Zanim zejdę do podziemia

23 sty 2012

Istnieje już w Polsce drugi obieg czy nie? Czy obecna władza i system polityczny faktycznie przypominają ten z okresu PRL? I czy ci, którzy się z nim godzą, tracą moralną godność i honor? A może wręcz przeciwnie, takie oceny są tylko dowodem publicystycznej gorączki i histerii? Są komentatorzy, dla których samo postawienie takich pytań jest już dowodem, że z polską demokracją dzieje się coś niedobrego. Rzeczywiście, nie ma dymu bez ognia.

Gdyby niewykluczenie, gdyby nie całkowita nierównowaga stron sporu politycznego, gdyby nie fakt wyrzucenia z mediów publicznych wszystkich niemal znaczących publicystów o prawicowych poglądach, takiej debaty by nie było. Więcej – nie byłoby jej też pewnie bez katastrofy smoleńskiej, bez dojmującego poczucia, że obecny rząd i wspierające go media tak naprawdę nie były zainteresowane jej wyjaśnieniem, wskazaniem odpowiedzialnych i wyciągnięciem wobec nich konsekwencji. Ta dyskusja, zgoda, jest reakcją na krzyczącą niesprawiedliwość.

Śmieszą mnie zatem głosy tych, którzy twierdzą, że nierównowaga medialna wcale nie jest tak znacząca, bo przecież po prawej stronie jest „Nasz Dziennik”, Radio Maryja, „Gazeta Polska”, „Uważam Rze” i prawicowe portale. Naprawdę, taka opinia, a jest ona całkiem częsta, świadczy w najlepszym razie o ślepocie. Pomijam już, że media te nie stanowią wspólnej siły, że często i ostro się ze sobą spierają, reprezentując różny światopogląd. Nawet jednak gdyby zebrać je wszystkie razem i potraktować jako pewną całość, to tak pod względem siły oddziaływania, jak i zaplecza kapitałowego są nieporównywalnie słabsze od konglomeratu wielkich telewizji, w tym publicznej, potężnych stacji radiowych, największych gazet oraz tygodników. A i tak ich trwanie jest ciągle solą w oku establishmentu.

I znowu, żeby była jasność, taki stan nie jest wyłącznie skutkiem działania niewidzialnej ręki wolnego rynku, ale w dużej mierze efektem świadomych, politycznych decyzji podjętych przy okrągłym stole. To wtedy zadecydowano o dystrybucji dóbr, to wtedy tak, a nie inaczej – czyli broniąc interesów zwolenników ugody z komunistami – podzielono wpływy i zasoby. Przejęcie mediów publicznych przez PiS po wygranych przez tę partię wyborach było nieudaną i często niekonsekwentną próbą przywrócenia elementarnej równowagi. To wtedy na krótko okazało się, że w mediach publicznych można bronić polskiego interesu, że tradycja narodowa nie służy do wyśmiewania, a zasoby dziejowej mądrości nie zostały zgromadzone na ulicy Czerskiej.

To wszystko racja. Tylko pytam: czy słuszny sprzeciw wobec niesprawiedliwości wystarcza jako projekt polityczny? I dalej. Czy ci, którzy tyle mówią o tym, że są wolnymi Polakami i tak łatwo piętnują innych, nie popadają przez to w pychę i resentyment? Naprawdę warto te pytania mieć na uwadze. I odpowiedzieć sobie na nie, nim zejdzie się do podziemia.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polski teatr absurdu

16 sty 2012

Premierowi właściwie należałoby współczuć. Biedak co na urlop wyjedzie, to afera. W zeszłym roku, kiedy to po ciężkiej pracy, tyrając i bokami robiąc dla Polski, wyruszył na dobrze zasłużony odpoczynek w Dolomity, wszystko popsuła generał Anodina, która postanowiła zorganizować feralną konferencję prasową MAK akurat wtedy, gdy szef rządu po stokach szusował.

W tym roku było jeszcze gorzej. Nie zdążył na dobre wybrzmieć dźwięk silnika tuskowego samolotu, a tu przed kamerami zasiadł pułkownik Mikołaj Przybył i jednym, szczęśliwie nieudanym, strzałem zniszczył premierowi cały urlop. Od razu posypały się na Tuska gromy, że nie komentuje, że wyjechał, że odpoczywa. Rzeczywiście, można by zapytać, dlaczego to premier ma być niby odpowiedzialny za sposób, w jaki swoje przywiązanie do istnienia prokuratury wojskowej postanowił zamanifestować jeden z urzędników? Co ma piernik do wiatraka?

Ano, ma. Bo nie o samego Przybyła tu chodzi. Jest to postać być może tragiczna, choć i z farsy, ku czemu bardziej się skłaniam, czas to i śledztwo pokażą. Zawsze też może się zdarzyć, w najlepiej nawet urządzonym państwie, że dochodzi do skandalu, że komuś puszczą nerwy. I za takie wybryki, powiedzmy oględnie, naturalne przypadłości ludzkie rządu obciążać nie sposób. Tyle tylko, że w tym przypadku chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi o reakcję właściwych organów państwa, chodzi o zachowanie się jego struktur.

Pierwszą zaś reakcją było wystąpienie Krzysztofa Parulskiego, szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej, który, nie mogę oprzeć się wrażeniu, poparł niedoszłego samobójcę. Rozumiem, że mógł odczuwać litość. Ale Parulski poszedł znacznie dalej.

On, można sądzić, próbował wykorzystać Przybyła do rozgrywki o władzę z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem. A wszystko to dzieje się kilkanaście miesięcy po tym, jak Platforma doprowadziła do rozdziału funkcji  ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, zapewniając, że to uzdrowi sytuację w wymiarze sprawiedliwości.

Dobre sobie.

Jak się muszą czuć teraz zwykli obywatele, kiedy widzą, jak jeden prokurator próbuje się zastrzelić, jego zwierzchnik go broni i przy okazji atakuje szefa całej instytucji? Jak mogą wierzyć w zapewnienia, że śledztwo smoleńskie było prowadzone sprawnie, skoro tak ważną rolę odgrywał w nim niedoszły samobójca Przybył i jego obrońca generał Parulski? Nie mogą.

Gorzej. Zamiast natychmiastowego odwołania szefa prokuratury wojskowej przedstawiciele władz podzielili się na zwolenników Seremeta i Parulskiego, to jednemu, to drugiemu sekundując. Od kiedy okazało się, że ten drugi może liczyć na poparcie – jak wiele wskazuje – prezydenta, państwo przemieniło się w teatr absurdu i groteski. Taki jest efekt platformerskiej polityki uciekania przed decyzjami i dogadywania się z różnymi grupami interesów.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Węgry i marzenie o niezależności

09 sty 2012

Widmo Viktora Orbána krąży po Polsce. Zaiste, gdyby wsłuchać się w głosy polskich komentatorów, łacno okaże się, że dziś Węgry to kraj stojący nad przepaścią, państwo, które tłamsi demokrację i swobodę, naród, który zapomniał o wolności i powierzył swe losy w ręce niemal dyktatora. Zewsząd słyszę głosy potępienia i oburzenia.

I nie wiem już, czy Orbán to drugi Kaczyński, czy też Kaczyński to drugi Orbán. Nie wiem, czy Warszawa to niedoszły Budapeszt, czy też Budapeszt to sen spełniony polskiej prawicy.

A jednak przy tej niewiedzy mojej, przy tym braku pewności co do tego, jak się dokładnie rzeczy nad Balatonem mają, do węgierskiego przywódcy odczuwam, przyznaję to szczerze, nie bacząc na możliwe wyrazy oburzenia, sympatię. Z pewnością węgierski premier popełnia błędy. Mimo to należy mu się uznanie.

Orbán próbuje od początku prowadzić politykę podmiotową. Wbrew faktycznej słabości Węgier, wbrew temu, że upadek komunizmu spowodował tam, tak jak w Polsce, tak jak w innych krajach Europy Środkowej, panowanie postkolonializmu, węgierski premier stara się wybić na niezależność. Usiłuje budować państwo suwerenne wbrew interesom wielkich koncernów i korporacji. Co więcej, Orbán nie zapomina, że państwo to nie tylko gospodarka, nie tylko prosty, przejrzysty, sprawnie działający system podatkowy. Państwo to też tradycja narodowa, to system wartości. W przypadku kraju europejskiego to – wbrew większości europejskich elit – chrześcijaństwo.

Z tego też powodu – sądzę – jest tak znienawidzony przez dużą część lewicowego, europejskiego establishmentu. Jak to – myślą – w XXI w., w państwie Unii Europejskiej pojawił się polityk, dla którego „naród”, „chrześcijaństwo”, „wartości” to są słowa ważne? Który na poważnie chce prowadzić politykę? Który wierzy, że z nadania wyborców ma prawo stawić czoła konieczności będącej inną twarzą globalnych grup interesów. Który ma czelność domagać się równouprawnienia. Który chce, by jego naród traktowano poważnie. To nie mieści się w głowie.

Nie wiem, jak zakończy się ta przygoda Orbána. Czy śmiałe reformy pozwolą mu za kilka lat powiedzieć, że spełnił marzenia Węgrów i ponownie wygrać wybory. Czy też, w starciu z koniecznością, narastającym kryzysem gospodarczym całej Unii, niezwykle silnym oporem europejskich elit, wreszcie wskutek własnych wad – któż jest od nich wolny? – będzie musiał uznać swoją porażkę. Jak by nie było, Orbán będzie na długo wzorem do naśladowania i nadzieją dla polityków tej części Europy, którzy nie godzą się na rolę poddanych i lenników, którzy nie chcą przytakiwać silniejszym, ale szukają swojego suwerennego, własnego, podmiotowego głosu. Dla których ani Berlin, ani Bruksela, ani Paryż, ani socjalizm unijny, ani marksistowscy mędrcy nie są wyrocznią i źródłem prawdy.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Arogancja zamiast zaufania

02 sty 2012

Jeszcze tydzień temu, składając życzenia noworoczne, napisałem byłem, że im będzie trudniej, tym większa będzie potrzeba poparcia dla rządu. Nie spodziewałem się, że owa potrzeba tak rychło stanie się faktem. Nim się człowiek obejrzał, ministrowie rządu Donalda Tuska ruszyli do dzieła. Teraz biję się w piersi i do winy przyznaję, jam to przecież, wraz z innymi mi podobnymi zgryźliwcami, domagał się od rządu czynów, wzywał do zmian, krytykował lenistwo. I stało się! Ledwo premier skończył przewodniczyć Europie, ledwo znalazł chwilę dla polskich, przyziemnych spraw, od razu przed aptekami pojawiły się kolejki zdesperowanych pacjentów. Nie sposób ukryć, że obecna marszałek Sejmu Ewa Kopacz, która przygotowała pakiet ustaw zdrowotnych, pospołu z Bartoszem Arłukowiczem zrobili więcej zamieszania niż cały poprzedni gabinet razem wzięty. Przy nich nawet – skądinąd wydawałoby się trudne do przebicia – osiągnięcia Cezarego Grabarczyka na niwie krzewienia chaosu na kolei zdają się blednąć. Doprawdy, rząd jest mistrzem rozwiązywania problemów, które sam stwarza.

Ktoś wprawdzie mógłby wziąć Ministerstwo Zdrowia w obronę i twierdzić, że zmiany na liście leków refundowanych były konieczne, że budżet musi oszczędzać, że nigdy nie uda się doprowadzić do pogodzenia różnych interesów: pacjentów, którzy chcą jak najtańszych lekarstw, NFZ, który ma je refundować, i firm farmaceutycznych, które je produkują. To wszystko prawda. Ale jest i druga strona medalu. Jeśli wskutek decyzji urzędników mogą ulec pogorszeniu poczucie bezpieczeństwa, zdrowie i jakość życia zwykłych ludzi, to trzeba domagać się szczególnej ostrożności. Dlaczego akurat najbardziej poszkodowane zmianami na liście miałyby być dzieci chore na cukrzycę? Dlaczego tak radykalnie mają wzrosnąć ceny leków przeciwbólowych, co dotknie chorych na raka?

Tych zmian nie poprzedzono kampanią informacyjną. Nikt nie zatroszczył się o niepokój pacjentów, mimo że wielu z nich będzie musiało zmienić terapię. Nie widać też, by rząd postarał się zapewnić osłonę najbiedniejszym. I nie zmienia tego fakt, że wskutek narastającej krytyki minister Arłukowicz postanowił w pośpiechu zmienić listę. Tym większe robi to wrażenie bałaganu i nieprzygotowania. Czyżby ministrowie utracili słuch?

Pomyśleć tylko, że cztery lata temu Donald Tusk obiecywał, że najważniejsze dla niego będzie zaufanie obywateli. To, że nową listę leków wprowadzono pokątnie, tak jakby z góry już założono protesty, mówi samo za siebie. Opublikowanie informacji na stronie internetowej ministerstwa w piątek po południu tuż przed Wigilią nie mogło być przypadkiem. Na tym polega arogancja władzy, która ze swych postanowień nie zamierzała się tłumaczyć. Ciekawe, jak długo będzie to jej uchodzić na sucho.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W krzywym zwierciadle

27 gru 2011

Polska, nie mam wątpliwości, to kraj wzorcowy. Przez sześć długich miesięcy dźwigał on na swych barkach ciężar walki z kryzysem, dzielnie i skutecznie dowodząc Unią Europejską. Nic dziwnego przeto, że gdy wreszcie w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku premier Donald Tusk przybył do siedziby Parlamentu Europejskiego, spotkały go tam jedynie wyrazy uznania, podziękowania i głośno wyrażane zachwyty. Polskiego przywódcę chwalono i z lewa, i z prawa, i ciszej, i głośniej, o czym z właściwą sobie powściągliwością i elegancją donosiły telewizje, radia i gazety. Oczywiście, by obraz nie był zbyt budujący, do tej beczki miodu trzeba dodać i łyżkę dziegciu. A łyżką ową jak zwykle okazały się głosy przedstawicieli polskiej prawicowej opozycji, która zamiast przyłączyć się do ogólnoeuropejskiego zachwytu, jątrzyła, kąsała, sarkała, w kostki kopała, dziury w całym szukając. Na szczęście na darmo. Bo jak słusznie zauważyli komentatorzy, tym razem PiS nie udało się przenieść do Europy polskiego piekła.

Oczywiście, nie należy się zastanawiać nad postawieniem fundamentalnego pytania, czy aby dorobek polskiej prezydencji nie zostanie zaprzepaszczony? Czy europejscy politycy dorosną do Donalda Tuska? Czy podołają? Na pewno nie będzie im łatwo. Poprzeczka została zawieszona przez Polskę i Platformę wysoko i nie wierzę, by w najbliższych latach komukolwiek udało się ją przeskoczyć.

Tym większa winna być chwała, że Tusk dokonał tego na przekór opozycji, wciąż przez nią zwalczany. W Polsce, trzeba to śmiało powiedzieć, rząd bywa nie dość kochany. Tuskowi i jego ekipie wciąż ktoś kłody rzuca pod nogi. Ktoś? Tym kimś okazuje się jak zawsze niezawodny Jarosław Kaczyński. Tym samym zaś dowodzi, że niczego nie rozumie. Wyobrażają sobie państwo, że on sobie wyobraża, iż wolno ciągle rząd krytykować? A gdzie troska o jedność? Gdzie odpowiedzial-ność tak upragniona przez obywateli? Czyste  to warcholstwo i liberum veto.

Gorzej jeszcze, że tak też zdają się myśleć jego wyborcy. Ciągle na przykład zamiast zająć sobie ręce klaskaniem, zamiast cmokać z podziwu nad Tuskiem, biadają i jęczą o potrzebie prawdy. Ciągle grzebią przy tej nieszczęsnej katastrofie smoleńskiej, co do której wiadomo dobrze, że nie ma przy czym grzebać. Bo państwo zdało egzamin, Rosjanie współpracowali i współpracują wzorowo, a BOR zachowało się profesjonalnie i właściwie, za co jego szef  otrzymał od prezydenta specjalną nagrodę.  I za to właśnie Polacy prezydenta kochają oraz szanują i w kolejnych sondażach coraz większym zaufaniem go darzą. Podobnie jak premiera.

I oby to się w 2012 r. nie zmieniło. Potrzeba jeszcze więcej zaufania do Platformy i do rządu. Pamiętajcie państwo: im będzie trudniej i gorzej, tym więcej poparcia dla rządu. Jednego jestem pewien: polskie media w większości staną na wysokości zadania i nie pozwolą opozycji psuć demokracji.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Moja rada: nie ulegać

19 gru 2011

Boże Narodzenie, wiadomo, to czas życzeń. Radosnych, nadziei pełnych, otuchę dających. Takie jednak, pozwolą państwo, pozostawię na boku. Nie moja to rola, by w tym, co najmilsze, wyręczać czytelników. A jednak jest kilka rzeczy, które właśnie w takim uroczystym dniu, tygodniu raczej, przypomnieć warto.

Na przykład o potrzebie zdrowego rozsądku. Rzecz to, okazuje się we współczesnej demokracji medialnej, najbardziej deficytowa. Raz za razem można obserwować, jak skądinąd poukładani, spokojni, wielce sobie pragmatyzm i racjonalność ceniący ludzie popadają w stan bliski amoku i na wyprzódki, kto pierwszy, ten lepszy, rzucają się w wir kolejnych utopijnych i niebezpiecznych projektów. I za każdym razem, kto nie wierzy, niech sprawdzi, z całym przekonaniem, zaangażowaniem, mocą i siłą utrzymują, że wynaleźli jedyną możliwą receptę.

Czy nie tak było z powstaniem euro? Projekt to był przyszłościowy i słuszny, postępowy i europejski. Dziś się wali, a ci sami mędrcy, którzy niegdyś przekonywali do zalet wspólnej europejskiej waluty, jakby nigdy nic kiwają głowami i przyznają, że to nie mogło się udać. Patrzę i oczom nie wierzę. Teraz do nich dotarło? Zresztą, co mi tam. Ale jak w ogóle mogę ich traktować poważnie? Dlaczego ci sami specjaliści, którzy nie bali się ogłaszać, że stworzono najbardziej stabilną i najbardziej bezpieczną walutę świata, dziś ni stąd, ni zowąd mówią, że w dotychczasowej postaci nie ma ona racji bytu?

Tak samo przebiega dyskusja na temat przyszłości Unii. Jeszcze dwa lata temu dziennikarze i komentatorzy, publicyści i politycy, przedstawiciele lewicy i prawicy twierdzili, że traktat lizboński to najmądrzejsze porozumienie pod słońcem. Że jeśli się go nie podpisze, to Unia upadnie. Pamiętacie państwo te spotkania ostatniej szansy? Te szczyty historyczne? Te przełomowe debaty? A ileż to wysiłku włożono w zmuszenie niesfornych do posłuszeństwa. Dla Irlandczyków zorganizowano nawet drugie referendum. I co teraz? Teraz, kiedy nadszedł kryzys, genialne porozumienie trzeba wrzucić do kosza i jak najszybciej przygotować lepsze. Tak samo jak poprzednie jedyne i doskonałe.

Stworzono, mam wrażenie, gigantyczny system zbiorowej nieodpowiedzialności. Nachalna europejska propaganda sukcesu wsparta po tysiąckroć przez media doprowadza do tego, że zdrowy rozsądek i dystans ustępują pola emocjom. Równania proste jak cepy – euro albo apokalipsa, federacja albo wojna – mają zmusić do posłuszeństwa niepokornych.

Jak się wobec tego zachować? Moja rada to nie ulegać. Nie dać się szantażować. Ani przyszłą katastrofą, ani mirażem nowej wspaniałej Europy. Nie podążać owczym pędem za innymi. Zamiast tego warto pamiętać o Polsce, czuć na sobie wzrok minionych pokoleń. Troszczyć się o jej niepodległość, spłacając w ten sposób zaciągnięty wobec przodków dług.

Tego sobie i wszystkim czytelnikom „Uważam Rze” życzę.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Marzenia eurokratów

12 gru 2011

Ostatnio pojawiła się nowa moda. Co rusz słyszę, że trzeba zredefiniować pojęcie suwerenności. Tak po europejsku, po brukselsku, zgodnie z najbardziej oświeconymi wymaganiami. Tak, żeby się dostosować do tego, co uradzą Sarkozy z Merkel albo Merkel z Sarkozym – para ta tak długo już radzi, że w oczach licznych komentatorów stała się jedną wręcz, dwugłową postacią o nazwie Merkozy (dlaczego nie Sarkel?). A że żyjemy w czasach, gdzie wszystko się miesza, rozpływa, przenika nawzajem, w siebie przechodzi i granice zatraca – płeć, role, miejsca, ludzie – to potrzeba określenia, czym jest lub czym byłaby teraz w Unii Europejskiej po kryzysie suwerenność, musi zdawać się czymś palącym.

Tyle że jeśli nieco głębiej wczytać się w postulaty modernizatorów, łacno okaże się, że suwerenność rozpada im się w rękach, marnieje, rozprasza. Złośliwy ktoś mógłby nawet powiedzieć, że w ogóle znika. Suweren to ten przecież, kto podejmuje decyzje. I to te najważniejsze, dotyczące nakładania podatków, tworzenia budżetów, wypowiadania wojen i zawierania pokoju. Oczywiście, niepodległe państwo może wchodzić z innymi w układy, może wiązać się porozumieniami i traktatami, może rezygnować z części swych praw i przekazywać je innym – tak powstała i dzięki temu trwa Unia. Ale unowocześniaczom chodzi o coś więcej.

Według nich trzeba wzmocnić instytucje Unii, żeby mogły one kontrolować rządy narodowe. Ale dlaczego rządy narodowe nie mogą się kontrolować same? Dlaczego nie wystarczy, że kontrolują je wyborcy? Co się stało z suwerenem, jakim był naród? Dlaczego nie działa prosty mechanizm polegający na tym, że niekompetentne rządy i kiepscy przywódcy są odwoływani? Innymi słowy, skąd wiara zwolenników europejskiej federacji, że na przykład Komisja Europejska będzie lepiej i skuteczniej pilnowała budżetów państwowych niż same te rządy?

Widać tu wyraźnie tęsknotę za nową formą niedemokratycznej biuro- albo raczej eurokracji. Marzenie, że uda się stworzyć system, w którym ludzie podejmujący decyzje, opracowujący budżety, pilnujący finansów i podatków nie będą podlegali naciskowi opinii publicznej. Skoro polityczni liderzy ciągle rozpuszczają wyborców, ogłaszają nowe przywileje i zadłużają swe państwa na potęgę, potrzebny jest ponadnarodowy ośrodek, mówi się, który od takiego nacisku byłby wolny.

Przed kim jednak byłby on odpowiedzialny? Jak można zapewnić posłuch dla jego decyzji? I jak powstrzymać jego urzędników przed rozszerzaniem władzy? Czy greckie, włoskie, hiszpańskie protesty przeciw cięciom i ograniczeniom wydatków publicznych byłyby mniej gwałtowne, gdyby te trudne zmiany zostały im narzucone bezpośrednio przez urzędników z Brukseli? Nie sądzę.

Taka tęsknota za bezstronnymi, nieuwikłanymi i niewybieralnymi demokratycznie idealnymi ekspertami jest wyjątkowo złudna. Jedyne, do czego doprowadzi, obawiam się, to do osłabienia niepodległego państwa narodowego.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ucieczka przed wolnością

05 gru 2011

Jedni twierdzą, że historia ruszyła w podskokach, inni dopatrują się zdrady. Dawno już żadna wypowiedź polityka nie wywołała takich emocji jak słowa Radosława Sikorskiego w Berlinie.

Na pewno należy go docenić za to, że tak jasno zarysował wizję federacyjnej Europy. Nie bał się też powiedzieć, że to Niemcy są największym beneficjentem Unii i że nie są one niewinną ofiarą rozrzutności pozostałych państw. Słuszne było również podkreślenie, że obecny kryzys gospodarczy nie jest skutkiem rozszerzenia Unii. Ale na tym moje pochwały się kończą.

Największym błędem ministra jest przeświadczenie, że rozpad strefy euro spowodowałby „kryzys apokaliptycznych rozmiarów”. Że doprowadziłby do załamania wspólnego rynku, a w konsekwencji do upadku samej Unii. Dlatego według Sikorskiego Europa staje przed wyborem: rozpad albo federacja. Ocalenie strefy euro staje się tym samym co ocalenie Unii, a ocalenie Unii to ocalenie demokracji.

Pierwsze pytanie: dlaczego? Przecież zanim powstała strefa euro, Unia istniała i działała. Wspólny rynek nie oznacza jednej waluty, ale swobodę przepływu ludzi i kapitału. Rozpad strefy euro – z pewnością coś, czego należy uniknąć – wcale nie musi prowadzić do katastrofy. Dlaczego Sikorski rezygnuje z trzeźwej analizy? Dlaczego mówi: albo strefa euro, albo apokalipsa? Bo to pozwala mu usprawiedliwić program wzmocnienia władzy instytucji unijnych kosztem narodowych.

Widać to, gdy minister prezentuje pozytywny program zmian ustrojowych wspólnoty. Sikorski jest wyjątkowo dobitny, gdy mówi o nowych uprawnieniach organów Unii – komisja staje się w tej wizji superrządem, instytucją, która kontroluje gabinety państw członkowskich, nakłada na nie sankcje, ingeruje w ich politykę, nadzoruje gospodarkę – i wyjątkowo enigmatyczny, kiedy opisuje, na czym miałoby polegać wzmocnienie ich demokratycznej legitymizacji. Unia w oczach ministra to nie Europa ojczyzn, ale jednolite państwo sfederowane. Kiedy minister mówi o sferach, które mają pozostać w gestii państw narodowych – religii, obyczajach, stylu życia – występuje w roli budowniczego skansenów. Narodowa tożsamość zostaje sprowadzona do roli cepeliowskiej pamiątki.

Polski minister zachowuje się jak ktoś, dla kogo podmiotowość i demokracja przedstawicielska są ciężarami utrudniającymi sprawne zarządzanie. Wolność państw narodowych to w tej perspektywie niewczesna niesforność. Racja i zdrowy rozsądek nie są po stronie niepodległych państw, ale unijnych zarządców, mitycznych reprezentantów równie mitycznego europejskiego demosu. Co uderzające, towarzyszy temu apel do Niemiec, by śmiało realizowały swoją hegemonię.

Naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że wdrożenie programu Sikorskiego prowadziłoby do wzmocnienia siły największych graczy Unii, szczególnie Niemiec. Co z tego miałaby Polska? Tego zrozumieć nie potrafię.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pod kuratelą Brukseli

28 lis 2011

Przysłuchuję się debacie o przyszłości Unii Europejskiej i czegoś, dalibóg, nie pojmuję. Wprawdzie taka już może moja przypadłość i ów brak rozumienia winienem złożyć na karb własnych ograniczeń, a nie dopatrywać się w nim innych powodów. Jednakże kto pyta, nie błądzi. Więc pytam.

Od wielu miesięcy strefa euro przeżywa kryzys, być może najpoważniejszy w historii. Jego najwidoczniejszą oznaką jest bankructwo Grecji – na temat tego, czy już do niego doszło, czy nastąpi on lada moment, zdania specjalistów są podzielone. Większość uważa, że praprzyczyną obecnego kryzysu jest przewaga myślenia politycznego nad gospodarczym. Twórcy strefy euro kierowali się przede wszystkim pewnym projektem politycznym, a nie rachubą zysków i strat gospodarczych. Powołali do życia walutę, która, najkrócej mówiąc, nie miała pokrycia. Albo przynajmniej niektóre państwa strefy nie są i nigdy nie były w stanie takiego pokrycia dostarczyć.

Dążenie do wspólnej waluty było jednak tak silne, bo skrywała się za nim wola tworzenia nowej wspólnoty politycznej. Ci, którzy przygotowali euro, tak naprawdę myśleli o federacyjnej Europie, w której suwerenność narodowa i państwowa zostałaby ograniczona na rzecz innego, ponadnarodowego podmiotu. Twórcy unii walutowej, można sądzić, oszukali wyborców co do swych intencji i dziś widać tego efekty.

Jak sobie z tym poradzić? Odpowiedzią ma być, słyszę, nowy rząd paneuropejski, nowy sposób kontroli suwerennych do tej pory państw. „Komisja Europejska będzie mogła wystąpić do krajów o rewizję projektów budżetów, jeżeli uzna, że są w poważnym stopniu niezgodne z wymogami polityki przewidzianej w Pakcie Stabilności i Wzrostu – stwierdził choćby szef Komisji José Manuel Barroso. Oznacza to przecież, że poszczególne rządy, przygotowując swoje budżety, będą odpowiadały nie przed wyborcami, ale przed… urzędnikami komisji. O ich zgodę będą zabiegać, ich wskazówki będą brać pod uwagę. To klasyczny przykład gaszenia pożaru benzyną.

Strefa euro nie udała się, bo była przede wszystkim projektem politycznym. A zatem… ratując ją, trzeba jeszcze więcej polityki. Przecież Barroso, a wraz z nim wielu innych niemieckich czy francuskich polityków, domagają się ni mniej, ni więcej wprowadzenia oświeconego dyktatu. I jeszcze używają do tego szantażu. Albo potulnie trzeba poddać się pod kuratelę Brukseli, mówią, albo fora ze dwora.

Kto nie chce utrzymania jednej waluty, ten nie chce Unii, kto zaś chce waluty, ten musi się pogodzić z tym, że nie ma nic do gadania. Od budżetów i deficytów – czyli od podatków, ulg, składek – są mądrzejsi ludzie niż rządy narodowe.

Więc albo rzeczywiście niczego nie rozumiem, albo plany Komisji Europejskiej są jawnym pogwałceniem demokracji i zasady suwerenności. Bo jakoś nie słyszałem do tej pory, żeby komisja przygotowała projekt prawa pozwalający ją demokratycznie odwołać. Wniosek? Wyborcy są na to chyba za głupi.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trybiki lewackiej rewolucji

21 lis 2011

W pewnym programie telewizyjnym usłyszałem, że teraz wizytówką Polski są pan Biedroń i pani Grodzka.

A że słowa te padły z ust popularnego publicysty, zadumałem się. Jak to – myślałem – to już do tego doszło, że tym, czym powinna się chwalić Polska, nie są gospodarka, przedsiębiorczość obywateli, odwaga, przywiązanie do niepodległości, szacunek dla tradycji, ale fakt, że w Sejmie zasiadł aktywista gejowski oraz transseksualist(k)a? Na tym polega teraz wielkość To jest to coś, czym Polacy będą się chlubić przed Zachodem? Tym będą przyciągać, na tym budować swoją wyższość?

Faktycznie. Po tym, jak w Sejmie znalazła się owa para, a jeszcze bardziej po tym, jak większość posłów wybrała na wicemarszałka Wandę Nowicką, znaną głównie ze swojej bezkompromisowej walki o prawo do aborcji, Polska ma znowu dobrą prasę. Ponownie się Polaków głaszcze, wreszcie po policzku poklepuje.

Ale żeby do tej beczki miodu łyżkę dziegciu dołożyć, przypomnę, że owo wyniesienie na piedestał Biedronia plus Grodzkiej nie jest niczym nadzwyczajnym, lecz jedynie prowincjonalnym przejawem powszechnej rewolucji, do której Polacy, tak jak i inni mieszkańcy Europy, szybko się dostosowują, radośnie merdając ogonkami. Mechanizm jest prosty. Wiele lat temu wyjawiła mi go pewna szwedzka lesbijka, działaczka tamtejszego ruchu wyzwolenia. Zwierzała się w dobrej wierze, bo też, myślała sobie pewnikiem, jeśli już spotyka się z dziennikarzem z Polski, jeśli już dotarł do niej i o rozmowę poprosił wysłannik z krainy ciemności i zaścianka katolicko-narodowego, musi być, ani chybi, tej samej lewacko-rewolucyjnej proweniencji co ona.

Najważniejsze są, twierdziła, trzy rzeczy: dobrze zorganizowana i oddana (bezwzględnie działająca) grupka ideowców (fanatyków), poparcie dużych mediów, wreszcie zmiany w prawie. Radykałowie opowiadają o swych rzekomych prześladowaniach. Jeśli uda się im znaleźć sympatyków wśród dziennikarzy – a to udaje się szybko – ich opowieść, wcześniej sekciarska, zostaje powszechnie przyjęta. Po prostu sympatia opinii publicznej idzie krok w krok za współczuciem. Dystrybucją współczucia zajmują się wielkie media, które przedstawiają agresorów jako ofiary, a tych, którzy się im opierają, jako napastników. Od tej pory na całą rzeczywistość patrzy się tylko z perspektywy homoseksualistów, lesbijek i innych mniejszości. Pod wpływem medialnego walca politycy wprowadzają nowe przepisy zakazujące krytycznych zachowań wobec mniejszości, potem zaś wprowadzają je w życie sędziowie. Kiedy już to się stanie, zmieniane są programy wychowania. System staje się szczelny.

Takim poręcznym narzędziem służącym do tresury jest chociażby wprowadzenie zakazu mowy nienawiści. Nim się człowiek obejrzy, jest posprzątane. Nie mam wątpliwości, że ten wzorzec działania powiela się w Polsce. Znacznie szybciej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop