Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Schować szablę, wyjąć kalkulator

5 lip 2010

Najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku mogłaby się rozpocząć faktyczna fuzja PKO Banku Polskiego i Banku Zachodniego WBK

Zakładając oczywiście, że irlandzki właściciel poznańsko-wrocławskiego banku będzie chciał go ostateczne sprzedać, i to właśnie PKO BP

Przy dużym szczęściu operacyjne połączenie, czyli głównie integracja systemów  IT oraz stworzenie wspólnej oferty produktów, potrwa kolejne co najmniej trzy kwartały. Mamy więc rok 2012. Połączony bank ma co najmniej o 15 proc. wyższe zyski niż spółki działające oddzielnie (co skutkuje wypłatą wyższych dywidend), klienci z połączenia są zadowoleni, a zwolnionych pracowników tych instytucji jest naprawdę garstka.

Ale koniec marzeń, zejdźmy już na ziemię. Dziś wiadomo tylko jedno: PKO BP ma 50 proc. szans na przejęcie BZ WBK. Kolejne 50 proc. należy do jednego z większych banków europejskich, który ma słabą pozycję w Polsce. Tak wynika z wczorajszego raportu renomowanego banku inwestycyjnego UBS. Może więc będzie to francuski BNP Paribas (w Polsce znany bardziej jako Fortis), a może brytyjski HSBC.

Pewne jest tylko jedno. Kupić drogo to kupić źle. Widać to chociażby na przykładzie transakcji przejęcia litewskiej rafinerii Możejki przez PKN Orlen. Dlatego PKO BP płacić każdej ceny nie powinien. Cenne jest jednak to, że ta transakcja pokaże też siłę lobbingu polskiego państwa na europejskich salonach. Czy na różnych szczeblach decyzyjnych od radcy handlowego w Dublinie, po ministra finansów Jacka Rostowskiego i kończąc na premierze i szefie Komisji Nadzoru Finansowego jest szansa na koordynację działań? Bo dyplomatycznym profesjonalizmem na pewno wykażą się Brytyjczycy czy Francuzi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nadchodzi Azja

23 cze 2010

Przebudź się Unio Europejska! Idzie nieuchronna zmiana. Na zachodnich flankach widać ją już wyraźnie, niebawem w pełnej odsłonie pojawi się także w Polsce.
Czy tego chcemy, czy nie, produkcja wszelkich dóbr przewędruje do krajów Azji, zwłaszcza do Chin. Wzrośnie także konkurencja ze strony tamtejszych firm zajmujących się infrastrukturą, choćby budową dróg. Konkurencja – warto dodać – bardzo niebezpieczna, bo nie do końca uczciwa.  My, Europejczycy, zasady wolnego rynku uważamy za niezbywalną zdobycz cywilizacji. Dla nas wciąż liczy się, by było tanio i w dobrej jakości. Dlatego nic – poza rolnictwem – nie dotujemy. A dziś, w dobie kryzysu finansów publicznych, powoli przestaje nas stać także i na to.

W Azji jest inaczej. Państwo często wspiera firmy, a ich słabo opłacani pracownicy mają niewiele do powiedzenia. I szybko się to nie zmieni. Równych szans nie mamy także dlatego, że w czasie, gdy europejskie banki przeżywają kłopoty (co powoduje, że przedsiębiorcy mają problemy z sfinansowaniem inwestycji), chińskie instytucje finansowe nie narzekają na brak gotówki.

Jaki jest tego skutek? Między innymi taki, że największym nabywcą obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych, a także – prawdopodobnie – strefy euro, są Chiny. Nic więc dziwnego, że światowe rynki finansowe wnikliwiej śledzą decyzje chińskiego banku centralnego niż amerykańskiego Zarządu Rezerwy Federalnej.

I nie liczmy na to, że sytuacja się zmieni. Ekspansji Azji nie da się powstrzymać. Jedyne, co możemy zrobić, to wziąć od nich to, co nam najbardziej potrzebne – choćby pieniądze od chińskich inwestorów. Oni szukają spokojnej przystani dla swoich walizek z pieniędzmi. Możemy sprawić, aby Polska była taką właśnie przystanią.

Aby nie zostać za daleko w tyle za Azją, możemy zrobić jeszcze jedno. Zainwestować w kadry, sprawić, aby to Europa była najważniejszym centrum uniwersyteckim na świecie.  Naszym atutem powinny być centra badawczo- -rozwojowe oraz usługowe. Musimy postawić na innowacje w przemyśle i w finansach. Jeśli tego nie zrobimy, to zanim się obejrzymy, będziemy mieli do czynienia nie tylko z finansową i gospodarczą, ale też z polityczną dominacją Chin.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gazowa gorączka

15 cze 2010

Dlaczego mamy prawo poważnie myśleć o wydobyciu gazu łupkowego w Polsce?

Dlatego, że struktura geologiczna w naszym kraju jest bardzo podobna do tej, jaka występuje w Ameryce na terenach, gdzie od lat trwają już przemysłowe odwierty. Za oceanem gaz łupkowy od dawna nie jest już wyłącznie przedmiotem zainteresowania eksperymentatorów. Wydobywa się go na skalę przemysłową – 60 mld metrów sześciennych rocznie zaspokaja ok. 10 proc. potrzeb Stanów Zjednoczonych.

Te liczby powinny przemówić do naszej wyobraźni. Tym bardziej że Polska zużywa znacznie mniej gazu – 14 mld metrów sześciennych rocznie.

Oczywiście moment, gdy będziemy w stanie korzystać z naszego gazu łupkowego, jest jeszcze dość odległy. Główny geolog kraju wydał już co prawda ponad 50 koncesji poszukiwawczych, ale ani jednej wydobywczej.

Moment przełomowy może być jednak blisko. Kanadyjska firma Lane Energy dokona w tym tygodniu pierwszego odwiertu w Polsce.

Jeśli potwierdzi on szansę na przemysłowe wykorzystanie naszych złóż – to możemy wówczas zacząć mówić o gazie łupkowym poważnie. Tyle że aby zaczął on przynosić nam krociowe zyski potrzeba jeszcze 10 – 15 lat. Tak długo trwa przemysłowe przygotowanie tego rodzaju złóż.

Oznacza to, że przez co najmniej dziesięć najbliższych lat nie zaopatrzymy w gaz łupkowy polskich firm ani nie ogrzejemy nim naszych domów. W tym czasie wciąż będziemy uzależnieni od importowanego surowca z Rosji – i to nawet wtedy, gdy uda się uruchomić gazoport w Świnoujściu.

Trzeba ten czas dobrze wykorzystać. Zachęcajmy amerykańskie, kanadyjskie czy francuskie firmy do wzięcia udziału w gazowej gorączce w Polsce. Korzystajmy z ich doświadczeń, uczmy się od nich nowoczesnych technologii, zmuszajmy je, by tworzyły konsorcja z udziałem polskich firm, takich jak PKN Orlen czy PGNiG. A politykom, którym na hasło „gaz łupkowy” natychmiast wzrasta temperatura, warto polecić właściwą w naszej sytuacji rosyjską maksymę „Tisze jedziesz, dalsze budiesz”.

Zamiast podniecać się wartymi miliardy ogromnymi zasobami naturalnego bogactwa, którego może nie być, lepiej po cichu i konsekwentnie robić swoje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie mamy działu marketingu Polski

10 cze 2010

Polska przez światowy kryzys gospodarczy przeszła obronną ręką. Może dlatego wciąż nie znajdujemy w sobie ani odrobiny pokory, by się przyznać do błędów. Wciąż żyjemy w przeświadczeniu, że jakoś to będzie, bo czyż nie jesteśmy zieloną wyspą na tle pogrążonej w recesji Europy?

Tymczasem zasady gry się zmieniły i dla utrzymania konkurencyjności każdy kraj (i każda firma) musi robić znacznie więcej niż dotychczas.

Doskonale wiedzą to polscy przedsiębiorcy. O nich nie ma się więc co martwić. To dzięki nim mamy się czym pochwalić na politycznych i gospodarczych salonach świata. Polska gospodarka wciąż jednak potrzebuje kapitału z zagranicy, zwłaszcza takiego, który zostałby ulokowany w nowych technologiach i usługach. Bo produkcja jest – i będzie nadal – domeną Chin oraz innych krajów azjatyckich. Przestańmy się łudzić, że im kiedykolwiek dorównamy.

Szkoda tylko, że polski rząd nie potrafi wykorzystać dobrego dla naszego kraju okresu. Że z powodu skomplikowanych procedur wciąż trudno przyciągać do Polski zagranicznych inwestorów. Na dodatek wiele projektów już na starcie jest torpedowanych w Ministerstwie Finansów. Jeśli nasi politycy w porę tego nie zrozumieją, to nadal będziemy tracić na rzecz sąsiadów z regionu tak ciekawe inwestycje, jak fabryka komputerów chińskiego koncernu Lenovo czy fińskiej Nokii.

Na dodatek polski „dział marketingu” działa chaotycznie. Efekt jest zaś taki, że zagraniczni inwestorzy po prostu nie widzą naszego potencjału. Dlaczego w światowych mediach nie ma kampanii reklamowej naszego kraju pod hasłem: „Polska, najszybciej rozwijający się kraj w Unii Europejskiej”?. Inwestorzy potrzebują jasnego przekazu – choćby takiego: w Polsce żaden bank nie dostał państwowego wsparcia.

Pochwalmy się wreszcie, że przez te ostatnie 20 lat udała się nam gospodarka. Że mimo zawirowań politycznych jesteśmy krajem stabilnym i przewidywalnym. Propaganda sukcesu świetnie wychodzi nam w kraju, ale to za granicą jest bardziej potrzebna.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czas na zmianę ról w biznesie

24 maj 2010

W imię długoterminowego interesu gospodarczego Polski czas zacząć debatę, w jaki sposób fizycznie skonsumować nasz sukces bycia drugi rok z rzędu liderem wzrostu PKB w Europie.

Zbliża się szansa, aby z mapy zielonej Polski na tle czerwonej Europy wreszcie wyciągnąć realne i konkretne wnioski. Po raz pierwszy we wciąż krótkiej historii polskiego kapitalizmu taka okazja pojawia się w sektorze bankowym.

Po latach stałego wykupywania naszych banków przez zagraniczny kapitał dziś role mogą zostać odwrócone. Osłabieni w wyniku kryzysu finansowego zagraniczni inwestorzy mają problemy u siebie. Mają w portfelach niespłacone kredyty przez swoich klientów, mają też wysokie rezerwy (obniżające zyski) na papiery amerykańskich instytucji kredytowych. Stoją też przed wizją tworzenia odpisów na aktywność w Grecji.

Już w czerwcu rozpocznie się na serio szukanie przez Irlandczyków chętnego na zakup akcji Banku Zachodniego WBK. Właściciele poznańsko-wrocławskiego banku z Dublina mają na to czas do końca roku. To naprawdę mało czasu, by rozpocząć akcję „wykupu” tego banku przez polskie instytucje, oczywiście z poszanowaniem wszelkich zasad nowoczesnej gospodarki rynkowej.

Taka okazja, by kupić bank, który ma około 5-proc. udział w polskim sektorze, może się już nie trafić. Pytanie więc, czy znajdą się odważni i zdeterminowani, by dokonać repolonizacji tej jednej z największych instytucji w naszym kraju. Jedni słowo repolonizacja zinterpretują jako naiwny nacjonalizm, dla mnie oznacza ono po prostu zdrowy rozsądek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Teraz wszystko nam sprzyja

18 maj 2010

Mamy kolejne sygnały, że powinniśmy uwierzyć w siebie. Bo okazuje się, że dziś prawie wszystko nam sprzyja. Po pierwsze to, że jesteśmy blisko Niemiec. Po drugie, że daleko od Grecji.

Po trzecie z tych pierwszych powodów spadek konsumpcji w Europie zagraża naszemu przemysłowi w znacznie ograniczonym stopniu. Po czwarte, dziś polski eksport może korzystać ze słabego złotego, bo jesteśmy poza strefą euro. Po piąte, mamy menedżerów, którzy wykorzystali spowolnienie gospodarki do bolesnego przycięcia kosztów. Po szóste, wyniki finansowe największych polskich spółek giełdowych pokazują, że ten rok naprawdę powinien być niezły i szybciej powrócimy do zysków sprzed kryzysu z 2008 roku, niż oczekiwali analitycy. Po siódme, giełdowa awangarda polskiej gospodarki jest wciąż mało zadłużona w bankach i jeśli koniunktura się jeszcze bardziej poprawi, może szybko zwiększać inwestycje. Po ósme, spada stopa bezrobocia. I wreszcie po dziewiąte, pył wulkaniczny spowoduje, że część Polaków wakacyjne nadwyżki wyda w kraju. Po dziesiąte, nikt nie przeszkadza gospodarce, bo polityka całe szczęście wciąż jest ważniejsza.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pomysł na PZU 2.0

13 maj 2010

Kluczowym pytaniem, które dziś powinni zadać sobie inwestorzy i akcjonariusze PZU, jest to, czy ta największa firma
ubezpieczeniowa w Polsce jest spółką, która będzie się rozwijać.

PZU wciąż ma potencjał cięcia kosztów i bardziej dynamicznie może zarządzać aktywami. Te wewnętrzne działania w firmie, które mogą zwiększać jej zyski, na jakiś czas wystarczą, by dostarczać inwestorom wciąż ciekawej tzw. historii inwestycyjnej. Jak jednak pozycja rynkowa PZU będzie wyglądać za np. pięć lat?

Biznes ubezpieczeniowy w Polsce w porównaniu z krajami Europy Zachodniej wciąż jest gorzej rozwinięty. Składka zbierana przez firmy ubezpieczeniowe do produktu krajowego brutto nie przekracza 4 proc., podczas gdy w Unii jest to nieco ponad 7 proc. Nasze zainteresowanie ubezpieczeniami może więc rosnąć, choć PZU, chcąc sprzedawać więcej produktów i co ważniejsze drożej, spotka się oczywiście z silną konkurencją. Łatwo nie będzie. Co jeszcze można zrobić, by zauroczyć inwestorów w dłuższym terminie? Na pewno przejmować inne firmy, co spowoduje wzrost przychodów i zysków, i – ostatecznie– wyższe dywidendy. Polski rynek ubezpieczeniowy jest wciąż bardziej rozdrobniony niż sektor bankowy. I to tu dla PZU mogą się pojawić okazje do kupna, zwłaszcza że kryzys może zmusić zachodnich graczy do sprzedaży polskich spółek. Jeśli zaś chodzi o zakupy za granicą, w zasadzie na sprzedaż wystawione są dziś wyłącznie tureckie i ukraińskie spółki. Nie są to tłuste kąski. Na innych rynkach jest deficyt sprzedających.

By efektywność wzrosła, konieczne jest przede wszystkim ostateczne odpolitycznienie PZU.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gospodarcze tłoki Unii wymagają remontu

10 maj 2010

Panie i panowie, pora zapiąć pasy! Samochód marki UE, do którego wsiedliśmy w 2004 roku, od jakiegoś czasu zarzuca na zakrętach. Co gorsza, nie wiadomo, dokąd jedzie.

Teraz jednak także poczuliśmy, że gwałtownie przyspieszył, bo do cylindrów gospodarek Starego Kontynentu wstrzyknięto właśnie z pomocą Międzynarodowego Funduszu Walutowego nowy dopalacz: program stabilizacji.

Ów dopalacz – plan o wartości 750 mld euro – spowodował (po panicznej wyprzedaży w ubiegłym tygodniu) największy od 17 miesięcy jednodniowy wzrost indeksów na giełdach świata. Przyczynił się też do gwałtownego umocnienia się złotego wobec euro.

To największa akcja interwencyjna instytucji międzynarodowych od czasu tej, która nastąpiła po upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers. Wtedy celem interwencji było powstrzymanie załamania rynków finansowych w 2008 roku. Co dziś skłoniło przywódców Unii Europejskiej do podjęcia tak dramatycznych kroków? Co takiego się wydarzyło, że w końcu zaczęto poważnie traktować problemy finansowe Grecji?

Pewnie nic by się nie zmieniło, gdyby nie inwestorzy, czyli – jak mówią złośliwi – spekulanci finansowi. Gdyby nie ich atak na euro, greccy urzędnicy wciąż dostawaliby 13. i 14. pensję, a na emeryturę przechodzili w wieku nieco ponad 50 lat. Teraz – mimo sprzeciwu ateńskiej ulicy – będzie musiało się to zmienić.

Oczywiście przy okazji spekulanci zarobili krocie. Ale – to paradoks – powinniśmy być im wdzięczni, bo ich działania pomogą zracjonalizować także politykę gospodarczą Portugalii czy Hiszpanii.

Co teraz powinniśmy zrobić, by program stabilizacji nie wywołał tylko chwilowego wzrostu mocy silnika? Zniszczone gospodarcze tłoki Unii trzeba zacząć nareszcie remontować na serio, a nie tylko w deklaracjach i na papierze.

Niestety w naszym polskim warsztacie wciąż panuje opinia, że lepiej nic nie robić. Czyżby także nasz rząd czekał, aż do działań zmobilizują go spekulanci?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PZU: Co by było, gdyby…

28 kwi 2010

Mogę się założyć, że na akcje największej firmy ubezpieczeniowej w Polsce – grupy PZU – zapisało się co najmniej 200 tysięcy osób

Teraz ważne będzie również, jak na ofertę zareagują inwestorzy instytucjonalni. No i przede wszystkim, czy na akcjach tej spółki da się w końcu zarobić.

Ale co by było, gdyby nie udało się zawrzeć kompromisu z holenderskim Eureko…

Jeszcze rok temu spór pomiędzy Skarbem Państwa a Eureko trwał w najlepsze. Holendrzy grozili arbitrażem, wielomiliardowym odszkodowaniem, Ministerstwo Skarbu szykowało kolejne prawnicze triki, aby przedłużyć w czasie procedury arbitrażowe. Nikt nie wierzył, że ten konflikt uda się zakończyć. Ba, mało kto myślał o konsekwencjach gospodarczych ewentualnej ugody, a bardziej o polityce. Ostatecznie porozumienie nie uruchomiło jednak sejmowego tsunami. To znak, że wszyscy decydenci widzą w nim więc potencjalne korzyści, czego efektem jest to, że dziś dyskusja toczy się wokół wysokości ewentualnej zwyżki na debiucie akcji PZU, a nie na temat, kto co powiedział podczas komisji śledczej ds. PZU. To jest prawdziwy przełom.

Dla PZU nowe już giełdowe życie dopiero się zaczyna. Bo poza mierzalnymi czynnikami, które mogą mieć wpływ na jej kurs – takimi jak nierównowaga pomiędzy popytem a podażą czy ewentualne pogorszenie się nastrojów na globalnych giełdach np. ze względu na dramat w Grecji – są też czynniki fundamentalne. Czy PZU zdoła odbudować swoją pozycję na rynku i nadgonić stracony czas, który uciekł firmie w wyniku prawie dziesięcioletniego konfliktu właścicielskiego i dużego jej upolitycznienia? A więc czy zarząd i rada nadzorcza staną na wysokości zadania i wdrożą w życie nową stricte biznesową strategię rozwoju firmy? Szybko po tym, jak strzelą szampany po debiucie giełdowym, „projekt PZU 2.0″ musi ruszyć pełną parą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wnioski dla Polski z greckiego dramatu

23 kwi 2010

Jeśli jesteś winny bankowi milion dolarów, to masz problem. Jeśli jednak winny jesteś bankowi pół miliarda dolarów, to problem ma bank. Podobnie jest z Grecją, której tylko francuskie i niemieckie banki – największe na Starym Kontynencie – pożyczyły 120 miliardów dolarów. Dlatego właśnie w piątek Międzynarodowy Fundusz Walutowy i strefa euro obiecały Grecji pomoc.

Nie może być chyba nic gorszego, niż wejść w światową recesję z gigantycznym zadłużeniem budżetu, państwa i konsumentów. A taką właśnie sytuację zgotowała sobie Grecja, która dodatkowo na własne życzenie istotnie obniżyła swoją wiarygodność wśród inwestorów, przekłamując statystyki związane ze stanem finansów. W efekcie cała strefa euro z powodu swego najsłabszego członka przeżywa największy wstrząs od czasu powstania w 1999 roku.

Ale pakiet MFW i strefy euro dla Aten nie kończy kryzysu. Nie brak bowiem obaw, że grecki wirus może się rozprzestrzenić także w Hiszpanii i w Portugalii. A trzeba pamiętać, że tym krajom tylko niemieckie i francuskie instytucje finansowe powierzyły łącznie blisko 550 miliardów dolarów.

Jakie mogą być konsekwencje tych zdarzeń dla Polski? Z całą pewnością strefa euro nie będzie już tak skłonna do dalszego poszerzania. Poza tym istnieje ryzyko, że kolejne wspólne budżety Unii będą zawierały mniejsze środki na rozwój strukturalny naszego kraju, bo i mniejsza będzie chęć unijnych państw do dzielenia się pieniędzmi. I to jest najbardziej bolesne. Bo w opóźnieniu wejścia Polski do eurolandu dziś widać coraz więcej zalet. Po co się pchać tam, gdzie za chwilę pewnie zmienią się zasady gry i, co gorsza, trzeba będzie solidarnie płacić za błędy innych państw. Dlatego też dziś głównym celem polityki gospodarczej naszego rządu powinna być walka o jak największe pieniądze z Brukseli. A starania o przyjęcie euro powinniśmy zawiesić na kołku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop