Posts Tagged „kryzys”<

Wirtualne finanse i prawdziwa gospodarka

8 sie 2011

Sytuacja na rynkach jest na tyle poważna, że coraz więcej ekonomistów obawia się, iż problemy wirtualnego świata finansów zaczną mieć negatywne konsekwencje dla prawdziwej gospodarki. Nerwowy jak zwykle Nouriel Roubini, profesor ze Stern School (Uniwersytet Nowojorski), znany z tego, że przewidział ostatni kryzys z 2008 roku, wieszczy wręcz na łamach „Financial Times”, iż nie uda się uniknąć kolejnej recesji w Stanach Zjednoczonych i na innych dojrzałych rynkach.

Inwestorom decyzje wciąż dyktują panika, chaos i niepewność. Dlatego znów doszło do przeceny akcji na światowych giełdach i rekordowego wzrostu cen złota oraz rajdu franka szwajcarskiego.
Co gorsza, inwestorzy dochodzą do wniosku, że w zasadzie z dostępnych narzędzi, które miały stymulować wzrost gospodarczy (wykup obligacji i obniżenie stóp procentowych), już skorzystano. A wzrostu, który dawałby szansę na spadek liczby bezrobotnych w USA i w strefie euro, nie ma. Zrobiono już wszystko lub prawie wszystko, by negatywnego scenariusza uniknąć, ale rezultaty są mizerne. Państwa, które są zadłużone ponad miarę, wprawdzie redukują wydatki publiczne lub podwyższają podatki, ale działania te przyniosą efekty dopiero za kilka miesięcy. Inwestorzy myślą więc, że skoro nie ma szans na szybką poprawę, to lepiej stadnie dołączyć do sprzedających.
Niestety, są także inne złe wieści. Kryzys zaufania może spowodować, że Włochy i Hiszpania stracą niebawem dostęp do finansowania swoich narodowych potrzeb z rynków finansowych. A kraje te, w przeciwieństwie do Grecji, Portugalii i Irlandii, są rzeczywiście zbyt duże, by ktokolwiek mógł pozwolić sobie na ich upadek. Nie ma takich pieniędzy w Europie, by udźwignąć ich katastrofę, a Chinom Europa nie odda kontroli nad bankami w zamian za kapitał.
Czy są więc gdzieś na horyzoncie dobre informacje? Są, ale jedynie te teoretyczne – znane z książek o ekonomii i zachowaniu rynków. Czyli: „jak spada, to znaczy, że kiedyś będzie rosło”. Pytanie tylko kiedy…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Banki jak na dłoni

15 lip 2011

Europa przoduje w zaskakiwaniu inwestorów złymi wieściami. Stany Zjednoczone, choć ich dług publiczny sięga prawie 100 proc. produktu krajowego brutto, robią dobrą minę do złej gry i na razie z walki z rynkowym żywiołem wychodzą zwycięsko.

Tymczasem słabym public relations, a w zasadzie investor relations, cechuje się zwłaszcza strefa euro. Ten niegdyś bardzo prestiżowy klub 17 krajów pogrąża się w głębokim kryzysie. Problemy Grecji, a teraz Włoch narastają z oszałamiającą prędkością. Rentowność włoskich obligacji dziesięcioletnich osiągnęła w tym tygodniu poziom 6 proc., niewidziany od czasu powołania eurolandu. Indeksy największych giełd Starego Kontynentu znajdują się na poziomach najniższych od roku. A to nie koniec.

Jakby tego było mało, unijne instytucje fundują rynkom sprawdzian. Ma on objąć  90 największych banków. To już trzeci od czasu wybuchu kryzysu finansowego przed czterema laty test wytrzymałości europejskiego sektora bankowego. A jednak ten sprawdzian jest wyjątkowy. Jaki będzie jego efekt?

Otóż okaże się zapewne, że kilkanaście instytucji ma zbyt małe kapitały, które nie wystarczą, jeśli nadejdzie większe spowolnienie gospodarcze. Ich klienci mogą bowiem zbankrutować. A w konsekwencji zagrożone banki będą musiały utworzyć rezerwy, co zmniejszy ich zyski i osłabi pozycję kapitałową. Inwestorzy poznają aż 3 tysiące wskaźników, które wiele im powiedzą o każdej ze spółek. Od razu na jaw wyjdą zarówno dobre, jak i złe strony. Od razu też analitycy wskażą instytucje, które mogą zostać wchłonięte przez inne.

Dziś nikt jeszcze nie wie, dokąd poniesie sektor bankowy fala fuzji i przejęć. A nie można przecież wykluczyć, że kryzys pokona wiele psychologicznych i narodowych barier. I być może na przykład włoski UniCredit zostałby przejęty przez rosyjski Sbierbank albo Agricultural Bank of China. W ten sposób Rosjanie lub Chińczycy staliby się właścicielami drugiego co do wielkości banku w Polsce – Pekao.

To dopiero byłby nowy wymiar globalizacji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Unia gasi grecki pożar

20 cze 2011

Czym kieruje się dziś Unia  Europejska, próbując znów ratować Grecję? Chodzi o politykę i biznes. Ustawienie się po stronie niewidzialnej ręki wolnego rynku, czyli zostawienie Grecji samej sobie  – musiałoby oznaczać jeszcze większe trudności Europy  w jej wyścigu z Azją i obiema Amerykami. Poza tym należy chronić ważne instytucje finansowe – Europejski Bank Centralny, Francja czy Niemcy muszą mieć pewność, że ewentualny upadek banków kredytujących Ateny (dług tego kraju wynosi około 350 mld euro) nie obciąży zbytnio podatników.

Oba powody są ważne także dla Polski. Europa jest również naszym domem. Poza tym do 2013 roku z Unii dostaniemy 67 mld euro dotacji. Tymczasem bankructwo banków spowodowałoby problemy, jakie pamiętamy z okresu, gdy upadał Lehman Brothers. Wówczas polskie banki kontrolowane w większości przez zagraniczne instytucje ograniczyły akcję kredytową, nie zważając na kłopoty naszych przedsiębiorców. Kolejne problemy mogłyby więc istotnie spowolnić tempo rozwoju naszej gospodarki. Prawda, że z tej perspektywy nasz udział w gwarancjach pożyczek dla Grecji w wysokości 250 mln euro wygląda zupełnie inaczej?

Ratując Grecję, Europa kupuje sobie czas. Bo dziś najgorszym scenariuszem byłoby wywołanie efektu domina. Niekontrolowana niewypłacalność Grecji spowodowałaby trudne do przewidzenia skutki w Portugalii, Irlandii czy Hiszpanii. Przesuwając problem upadku Grecji na następne lata, zyskuje czas dla Portugalii czy Irlandii (ich finanse mają szansę się wzmocnić). Wielkie banki, które są zaangażowane w rządowe długi Europy, też dostają czas na zdobycie większych kapitałów. Dostaje go również Grecja, która powinna postarać się przeprowadzić głębokie reformy. Priorytetem jest więc umocnienie każdego z elementów domina, by stało się odporniejsze na wstrząsy. To dlatego Unia gasi grecki pożar.

Inwestorzy nie mają jednak złudzeń – do upadku Grecji prędzej czy później dojdzie. Ale lepiej, aby był to proces kontrolowany, za którym pójdzie głęboka zmiana systemu greckich finansów publicznych. Ten biedny kraj bogatych ludzi musi się zmienić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowe myślenie o gospodarce

3 sty 2011

Niby wszystko na naszym podwórku wraca do normy. Firmy zarabiają więcej, bezrobocie nie rośnie, a barometry koniunktury wskazują na to, że wzrost jest możliwy. Fundamenty gospodarcze Polski zostały jednak mocno osłabione, bo zmienił się świat dookoła nas.

Jak będą wyglądać najbliższe lata? Jednego można być pewnym. Prognozy będą mniej optymistycznie, bo kryzys finansowy rozpoczęty w 2008 roku upadkiem amerykańskiego banku Lehman Brothers jeszcze się nie skończył. Ubiegłoroczne turbulencje w strefie euro wyraźnie to potwierdzają.

Świat stoi pomiędzy starym modelem kapitalizmu, opartego na dużym poziomie zaufania wśród inwestorów, a fundamentalną zmianą sposobu myślenia o gospodarce. Jednak jak głęboka będzie to korekta, wciąż nie wiadomo. Obecnie bowiem większość tradycyjnych dogmatów ekonomicznych uległa erozji, a nowych reguł jeszcze nie ma.

Przywykliśmy już do słowa „kryzys”. Czy w tym roku czekają nas groźniejsze określenia, takie jak „panika” i „trwoga”? W Europie nadal są kraje, które trzymają swoje ekonomiczne trupy w szafie. Przyczyn swoich problemów – czyli chorych banków – wciąż nie zlikwidowały Hiszpania i Portugalia. Kłopoty z pozyskiwaniem pieniędzy, wynikające z wysokiego długu publicznego, mogą mieć zarówno Włochy, jak i Francja.

Im mniejsza będzie wiarygodność tych krajów wobec inwestorów, tym częściej w siedzibie Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie mówić się będzie o metodach walki z kryzysem na wzór amerykańskiego Fedu. Widmo finansowego upadku któregoś z państw ważnych dla strefy euro może skłonić EBC do wydrukowania setek miliardów banknotów bez pokrycia. A taka metoda ratowania finansów musiałaby doprowadzić do inflacji.

Polski rząd, niechętnie rozważający plan B na wypadek złego scenariusza, wychodzi z założenia, że jakoś to będzie. Sądzimy, że skoro daliśmy sobie radę do tej pory, to wybrniemy także z gospodarczej opresji w przyszłości. Rzeczywiście, dziś nikt już recesji w Polsce na najbliższe lata nie prognozuje. Jednak wciąż brak nam strategii, jak Polska ma wyglądać nie za rok, tylko za pięć lat.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polskie zdrowe podejście do kryzysu

13 gru 2010

Tuż po dokonaniu transformacji ustrojowej w Polsce podatnik i przedsiębiorca mógł się czuć podmiotem życia gospodarczego. Później z każdym rokiem śrubę przykręcano, bo podejrzewano, że biznesmen prędzej zrobi coś złego niż dobrego. Stąd odległe miejsce Polski w rankingach wolności gospodarczej. W ostatnim zestawieniu Banku Światowego „Doing Business” znaleźliśmy się na 70. pozycji – niemal 20 miejsc za Bułgarią.

Ciągła walka polskich przedsiębiorców z biurokracją zmusiła ich do poszukiwania niestandardowych rozwiązań. Dlatego dziś większość polskich spółek wobec kryzysu w gospodarce zachowuje się inaczej niż firmy zachodnie. Technokraci Europy Zachodniej na spadek popytu o 20 proc. reagowali często automatycznie, redukując zatrudnienie w takich samych proporcjach. Nasze firmy – co pokazują badania Ernst & Young – zdecydowanie ostrożniej tną koszty, zwłaszcza te, które dotyczą ludzi.

Polskie zdrowe podejście do kryzysu jest również efektem doświadczenia, jakie przyniosło spowolnienie gospodarcze w latach 2001 – 2004. Wówczas zwalniano pracowników zbyt łatwo, a gdy gospodarka znów ruszyła, trudno było zatrudnić wykwalifikowanych następców. Ich wyszkolenie oznaczało wiele pracy i spore koszty. Dlatego obecnie przedsiębiorcy raczej szukają nowych możliwości zbytu swoich towarów niż tną koszty na oślep.

Skutki są widoczne gołym okiem. Wtedy bezrobocie wzrosło do ponad 20 proc., obecnie najgorzej było w lutym 2010: 13,2 proc. Niedobrze byłoby jednak, gdyby politycy i urzędnicy uznali, że skoro polski biznesmen dobrze sobie radzi, to nie warto nic zmieniać. Warto pomyśleć o tym, o ile lepiej byłoby z gopodarką, gdyby jej nie rzucano biurokratycznych kłód pod nogi.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Irlandzka lekcja dla Polski

15 lis 2010

Irlandia jest dziś w stanie gorszym niż Grecja, powtarza wielu ekspertów. I to bynajmniej nie chodzi o pogodę. Zgadza się, to relatywnie mała gospodarka i ma ona na strefę euro nawet mniejszy wpływ niż Grecja

Wyrasta jednak na kolejną ofiarę kryzysu fiskalnego i pokazuje, jak daleko jeszcze Europie do odzyskania zaufania wśród inwestorów. Przed 2008 rokiem gospodarka Zielonej Wyspy rozwijała się w bardzo szybkim tempie. Jeszcze w 2007 roku wzrost PKB wyniósł tam 6 proc. Kraj nazywany był celtyckim tygrysem i pokazywany jako przykład udanego modelu gospodarczego. Kres wzrostowi położyły krach na rynku nieruchomości oraz światowa zapaść finansowa. Irlandzkie banki poniosły bardzo dotkliwe straty na kredytach hipotecznych. Tanie kredyty po wejściu do strefy euro podbiły popyt i wytworzyły nieruchomościową bańkę spekulacyjną.

Rachunek, jaki państwo musi zapłacić za bankrutujące banki, jest ogromny jak na możliwości tego kraju z peryferii strefy euro. W najgorszym wypadku sięgnie on nawet 50 mld euro. W efekcie irlandzki deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku aż 32 proc. PKB wobec dopuszczalnych w prestiżowym klubie euro 3 proc.

Przed Irlandią i Europą więc gigantyczny dylemat. Jakże bliska nam kulturowo wyspa zapewne sięgnie po wsparcie z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej. Kluczowe kwestie to w jakiej skali będzie pomoc i na jakich zostanie warunkach przyznana. Nie obędzie się raczej bez podwyżki podatków (CIT wynosi tam niespełna 13 proc.), co z kolei grozi pogłębieniem recesji. Przykład Irlandii pokazuje, że nic nie jest dane raz na zawsze. Wciąż mamy zbyt małą poduszkę bezpieczeństwa: na wypadek kiedy rynki finansowe zapomną, że kiedyś Polska też była „zieloną wyspą”. Czy poza słowami, że nic nam nie grozi dysponujemy na taki scenariusz jakimś planem B?


***

Redakcja dziennika ?Rzeczpospolita? zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop