Posts Tagged „Kuba Kurasz”<

Im lepiej za Odrą, tym lepiej nad Wisłą

14 cze 2011

Statystyka daje nam wreszcie trochę optymizmu. Rynek pracy zaczyna bowiem wyglądać coraz lepiej. Szefowie i właściciele przedsiębiorstw co prawda powoli, ale odważniej zwiększają zatrudnienie. Korzystne są też oczekiwania na przyszłość, bo co piąta wśród średnich i dużych firm zamierza przyjąć nowych pracowników w najbliższych kwartałach.

Jak tak dalej pójdzie, może stopa bezrobocia na koniec roku spadnie poniżej 10 proc. z obecnych 12,5 proc. Do pełni szczęścia potrzeba jeszcze zdecydowanej poprawy nastrojów wśród przedsiębiorców z niewielkich firm. Skąd ten statystyczny sukces, skoro nastroje w polskiej gospodarce wciąż nie są najlepsze? Otóż po cichu pomaga nam sytuacja naszego głównego partnera handlowego w Unii – Niemiec.

W tym roku może za naszą zachodnią granicą dojść do skoku gospodarki o ponad 3 proc., a to automatycznie przekłada się na wzrost zamówień w polskim przemyśle. Nasze firmy będą musiały inwestować, a więc powinny też zwiększać zatrudnienie. Im lepiej więc za Odrą, tym korzystniejsza sytuacja także nad Wisłą. Warto jednak w tym momencie zadać sobie pytanie o skalę utraconych korzyści. O ile łatwiej byłoby walczyć z bezrobociem, gdybyśmy mieli nowoczesne szkolnictwo zawodowe? A takie powstaje tylko wówczas, gdy biznes współdziała z nauką – tak jak np. w Niemczech. Co by było, gdyby przepisy pozwalały właścicielom firm zarówno łatwo zwalniać pracowników, jak i łatwo ich zatrudniać?

Przykłady z zagranicy wskazują, że w takich warunkach przedsiębiorcy nie czują obaw, by zwiększać zatrudnienie. Pytanie też, jak bardzo mogłoby spaść bezrobocie wśród absolwentów szkół wyższych, gdyby istniały w Polsce elastyczne formy zatrudnienia. I to w każdej postaci: pracy tymczasowej, outsourcingu, freelancingu czy wynajmowania pracowników ze specjalistycznych agencji zatrudnienia. Dzięki Niemcom jesteśmy więc na dobrej drodze do niższego bezrobocia. Jednak aby dotrzeć tą drogą do celu, musimy sami znacznie silniej stymulować nasz rodzimy rynek pracy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Konkurencyjna gospodarka to wykształceni ludzie

11 maj 2011

Gdyby zapytać dziś menedżerów wielkich zagranicznych koncernów, co dla prosperity ich przedsiębiorstw jest najważniejsze, większość bez wahania wskazałaby kapitał ludzki.

Tymczasem nasze lokalne przedsiębiorstwa wciąż przywiązują niedostateczną wagę do dbania o rozwój swoich pracowników. Studentów i absolwentów większość z nich traktuje jak zło konieczne i tanią siłę roboczą. Ponad 60 proc. młodych Polaków ma więc czasowe umowy o pracę – jest to jeden z najgorszych wyników w Unii. Nasze państwo wciąż się temu biernie przygląda. Trudno się więc dziwić, że najlepsi absolwenci wyjeżdżają do pracy za granicę.

Tego exodusu nie da się zahamować na przykład metodami, jakie zasosowano w ostatniej walce z kibicami. Chuliganom można zamknąć stadiony, ale studentów nie zatrzyma na granicy żaden szpaler policjantów. Chodzi przecież o to, by wyjeżdżali, ale później do Polski wracali. Ba, nie tylko żeby chcieli to zrobić sami, ale i byli namawiani przez swoje rodziny.

Państwo koniecznie musi wreszcie zacząć działać. Zaczynając od prawdziwej, nowoczesnej polityki prorodzinnej. Bo w Polsce w porównaniu z Wielką Brytanią czy Niemcami nie opłaca się zostać matką. Firmy zaś muszą wprowadzić przejrzyste zasady awansu i wynagrodzeń.

Konkurencyjność gospodarki to już od dawna nie tylko niskie podatki i klarowny sposób prowadzenia biznesu, ale przede wszystkim wykształceni ludzi. Zgodnie z najnowszymi statystykami ponad 20 proc. uczestników polskiej emigracji od roku 2003, czyli epoki wchodzenia Polski do Unii Europejskiej, stanowiły osoby z wyższym wykształceniem. Nie możemy się do nich odwracać plecami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polityczny rok i wielkie transakcje

22 lut 2011

Na polskim rynku finansowym szykuje się w tym roku kilka znaczących transakcji. Będzie to zbliżająca się druga oferta publiczna PKO Banku Polskiego (być może do tej pory największa w historii rynku kapitałowego), sprzedaż na rynku kolejnego pakietu akcji PZU, zapowiadana na połowę roku oferta Jastrzębskiej Spółki Węglowej, a także możliwa zmiana właścicielska w co najmniej jednym z dużych banków. Ale do historii ma szansę trafić sprzedaż Polkomtelu, operatora Plusa. Na pewno największy wpływ na to będzie miała jej wartość – wyniesie ponad 16 mld zł. Będzie też zapewne tematem wielu prac magisterskich w szkołach biznesowych ze względu na jej polityczne tło, wieloletni okres przygotowawczy oraz międzynarodowych graczy.

Firma, której udziałowcami są firmy kontrolowane przez Skarb Państwa (m.in. PKN Orlen, PGE i KGHM), to maszynka do robienia pieniędzy. Pogodzenie interesów tych spółek, mimo wspólnego właściciela, nigdy nie było łatwe. Albo ambicje któregoś z prezesów, albo dymisje w innych firmach blokowały transakcję. Trudno było w takim otoczeniu korporacyjnym prowadzić biznes z innym udziałowcem Plusa – brytyjskim Vodafone. Dziś jest szansa na to, by firmę sprzedać po znakomitej cenie.

Czy dojdzie do tego w tym roku? Czy wpływ na transakcję będą miały zbliżające się wybory parlamentarne? Niemal pewne jest, że wystarczy tylko jedna znacząca zmiana podczas trwających konkursów na stanowiska prezesów, choćby u jednego polskiego akcjonariusza, i cały proces stanie. Czy ktoś jeszcze nie wierzy, że wielki biznes nie idzie w parze z polityką?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Francuskie spekulacje

21 gru 2010

W dzisiejszych czasach jedno jest pewne co do Francji: fakt, że związkowcy znad Sekwany w konkursie na największą dezorganizację życia publicznego mieliby spore szanse wygrać z greckimi organizacjami pracowniczymi. Podczas ostatnich protestów, w czasie których sprzeciwiano się zmianom w systemie emerytalnym, zastrajkowała w zasadzie cała robotnicza Francja. A mimo to rząd zdołał przeforsować w październiku zmiany, które przewidują m.in. podniesienie z 60 do 62 lat wieku wymaganego do otrzymania praw emerytalnych, a z 60 do 65 dla pełnego wymiaru świadczeń.

Już wówczas te korekty i rządowy plan cięć ogłoszony w czerwcu (zakłada m.in. zmniejszenie wydatków o 45 mld euro w ciągu trzech lat) miały oddalić ryzyko załamania finansów publicznych i utraty najwyższego ratingu AAA (oznacza on, że wszystkie inwestycje prowadzone przez państwo mają szansę na finansowanie z kredytów o najniższym oprocentowaniu).

Ale dziś tym, którzy zakładali, że te trudne decyzje wystarczą, by przetrwać kryzys strefy euro, wyraźnie rzedną miny. Bo w dobie utraty zaufania wśród inwestorów jedynie śmierć i podatki nie ulegają dyskusji. Reszta to czysta spekulacja, bo w końcu to banki francuskie obok niemieckich pożyczyły najwięcej pieniędzy Portugalii, Hiszpanii i Włochom. Więc Francja nie może czuć się bezpieczna…

Gdzie skończy się to kryzysowe domino? Czy groźba utraty najwyższych ocen kredytowych zawita także do Berlina?


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd znowu sięga do naszej kieszeni

3 gru 2010

Wiele wskazuje na to, że po debacie na temat przyszłości otwartych funduszy emerytalnych otwiera się kolejna puszka Pandory. Tym razem chodzi o los innej części systemu związanego z Funduszem Ubezpieczeń Społecznych – o składki rentowe.

Gdy rządził PiS, w bilansie FUS zanotowano nadwyżkę wpłat składek rentowych z naszych wynagrodzeń nad wydatkami na renty.

Rządzący mogli więc sobie pozwolić na obniżenie składki rentowej. Pomysł nie budził kontrowersji, bo każdy woli mieć w kieszeni więcej.

Rzecz w tym, że ta polityczna decyzja nie pociągnęła za sobą żadnych ograniczeń w wydatkach państwa.

Na dodatek przyszła słabsza koniunktura gospodarcza i dochody państwa spadły.

W tym roku niedobór w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych z powodu niższej składki sięgnie więc już około 17 mld zł. Tę dziurę musi pokryć budżet państwa.

Rząd koalicji PO – PSL powinien zatem szybko wybrnąć z sytuacji. Ale jak to zrobić, by nie zaszkodzić wizerunkowi? Po pierwsze zwalić winę na innych, przede wszystkim na politycznych przeciwników. Po drugie dobrać się do składek zarówno tych na OFE, jak i na renty. Zwłaszcza że i tak mało kto rozumie, z jakich elementów się składa nasze wynagrodzenie.

A przecież tak wielkiej presji budżetowej można było uniknąć. Potrzeba było tylko nieco wyobraźni i znajomości ekonomii. Platforma Obywatelska, kierując się opiniami większości ekonomistów, mogła już w 2007 roku (od 16 listopada premierem jest Donald Tusk) zrezygnować z drugiej fazy obniżenia składki rentowej.

Kluczowych było 100 pierwszych dni rządu – ale wtedy dla finansów państwa nie zrobiono nic przełomowego.

Opinie ekonomistów po prostu zignorowano.

Ignoruje się je zresztą do dziś. Bo dziś rząd Donalda Tuska obawia się tylko jednego – przekroczenia progów ostrożnościowych długu publicznego w stosunku do PKB.

Ratuje się więc doraźnymi rozwiązaniami, zamiast wprowadzić plan unowocześnienia wydatków publicznych.

No, ale przecież minister Rostowski zna się na ekonomii jak mało kto i błędów nie popełnia. Wie wszystko. Nam wszak kryzys nie grozi, prawda?


***

Redakcja dziennika ?Rzeczpospolita? zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Irlandzka lekcja dla Polski

15 lis 2010

Irlandia jest dziś w stanie gorszym niż Grecja, powtarza wielu ekspertów. I to bynajmniej nie chodzi o pogodę. Zgadza się, to relatywnie mała gospodarka i ma ona na strefę euro nawet mniejszy wpływ niż Grecja

Wyrasta jednak na kolejną ofiarę kryzysu fiskalnego i pokazuje, jak daleko jeszcze Europie do odzyskania zaufania wśród inwestorów. Przed 2008 rokiem gospodarka Zielonej Wyspy rozwijała się w bardzo szybkim tempie. Jeszcze w 2007 roku wzrost PKB wyniósł tam 6 proc. Kraj nazywany był celtyckim tygrysem i pokazywany jako przykład udanego modelu gospodarczego. Kres wzrostowi położyły krach na rynku nieruchomości oraz światowa zapaść finansowa. Irlandzkie banki poniosły bardzo dotkliwe straty na kredytach hipotecznych. Tanie kredyty po wejściu do strefy euro podbiły popyt i wytworzyły nieruchomościową bańkę spekulacyjną.

Rachunek, jaki państwo musi zapłacić za bankrutujące banki, jest ogromny jak na możliwości tego kraju z peryferii strefy euro. W najgorszym wypadku sięgnie on nawet 50 mld euro. W efekcie irlandzki deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku aż 32 proc. PKB wobec dopuszczalnych w prestiżowym klubie euro 3 proc.

Przed Irlandią i Europą więc gigantyczny dylemat. Jakże bliska nam kulturowo wyspa zapewne sięgnie po wsparcie z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej. Kluczowe kwestie to w jakiej skali będzie pomoc i na jakich zostanie warunkach przyznana. Nie obędzie się raczej bez podwyżki podatków (CIT wynosi tam niespełna 13 proc.), co z kolei grozi pogłębieniem recesji. Przykład Irlandii pokazuje, że nic nie jest dane raz na zawsze. Wciąż mamy zbyt małą poduszkę bezpieczeństwa: na wypadek kiedy rynki finansowe zapomną, że kiedyś Polska też była „zieloną wyspą”. Czy poza słowami, że nic nam nie grozi dysponujemy na taki scenariusz jakimś planem B?


***

Redakcja dziennika ?Rzeczpospolita? zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zakładnicy europejskiego budżetu

8 lis 2010

Jeszcze nigdy w historii Unii Europejskiej tak wcześnie nie rozmawiano na temat wspólnego budżetu.

Formalny projekt finansów na lata 2014 – 2020 Komisja Europejska musi przygotować dopiero w drugiej połowie przyszłego roku, jednak spory o pieniądze już teraz stają się coraz bardziej intensywne.

Prym w tej debacie wiodą David Cameron i Angela Merkel. Oboje zabiegają o poparcie opinii publicznej w swoich krajach, więc muszą głośno wzywać, aby budżet Unii ciąć. I to radykalnie.

Jednak tak naprawdę Brytyjczyk walczy o to, by kolejny raz obronić rabat w wysokości brytyjskiej składki wpłacanej do wspólnego budżetu. To zniżka o 5 mld euro rocznie wywalczona jeszcze przez Margaret Thatcher. Natomiast kanclerz Niemiec boi się, że zapłaci wyborczą porażką za przelew niemieckich pieniędzy do Grecji czy Portugalii.

Przy okazji swoje postulaty usiłuje przeforsować Polska. Na razie udało nam się uzyskać wstępną zgodę na uwzględnienie kosztów reformy emerytalnej, gdy Komisja Europejska oceniać będzie deficyt i dług publiczny. W jakim stopniu, okaże się w grudniu na szczycie w Brukseli.

Najważniejsze dla Polski będzie jednak zagwarantowanie nam w kolejnym unijnym budżecie kwoty porównywalnej z tą, którą dysponujemy obecnie – czyli ok. 67 mld euro. Jest na to szansa, jeśli cała Komisja Europejska zgodzi się z nami, że fundusze strukturalne to nie jałmużna dla biednych krajów. Czy to się uda, zależy nie tylko od naszych urzędników, ale od tego, czy kryzys gospodarczy w momencie, kiedy będą zapadały ostateczne decyzje (czyli w pierwszej połowie 2012 roku), wyraźnie osłabnie.

Póki co nikt znów nie jest w stanie powiedzieć, czy uda się na nowo rozpędzić światową gospodarkę. „Wysiłki konsolidacyjne państw członkowskich”, jak dyplomatycznie nazywa Cameron oszczędności, mogą przyhamować konsumpcję i wydatki na inwestycje. Z kolei winowajca całego zamieszania – Ameryka – dodrukowuje miliardy dolarów. Rośnie więc ryzyko, że Stany Zjednoczone chcą wyjść z kryzysu poprzez wysoką inflację.

Także z tego powodu ważne jest rozważanie scenariuszy na gorsze czasy, o czym rząd Donalda Tuska jakby zapomina. Bo samymi zabiegami dyplomatycznymi, nawet najlepszych urzędników w Brukseli i z naszym człowiekiem w Komisji Europejskiej, Januszem Lewandowskim, możemy nie wskórać zbyt wiele.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gazowe problemy polskiego rządu

21 wrz 2010

Tej jesieni dla rządu Donalda Tuska największym wyzwaniem nie będzie zapowiedziana już ofensywa ustawodawcza w Sejmie

Już dziś wiadomo, że nowe ustawy przez Sejm przejdą bez większych sprzeciwów, ale nie zrewolucjonizują finansów publicznych

Sprawą kluczową dla komfortu pracy premiera i jego rządu będzie gaz. I będzie to problem zarówno natury politycznej, jak i gospodarczej. Dotyczący w podobnym stopniu polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej.

Nie ulega wątpliwości,  że podpisanie tak poważnej umowy z Rosją, na której  opozycja już dziś nie pozo-stawia suchej nitki, podniesie temperaturę debaty publicznej.

Nie wspominając o związanych z tą sprawą konfliktach wewnątrz rządu – bo polityczne wpływy wicepremiera  Waldemara Pawlaka, architekta umowy gazowej, słabną. Nie jest przecież tajemnicą,  że musi on dziś walczyć  o swoją prezesurę w PSL.

Kolejnym problemem rządu jest postawa Komisji Europejskiej wobec polsko-rosyjskiej umowy gazowej. Komisja blokuje umowę, wnosząc zastrzeżenia dotyczące zasad ustalania taryfy za tranzyt rosyjskiego paliwa przez Polskę oraz zarządzania polskim odcinkiem gazociągu Jamał  – Europa.

Wszystko to problemy  polityczne, a więc problemy premiera Tuska. Dla firm  – a są one odbiorcami  62 proc. sprowadzanego do Polski gazu – nie powinno mieć znaczenia, czy kontrakt z Gazpromem będzie zawarty do 2037 roku czy na krótszy okres. Interesuje je wyłącznie to, czy gaz dostaną, czy może znajdą się na liście przedsiębiorstw, którym grozi odcięcie dostaw w pierwszej kolejności.

Niestety, zależy to od polityki. A w tej dziedzinie polski rząd ma dziś niewielkie pole manewru.

Teoretycznie Polskie Górnictwo Naftowe  i Gazownictwo nie musiałoby być uzależnione od Gazpromu – wszak ma zawarty także kontrakt  z niemiecką spółką E.ON AG na dostawy gazu. Jednak dziwnym trafem Niemcy  z tej umowy nie chcą się wywiązywać. Czy dlatego  – jak napisał niedawno „Der Spiegel” – że niemiecki rząd nie chce narazić się Rosji?

Jeśli tak, będziemy skazani na łaskę i niełaskę Gazpromu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop