Akt pierwszy: rysa obywatelska

13 lut 2012

Historia przychodzi zawsze z boku – taki wniosek można by zapewne wyciągnąć, obserwując heroiczne zmagania premiera z internautami.

Rzeczywiście. Kto by się bowiem spodziewał, że właśnie umowa ACTA tak głęboko wstrząśnie polską sceną polityczną? Po raz pierwszy od lat wyraźnie widać spadek poparcia dla Platformy wśród młodych wyborców, po raz pierwszy Internet – miejsce, gdzie dotąd Platforma dominowała – staje się zapleczem jej przeciwników.

Trudno w to uwierzyć. Popularności Donalda Tuska nie potrafiły zmienić ani afera hazardowa, ani katastrofa smoleńska, za którą przecież to jego rząd ponosi polityczną współodpowiedzialność, ani fatalnie prowadzone śledztwo i praktyczne oddanie go w ręce Rosji. Więcej. Nawet nieprawdopodobny bałagan związany z wprowadzeniem przez Bartosza Arłukowicza nowej listy leków refundowanych nie odbił się specjalnie na poparciu dla PO. Aż tu nagle w sprawie ACTA – umowy, którą jeszcze kilka tygodni temu mało kto potrafił zrozumieć – doszło do przełomu. Nie wydaje się też, żeby Tusk, mimo kilku zręcznych posunięć, potrafił się wykaraskać z kłopotów. Dawne sztuczki PR-owskie nie działają.

Mimo że premier zbeształ publicznie ministra, który umowę przygotował, mimo że ogłosił zawieszenie procesu ratyfikacji i że próbował przejąć inicjatywę, organizując spotkanie z internautami, efektów nie widać. Ba, wojna z rządem wręcz się nasiliła. Jak przeczytałem na Facebooku, pod hasłem „Popieranie PO świadczy o brakach w samodzielnym rozumowaniu” skupiło się kilkanaście tysięcy protestujących. Antyrządowe slogany i hasła przyciągają kolejne tysiące. Protesty przeciwko ACTA – słuszne czy nie – uczyniły wyłom.

Jaki jednak będzie ich skutek? Nie wiadomo przede wszystkim, na ile masowość protestów jest reakcją na umowę ACTA, a na ile umowa stała się swoistą kroplą, która przelała czarę goryczy. Może skala sprzeciwu nie byłaby tak wielka, gdyby nie to, że rządy Platformy w coraz większym stopniu budzą irytację i złość młodych wyborców? Faktycznie, oznaki kryzysu gospodarczego, bezrobocie, trudniejsza emigracja zarobkowa powodują, że liczba rozgoryczonych musi rosnąć. I coraz trudniej utrzymać ich w ryzach, posługując się straszakiem w postaci PiS.

Z drugiej strony jednak trudno powiedzieć, kto w sensie politycznym na protestach zyska. Różne dobre rzeczy można powiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim, ale nie wydaje się, by był on szczególnie wiarygodnym liderem ruchu internautów. Do takiej roli pewnie lepiej nadawałby się Janusz Palikot, ale i on, zbyt nachalnie próbując podłączyć się do antyactowców, został przez nich odrzucony.

Taka sytuacja nie może jednak trwać w nieskończoność. Ten, kto będzie potrafił politycznie wykorzystać niezadowolenie internautów, otworzy sobie, być może, drogę do przyszłej władzy.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

„Uważam Rze” zaczyna kolejny rok

06 lut 2012

Minął rok jak jeden dzień – myślę sobie, patrząc na okładkę pierwszego numeru „Uważam Rze” z datą 7 lutego 2011 r. Zdjęcie Grzegorza Schetyny nieco już wyblakło (podobnie jak i sam były marszałek zresztą), gazetowy papier starzeje się szybciej. Ale jeśli chodzi o zawartość – bez zmian. Ci sami publicyści, to samo przesłanie i te same wartości. W każdym niemal numerze piszą przecież Rafał A. Ziemkiewicz, Bronisław Wildstein, bracia Michał i Jacek Karnowscy, Piotr Semka, Piotr Zaremba, Dorota Gawryluk, Piotr Gabryel, Robert Mazurek, Igor Zalewski czy Krzysztof Feusette i tylu innych. Ba, co do autorów, to tych jest wciąż więcej, Waldemar Łysiak, stały gospodarz przedostatniej strony, dołączył do „Uważam Rze” po kilku miesiącach, a Szewach Weiss dosłownie przed tygodniami.

Obiecywaliśmy, że nasz tygodnik – wspólne dzieło publicystów, dla których tak ważnymi wartościami są wolność słowa, niezależność sądu, niepodległość Polski, wreszcie szacunek dla religijnej tradycji i wiara w przedsiębiorczość jednostek – będzie mówił innym głosem niż pozostałe. Że będziemy próbowali toczyć debatę o sprawach publicznych bez obelg i pogardy. Że będziemy odważnie krytykować błędy rządu i – znowu w przeciwieństwie do większości mediów – nie damy się wziąć na lep platformerskiej propagandy sukcesu. Że kierując się zdrowym rozsądkiem i myślą o dobru wspólnym, uda się nam – na tyle, na ile to możliwe – dostarczać odtrutki na kolejne fale ideologicznej poprawności, które zalewają Polskę. Że z właściwym sobie dystansem i sceptycyzmem przyglądać się będziemy wizjom nowych wspaniałych światów, nawet jeśli ich budowniczowie mieszkają na stałe nie w Moskwie, ale w Brukseli.

Dotrzymaliśmy, wierzę, słowa. Wiem, brzmi to bardzo poważnie, ale w końcu po tych 12 miesiącach, kiedy to Państwo już dobrze znają tygodnik, kiedy wiedzą, ile jest w nim humoru i ironii, trochę patosu nie zaszkodzi. I w zamian za to zdobyliśmy państwa zaufanie. Świadczą o tym nie tylko wyniki sprzedaży. Oczywiście, mało co może mnie cieszyć bardziej niż fakt, że co tydzień sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi kupuje tygodnik, że wielu nie potrafi sobie wyobrazić poniedziałku bez lektury „Uważam Rze”. Nie mniej istotne są też Państwa listy oraz opinie. I to nie tylko pochlebne. Każdy głos jest dla redakcji ważny, każdy pokazuje, dla jak wielu nasze pismo stało się punktem odniesienia.

Za to wszystko chciałbym Państwu po roku serdecznie podziękować. Dzięki Waszej uwadze okazało się, że na rynku jest miejsce dla pisma konserwatywno-liberalnego, że polska opinia publiczna to więcej, niż chcieliby sprawni prestidigitatorzy. I obiecuję, że tak będzie dalej. Czy to się komuś podoba, czy nie, dalej będziemy drążyli kwestię katastrofy smoleńskiej i dalej będziemy tropili to wszystko, co rządzący najchętniej skryliby przed oczami ogółu.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sztuka bezwstydnego gadania

30 sty 2012

Tydzień temu Piotr Semka w „Uważam Rze” napisał, że przed laty w sporach z Kościołem świat laicki reprezentowali Leszek Kołakowski i Jacek Kuroń, obecnie zaś zastąpili ich Dominik Taras czy Nergal. To prawda. Zabawne, że tego samego dnia, w którym ukazał się artykuł publicysty „Uważam Rze”, jakby na potwierdzenie jego słów „Newsweek” opublikował sążnisty wywiad z Dodą poświęcony stosunkowi do religii. Ba, nie obeszło się bez zdjęcia bohaterki na okładce i wstępniaka redaktora naczelnego, który skazanie piosenkarki za obrazę Biblii uznał za dowód, że Polska to kraj, „w którym obywatele mają stać na baczność przed oficjalnymi autorytetami” i gdzie  „jednostka nie ma statusu autonomicznego obywatela, ale raczej poddanego”.

Cóż, papier nie takie brednie zniesie i nie zajmowałbym się nimi, gdyby nie drobny fakt – słowa te pokazują, jak bardzo zmienił się poziom debaty publicznej na temat religii w Polsce. Okazało się, że im głupsze i bardziej wulgarne poglądy się wygłasza, tym na większy poklask można liczyć. Teolożka Doda, o której poparcie jeszcze niedawno zabiegali niektórzy konserwatywni politycy, podzieliła się z czytelnikami „Newsweeka” następującymi przemyśleniami na temat swego stosunku do wiary i polskości:

– jako dziecko lubiła kościół, bo tam można było głośno śpiewać,

– w kościele jej nie chcieli, bo śpiewała bardziej doniośle,

– jak się dorasta, to się zadaje pytania i dochodzi do różnych wniosków,

– Polska jest zacofana, a ona (piosenkarka) będzie kamieniem milowym,

– w Polsce jest sporo mądrych ludzi, którzy chcą z niej – cytuję  „Newsweeka” – wypierdalać,

– coraz więcej ludzi odwraca się od Kościoła i chce mieć prawo wyboru,

– Doda jest z innego świata, nie pasuje tutaj itp. itd.

Nie, to nie są wyznania nieopierzonego dziewczątka z „Bravo Girl”, ale najważniejsza rozmowa z renomowanego, bądź co bądź, tygodnika opinii.

Ktoś powie, że to wypadek przy pracy. Nie sądzę. Jak powiedziałem, stylem i jakością przemyśleń nie różni się to przecież specjalnie od wyznań tajemniczego profesora z „Gazety Wyborczej”, który w jednym ze świątecznych wydań opisywał heroizm myśli ateistycznej, utrzymując, że dla ludzi wiara jest biologicznie łatwiejsza od niewiary czy mądrości różnego rodzaju innych znawców Pisma, coraz częściej okupujących łamy gazet i tygodników czy studiów telewizyjnych. Wszystkie te wypowiedzi cechuje to samo, niezgłębione wręcz nieuctwo, hucpiarstwo sądów i nieskazitelny brak głębszej myśli. A mimo to wszystkie one trafiają do setek tysięcy ludzi. I spełniają najważniejsze zadanie: uczą bezwstydu. Pokazują, że można pleść, co ślina na język przyniesie, pławić się wręcz w wulgarności, a mimo to cieszyć się uznaniem.

To zupełnie nowy rodzaj antyklerykalizmu i będzie on – właśnie ze względu na swój prymitywizm – coraz bardziej niebezpieczny dla odwołującego się do tradycji i kultury chrześcijaństwa.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zanim zejdę do podziemia

23 sty 2012

Istnieje już w Polsce drugi obieg czy nie? Czy obecna władza i system polityczny faktycznie przypominają ten z okresu PRL? I czy ci, którzy się z nim godzą, tracą moralną godność i honor? A może wręcz przeciwnie, takie oceny są tylko dowodem publicystycznej gorączki i histerii? Są komentatorzy, dla których samo postawienie takich pytań jest już dowodem, że z polską demokracją dzieje się coś niedobrego. Rzeczywiście, nie ma dymu bez ognia.

Gdyby niewykluczenie, gdyby nie całkowita nierównowaga stron sporu politycznego, gdyby nie fakt wyrzucenia z mediów publicznych wszystkich niemal znaczących publicystów o prawicowych poglądach, takiej debaty by nie było. Więcej – nie byłoby jej też pewnie bez katastrofy smoleńskiej, bez dojmującego poczucia, że obecny rząd i wspierające go media tak naprawdę nie były zainteresowane jej wyjaśnieniem, wskazaniem odpowiedzialnych i wyciągnięciem wobec nich konsekwencji. Ta dyskusja, zgoda, jest reakcją na krzyczącą niesprawiedliwość.

Śmieszą mnie zatem głosy tych, którzy twierdzą, że nierównowaga medialna wcale nie jest tak znacząca, bo przecież po prawej stronie jest „Nasz Dziennik”, Radio Maryja, „Gazeta Polska”, „Uważam Rze” i prawicowe portale. Naprawdę, taka opinia, a jest ona całkiem częsta, świadczy w najlepszym razie o ślepocie. Pomijam już, że media te nie stanowią wspólnej siły, że często i ostro się ze sobą spierają, reprezentując różny światopogląd. Nawet jednak gdyby zebrać je wszystkie razem i potraktować jako pewną całość, to tak pod względem siły oddziaływania, jak i zaplecza kapitałowego są nieporównywalnie słabsze od konglomeratu wielkich telewizji, w tym publicznej, potężnych stacji radiowych, największych gazet oraz tygodników. A i tak ich trwanie jest ciągle solą w oku establishmentu.

I znowu, żeby była jasność, taki stan nie jest wyłącznie skutkiem działania niewidzialnej ręki wolnego rynku, ale w dużej mierze efektem świadomych, politycznych decyzji podjętych przy okrągłym stole. To wtedy zadecydowano o dystrybucji dóbr, to wtedy tak, a nie inaczej – czyli broniąc interesów zwolenników ugody z komunistami – podzielono wpływy i zasoby. Przejęcie mediów publicznych przez PiS po wygranych przez tę partię wyborach było nieudaną i często niekonsekwentną próbą przywrócenia elementarnej równowagi. To wtedy na krótko okazało się, że w mediach publicznych można bronić polskiego interesu, że tradycja narodowa nie służy do wyśmiewania, a zasoby dziejowej mądrości nie zostały zgromadzone na ulicy Czerskiej.

To wszystko racja. Tylko pytam: czy słuszny sprzeciw wobec niesprawiedliwości wystarcza jako projekt polityczny? I dalej. Czy ci, którzy tyle mówią o tym, że są wolnymi Polakami i tak łatwo piętnują innych, nie popadają przez to w pychę i resentyment? Naprawdę warto te pytania mieć na uwadze. I odpowiedzieć sobie na nie, nim zejdzie się do podziemia.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polski teatr absurdu

16 sty 2012

Premierowi właściwie należałoby współczuć. Biedak co na urlop wyjedzie, to afera. W zeszłym roku, kiedy to po ciężkiej pracy, tyrając i bokami robiąc dla Polski, wyruszył na dobrze zasłużony odpoczynek w Dolomity, wszystko popsuła generał Anodina, która postanowiła zorganizować feralną konferencję prasową MAK akurat wtedy, gdy szef rządu po stokach szusował.

W tym roku było jeszcze gorzej. Nie zdążył na dobre wybrzmieć dźwięk silnika tuskowego samolotu, a tu przed kamerami zasiadł pułkownik Mikołaj Przybył i jednym, szczęśliwie nieudanym, strzałem zniszczył premierowi cały urlop. Od razu posypały się na Tuska gromy, że nie komentuje, że wyjechał, że odpoczywa. Rzeczywiście, można by zapytać, dlaczego to premier ma być niby odpowiedzialny za sposób, w jaki swoje przywiązanie do istnienia prokuratury wojskowej postanowił zamanifestować jeden z urzędników? Co ma piernik do wiatraka?

Ano, ma. Bo nie o samego Przybyła tu chodzi. Jest to postać być może tragiczna, choć i z farsy, ku czemu bardziej się skłaniam, czas to i śledztwo pokażą. Zawsze też może się zdarzyć, w najlepiej nawet urządzonym państwie, że dochodzi do skandalu, że komuś puszczą nerwy. I za takie wybryki, powiedzmy oględnie, naturalne przypadłości ludzkie rządu obciążać nie sposób. Tyle tylko, że w tym przypadku chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi o reakcję właściwych organów państwa, chodzi o zachowanie się jego struktur.

Pierwszą zaś reakcją było wystąpienie Krzysztofa Parulskiego, szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej, który, nie mogę oprzeć się wrażeniu, poparł niedoszłego samobójcę. Rozumiem, że mógł odczuwać litość. Ale Parulski poszedł znacznie dalej.

On, można sądzić, próbował wykorzystać Przybyła do rozgrywki o władzę z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem. A wszystko to dzieje się kilkanaście miesięcy po tym, jak Platforma doprowadziła do rozdziału funkcji  ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, zapewniając, że to uzdrowi sytuację w wymiarze sprawiedliwości.

Dobre sobie.

Jak się muszą czuć teraz zwykli obywatele, kiedy widzą, jak jeden prokurator próbuje się zastrzelić, jego zwierzchnik go broni i przy okazji atakuje szefa całej instytucji? Jak mogą wierzyć w zapewnienia, że śledztwo smoleńskie było prowadzone sprawnie, skoro tak ważną rolę odgrywał w nim niedoszły samobójca Przybył i jego obrońca generał Parulski? Nie mogą.

Gorzej. Zamiast natychmiastowego odwołania szefa prokuratury wojskowej przedstawiciele władz podzielili się na zwolenników Seremeta i Parulskiego, to jednemu, to drugiemu sekundując. Od kiedy okazało się, że ten drugi może liczyć na poparcie – jak wiele wskazuje – prezydenta, państwo przemieniło się w teatr absurdu i groteski. Taki jest efekt platformerskiej polityki uciekania przed decyzjami i dogadywania się z różnymi grupami interesów.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Węgry i marzenie o niezależności

09 sty 2012

Widmo Viktora Orbána krąży po Polsce. Zaiste, gdyby wsłuchać się w głosy polskich komentatorów, łacno okaże się, że dziś Węgry to kraj stojący nad przepaścią, państwo, które tłamsi demokrację i swobodę, naród, który zapomniał o wolności i powierzył swe losy w ręce niemal dyktatora. Zewsząd słyszę głosy potępienia i oburzenia.

I nie wiem już, czy Orbán to drugi Kaczyński, czy też Kaczyński to drugi Orbán. Nie wiem, czy Warszawa to niedoszły Budapeszt, czy też Budapeszt to sen spełniony polskiej prawicy.

A jednak przy tej niewiedzy mojej, przy tym braku pewności co do tego, jak się dokładnie rzeczy nad Balatonem mają, do węgierskiego przywódcy odczuwam, przyznaję to szczerze, nie bacząc na możliwe wyrazy oburzenia, sympatię. Z pewnością węgierski premier popełnia błędy. Mimo to należy mu się uznanie.

Orbán próbuje od początku prowadzić politykę podmiotową. Wbrew faktycznej słabości Węgier, wbrew temu, że upadek komunizmu spowodował tam, tak jak w Polsce, tak jak w innych krajach Europy Środkowej, panowanie postkolonializmu, węgierski premier stara się wybić na niezależność. Usiłuje budować państwo suwerenne wbrew interesom wielkich koncernów i korporacji. Co więcej, Orbán nie zapomina, że państwo to nie tylko gospodarka, nie tylko prosty, przejrzysty, sprawnie działający system podatkowy. Państwo to też tradycja narodowa, to system wartości. W przypadku kraju europejskiego to – wbrew większości europejskich elit – chrześcijaństwo.

Z tego też powodu – sądzę – jest tak znienawidzony przez dużą część lewicowego, europejskiego establishmentu. Jak to – myślą – w XXI w., w państwie Unii Europejskiej pojawił się polityk, dla którego „naród”, „chrześcijaństwo”, „wartości” to są słowa ważne? Który na poważnie chce prowadzić politykę? Który wierzy, że z nadania wyborców ma prawo stawić czoła konieczności będącej inną twarzą globalnych grup interesów. Który ma czelność domagać się równouprawnienia. Który chce, by jego naród traktowano poważnie. To nie mieści się w głowie.

Nie wiem, jak zakończy się ta przygoda Orbána. Czy śmiałe reformy pozwolą mu za kilka lat powiedzieć, że spełnił marzenia Węgrów i ponownie wygrać wybory. Czy też, w starciu z koniecznością, narastającym kryzysem gospodarczym całej Unii, niezwykle silnym oporem europejskich elit, wreszcie wskutek własnych wad – któż jest od nich wolny? – będzie musiał uznać swoją porażkę. Jak by nie było, Orbán będzie na długo wzorem do naśladowania i nadzieją dla polityków tej części Europy, którzy nie godzą się na rolę poddanych i lenników, którzy nie chcą przytakiwać silniejszym, ale szukają swojego suwerennego, własnego, podmiotowego głosu. Dla których ani Berlin, ani Bruksela, ani Paryż, ani socjalizm unijny, ani marksistowscy mędrcy nie są wyrocznią i źródłem prawdy.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Arogancja zamiast zaufania

02 sty 2012

Jeszcze tydzień temu, składając życzenia noworoczne, napisałem byłem, że im będzie trudniej, tym większa będzie potrzeba poparcia dla rządu. Nie spodziewałem się, że owa potrzeba tak rychło stanie się faktem. Nim się człowiek obejrzał, ministrowie rządu Donalda Tuska ruszyli do dzieła. Teraz biję się w piersi i do winy przyznaję, jam to przecież, wraz z innymi mi podobnymi zgryźliwcami, domagał się od rządu czynów, wzywał do zmian, krytykował lenistwo. I stało się! Ledwo premier skończył przewodniczyć Europie, ledwo znalazł chwilę dla polskich, przyziemnych spraw, od razu przed aptekami pojawiły się kolejki zdesperowanych pacjentów. Nie sposób ukryć, że obecna marszałek Sejmu Ewa Kopacz, która przygotowała pakiet ustaw zdrowotnych, pospołu z Bartoszem Arłukowiczem zrobili więcej zamieszania niż cały poprzedni gabinet razem wzięty. Przy nich nawet – skądinąd wydawałoby się trudne do przebicia – osiągnięcia Cezarego Grabarczyka na niwie krzewienia chaosu na kolei zdają się blednąć. Doprawdy, rząd jest mistrzem rozwiązywania problemów, które sam stwarza.

Ktoś wprawdzie mógłby wziąć Ministerstwo Zdrowia w obronę i twierdzić, że zmiany na liście leków refundowanych były konieczne, że budżet musi oszczędzać, że nigdy nie uda się doprowadzić do pogodzenia różnych interesów: pacjentów, którzy chcą jak najtańszych lekarstw, NFZ, który ma je refundować, i firm farmaceutycznych, które je produkują. To wszystko prawda. Ale jest i druga strona medalu. Jeśli wskutek decyzji urzędników mogą ulec pogorszeniu poczucie bezpieczeństwa, zdrowie i jakość życia zwykłych ludzi, to trzeba domagać się szczególnej ostrożności. Dlaczego akurat najbardziej poszkodowane zmianami na liście miałyby być dzieci chore na cukrzycę? Dlaczego tak radykalnie mają wzrosnąć ceny leków przeciwbólowych, co dotknie chorych na raka?

Tych zmian nie poprzedzono kampanią informacyjną. Nikt nie zatroszczył się o niepokój pacjentów, mimo że wielu z nich będzie musiało zmienić terapię. Nie widać też, by rząd postarał się zapewnić osłonę najbiedniejszym. I nie zmienia tego fakt, że wskutek narastającej krytyki minister Arłukowicz postanowił w pośpiechu zmienić listę. Tym większe robi to wrażenie bałaganu i nieprzygotowania. Czyżby ministrowie utracili słuch?

Pomyśleć tylko, że cztery lata temu Donald Tusk obiecywał, że najważniejsze dla niego będzie zaufanie obywateli. To, że nową listę leków wprowadzono pokątnie, tak jakby z góry już założono protesty, mówi samo za siebie. Opublikowanie informacji na stronie internetowej ministerstwa w piątek po południu tuż przed Wigilią nie mogło być przypadkiem. Na tym polega arogancja władzy, która ze swych postanowień nie zamierzała się tłumaczyć. Ciekawe, jak długo będzie to jej uchodzić na sucho.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W krzywym zwierciadle

27 gru 2011

Polska, nie mam wątpliwości, to kraj wzorcowy. Przez sześć długich miesięcy dźwigał on na swych barkach ciężar walki z kryzysem, dzielnie i skutecznie dowodząc Unią Europejską. Nic dziwnego przeto, że gdy wreszcie w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku premier Donald Tusk przybył do siedziby Parlamentu Europejskiego, spotkały go tam jedynie wyrazy uznania, podziękowania i głośno wyrażane zachwyty. Polskiego przywódcę chwalono i z lewa, i z prawa, i ciszej, i głośniej, o czym z właściwą sobie powściągliwością i elegancją donosiły telewizje, radia i gazety. Oczywiście, by obraz nie był zbyt budujący, do tej beczki miodu trzeba dodać i łyżkę dziegciu. A łyżką ową jak zwykle okazały się głosy przedstawicieli polskiej prawicowej opozycji, która zamiast przyłączyć się do ogólnoeuropejskiego zachwytu, jątrzyła, kąsała, sarkała, w kostki kopała, dziury w całym szukając. Na szczęście na darmo. Bo jak słusznie zauważyli komentatorzy, tym razem PiS nie udało się przenieść do Europy polskiego piekła.

Oczywiście, nie należy się zastanawiać nad postawieniem fundamentalnego pytania, czy aby dorobek polskiej prezydencji nie zostanie zaprzepaszczony? Czy europejscy politycy dorosną do Donalda Tuska? Czy podołają? Na pewno nie będzie im łatwo. Poprzeczka została zawieszona przez Polskę i Platformę wysoko i nie wierzę, by w najbliższych latach komukolwiek udało się ją przeskoczyć.

Tym większa winna być chwała, że Tusk dokonał tego na przekór opozycji, wciąż przez nią zwalczany. W Polsce, trzeba to śmiało powiedzieć, rząd bywa nie dość kochany. Tuskowi i jego ekipie wciąż ktoś kłody rzuca pod nogi. Ktoś? Tym kimś okazuje się jak zawsze niezawodny Jarosław Kaczyński. Tym samym zaś dowodzi, że niczego nie rozumie. Wyobrażają sobie państwo, że on sobie wyobraża, iż wolno ciągle rząd krytykować? A gdzie troska o jedność? Gdzie odpowiedzial-ność tak upragniona przez obywateli? Czyste  to warcholstwo i liberum veto.

Gorzej jeszcze, że tak też zdają się myśleć jego wyborcy. Ciągle na przykład zamiast zająć sobie ręce klaskaniem, zamiast cmokać z podziwu nad Tuskiem, biadają i jęczą o potrzebie prawdy. Ciągle grzebią przy tej nieszczęsnej katastrofie smoleńskiej, co do której wiadomo dobrze, że nie ma przy czym grzebać. Bo państwo zdało egzamin, Rosjanie współpracowali i współpracują wzorowo, a BOR zachowało się profesjonalnie i właściwie, za co jego szef  otrzymał od prezydenta specjalną nagrodę.  I za to właśnie Polacy prezydenta kochają oraz szanują i w kolejnych sondażach coraz większym zaufaniem go darzą. Podobnie jak premiera.

I oby to się w 2012 r. nie zmieniło. Potrzeba jeszcze więcej zaufania do Platformy i do rządu. Pamiętajcie państwo: im będzie trudniej i gorzej, tym więcej poparcia dla rządu. Jednego jestem pewien: polskie media w większości staną na wysokości zadania i nie pozwolą opozycji psuć demokracji.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Moja rada: nie ulegać

19 gru 2011

Boże Narodzenie, wiadomo, to czas życzeń. Radosnych, nadziei pełnych, otuchę dających. Takie jednak, pozwolą państwo, pozostawię na boku. Nie moja to rola, by w tym, co najmilsze, wyręczać czytelników. A jednak jest kilka rzeczy, które właśnie w takim uroczystym dniu, tygodniu raczej, przypomnieć warto.

Na przykład o potrzebie zdrowego rozsądku. Rzecz to, okazuje się we współczesnej demokracji medialnej, najbardziej deficytowa. Raz za razem można obserwować, jak skądinąd poukładani, spokojni, wielce sobie pragmatyzm i racjonalność ceniący ludzie popadają w stan bliski amoku i na wyprzódki, kto pierwszy, ten lepszy, rzucają się w wir kolejnych utopijnych i niebezpiecznych projektów. I za każdym razem, kto nie wierzy, niech sprawdzi, z całym przekonaniem, zaangażowaniem, mocą i siłą utrzymują, że wynaleźli jedyną możliwą receptę.

Czy nie tak było z powstaniem euro? Projekt to był przyszłościowy i słuszny, postępowy i europejski. Dziś się wali, a ci sami mędrcy, którzy niegdyś przekonywali do zalet wspólnej europejskiej waluty, jakby nigdy nic kiwają głowami i przyznają, że to nie mogło się udać. Patrzę i oczom nie wierzę. Teraz do nich dotarło? Zresztą, co mi tam. Ale jak w ogóle mogę ich traktować poważnie? Dlaczego ci sami specjaliści, którzy nie bali się ogłaszać, że stworzono najbardziej stabilną i najbardziej bezpieczną walutę świata, dziś ni stąd, ni zowąd mówią, że w dotychczasowej postaci nie ma ona racji bytu?

Tak samo przebiega dyskusja na temat przyszłości Unii. Jeszcze dwa lata temu dziennikarze i komentatorzy, publicyści i politycy, przedstawiciele lewicy i prawicy twierdzili, że traktat lizboński to najmądrzejsze porozumienie pod słońcem. Że jeśli się go nie podpisze, to Unia upadnie. Pamiętacie państwo te spotkania ostatniej szansy? Te szczyty historyczne? Te przełomowe debaty? A ileż to wysiłku włożono w zmuszenie niesfornych do posłuszeństwa. Dla Irlandczyków zorganizowano nawet drugie referendum. I co teraz? Teraz, kiedy nadszedł kryzys, genialne porozumienie trzeba wrzucić do kosza i jak najszybciej przygotować lepsze. Tak samo jak poprzednie jedyne i doskonałe.

Stworzono, mam wrażenie, gigantyczny system zbiorowej nieodpowiedzialności. Nachalna europejska propaganda sukcesu wsparta po tysiąckroć przez media doprowadza do tego, że zdrowy rozsądek i dystans ustępują pola emocjom. Równania proste jak cepy – euro albo apokalipsa, federacja albo wojna – mają zmusić do posłuszeństwa niepokornych.

Jak się wobec tego zachować? Moja rada to nie ulegać. Nie dać się szantażować. Ani przyszłą katastrofą, ani mirażem nowej wspaniałej Europy. Nie podążać owczym pędem za innymi. Zamiast tego warto pamiętać o Polsce, czuć na sobie wzrok minionych pokoleń. Troszczyć się o jej niepodległość, spłacając w ten sposób zaciągnięty wobec przodków dług.

Tego sobie i wszystkim czytelnikom „Uważam Rze” życzę.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Marzenia eurokratów

12 gru 2011

Ostatnio pojawiła się nowa moda. Co rusz słyszę, że trzeba zredefiniować pojęcie suwerenności. Tak po europejsku, po brukselsku, zgodnie z najbardziej oświeconymi wymaganiami. Tak, żeby się dostosować do tego, co uradzą Sarkozy z Merkel albo Merkel z Sarkozym – para ta tak długo już radzi, że w oczach licznych komentatorów stała się jedną wręcz, dwugłową postacią o nazwie Merkozy (dlaczego nie Sarkel?). A że żyjemy w czasach, gdzie wszystko się miesza, rozpływa, przenika nawzajem, w siebie przechodzi i granice zatraca – płeć, role, miejsca, ludzie – to potrzeba określenia, czym jest lub czym byłaby teraz w Unii Europejskiej po kryzysie suwerenność, musi zdawać się czymś palącym.

Tyle że jeśli nieco głębiej wczytać się w postulaty modernizatorów, łacno okaże się, że suwerenność rozpada im się w rękach, marnieje, rozprasza. Złośliwy ktoś mógłby nawet powiedzieć, że w ogóle znika. Suweren to ten przecież, kto podejmuje decyzje. I to te najważniejsze, dotyczące nakładania podatków, tworzenia budżetów, wypowiadania wojen i zawierania pokoju. Oczywiście, niepodległe państwo może wchodzić z innymi w układy, może wiązać się porozumieniami i traktatami, może rezygnować z części swych praw i przekazywać je innym – tak powstała i dzięki temu trwa Unia. Ale unowocześniaczom chodzi o coś więcej.

Według nich trzeba wzmocnić instytucje Unii, żeby mogły one kontrolować rządy narodowe. Ale dlaczego rządy narodowe nie mogą się kontrolować same? Dlaczego nie wystarczy, że kontrolują je wyborcy? Co się stało z suwerenem, jakim był naród? Dlaczego nie działa prosty mechanizm polegający na tym, że niekompetentne rządy i kiepscy przywódcy są odwoływani? Innymi słowy, skąd wiara zwolenników europejskiej federacji, że na przykład Komisja Europejska będzie lepiej i skuteczniej pilnowała budżetów państwowych niż same te rządy?

Widać tu wyraźnie tęsknotę za nową formą niedemokratycznej biuro- albo raczej eurokracji. Marzenie, że uda się stworzyć system, w którym ludzie podejmujący decyzje, opracowujący budżety, pilnujący finansów i podatków nie będą podlegali naciskowi opinii publicznej. Skoro polityczni liderzy ciągle rozpuszczają wyborców, ogłaszają nowe przywileje i zadłużają swe państwa na potęgę, potrzebny jest ponadnarodowy ośrodek, mówi się, który od takiego nacisku byłby wolny.

Przed kim jednak byłby on odpowiedzialny? Jak można zapewnić posłuch dla jego decyzji? I jak powstrzymać jego urzędników przed rozszerzaniem władzy? Czy greckie, włoskie, hiszpańskie protesty przeciw cięciom i ograniczeniom wydatków publicznych byłyby mniej gwałtowne, gdyby te trudne zmiany zostały im narzucone bezpośrednio przez urzędników z Brukseli? Nie sądzę.

Taka tęsknota za bezstronnymi, nieuwikłanymi i niewybieralnymi demokratycznie idealnymi ekspertami jest wyjątkowo złudna. Jedyne, do czego doprowadzi, obawiam się, to do osłabienia niepodległego państwa narodowego.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop