być dla Kaczyńskiego – można się obawiać – kwestią gry politycznej, a stała się sprawą życia i śmierci. Nawet jeśli da się zrozumieć jego emocje, nie wróży to dobrze na przyszłość.

Wraz z zaprzysiężeniem cała władza znalazła się w rękach jednej opcji politycznej. Pytanie, w jakim stopniu Bronisław Komorowski pozostanie reprezentantem jej interesów, jak to było podczas kampanii, a w jakim zdobędzie się na bardziej suwerenną i samodzielną politykę, pozostaje otwarte. Dla Polski byłoby lepiej, gdyby prawdziwa była ta druga odpowiedź.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na paradę naprzód marsz

6 sie 2010

Podczas gdy wszystkie oczy zwróciły się ku Krakowskiemu Przedmieściu i heroicznym bądź też oszalałym – niech każdy wybierze sobie określenie zgodnie z tym, co mu dyktuje sumienie, a ustawa zasadnicza gwarantuje – obrońcom krzyża, nieco z boku, w cieniu niejako, toczy się inny bój, inne zmagania, wielka wojna ojczyźniana w polskim wydaniu o niezłomne prawa gejów. Te bowiem miast w Polsce rozkwitać, wciąż nie mogą znaleźć zrozumienia. I nawet rozedrgane w tańcu, ulotne niczym chorągiew na wietrze, rozpalone współczuciem i głęboką tęsknotą za równością ciało Ryszarda Kalisza na wielkiej paradzie równości nie wystarczyło, by zmienić zakute łby pozostałych polityków.

Co gorsza zaś, dzień po dniu nadchodzą kolejne hiobowe wieści. Oto czytam wywiad w najnowszym numerze „Polityki” z właśnie wybraną na rzecznika praw obywatelskich Ireną Lipowicz. A tam aż zieje nietolerancją, brakiem empatii, totalnym niezrozumieniem przysługujących mniejszościom praw.

Dzielna dziennikarka najbardziej otwartego tygodnika na wschód od Odry dwoi się i troi, a to sufluje, a to znów grozi, i wszystko na nic. Pani Lipowicz miast się przerazić, miast winę wyznać, do Canossy w tęczowym stroiku, a choćby i z balonikiem podążyć, nie rozumie. Nie pojmuje, biedna, jak wielką i niewybaczalną zbrodnię popełniła.

1. Bo: po pierwsze, nie była na paradzie.

Dziennikarka „Polityki” zadaje pytanie: „Pani szwedzki odpowiednik wziął udział w warszawskiej EuroPride. Może pani też powinna dołączyć?”.

2. Bo: po drugie, powinna obiecać, że pójdzie za rok.

Dziennikarka „Polityki” zadaje drugie pytanie: „To może w przyszłorocznej Paradzie Równości pani pójdzie?”.

3. Bo: po trzecie, nie rozumie, że musi to zrobić.

Dziennikarka „Polityki” zadaje trzecie pytanie: „Demonstrowała mniejszość, która czuje się dyskryminowana i oczekuje, że rzecznik da jej wsparcie. To byłby gest”.

Etc., etc.

Padają kolejne pytania, wzięte jakby wprost z podręcznika agitatora. A pani rzecznik? Wciąż ta sama skandaliczna obojętność.

Ileż przyjemności przynosi obserwacja tego dialogu. Z jednej strony reprezentantka świadomości oświeconej i postępowej. Nie pyta, czy demonstrowanie ma sens. Nie pyta, czy geje są faktycznie prześladowani. Nie pyta, czy owa mniejszość może zachowywać się tak, by razić uczucia większości. To pytania z innego etapu, to pytania burżuazyjno-konserwatywno-homofobiczne. Każdy, kto subiektywnie nie rozumie, że prawa gejów są naruszane, obiektywnie znajduje się „na białej plamie na mapie Europy”. Z drugiej strony nowo wybrany urzędnik, który uważa, że by kogoś bronić przed dyskryminacją, należy jej dowieść.

O nie, to nie ujdzie. W kraju Unii Europejskiej? Taki brak rozeznania? Dyżurni oficerowie wydziału propagandy gejowskiej czuwają. I prędzej czy później tak wytresują polskich polityków, by na paradę w podskokach biegli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska droga do zapateryzmu

4 sie 2010

Krzyki, przepychanki, kordony policji, ludzki tłum gęstniejący z minuty na minutę. Procesja księży i harcerzy, która ostatecznie musiała zrejterować, napotykając to błagania, to drwiny i wyzwiska. Krzyż przed pałacem pozostał. Jedni mówią o zwycięstwie obywateli nad bezduszną władzą, inni, z większą słusznością, o anarchii, rozkładzie państwa i uleganiu szantażowi.

Zastanawiam się jednak, czy najważniejszym rezultatem walki o krzyż nie będzie otworzenie w Polsce drogi dla zapateryzmu. Czy obrazki z Krakowskiego Przedmieścia nie przyczynią się do wzrostu siły radykalnej, antychrześcijańskiej lewicy, której głównym postulatem stanie się walka z Kościołem i publiczną obecnością religii. I czy, paradoksalnie, winowajcami nie będą w pierwszej mierze Jarosław Kaczyński, który udzielił wsparcia protestującym, a z drugiej Bronisław Komorowski, który odpowiada za nieprzemyślaną i nieskuteczną organizację przenosin.

Jarosław Kaczyński i posłowie PiS, sądzę, bronili krzyża, ponieważ to najbardziej dobitny w polskiej tradycji narodowej symbol wyrażający cześć dla zmarłego polityka, przywódcy państwa. Dla nich krzyż to znak wielkości Lecha Kaczyńskiego. Wzniesiony i wyniesiony przed pałacem ma wskazywać, podobnie jak krzyże na grobach poległych żołnierzy, że pod Smoleńskiem nie doszło po prostu do nieszczęśliwego wypadku. Tam musiało się wydarzyć, uważają, coś więcej. Nie chodzi im o zwykłe upamiętnienie zabitych w lotniczej katastrofie, ale o hołd dla poległych. Jedynie krzyż w odpowiednim stopniu zawiera sugestię, że blisko Katynia doszło do więcej niż katastrofy, więcej niż do nieszczęśliwego wypadku. Stąd zresztą politycy PiS się domagają, by na miejscu krzyża pojawił się pomnik lub obelisk z krzyżem. Tylko tak można dowieść w przestrzeni publicznej, że prawdziwa jest opowieść o prawie-zamachu.

Z punktu widzenia Bronisława Komorowskiego i polityków PO krzyż przed pałacem stał się, i trudno, by było inaczej, sztandarem zwolenników PiS. Nic dziwnego zatem, że tak ważną sprawą stała się dla nich demitologizacja kultu Lecha Kaczyńskiego i usunięcie wyrażającego go znaku z Krakowskiego Przedmieścia. Warto zauważyć: podczas gdy PiS chce pomnika, PO woli mówić o tablicy. To tylko pozornie niewielka różnica, kryje się za nią fundamentalnie inne postrzeganie samego wydarzenia.

Dla obu partii krzyż okazał się przeto, śmiem twierdzić, poręcznym instrumentem walki. I choć sam krzyż jako symbol religijny został niejako w tę wojnę uwikłany, to właśnie religia i Kościół mogą ponieść największe straty. Dlaczego? Dlatego, że obrona krzyża, a ściślej jej sposób, towarzysząca temu agresja i łamanie reguł wywołały wśród większości wyborców, mniemam, strach. Strach przed Kościołem, strach przed fanatyzmem religijnym, strach przed rzekomym zawłaszczeniem przestrzeni publicznej przez oszalałych religiantów. Strach przed tym, że lada moment w Polsce zaczną rządzić ludzie, którzy z różańcem w dłoniach narzucą swą wolę siłą. Strach tym silniejszy, że wobec demonstrantów demokratycznie wybrane władze miejskie i państwowe okazały się bezsilne.

Obraz to oczywiście groteskowy, a strach bezpodstawny. Nie w tym rzecz jednak. Dość, że jest on wymowny i trafia do wyobraźni. Że pada na podatny grunt stereotypów. Że budzi instynktowne przerażenie tylu Polaków, z duszą na ramieniu myślących „co teraz pomyśli o nas Europa”.

Jedyną siłą zatem, która istotnie zyska na wojnie o krzyż, będzie, obawiam się, nowa lewica. To ona może się stać w oczach coraz większej grupy wyborców gwarantem państwa gotowego walczyć z groźbą fanatyzmu. To ona okaże się umiarkowana i spokojna. Mimo swej rzeczywistej skrajności, mimo totalnej ideologizacji zacznie robić wrażenie partii rozsądku. Strach przed agresją obrońców krzyża może wywołać niewspółmierną reakcję.

Nieodgadnione są wyroki losu. Wygląda na to, że w Polsce sprawcami odrodzenia lewicy a la Zapatero będą jej najzagorzalsi przeciwnicy. Będą jak Molierowski pan Jourdain, który nie wiedział o tym, że mówi prozą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop