Idzie wiosna, budzą się związkowcy

Na razie nie widać, by astronomiczna wiosna zbliżała się do Polski. Za to coraz łatwiej można zauważyć ożywioną, pozimową atmosferę wśród działaczy związków zawodowych. Zwłaszcza tych w państwowych firmach. Tam bowiem wśród organizacji związkowych konkurencja na populistyczne hasła jest wciąż duża.

W zeszłym roku załogi, świadome kłopotów finansowych swoich firm, często rezygnowały z żądań płacowych. Ale gdy teraz pojawiają się sygnały ożywienia, związkowcy mówią: dzieliliśmy się biedą, teraz dzielmy się zyskami.

Trudno im się zresztą dziwić, skoro od najważniejszych w Polsce polityków, czyli premiera Donalda Tuska i ministra finansów Jacka Rostowskiego, wciąż słyszymy, że mamy wzrost gospodarczy, a nasz kraj jest najlepszy w całej Unii Europejskiej. Słodkie słowa o zielonej wyspie na tle recesyjnej Europy działają jak balsam nie tylko na elity, ale – jak widać – także na działaczy związkowych. No bo skoro jest tak świetnie, to znaczy, że wszystkim należy się podwyżka, prawda?

Do zapewnień polityków bardziej sceptycznie podchodzą pracodawcy, którzy wcale takiej wielkiej poprawy nie widzą. Nie ma się więc co łudzić, że w tym roku w skali całej gospodarki dojdzie do realnego wzrostu pensji. To wciąż będzie rok pracodawcy, a nie pracownika, zwłaszcza że miejsc pracy wciąż ubywa. I nie zmieni się to aż do czasu, gdy wzrost poziomu bogactwa Polski nie przyspieszy do co najmniej 4 – 5 proc. Warto przypomnieć, że na ten rok rząd optymistycznie zakłada wzrost 3 proc., choć ekonomiści liczą ostrożniej i prognozują około 2 proc.

Tylko czy związkowcy zdają sobie z tego sprawę? I czy w ogóle chcą to wiedzieć? Znacznie łatwiej jest przecież zdobyć poklask wtedy, gdy się czegoś od pracodawcy żąda. A co jak co, ale żądać to związkowcy potrafią. Największe firmy należące do Skarbu Państwa wydają na ich utrzymanie nawet do 10 milionów złotych rocznie. Najpewniej wiosną związkowcy zechcą zatem udowodnić, że do czegoś przecież służą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

(54) Komentarzy do “Idzie wiosna, budzą się związkowcy”

    -
  1. gucio pisze:

    ja chciałem tylko zwrócić uwagę na kilka aspektów: tam gdzie związki zawodowe domagają się podwyżek to zazwyczaj dotyczy pracowników którzy zarabiają znacznie więcej niz przeciętny człowiek robiący w prywtnej firmie albo wchodzą w spory gdzie firmy nieźle żerują na budżecie czyli na tych którzy własnie zariabiają ten 1000 zł. Przykład z jednej strony PNiG-e czy brażna energetyczna, gdzie mamy jedne z najwyższych kosztów w Europie dostarczania energii przy kupnie gazu po cenach jednych z niższych w Europie. Z drugiej strony np. PKP czy górnictwo gdzie jeśli nie pompujemy pieniędzy w umarzanie długów to pompujemy w emerytury górników lub nowe złoża węgla lub w bilety za które płaci własnie ten co zarabia 1.000 zł. Ciekawe kiedy górnictwo odda te pieniądze pewnie nigdy. Dodatkowo kilkaset kilometrów na wschód jest węgiel 3 razy tańszy!!! Internauci mowią że wyłuszczane są patologie a gdzie indziej związki zawodowe działają dobrze. Tak działają ale głównie w firmach prywatnych gdzie nastawieni są na dialog, pomoc a nie na paleniu opon, rzucanie petardami!!! I dla tych co uważają ze związki zawodowe działają dobrze, niech przejdą sie do siedzib związków tych najbardziej krzyczących i po proszą o pomoc prawną bo gnębi ich pracodawca, porozmawiają z przewodniczącym danego oddziału, sekretarzem i napiszą w internecie jak im poszło. Zrobimy taką małą ankiete. Jeśli mam wyrazić swoje zdanie o związkach to szkoda ze Balcerowiczowi zabrakło jaj i nie zaorał obok PGr-ów hutnictwa, zbrojeniówki, górnictwa, stoczni to byłaby solidarność społeczna – przemiany dotyczyłby wszystkich a nie tylko grup akurat najsłabszych. Na ich miejsce powstały by zdrowe przedsiębiorstwa, które płaciły by wszelkie daniny publicznoprawne. A pewnie ten co zarabia 1.000 zł. zarabiałby teraz 1.200 zł. i nie musiałby bić się teraz z policjantem, który też zarabia 1.000 zł./chodzi o tego co stoi w tarczy z pałką pod sejmem i na dodatek mieszka w koszarach/!!!

    Dobre 0

  2. Koja pisze:

    Zastanawiam się,ile można zarobić w polskiej kopalni soli ?
    Ile wynoszą koszty robocizny polskich murzynów,obielonych solą ?
    Kilogram polsiej soli warzonej na półce w sklepie koszuje 50 groszy !
    Za co płacimy ? Za to,że sół znajduje się na pólce,za transport,za wydobycie ?
    Kto ustala tak bzdurną cenę, tego niezbędnego w życiu produktu, który
    kupuje się raz na kilka miesięcy.
    Dla porównaia cena soli zachodniej na półce supermarketu wynosi 5,oo zł !

    Dobre 0

  3. pf pisze:

    podwyzki sie naleza za dobra,efetywna prace ipodolywanie nowym wyzwaniom a nie tylko dlatego ze na rynku jest lepiej. zasadnicza roznica ktora wiele zmienia.

    Dobre 0

  4. Jurek Wawro pisze:

    @Koja:
    „Zastanawiam się,ile można zarobić w polskiej kopalni soli ?”

    Nie martw się tak bardzo.
    Polskie kopalnie soli to obecnie obiekty turystyczno – uzdrowiskowe. Soli się w ten sposób nie wydobywa ;-)

    A tak przy okazji – przed chwilą widziałem reportaż ze Stalowej Woli. Związkowcy się cieszą, bo zakład na 3 miesiące zdecydował się wrócić do 5 dni pracy w tygodniu. Jakiś czas temu pracownicy zgodzili się pracować 4 dni w tygodniu za 20% mniejsze zarobki. To nie jest odosobniony przypadek. Znam nawet taki przypadek, że związki zawodowe wraz z prezesem wykupiły zadłużone przedsiębiorstwo próbując go bronić przed bankructwem. Szkoda że z perspektywy ciepłej posadki w „Rz” widać wszystko tak jednostronnie.

    Dobre 0

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza oznacza akceptację REGULAMINU blog.rp.pl. Komentarze nie spełniające zasad zawartych w regulaminie - nie będą publikowane. Więcej informacji można znaleźć na modblogu modblogu.