Utracona reputacja Unii Europejskiej

01 sty 2012

Jeszcze nikt nie wie, jaka kwota pomocy utnie spekulacje o upadku Europy i jej wspólnej waluty. Niektórzy mówią, że tych pieniędzy zawsze będzie za mało. Wciąż nie znamy ostatecznego rachunku, jaki rynki finansowe każą nam zapłacić za życie ponad stan i za wieloletni brak politycznej motywacji do przeprowadzenia reform. Przykład szedł z góry, od najbogatszych – dyscyplinę jako pierwsze łamały Niemcy i Francja. A należało po prostu przestrzegać traktatu i paktu stabilizacji i nie lekceważyć zasad, które obowiązują w gospodarce – czyli przede wszystkim dbać o reputację. To jedyna szczepionka, która mogła uodpornić na dziką chciwość finansistów.

Pesymiści mówią o rozpadzie eurolandu, umiarkowani optymiści o tym, że strefę euro opuści jedynie Grecja. Hurraoptymiści, których znaleźć jest coraz trudniej, sądzą zaś, że euroland wyjdzie z kryzysu wzmocniony dzięki dążeniu ku unii fiskalnej i większej integracji w grupy krajów używających wspólnej waluty.

To, że dziś mamy problemy, jest efektem utraty reputacji. Staliśmy się w jeszcze większym stopniu zakładnikami rynków. Idee, niestety, nie rządzą dziś światem. Wszystko coraz silniej krąży wokół pieniędzy. We Francji więc nie wybory prezydenckie, a w Niemczech nie kolejne wybory w landach wyznaczą w tym roku agendę wydarzeń. O losach świata zdecydują natomiast daty aukcji bonów i obligacji, bo w 2012 roku Europa musi spłacić ponad 19 proc. wszystkich długów. Niemal 60 proc. tej kwoty przypada na trzy największe kraje: Niemcy, Francję i Włochy.

Nigdy w historii tak ogromnego wpływu na życie ludzi nie miały wykresy, modele i wątpliwości agencji ratingowych. Kluczowe dla naszego losu stało się pytanie, czy główne państwa Unii Europejskiej stracą najwyższy rating AAA, czy też może jednak uda im się go zachować. Morderczy wyścig z rynkami może zatrzymać tylko radykalne, choć chirurgicznie precyzyjne, przycięcie socjalnego tłuszczyku Starego Kontynentu.

Sytuacja jest trochę taka jak w codziennym życiu. Koszty leczenia zawsze będą wyższe niż profilaktyki. A w domowym budżecie dopiero w ostateczności tniemy wydatki, z których najtrudniej nam jest zrezygnować.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niebezpieczna ostrożność

28 gru 2011

Kluczem do uzdrowienia sytuacji w Europie Zachodniej są banki. To od tego, czy będą zdrowe, czyli wypłacalne i gotowe ponosić kolejne ryzyko pożyczania firmom i państwom, zależą styl i czas wychodzenia z obecnej zapaści systemu finansowego.

Na razie to od ich widzimisię zależy, czy powiodą się aukcje obligacji krajów strefy euro. By ograniczyć takie ryzyko, Europejski Bank Centralny kilka dni przed świętami pożyczył bankom komercyjnym ze strefy euro 489 mld euro. W efekcie, jak oceniają eksperci banku Barclays, płynność w sektorze finansowym wzrosła o 193 mld euro (pozostałe 296 mld euro banki wykorzystały do zrefinansowania zapadających zobowiązań wobec EBC). Co z tego, skoro banki mają w nosie instytucjonalne próby naprawienia sytuacji i przelały większość tych pieniędzy z powrotem na lokaty do EBC? Uważają, że tylko tam pieniądze są bezpieczne.

Część ekonomistów uważa, że tak wielkiego napływu depozytów do EBC nie należy przeceniać. Ale to wszystko pokazuje, że mentalność finansistów mimo fatalnej sytuacji i kilku już lat załamania systemu się nie zmieniła. To istna kwadratura koła. Ktoś w końcu musi zacisnąć zęby i podjąć odważną decyzję. Banki jednak czekają na to, aż nastroje na rynkach się trochę unormują. Do tego jednak dojdzie dopiero wtedy, gdy jakiś duży inwestor, typu George Soros albo Warren Buffett – powie: Panowie to już koniec, czas kupować. Na razie więc wszyscy czekają. A tylko w I kwartale Włochy będą musiały sprzedać obligacje warte100 mld euro…

Brak decyzji może oznaczać, że banki europejskie upadną wraz ze swoimi rynkami macierzystymi. Czy bankowcom brakuje po prostu jaj?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wirusowa nacjonalizacja

05 gru 2011

W Europie nie dyskutuje się już, czy w ciągu najbliższych 12 miesięcy nastąpi nacjonalizacja kolejnych banków w Europie. A raczej kiedy do tego dojdzie. Należy się więc oswoić z tym, że kolejna mutacja wirusa, zwanego kryzysem finansowym, głęboko przeniknie także do tkanki polskiego sektora bankowego, a więc do krwiobiegu gospodarczego naszego kraju. Informacje o potencjalnym nowym właścicielu niemieckiego Commerzbanku, którym może zostać rząd w Berlinie, przedostają się już do opinii publicznej.

Wkrótce może się okazać, że podobny scenariusz dotknie belgijski KBC (kontroluje Kredyt Bank) czy portugalski BCP (właściciel Banku Millennium). Biorąc pod uwagę krytyczną sytuację Włoch, bardzo możliwe, że na podobny krok zdecyduje się także Rzym w przypadku UniCreditu (ma polskie Pekao). Ale pytania fundamentalne trzeba zadawać.

Czy rządy państw UE będą wystarczająco dobrymi właścicielami polskich banków? Czy aby przyszli właściciele nie będą stosować niezdrowych praktyk? Może ich strategie nie będą sprzyjały stabilności branży, i czy nadal banki chętnie będą kredytować polskie firmy… Oficjalnie wszyscy politycy i bankowcy będą mówić, że nowy właścicielski układ sił nic nie zmieni. Ale czy w obecnych czasach jest coś jeszcze w 100 procentach pewne?

W przypadku Commerzbanku jaskrawo widać bowiem, że udział niemieckiego rządu na sposób zarządzania tym bankiem może mieć wpływ na stan finansów małych i średnich firm w Polsce. Commerz posiada największe wśród polskich banków finansowanie do polskiej córki. Kredyty tej niemieckiej instytucji dla BRE to łącznie około 24 mld zł! Jutro ich utrzymanie będzie stanowić koszt również dla niemieckich podatników. Czy na pewno nic to nie zmieni?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fiata nie da się zrepolonizować

29 lis 2011

Co dziś łączy włoskiego Fiata z zagranicznymi bankami w Polsce? Kryzys, kryzys i jeszcze raz kryzys. Najgorsze jest jednak to, że konsekwencją tej największej zapaści naszych czasów będzie, niestety, wzmocnienie globalnych spółek matek naszym kosztem.

Bo włoski producent samochodów, mimo że jego polska fabryka ma najlepsze wskaźniki kosztowe, po raz kolejny wbrew ekonomicznym argumentom wybiera ręczne, polityczne sterowanie. Nie zainwestował w Tychach w linię produkcyjną nowej generacji pandy, bo wybrano włoskie Pomigliano D’Arco. A teraz, znów nie licząc kosztów, konsekwentnie realizuje swój program „Fabbrica Italia”. Chyba teraz już nikt nie wątpi w to, że mimo iż nie jesteśmy w strefie euro, będziemy również ofiarą jej problemów.

Zawsze chętnie uciekamy do państwa – wyciągając ręce o pomoc. Ale czy państwo polskie może coś zrobić, by zatrzymać wzrost nacjonalizmu w centrali prywatnego włoskiego koncernu Fiat w Turynie? Zakładów przemysłowych nie da się zrepolonizować. Nie da się ich udomowić i nakazać produkcji polskich aut. Epoki warszawy czy koncepcyjnego beskida nie da się administracyjnie wskrzesić. W zasadzie jedyne, co możemy zrobić, i to we własnym przemysłowym interesie, to zmniejszyć napływ używanych aut, by Polacy chętniej kupowali auta nowe. Zresztą bezskutecznie producenci aut w Polsce zabiegają o to od lat.

Skutecznie regulować można zaś jedynie banki, które mają automatyczny wpływ na kondycję firm ze wszystkich branż przemysłowych. Zagraniczne matki nie mogą wstrzymać udzielania kredytów wiarygodnym firmom w Polsce. A teraz kryzysowych pretekstów – zaczynając od groźby cięcia ratingów – będą miały coraz więcej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Repolonizacja z głową

21 lis 2011

Zdrowe banki są kluczowe do utrzymania stabilnego wzrostu gospodarczego. Mają one bezpośredni wpływ na kondycję większości sektorów gospodarki. Upraszczając, po prostu dostarczają kapitał konieczny do rozwoju firm. Dlatego debata na temat przyszłości polskich banków jest tak samo istotna, jak dyskusja nad niuansami exposé premiera Donalda Tuska.

Warto więc rozmawiać o „repolonizacji” banków (ten termin jako pierwsi wymyśliliśmy zresztą w redakcji „Rzeczpospolitej”, opisując próbę przejęcia od Irlandczyków Banku Zachodniego WBK przez PKO BP w 2010 roku) lub o „udomowieniu” – jak określa proces zmiany struktury własnościowej sektora prezes NBP Marek Belka.

Rozpoczęty w 1993 roku proces prywatyzacji polskich banków spowodował zwiększenie efektywności ich funkcjonowania, wprowadzenie nowoczesnych technologii i metod zarządzania, nowego kapitału i przez to wszystko – zwiększenie ich konkurencyjności. Produkty i usługi finansowe oferowane na rynku polskim niczym się nie różnią od tych, które proponuje się w państwach Unii Europejskiej. W wielu przypadkach są nawet o wiele bardziej innowacyjne.

Równocześnie świat sprzed upadku Lehman Brothers w 2008 roku „se ne wrati” i obecnie bankowość, zwłaszcza europejska, przeżywa najcięższą i najbardziej krwawą próbę ostatnich dekad. Największe banki działające w strefie euro, ale także w USA, nie kojarzą się już ze stabilnością i efektywnością, a raczej z gigantyczną nieodpowiedzialnością w zakresie zarządzania swoim kapitałem (dźwignia finansowa) i płynnością. Cała lista niezdrowych praktyk bankowych, stosowanych także przez zagraniczne banki matki polskich banków (w Polsce na przykład walutowe kredyty mieszkaniowe finansowane z krótkoterminowych linii kredytowych), jest dzisiaj olbrzymim zagrożeniem dla stabilności europejskiego i światowego sektora finansowego oraz gospodarki.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cała prawda o agencjach ratingowych

17 lis 2011

Wyższa ocena Polski oznaczałaby wymierne korzyści finansowe w postaci niższych odsetek od naszych obligacji skarbowych. To gra nie o miliony, tylko miliardy złotych – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Nic w trwającym już co najmniej od trzech lat kryzysie finansowym nie jest takie, jak było wcześniej. Wielu uważa wręcz, że skala zmian i ich znaczenie dla globalnej polityki i gospodarki porównywalne są ze skutkami rozpadu Związku Radzieckiego w latach 1988 – 1991. Problemy budżetowe krajów strefy euro wcale nie maleją, wręcz przeciwnie – każdy kolejny pożar rodzi następny. Dziś już wiadomo, że obecny kryzys nie dotyczy wyłącznie sfer bogatych bankowców, którzy porozumiewają się niezrozumiałym slangiem, tylko ma swoje głębokie konsekwencje polityczne. Zmiany rządów w Portugalii, Grecji i we Włoszech, a zaraz zapewne i w Hiszpanii, jaskrawo to pokazują. W takiej atmosferze oblężenia czy wręcz wojny, naturalnym zjawiskiem jest poszukiwanie wroga. Mogą to być osoby, firmy – wszystko jedno. Grunt by znaleźć kozła ofiarnego, który jest odpowiedzialny za upadek zadłużeniowej sielanki.

Teraz tym „demonem” w Unii Europejskiej są głównie agencje ratingowe. Byłyby one i wrogiem publicznym numer jeden także w Stanach Zjednoczonych, gdyby nie to, że dwie najważniejsze (Moody’s oraz Standard & Poor’s) właścicieli mają za oceanem. Czy jednak negatywna ocena ich działań powtarzana często w wielu europejskich stolicach, ostatnio również w Warszawie, nie jest przypadkiem częściowo uzasadniona?

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co oznacza dziś „polski” bank?

03 lis 2011

Rozsądne byłoby stopniowe doprowadzenie do odwrócenia obecnej struktury, w której banki zależne od zagranicznych instytucji finansowych posiadają około 2/3 aktywów sektora w Polsce, a udział banków kontrolowanych lokalnie wynosi zaledwie około 1/3”. To nie jest zdanie wyjęte z programu partii ultranarodowej. Teza ta pośrednio nawołująca do nacjonalizacji polskich banków pochodzi z artykułu Stefana Kawalca, byłego wiceministra finansów. Dokument ten krąży na tzw. liście mailingowej prof. Stanisława Gomułki (cały artykuł opublikował portal związany z NBP obserwatorfinansowy.pl). Na tej liście znajdują się znamienite nazwiska polskiej myśli ekonomicznej i przedstawiciele administracji publicznej.

Jeszcze kilka lat temu byłby to antysystemowy rewolucyjny apel. Naruszający zresztą wszelkie polityczno-gospodarcze tabu. Skoro zdecydowaliśmy się w trakcie transformacji sprzedać większość naszych banków zagranicznym inwestorom, to takie status quo powinno przecież mieć charakter trwały, na wieki wieków amen, prawda? Abstrahując od słuszności metody wyjścia z tej sytuacji, Kawalec proponuje, by polskie aktywa bankowe wielkich światowych grup finansowych wykupił m.in. lokalny bank prywatny o kompetentnym zarządzie czy bank kontrolowany przez Skarb Państwa (mający docelowo rozproszoną strukturę akcjonariatu). Kryzys kreśli więc zupełnie nowe ścieżki polityki gospodarczej. I to nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Dziś bowiem nic nie jest tak oczywiste jak przed 2008 r. W najbliższych miesiącach i latach możemy oczekiwać dalszych problemów w międzynarodowych finansach. Bez wątpienia przełożyć się to może na niższą skalę akcji kredytowej dla polskich gospodarstw domowych czy firm. Jeśli więc pod uwagę weźmiemy to makroekonomiczne tło, ostre w tonie wypowiedzi nowego szefa nadzoru finansowego nikogo nie powinny dziwić. Apeluje, by banki zostawiły zyski w Polsce, bo wie, co nam grozi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Europie wystarczy pocisków do bazooki?

06 paź 2011

Niespełna dwa tygodnie temu byłemu komisarzowi ds. gospodarczych i walutowych Joaquinowi Almunii (obecnemu komisarzowi ds. konkurencji) wymsknęła się wypowiedź o tym, że europejskie banki będą potrzebowały rekapitalizacji – czyli zwiększenia ich kapitałów ze względu na straty, jakie poniosą na ewentualnym bankructwie Grecji. Aż do wczoraj szef Komisji Jose Manuel Barroso zapewniał, że to wyłącznie prywatne zdanie komisarza. Teraz nagle zmienił stanowisko. Sam przyznał, że banki mogą potrzebować pomocy publicznej.

Co to tak naprawdę oznacza? Bo że jest to kolejny przykład potwierdzający kryzys przywództwa w Unii Europejskiej, nie ulega wątpliwości. Istotniejsze jest jednak meritum – czyli przyznanie się Barroso, i to w sposób już oficjalny, że Bruksela na poważnie bierze pod uwagę redukcję długu Grecji.

Do tej pory ten wariant był odrzucany i jedyną słuszną metodą zaklinania rzeczywistości i ułaskawiania rynków finansowych była wiara, że Ateny spełnią oczekiwania Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Otrzymają więc wsparcie i będą spłacać odsetki od swojego całego zadłużenia. Do tej pory też sądzono, że Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej, w którym ma się znaleźć 440 mld euro, wystarczy na ratunek peryferyjnych krajów strefy euro.

Mało kto pamięta, że ten powołany w lipcu instrument wciąż nie działa (nadal jego ratyfikacji nie dokonały 2 z 17 krajów eurolandu). Nie brakuje też pesymistycznych głosów ekonomistów i inwestorów. Nouriel Roubini (człowiek, który przewidział, że dojdzie do załamania światowych finansów w 2008 roku) uważa, że pocisków do bazooki – to określenie Roubiniego – z których Unia musi strzelać, by odsunąć widmo politycznego fiaska integracji, jest zdecydowanie za mało.

Ale to jeszcze nie koniec. Poza tym, że w 17 krajach nowy proces ratyfikacji zwiększenia funduszu ratunkowego będzie koszmarem, to wciąż nie wiadomo, skąd wziąć pieniądze na ratowanie banków. Francja proponuje, by zrobić to za pomocą środków Europejskiego Banku Centralnego, czyli de facto dodrukować pieniądze. Niemcy zaś, by każdy kraj robił to, używając swoich wewnętrznych zasobów.

Dziś pewne jest tylko jedno – bałagan decyzyjny w UE szybko się nie skończy. A zarobią na tym amerykańskie fundusze spekulacyjne, które korzystają z tego, że USA dokapitalizowały swoje banki już w 2008 roku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czeka nas kilka bardzo nerwowych tygodni

23 wrz 2011

Zmiany notowań akcji, walut i innych instrumentów finansowych są tak gwałtowne, że osiągnęły już poziom paniki, jaka ogarnęła rynki tuż po ataku terrorystycznym 11 września 2001 roku. Najczęściej używanym przez analityków słowem jest „niepewność”.

Wiemy z historii, że po ostrych szokach na światowych giełdach w ciągu sześciu miesięcy pojawia się równie gwałtowna recesja w gospodarce. Inwestorzy, nie chcąc na niej stracić, sprzedają akcje. Inna zasada giełdowa zaś mówi, że skoro wokół są wyłącznie pesymiści, to może dotknęliśmy już dna spadków.

Aby nastroje na giełdach mogły się poprawić, potrzeba więc tylko wypowiedzi kilku znanych ekonomistów albo szefów banków centralnych, którzy stwierdzą, że recesja w USA i w Europie potrwa jeszcze parę miesięcy, ale niedługo – może już wiosną – będzie lepiej.

Na razie jednak czeka nas jeszcze kilka ciężkich tygodni. Emocje będą sięgać zenitu aż do momentu ogłoszenia kontrolowanego upadku Grecji, czyli częściowej redukcji jej długu lub przesunięcia w czasie spłaty odsetek. Czasu zostało niewiele, bo lewicowemu rządowi Jeorjosa Papandreu zabraknie pieniędzy na wypłatę emerytur już po 10 października.

Grecja musi więc wcześniej dostać 8 mld euro pożyczek z eurolandu oraz MFW. W przeciwnym razie sektor bankowy w Europie, zwłaszcza w Niemczech i we Francji, poniesie o wiele większe straty. Wówczas dopiero giełdy będą naprawdę krwawić (to, co się dzieje teraz, jest niczym w porównaniu z tym scenariuszem). Na razie politycy, zamiast zabrać się do roboty, szukają jedynie kozła ofiarnego, na którego zrzucą winę za fatalną sytuację na rynkach. I oskarżają albo agencje ratingowe, albo spekulantów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Więcej szans dla polskich łupków

11 wrz 2011

Po co polskim firmom partnerzy z zagranicy? Po co się dzielić tym, co może być bardzo cenne, skoro ponoć technologia jest dostępna i można samemu wydobywać gaz z pokładów skał łupkowych. Niestety, przemysł ten różni się od wszystkich gałęzi sektora wydobywczego, ba różni się także od wydobycia gazu ze złóż konwencjonalnych. Drogocenna jest technologia szczelinowania, droga jest także praca inżynierów specjalizujących się w odwiertach oraz specjalistyczny sprzęt.

Dlatego strategiczne partnerstwo polskich firm, które mają koncesje poszukiwawcze, może nasze aspiracje związane z wykorzystaniem gazu jedynie przyspieszyć. Warto się temu przyglądać, ale raczej kibicować, niż próbować to zahamować.

Dziś już wiadomo, że bez współpracy z Kanadyjczykami czy Amerykanami będzie trudno nie tylko po stronie technologicznej, ale i politycznej, zmienić nasz bilans energetyczny. Ścisła współpraca nie tylko z dyplomatami z tych krajów, ale i firmami jest konieczna. Oczywiście oni będą dbać o swoje interesy, ale czy to kogoś powinno dziwić? Rolą polskiego państwa musi być z kolei dbanie o interes naszych spółek. I nie powinno się to też ograniczać wyłącznie do międzynarodowego lobbingu na rzecz gazu niekonwencjonalnego, ale przede wszystkim do mądrych regulacji. Warto by nowy rząd jako cel strategiczny zadeklarował stworzenie najlepszego na świecie systemu prawnego dotyczącego gazu łupkowego, który zapewniłby spokój firmom wydobywczym. Jeśli okaże się, że rzeczywiście mamy największe pokłady tego surowca w Europie i tak ten gaz będzie musiał popłynąć w świat przez polski system przesyłu. Powinniśmy więc zdążyć wszystko przeliczyć i pobrać stosowne opłaty.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop