Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Święta Hypatio, ratuj Europę

12 marca 2010

Na ekrany kin wchodzi film „Agora”, który opowiada o tym, jak fanatyczny motłoch chrześcijan zamęczył Hypatię – ostatnią pogańską filozofkę. W „Gazecie Wyborczej” przeczytałem, że „radykalni chrześcijanie u schyłku Imperium Rzymskiego są wyraźnie porównywani do współczesnych islamskich fundamentalistów”

W rozmowie z „GW” sam hiszpański reżyser Alejandro Amenabar zastrzega się, że dzieło nie jest antychrześcijańskie, bo „w tym filmie cięgi zbierają wszyscy: poganie, chrześcijanie, żydzi, Rzymianie… to nie jest film antychrześcijański, ale film przeciw fundamentalizmowi. Przeciwko tej chwili, gdy walka na argumenty zmienia się w walkę z bronią w ręku”. Właściwie racja, tylko że… dlaczego symbolem fundamentalizmu mają być akurat aleksandryjscy chrześcijanie z przełomu IV i V w n. e.?

Amenabara nie zainteresował jakoś los chrześcijańskich męczenników – i tych z pierwszego wieku, i tych późniejszych. A z pewnością ci, którzy czy to wydawali ich na męki, czy też sami je zadawali mogliby, spokojnie wystąpić w roli etatowych fundamentalistów. Podobnie hiszpański reżyser – szukając wzorcowej opowieści o przemocy religijnej – nie sięgnął do dziejów Afryki Północnej czy Bałkanów, skąd chrześcijaństwo zniknęło wyparte zaiste nie wskutek argumentów. Nie. Zamiast tego wolał wybrać inną historię. Zwycięstwo cywilizacji chrześcijańskiej nad pogaństwem okazuje się być skutkiem intrygi, przemocy, głupoty, zbrodni.

Czekam, kiedy następny reżyser pochyli się nad losem cesarza Juliana. Biedak, niewiele brakowało, chrześcijańską zarazę usunąłby skutecznie. I to nawet bez wielkich, krwawych prześladowań, ot, zakazując chrześcijanom, zabobonnikom co się zowie, nauki w szkołach literatury. Zresztą, co tam Julian, przezwany niesłusznie apostatą. Trzeba jeszcze pokazać w lepszym świetle Nerona – w końcu nie był złym administratorem, a i budowniczym niezgorszym. No, a po nim pewnie przyjdzie pora, by pochwalić Dioklecjana, ostatniego prawdziwie pogańskiego władcę imperium. A że wszczął antychrześcijańskie, pardon, antyfundamentalistyczne prześladowania? Cóż, chciał chronić stare, dobre, pogańskie tradycje wolności słowa.

Zbędna ironia? Kiedy słuchałem Amenabara, przypomniał mi się niedawno przeczytany przewodnik po Indiach Jeana Claude’a Carriera. Carrier to scenarzysta filmów najważniejszych europejskich reżyserów: Luisa Bunuela, Milosa Formana, Andrzeja Wajdy czy Carlosa Saury. Ilekroć Francuz pisze o hinduizmie, nie potrafi ukryć swego zawodu, że to chrześcijański monoteizm, a nie wielobóstwo wygrało w Europie. Dla niego, tak pewnie jak dla Amenabara, chrześcijaństwo to religia opresji i przemocy.

Dziwna jest ta ślepota, która sprawia, że zachodni intelektualiści nie potrafią dostrzec tego, w jak dużym stopniu właśnie wolność, szacunek dla innego i wyrzeczenie się przemocy wyrastają z chrześcijańskiej tradycji.

Prawybory pełną parą. Ratunku!

5 marca 2010

Uff… Od czwartku, a ściślej od wieczoru w czwartek, można odetchnąć. Można ze spokojem pracować. Serce już nie dygocze. Emocje wreszcie opadły. Palikot ocalał.

Doprawdy, od kilku dni mam wrażenie, jakbym uczestniczył w kiepskim, nieco operetkowym przedstawieniu. Co zrobi premier Donald Tusk? – słyszę setki razy powtarzane z emfazą pytanie. A potem pada odpowiedź: Premier zaprosił na śniadanie ministra Radosława Sikorskiego i marszałka Bronisława Komorowskiego. Wszyscy trzej zjedli to śniadanie. A po tym śniadaniu, które spożyli w życzliwej atmosferze, uzgodnili, że będą prowadzić cywilizowaną kampanię w nie mniej życzliwej atmosferze. Będą rywalizować w zgodzie.

Platforma będzie jedyną w dziejach partią, która pokaże, że wolno się spierać bez spierania się. Różnić bez różnienia. Na tym polega poszerzenie debaty publicznej – potwierdzają eksperci.

Ale żeby było o czym mówić, żeby można było budować iluzję, potrzebna jest dramaturgia. Tej zaś dostarcza nieoceniony Janusz Palikot. Cóż powiedział? Że Sikorski jest be, bo był w PiS, a Komorowski jest cacy, bo nie był w PiS. Z tego wynika, że Komorowski jest lepszy, a Sikorski gorszy. Coś podobnego – dziwią się politycy Platformy. Takich rzeczy mówić nie wypada. Przecież wybory polegają na tym, że obaj są lepsi. To znaczy Sikorski jest tak dobry jak Komorowski, a Komorowski tak dobry jak Sikorski. Jeden jest lepszy, bo zna angielski, a drugi jest lepszy, bo ma pięcioro dzieci. Jeden jest lepszy, bo bez wąsika, a drugi lepszy, bo z wąsikiem.

Palikot tak powiedział? – drżą z przejęcia reporterzy i komentatorzy. Doprawdy? No to teraz spotka go za to na pewno sroga kara. I przez kilkadziesiąt godzin prawdziwie wolne i niezależne media żyją tylko jednym pytaniem: jaki będzie los Palikota? Nikt nie potrafi powiedzieć. Tylko Grzegorz Schetyna uśmiecha się znacząco. A na portalach wrze. Osoby z kręgu znajomych Tuska powiadają: nie będzie litości. Ktoś woła: czy to już koniec Platformy? Inny znawca stwierdza: premier chciał pokazać, że PO jest demokratyczną partią. Wszystko popsuł Palikot. Biedny premier. Łza się w oku kręci.

Ludzie, litości. To, że PO wpadła na świetny pomysł, jak zepchnąć w niebyt konkurencję, to prawda. Ale czy komentatorzy tak łatwo muszą ulegać medialnym strategom? Czy naprawdę nie widać, że uwaga, jaką media poświęcają groteskowemu sporowi o Palikota, jest uczestnictwem w propagandowej kampanii Platformy?

Do tej pory nie wiem, jakie są projekty polityczne obu kandydatów. Nie wiem, dlaczego w ogóle ze sobą konkurują. Nie wiem, czy są za zmianami w konstytucji przygotowanymi przez ich własną partię, które praktycznie odbiorą władzę prezydentowi.

Wiem tylko, że obaj kandydaci prześcigają się w okazywaniu niechęci do Lecha Kaczyńskiego. I na tym polegają prawybory? Ratunku!

Jedna zbrodnia, dwie miary

26 lutego 2010

Węgierski parlament przyjął ustawę wprowadzającą karę do trzech lat więzienia za negowanie Holokaustu. Co ciekawe, ten sam parlament nie zgodził się, by wprowadzić kary za zaprzeczanie zbrodniom komunistycznym. Dlaczego? W rozmowie z „GW” jeden z lewicowych deputowanych wyjaśnił: „Holokaust i zbrodnie komunistyczne to różne sprawy”. Z kolei w rozmowie z „Rzeczpospolitą” węgierski politolog dowodził, że za negowanie Holokaustu można skazywać, bo to przestępstwo wyraźnie określone, a zbrodnie komunistyczne nie

Podobnie zdają się rozumować znani badacze Holokaustu, którzy – według izraelskiej gazety „Haarec” – skrytykowali przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka za to, że porównał w swoim wystąpieniu w Auschwitz ludobójstwo nazistowskie i komunistyczne. Wymieniając stalinowskie i hitlerowskie zbrodnie przeciw ludzkości, Buzek rzekomo zatarł i zaciemnił znaczenie Holokaustu. Czyżby?

Przede wszystkim buntuję się przeciw coraz bardziej powszechnej zgodzie na karanie za kłamstwo oświęcimskie. Wolność słowa to wartość podstawowa. Współczesne państwo, posyłając do więzienia ludzi zaprzeczających Holokaustowi, występuje w roli inkwizytora. Samo podważa własne fundamenty. Liberalna tradycja opiera się na zaufaniu do zdrowego rozsądku i racjonalności jednostek. Dlaczego w tym jednym przypadku – zbrodni na Żydach – ma być inaczej? Dlaczego nie wystarczą zdrowy rozum i obyczaje, by radzić sobie z kłamcami?

Wbrew twierdzeniom węgierskiego politologa wcale nie uważam, że „negowanie Holokaustu” jest czynem wyraźnie określonym. Czy chodzi tu w ogóle o zaprzeczanie masowej zbrodni na Żydach? Wszakże ludzi, którzy to robią, nie sposób traktować poważnie. Nakładając na nich kary, przydaje się ich głupocie dodatkowej wartości. Ale może chodzi o tych, którzy badają rozmiar zbrodni i liczbę ofiar? Albo też tych, którzy starają się ową zbrodnię wyjaśnić, szukając kontekstu? Właśnie niewyraźność czynu powinna automatycznie prowadzić do rezygnacji z chęci karania go.

Być może jednak kluczem do zrozumienia całej sprawy jest osobliwa niechęć części Żydów do zrównywania zbrodni komunizmu i nazizmu. Tak jakby jedna kategoria niewinnych ofiar i pamięć o nich miała być lepiej chroniona niż inne. Jakby zamordowani przez nazistów Żydzi byli bardziej niewinni i lepsi niż zamordowani przez komunistów kułacy czy inteligenci. Niewinność wszakże nie podlega dzieleniu. To jest właśnie doświadczenie ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej, którzy poznali oba zbrodnicze reżimy. I dlatego w dokonanym przez Jerzego Buzka zrównaniu nazizmu i komunizmu nie widzę nic nagannego. Ba, przeciwnie: to wyraz solidarnej pamięci o wszystkich ofiarach. Byłoby dobrze, gdyby żydowscy historycy domagający się wrażliwości dla swej pamięci wykazali jej nieco więcej wobec innych.

Amerykański manewr Platformy

19 lutego 2010

Sikorski czy Komorowski, Komorowski czy Sikorski? Polacy wstrzymali oddech. Komentatorzy rozważają wady i zalety polityków.

Co weźmie górę? Stateczna dojrzałość czy twórcza energia; partyjne zaplecze czy zaufanie ludu? Nie wiadomo. Słyszę tylko głosy znawców, pełnych wątpliwości, czy aby ta bratobójcza walka nie doprowadzi Platformy do rozbicia. Czy premier Donald Tusk nie za bardzo uwierzył w demokrację?

Przeciwnie. Im dłużej się przypatruję przebiegowi obecnej kampanii, tym bardziej nabieram pewności, że starcie obu polityków jest przemyślanym zabiegiem. Powiem więcej: jest to ruch prawdziwie mistrzowski. Posunięcie, które pozwoli Platformie z nawiązką odzyskać utratę zaufania spowodowaną rezygnacją Donalda Tuska.

Strategom PO może uda się praktycznie wyeliminować z walki o prezydenturę Lecha Kaczyńskiego. Im ostrzejsza i bardziej wyraźna różnica między Komorowskim a Sikorskim, tym wyborcy łacniej zapominają o Kaczyńskim. Wystarczy się przyjrzeć opiniom publicystów, ekspertów i analityków, którzy całą uwagę poświęcają wyborowi wewnątrz Platformy. I nic dziwnego. Chodzi przecież o kandydata partii mającej poparcie niemal połowy wyborców, cieszącej się sympatią większości mediów. A poza tym nic tak nie przyciąga uwagi opinii publicznej jak starcie wyrazistych osobowości.

W tej grze Sikorski i Komorowski zajmują jakby miejsce Baracka Obamy i Hillary Clinton, Kaczyński zaś występuje w roli Johna McCaina. A więc z jednej strony – taki ma być obraz – dramatyczne starcie o przyszłą, zmodernizowaną Polskę, z drugiej starość, frustracja i tradycjonalizm. Dla rosnącej grupy wyborców udawana nawet i nieautentyczna walka Komorowskiego z Sikorskim – obaj przecież gwarantują dokładnie ten sam sposób sprawowania władzy, obaj mają taki sam stosunek do rozliczeń z komunizmem, miejsca Polski w Unii – staje się bardziej realna niż ich spór z Lechem Kaczyńskim. Ten wyraźnie znajduje się w defensywie i nie potrafi stworzyć na swój temat ciekawej opowieści. Prawdziwa polityka dokonuje się – i wytworzenie takiego przeświadczenia zdaje się być celem PO – poza nim.

Nie znaczy to, że wszystko przesądzone. I to nie dlatego, żeby PiS dysponował, modne ostatnio słowo, hakami na pretendentów PO. Te najbardziej szkodzą samemu Kaczyńskiemu, bo utwierdzają jego negatywny wizerunek. Pytanie brzmi raczej, jak długo kandydaci PO będą umieli ukryć swoją największą słabość. Przecież obaj, jak sądzę, są zwolennikami tak znacznego ograniczenia kompetencji głowy państwa, że ich start w wyborach robi wrażenie ucieczki na emeryturę. Jeśli projekt PO wejdzie w życie, to marszałek Sejmu, a tym bardziej minister spraw zagranicznych, będą mieli znacznie większy wpływ na rzeczywistość niż prezydent. Ale czy komuś uda się pokazać, że Komorowski z Sikorskim uczestniczą w grze pozorów?

Więcej władzy, więcej kontroli

12 lutego 2010

Coraz częściej mam wrażenie, że od wyniku obecnych wyborów prezydenckich będzie zależał kształt ustroju Polski. Taki jest też chyba cel premiera: oddając głos na kandydata PO, będzie się naprawdę wybierać inną od obecnej konstytucję

W nowej, przygotowanej przez Platformę wersji prezydenckie weto Sejm będzie mógł odrzucać bezwzględną większością głosów. „Prezydent byłby nadal wybierany w wyborach powszechnych, w myśl naszej propozycji, ale weto prezydenckie nie mogłoby skutecznie blokować woli większości w parlamencie, która wygrała wybory i utworzyła rząd” – tłumaczył swoje pomysły Donald Tusk. Również w sprawach dotyczących polityki zagranicznej prezydent byłby jedynie wykonawcą ustaleń gabinetu ministrów.

Rozumiem, że pomysły te akceptują zarówno Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski, dwaj główni kandydaci PO na prezydenta. Jeśli tak, to Polacy będą wybierali nie między Lechem Kaczyńskim a którymś z polityków PO, lecz między obecnym systemem podzielonej władzy wykonawczej, który reprezentuje Kaczyński, a nowym systemem, w którym prezydent będzie spełniał funkcję dekoracyjną. Tusk zrobił z wyborów prezydenckich plebiscyt za lub przeciw konstytucji.

Na pierwszy rzut oka przynajmniej niektóre postulaty brzmią racjonalnie. To prawda, obecna konstytucja w niemiłosierny sposób utrudnia rządzenie. Władza negatywna, blokująca, jest po stronie prezydenta, władza pozytywna po stronie premiera. Efekt? Wyborcy nigdy nie są w stanie rozliczyć rządu z obietnic, ten bowiem zawsze może zrzucić odpowiedzialność na prezydenta. Wydaje się zatem, że przygotowane przez premiera zmiany są logiczne.

Tyle że tak to wygląda na papierze. W rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana. Przede wszystkim nie widzę sensu – jeśli przyjąć tok rozumowania Tuska – by prezydenta wybierać w wyborach powszechnych. Tracąc kompetencje, prezydent nie będzie mógł przecież realizować własnego programu. A skoro tak, to należałoby pójść za ciosem i wprowadzić zasadę jego wyboru przez połączone izby parlamentu. Tego jednak Tusk się nie domaga, bo według sondaży zdecydowana większość Polaków chce powszechnych wyborów prezydenta. Czy nie jest to mamienie wyborców?

I drugi zarzut, poważniejszy. Wzmocnienie, a raczej ujednolicenie władzy wykonawczej jest z pewnością Polsce potrzebne. A jednak, patrząc na ostatnie poczynania Platformy, chociażby brutalne traktowanie opozycji w komisji hazardowej, nie mogę się wyzbyć wątpliwości. Bo jak wyglądałaby kontrola nad władzą, gdyby dziś PO dysponowała w parlamencie absolutną większością, a ta nie znajdowałaby na swej drodze oporu choćby w urzędzie prezydenta?

Jeśli premier chce ujednolicić władzę wykonawczą, nie wolno mu zapominać o wzmocnieniu mechanizmów kontrolnych. A namysłu nad tym w PO nie widzę.


Zwycięstwo konieczności

5 lutego 2010

Kilkanaście miesięcy temu wielu komentatorów ekscytowało się nowym podejściem Baracka Obamy do Iranu. Czegóż to wtedy nie napisano. A to, że Obama, w przeciwieństwie do zatwardziałego i ograniczonego George’a W. Busha, rozumie, czym jest dialog, islam i świat. A to, że jego słowa skruszą sumienia ajatollahów, którzy wyrzekną się planu produkcji broni atomowej.

Sam Obama jeszcze zanim został wybrany na prezydenta głosił, że jest gotów do rozmów z irańskimi przywódcami bez żadnych wstępnych warunków. Te deklaracje – choć czasem budziły niedowierzanie – na ogół były przyjmowane z dobrodziejstwem inwentarza. Kto by chciał przeczyć, że Obama oznacza wielką zmianę i nadzieję na coś naprawdę nowego?

Po swoim wyborze amerykański polityk starał się być wierny wcześniejszym zapowiedziom. Na perski Nowy Rok wygłosił przemówienie do przywódców Iranu, oferując współpracę polityczną i gospodarczą. Kiedy wybuchły antyrządowe zamieszki, milczał. Bo? Bo – jak można wnosić z wypowiedzi jego doradców – wierzył w to, że irańskie władze same się zmienią. I że poparcie dla opozycji jedynie rozdrażni reżim.

Przed ponad rokiem, komentując zwycięstwo Baracka Obamy, pisałem: „W takim nastroju [oczekiwania na zmianę] łatwo uwierzyć, że polityka wymyka się konieczności. Że (…) rozmowy z Iranem wymagają wyłącznie dobrej woli Waszyngtonu”.

Właśnie teraz Obamę dogoniła konieczność. Od kilku dni w tych samych mediach, które przedtem chwaliły nowe otwarcie Obamy, można przeczytać, że prezydent USA sięgnął po całkiem stare środki. Zauważył, że jego urok i czar niezbyt działają na ajatollahów i postanowił zagrozić Iranowi wprowadzeniem sankcji. A jeśli i to nie pomoże, Waszyngton gotów jest zastosować najstarszy i najskuteczniejszy środek: siłę.

Czy jedynym skutkiem kilkunastomiesięcznej próby uwiedzenia Irańczyków ma być to, że Obama wyzbył się złudzeń? Tak łatwo nie jest. Ucieczka przed koniecznością ma swoją cenę. Stracony na nauce czas kosztuje. Ameryka nie wykorzystała okazji, by nacisnąć na Teheran wówczas, gdy tamtejszy reżim wyraźnie się chwiał. Zamiast przyczynić się do zadania Mahmudowi Ahmadineżadowi śmiertelnego ciosu Obama czekał na przemianę serca. Teraz reżim okrzepł, a prezydent Iranu poczyna sobie coraz bardziej zuchwale, przyspieszając prace nad produkcją broni nuklearnej.

Zmieniła się też na niekorzyść sytuacja międzynarodowa. Swoją pokojową retoryką Obama osłabił determinację innych krajów, gotowych wcześniej poprzeć twardą politykę wobec Teheranu. Co gorsza, do wprowadzenia sankcji przeciw Iranowi Waszyngton potrzebuje zgody Chin. Te zaś wcale nie chcą Ameryce ulegać. Raz, że coraz śmielej konkurują z USA o wpływy. Dwa, że nowe otwarcie Obamy było traktowane przez władze w Pekinie jako wyraz słabości.

Tak skończyły się sny o pokoju, który nie opiera się na sile.

Praca dla Polski czy zaszczyty

29 stycznia 2010

Premier stwierdził, że nie chce być prezydentem, więc w gazetach zaroiło się od sondaży pokazujących, kto z PO może go zastąpić. Marszałek Bronisław Komorowski czy minister Radosław Sikorski? Może Hanna Gronkiewicz-Waltz? A może nawrócony na „projekt” Włodzimierz Cimoszewicz? Lub jeszcze ktoś inny? W Platformie znanych nazwisk jest legion, więc ze znalezieniem odpowiedniego następcy kłopotu być nie powinno. Chociaż…

Kiedy wsłuchać się dokładnie, jak swoją decyzję uzasadniał Donald Tusk, wychodzi na to, że PO w ogóle żadnego kandydata wystawiać nie powinna. No, panu całkiem się w głowie poprzewracało – już słyszę życzliwe głosy czytelników, szczególnie tych tropiących na każdym kroku antyrządowe odchylenia. Skądże znowu. Staram się tylko brać słowa premiera za dobrą monetę – odpowiadam.

Otóż Donald Tusk nie startuje, bo woli realną władzę od zaszczytów, rządzenie od prestiżu, ciężką pracę od spokoju, dokonywanie zmian od gnuśnego trwania. Więcej. Jak zauważył w jednym z wywiadów, wszystko, co w ostatnich dwóch latach było pozytywne, rodziło się w rządzie, a co negatywne – w pałacu. Wniosek: pałac to niebezpieczne miejsce, gdzie gnieżdżą się najmroczniejsze moce zastoju i zwady. Kto tam przybędzie, ani chybi łacno im ulegnie.

W podobnym duchu wypowiadają się też liczni komentatorzy, znani z tego, że światłe idee Tuska potrafią rozwinąć i nadać im swoisty polor. Według tychże znawców Pałac Prezydencki to wieża z kości słoniowej, złote akwarium, czysty pozór itd., itd. Dziwne wprawdzie wydaje się to nagłe nawrócenie premiera na premierowanie po dwóch latach zabiegów o prezydenturę, ale, któż to wie, może faktycznie przejrzał na oczy i dostrzegł kształt rzeczy w ich sensie istotnym. Tym bardziej że po podjęciu wiekopomnej decyzji gratulacje złożył mu sam były premier Tadeusz Mazowiecki, bądź co bądź polityk, który dał się zwieść mirażowi prezydentury i wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Pochwała z takich ust wiele znaczy.

Tak czy inaczej wszystko, co mówił Tusk, wyraźnie wskazuje, że kto chce zmieniać Polskę, powinien dać sobie spokój z walką o prezydenturę. W osobliwym świetle stawia to zatem pozostałych kandydatów PO. Wygląda na to, że nie chce im się pracować dla Polski, bo wolą zaszczyty. Że zamiast trudu wybrali łatwy prestiż i zamierzają spocząć na laurach. Nie chciałbym być na ich miejscu: od razu widać, że każdy kandydat to ukryty leń, któremu zachciało się błyskotek i reprezentacji, a nie prawdziwej, ciężkiej roboty. Ale dla takich przecież w Platformie miejsca być nie może, tam sami pracusie i fachowcy.

Zastanawiam się, jakie będzie wytłumaczenie tej sprzeczności. Może takie: dla dobra Polski – powie nowy kandydat PO na prezydenta – godzę się znosić ciężar pustych zaszczytów, byle tylko premier mógł pracować.

Donald Tusk między ucieczką a unikiem

28 stycznia 2010

Wierzę w swoje możliwości i w swoje siły – te słowa premiera z wczorajszej konferencji prasowej, podczas której ogłosił – tak przynajmniej można mniemać – rezygnację z kandydowania na urząd prezydenta, zabrzmiały jak kiepski żart. Równie niewiarygodnie brzmiały inne deklaracje premiera, szczególnie te dotyczące potrzeby silnego rządu. Kto w nie uwierzy?

Niemal od początku swoich rządów Tusk usprawiedliwiał brak reform wrogością i niechęcią prezydenta. To dlatego – twierdzili politycy Platformy – nie doszło do reformy systemu zdrowia. Dlatego Polska nie weszła do strefy euro. Dlatego nie udało się im zrealizować złożonych w trakcie kampanii w 2007 roku obietnic.  Rzeczywiście. Poważne reformy państwa muszą mieć zapewnione poparcie, a przynajmniej życzliwą neutralność prezydenta. A na to Tusk ze strony Lecha Kaczyńskiego nie mógł liczyć.

Logiczne jest zatem, że ten, kto faktycznie chce zmieniać Polskę, musi walczyć o całość władzy wykonawczej. A prawdziwy lider zawsze ubiega się o urząd najważniejszy, czyli w polskim systemie demokracji o urząd prezydenta. To prezydent ma poparcie ponad połowy głosujących, dysponuje silnym prawem weta oraz ma zapewnioną pięcioletnią kadencję. Wyborcy, którzy poważnie potraktowali zapowiedzi Tuska, mieli prawo oczekiwać, że premier wystartuje w wyborach właśnie po to, by spełnić swe zapowiedzi.

Rezygnacja Tuska byłaby zatem nie tyle efektem troski o modernizację kraju, ile – warto to nazwać wprost – strachu. Można by mieć wrażenie, że premier się przestraszył. Świadczyłby o tym choćby moment ogłoszenia decyzji. Nie może być przypadkiem, że Tusk zdecydował się na to akurat w tym samym dniu, kiedy zaczął zeznawać przed komisją hazardową Mirosław Drzewiecki.

PO już kilka razy pokazała, że doskonale rozumie medialne mechanizmy, że potrafi przykrywać niewygodne dla siebie informacje. Tak musiało być i tym razem. Ogłaszając swą decyzję, premier przebił występy Drzewieckiego. To słowa szefa rządu, a nie zeznania ministra sportu, stały się najważniejszą informacją dnia.

Pozostaje jednak pytanie, czy to, co mówił Donald Tusk oznacza, że nie pozostawił sobie żadnej furtki do powrotu. Można sobie przecież wyobrazić, że za kilka miesięcy będzie mógł powiedzieć – gdy skończy pracę komisja śledcza, a inny kandydat PO nie będzie gwarantował bezpiecznego zwycięstwa nad Lechem Kaczyńskim: – W  trosce o dobro Polski zmieniam zdanie. Czy to całkiem nierealny scenariusz?

Ale byłaby to ryzykowna gra. Większość wyborców uzna przecież, że Donald Tusk stchórzył. Że rezygnacja została na nim wymuszona, a misterny manewr jest po prostu ucieczką z pola walki i dowodzi, że Tusk w sprawie afery hazardowej ma nieczyste sumienie. Do tej pory przecież nie potrafił powiedzieć, dlaczego tak późno zareagował na doniesienia Mariusza Kamińskiego, dlaczego tak długo tolerował wśród swych najbliższych współpracowników Mirosława Drzewieckiego i Zbigniewa Chlebowskiego.

Platforma znalazła się w trudnej sytuacji. Każdy jej następny kandydat będzie musiał  wytłumaczyć, jak to się stało, że to on, a nie Tusk, walczy z Lechem Kaczyńskim. Szkoda, że Platforma nie wyciągnęła z afery – tak jak to na początku mogło wyglądać – radykalnych wniosków. Że zamiast rozprawić się ze skompromitowanymi politykami, coraz mocniej stara się ich chronić. Zamiast stawić czoło wyzwaniom, szuka wykrętów, uników. A to stara się ośmieszyć lub obezwładnić komisję, a to ukryć znaczenie składanych tam zeznań. W takiej sytuacji trudno o zdobycie zaufania.

To zaś oznacza, że szanse Lecha Kaczyńskiego nie są już tylko iluzoryczne. Ucieczka Tuska otworzyła przed nim szansę. Choć biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, trudno uwierzyć, by potrafił ją wykorzystać.

Tusku, nie chcesz? Ale musisz!

22 stycznia 2010

Coraz częściej słyszę, że Donald Tusk rozważa rezygnację ze startu w wyborach prezydenckich. Początkowo uważałem to albo za żart, albo za dywersję.

W końcu wizja premiera, który miesiącami się waha, rozmyśla, przechyla się to w jedną, to w drugą stronę, nie wydaje się – państwo przyznają – atrakcyjna. Mimo to coś jest na rzeczy. Tusk naprawdę się waha. Pewnie ma swoje powody. Jakie? Wystarczy się przyjrzeć dotychczasowym, obciążającym go zeznaniom Mariusza Kamińskiego, żeby je zrozumieć. Ale czy premier ma inne wyjście? Czy może zachować swoją pozycję i jedność Platformy, nie startując?

W Polsce najważniejszym stanowiskiem politycznym nie jest – cokolwiek by o tym mówili znawcy konstytucji – urząd premiera, lecz prezydenta. To prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych i cieszy się – w demokracji to wartość podstawowa – największą legitymizacją. Po prostu żaden inny polityk nie może powiedzieć, że głosowała na niego, choćby w drugiej turze, większość aktywnych wyborców. Poza tym konstytucja powierza mu ogromną władzę. To prawda, głównie negatywną, ale realną. Bez zgody prezydenta żaden szef rządu nie może przeprowadzić istotnej reformy. I rzecz trzecia: tylko urząd prezydenta cieszy się tak dużą stabilnością. Pięć lat gwarantowanego sprawowania władzy – takiego komfortu nie ma premier. A stabilność i trwałość budzi w demokracji naturalny respekt i szacunek; prezydent, mający realne kompetencje, praktycznie nieodwoływalny, to jedyna pozostałość ustroju monarchicznego, z całym związanym z tym majestatem i splendorem władzy. Polski polityk, który rezygnuje z ubiegania się o ten urząd, sam uznaje, powiem to tak, swoją pośledniość.

Polityka staje się coraz bardziej spersonalizowana. Wyborów dokonuje się nie przede wszystkim ze względu na taki czy inny program partii – tych domagają się zwykle komentatorzy – ale ze względu na osobę, jej charakter, zaufanie, jakie budzi, ba, nawet urodę. Czy to się komu podoba czy nie, decyzja polityczna nie jest tylko efektem racjonalnej kalkulacji. Tym bardziej w przypadku wyborów prezydenckich, w których zwycięski przywódca musi przekonać do siebie często całkiem różne ideologicznie grupy wyborców.

Rezygnacja Tuska byłaby zatem, uważam, końcem jego prawdziwej kariery politycznej. Większość wyborców uzna, że jest to ucieczka, przejaw słabości, tchórzostwa, strachu przed ustaleniami komisji hazardowej. Obecny premier zbudował swoją pozycję na byciu anty-Kaczyńskim. To dzięki temu PO wciąż cieszy się tak dużą popularnością. Wycofać się teraz z rozgrywki, postawić na innego kandydata to tyle, mniemam, co zadeklarować kapitulację.

Dla tych, którzy do tej pory Tuskowi ufali, byłoby to wielkim rozczarowaniem. Ci zaś, którzy od początku powątpiewali w zdolności przywódcze lidera PO, byliby naprawdę usatysfakcjonowani. Czy ktoś by zaprzeczył, że nie mieli racji?

Zmiana wizerunku nie wystarczy

15 stycznia 2010

Czytając sondaże poparcia dla kandydatów na prezydenta, można by uznać, że wybory prezydenckie już za nami.

Rzeczywiście, nie widziałem do tej pory badania, które pokazywałoby, że Lech Kaczyński ma jeszcze szanse. Obecny prezydent przegrywa nie tylko z Donaldem Tuskiem, ale też z wieloma innymi politykami Platformy Obywatelskiej. Większość Polaków wciąż wybiera w prosty sposób: każdy, byle nie Kaczyński. 

Zwolennicy obecnego prezydenta wskazują, że nie jest on ani Lechem Wałęsą, ani Aleksandrem Kwaśniewskim. To akurat prawda. Nie ma komunistycznych korzeni, rozumie polską wrażliwość, nie będzie się przewracał na grobach oficerów w Charkowie. Potrafił też dostrzec wagę niepodległościowej tradycji, a jego polityka historyczna, z naciskiem, jaki kładzie na znaczenie antykomunizmu, jest pewnie – tak przynajmniej uważam – najjaśniejszą stroną tej prezydentury. Nie sposób mu też odmówić śmiałości i odwagi. Ale czy to wystarczy?

W ostatnim czasie prezydent próbuje ocieplić swój wizerunek. Idąc śladem Kwaśniewskiego, wystąpił w „Gali”. Otoczył się współpracownikami, którzy robią wrażenie kompetentnych urzędników i, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, jak ognia unikają awantur. Słusznie. Prezydent widać wreszcie zrozumiał, że przy obecnej nierównowadze medialnej publiczny spór z premierem i rządem najczęściej kończy się dla niego przegraną. Wyraźnie próbuje też pokazać swoją, tak to można nazwać, nowoczesną, otwartą twarz. Stąd powołanie Narodowej Rady Rozwoju, do której zaprosił polityków spoza własnej formacji. Tak samo chyba należy interpretować zapowiedź wyjazdu do Davos: prezydent chce pokazać, że w gronie światowych polityków, biznesmenów i intelektualistów nie będzie się czuł nieswojo. Tylko czy Kaczyński w roli drugiego Kwaśniewskiego jest przekonywający?

Problem polega chyba na tym, że wszystkie te posunięcia mają charakter wizerunkowy. Tak jakby wystarczyło pokazać wyborcom lepszą stronę charakteru prezydenta i już. Czyżby?

Do tej pory Kaczyński nie potrafił, sądzę, powiedzieć najważniejszej rzeczy: po co mu ta prezydentura. Cztery lata temu stał na czele obozu politycznego, który miał całościową wizję przebudowy państwa, podkreślał wagę suwerenności, pokazywał spójną wizję przyszłości i odpowiadał na oczekiwania większości. Co z tej wizji zostało? Jaki wielki projekt udało się przez te lata zrealizować? Co istotnego potrafił zbudować? Jaką instytucję? To samo pytanie można postawić inaczej: jakie jest trwałe polityczne dziedzictwo tej prezydentury, dziedzictwo, do którego będzie można przez lata nawiązywać?

Nie widzę odpowiedzi na te pytania. A bez ich znalezienia trudno mi uwierzyć, by Kaczyński mógł sprawić niespodziankę i wygrać.