Nowy medialny ład

07 paź 2010

Na razie jest chaos. Ale z tego chaosu powinno wyłonić się coś nowego. Tak optymistycznie przekonywał uczestników niedawnego jubileuszowego 60. kongresu Międzynarodowego Instytutu Prasy (International Press Institute, IPI) Bill Mitchell z amerykańskiego Poynter Institute. „Chaos” – to sytuacja, jaka dziś panuje w mediach. „Coś nowego, lepszego” – to jeszcze nie bardzo wiadomo co, ale jest nadzieja, że nastąpi.

Debata na kongresie IPI znakomicie obrazuje rozdarcie wśród dziennikarzy, redaktorów i wydawców. Przeciętny czytelnik tego nie widzi, ale gazety przeżywają kryzys – największy od czasu, gdy powstały. Jest pewne, że jakaś zmiana musi nastąpić. I to zmiana ogromna. Choć wersja papierowa zapewne w okrojonej formie przetrwa, to najprawdopodobniej dopiero czekamy na wynalezienie tego „czegoś”, w co przekształcą się obecne gazety. „Czegoś”, co zapewne będzie twórczym rozwinięciem komputera i telefonu komórkowego jednocześnie. Chyba że ktoś wynajdzie coś zupełnie nowego.

Ponad 200 redaktorów naczelnych gazet i czasopism, szefów stacji telewizyjnych i radiowych, dziennikarzy – członków ogólnoświatowej organizacji pozarządowej, jaką jest IPI – debatowało w Wiedniu nad przyszłością mediów. I mimo oficjalnie prezentowanego optymizmu ich wypowiedzi wskazywały na jedno: wciąż mamy do czynienia z chaosem.

Papier, Internet, komórka

W Europie i Ameryce na łeb na szyję spada czytelnictwo prasy drukowanej.

Cała nadzieja więc w Internecie – ale Internet przynosi zmianę, której efekty trudne są do przewidzenia. I na dokładkę nie dostarcza takich dochodów, jak „papier”, co z oczywistych powodów strasznie boli wydawców gazet. Bo przecież aby wydawać gazetę, trzeba płacić, i to niemało. Tak naprawdę nie ma „darmowych wiadomości”. Ktoś kiedyś pokrył koszty ich znalezienia, opisania i zamieszczenia.

Ale w Azji i Afryce jest inaczej. – Nam sprzedaż „papierowa” wzrasta – przekonywał Rajesh Kalra, redaktor naczelny „The Times of India”, największej na świecie (!) wielkoformatowej gazety w języku angielskim. Czemu tak się dzieje? Ano choćby dlatego, że na Internet pozwolić sobie może stosunkowo niewielu Hindusów, a na papierową gazetę – tak. A indyjscy biedacy mogą za grosze dostarczyć pismo do domów. Czyli – tania gazeta codziennie w skrzynce pocztowej, tańsza niż jej e-wydanie.

W Afryce dostęp do Internetu też ma bardzo niewielu. A bardzo dużo – coraz więcej! – ludzi ma telefony komórkowe. – U nas przyszłością są wiadomości esemesowe – mówiła Ferial Haffajee, szefowa „City Press” z południowoafrykańskiego Johannesburga. Za chwilę może się więc okazać, że światowe media podążają co najmniej dwiema równoległymi, zupełnie innymi drogami. Inaczej w krajach rozwiniętych – w Internecie, inaczej w trzecim świecie – w telefonach.

Czytelnicy internetowych mediów już się z nimi oswoili. Ale nie oswoili się z Internetem dziennikarze. Zarówno wśród starszych, jak i młodszych wiekiem i stażem uczestników kongresu widać było obawę przed „nowym”. I wcale nie chodziło o pieniądze, których sieć nie przynosi.

Generalnie chodzi o to, że Internet i jego potentaci narzucają zupełnie nowe reguły gry. Każdy z uczestników obrad chętnie zabierał czerwoną torbę reklamówkę Google’a, ale entuzjastycznie głoszone zapowiedzi nowości tego giganta przyjmowano niesłychanie ostrożnie. – U nas jest wygodniej i dużo taniej, niż jeśli każdy będzie rozwijać swoją technologię – przekonywali przedstawiciele tej firmy.

Tyle że przyjęcie rozwiązań tej firmy oznacza pogłębiające się uzależnienie od Google’a. Bo strony internetowe gazet będą w coraz większym stopniu oparte na Google’u , a na dokładkę by się promować, trzeba się znaleźć wysoko w google’owej wyszukiwarce.

To ostatnie budziło inne zastrzeżenia. – Wpisując słowo czy frazę do wyszukiwarki Google’a, otrzymujemy odpowiedź według jakiegoś zupełnie nieznanego nam algorytmu – denerwował się jeden z mówców. A inni wskazywali na Google News, czyli wiadomości, też układane według jakiegoś algorytmu. Odzwierciedlającego, jak przyznali reprezentanci firmy, to, co jest wśród internautów popularne. A popularne niekoniecznie oznacza ważne. – Świat z wyszukiwaniem opartym na algorytmie nie ma nic wspólnego z demokracją – mówiono. A przecież na algorytmach są też oparte inne, mniejsze wyszukiwarki.

Obywatelski pilot

Dostało się też tak promowanej przez niektórych idei internetowego „obywatelskiego dziennikarstwa”, czyli takiego, w którym każdy może pisać, co chce. – Obywatelski dziennikarz? A czy chcemy, aby „obywatelski pilot” prowadził samolot, którym lecimy? By leczył nas „obywatelski lekarz”? – słychać było wołanie. A konkluzja bardzo krzepiła dziennikarskie serca: – To redaktorzy bronią demokracji.

Tyle że „obywatelskie dziennikarstwo” już jest faktem, już wykorzystują je niektóre redakcje. I przypuszczalnie jakoś się rozwinie, choć na pewno nie zastąpi dziennikarstwa fachowego.

By redaktorzy mogli „bronić demokracji”, trzeba ich zatrudnić, a więc płacić. Tymczasem z pieniędzmi jest w mediach coraz gorzej. – Dawniej sprzedawała się sama gazeta i ogłoszenia w niej, a teraz wydawcy muszą mieć wiele strumieni dochodów – opowiadał Bill Mitchell. Owe „strumienie dochodów”, nazywane też „hybrydowym modelem biznesowym”, oznaczają ni mniej, ni więcej, tylko to, że wydawanie gazet staje się powoli działalnością niedochodową, a sfinansować ją mogą inne źródła. Tyle że w tej sytuacji mało kto będzie chciał do innych „strumieni” dodawać będące kulą u nogi media.

Chyba że wreszcie znajdzie się dobry sposób na pozyskanie środków z Internetu i telefonów komórkowych. – To na pewno nastąpi – optymistycznie twierdzi Mitchell. Na razie nie wiadomo, kiedy i jak będzie wyglądać, ale z pewnością musi nastąpić, inaczej spora część rynku mediów po prostu się załamie. Wszyscy więc czekają na to „coś” nowego, „coś” niezwykłego, co przyniesie pożądaną dla wszystkich zmianę.

Dla czytelników gazet oznaczać to może o wiele bardziej atrakcyjne media i łatwiejszy, spersonalizowany dostęp do multimedialnych informacji oraz publicystyki i komentarzy. Dla dziennikarzy będzie to stabilizacja w nowych warunkach. Dla wydawców – szansa na rozwój i pieniądze. Tylko – kiedy?



***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosja gotowa do wielkiej zmiany?

05 wrz 2010

Zbliżenie Rosji z NATO, możliwe członkostwo tego kraju w sojuszu – to brzmi jak fantastyka czystej wody. A jednak doradcy rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa poważnie rozważają różne warianty integracji z NATO. Dla nas to dobra wiadomość. Oznacza bowiem, że Rosja naprawdę się zmienia, i to w kierunku dla nas korzystnym.

Dla każdego, kto patrzy bez uprzedzeń i emocji na sytuację międzynarodową, jest oczywiste, że sojusz północnoatlantycki nie jest wrogiem Rosji. Świat się zmienił tak bardzo, że rzeczywiste niebezpieczeństwo dla Moskwy może przyjść nie z zachodu, lecz z południa lub ze wschodu.

Tyle że w polityce emocje wciąż odgrywają wielką rolę. Dla milionów Rosjan sojusz wciąż jest wrogiem. Tak im wpajano w czasach Związku Radzieckiego, przez lata dowodząc, że NATO jest agresorem, który dąży do wojny. I choć partia komunistyczna w Rosji jest dziś słaba, to myślenie o sojuszu północnoatlantyckim jako o agresywnym, potencjalnie najbardziej niebezpiecznym przeciwniku wciąż jest obecne. Co więcej, takie myślenie jest powszechne wśród sił prorosyjskich u najbliższych sąsiadów Rosji, a więc na Ukrainie i Białorusi. Ugrupowania prorosyjskie na Ukrainie budują swoją siłę także na antynatowskich nastrojach sporej części społeczeństwa.

Gdyby więc Kreml nagle postanowił zmienić kurs, mogłoby to wywołać szok u wielu Rosjan (ale także u Ukraińców i Białorusinów). Nie da się błyskawicznie zmienić przekonań, nie da się zadekretować przyjaźni tam, gdzie długo panowała wrogość. Opór będzie podsycać rosyjska armia, która przez lata skierowana była frontem na Zachód.

Rozważania kremlowskich analityków pokazują jednak, że prezydent Rosji i jego ludzie zdają się myśleć pragmatycznie. Że są gotowi zerwać ze schematami i stereotypami. Gdyby to była prawda, oznaczałoby to, że Rosja jest coraz bardziej gotowa do modernizacji, a także do przyjęcia standardów dla NATO zasadniczych – demokracji i praw człowieka. Takie nastawienie rosyjskiego kierownictwa warto wspierać. Bo to najlepiej zapewni nam bezpieczeństwo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Do czego doprowadzi zimna wojna Mińsk – Moskwa

03 wrz 2010

Mamy do czynienia z prawdziwym apogeum rosyjsko-białoruskiej wojny informacyjnej. Czyżby Moskwa rozpoczęła operację „następca Łukaszenki”?

Rozbieżności na linii Mińsk – Moskwa pojawiały się od dawna. Ich podtekst był prosty: w zamian za rozmaite koncesje gospodarcze wobec Białorusi, np. tańszy gaz i ropę, Rosjanie domagali się ustępstw politycznych i udziału w prywatyzacji kluczowych białoruskich przedsiębiorstw. Prezydent Aleksander Łukaszenko twierdził, że budowa Związku Białorusi i Rosji musi nieść ze sobą przywileje dla jego kraju. Rosyjscy przywódcy dowodzili zaś, że nie ma powodów do bezterminowego subwencjonowania Białorusi.

Spór więc istniał od dawna, ale tak ostrej wzajemnej krytyki, jaka miała miejsce ostatnio, dotąd nie było. Zaczęło się od serii filmów „Baćka chrzestny” („Baćka” – Ojczulek – tak bywa nazywany Łukaszenko) w rosyjskiej telewizji. Miliony Rosjan usłyszały szokujące oskarżenia: że na polecenie Łukaszenki porywano niewygodnych opozycjonistów, że on i jego rodzina czerpią gigantyczne korzyści finansowe z urzędu prezydenckiego, a wreszcie, że białoruski przywódca jest chory psychicznie.

Ponieważ zimą na Białorusi odbędą się wybory prezydenckie, filmy te odczytano jako wyraźny sygnał, że Moskwa przestała popierać Łukaszenkę. A może nawet, że rozpoczęła „operację następca”, czyli akcję usunięcia Aleksandra Grigoriewicza i osadzenia na jego miejsce kogoś bardziej skorego do współpracy. Co prawda szef białoruskiego państwa ma tak silną pozycję, że najbliższe wybory wygra na pewno, ale – zastanawiali się komentatorzy i politolodzy – niewykluczone, że Rosjanie mają cel długofalowy. Na przykład odsunięcie Łukaszenki od władzy podczas kolejnych wyborów.

Kilka dni temu doszło do zagadkowego ataku terrorystycznego. Nieznani sprawcy obrzucili rosyjską ambasadę w Mińsku koktajlami Mołotowa. W efekcie spłonął stojący koło ambasady samochód, ale nikomu nic się nie stało. Wydawało się, że białoruskie władze oskarżą o atak opozycję (opozycyjna Partia BNF wystąpiła właśnie z antyrosyjskim apelem), co byłoby działaniem typowym i oczywistym. Łukaszenko obwinił jednak… Moskwę. – Jeden, drugi i trzeci atak w mediach. Nacisk gospodarczy. Nie ma efektów, więc trzeba szukać innych metod. To interesujący trop. Będziemy nad nim pracować – mówił.

A białoruska telewizja nadała materiał pokazujący, jak to rosyjski premier Władimir Putin jechał samochodem marki Łada Kalina na trasie Czyta – Chabarowsk. Rzekomo samotnie, a faktycznie w asyście setki zagranicznych samochodów z ochroniarzami i dwóch zapasowych ład. Putina wyśmiano, co jest rzeczą bez precedensu w białoruskich mediach państwowych.

Wojna medialna więc trwa, tyle że Łukaszence Rosja jest bardzo potrzebna, podobnie jak Putinowi i prezydentowi Dmitrijowi Miedwiediewowi potrzebna jest Białoruś. Łukaszenko ma niewielkie pole manewru, bo oprócz Rosji nie ma na kogo liczyć. Świeżo pozyskany sojusznik, jakim jest daleka Wenezuela, nie udzieli mu przecież wystarczającego wsparcia. O tym doskonale wiedzą także na Kremlu. Może więc jednak „operacja następca” rzeczywiście się rozpoczęła. I to wcale nie z takim odległym horyzontem czasowym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosjanie i Ukraińcy – dwa społeczeństwa, jeden naród?

18 cze 2010

Prawie 20 lat istnienia niepodległej Ukrainy nie wystarcza, by Rosja uznała ukraińską państwowość i traktowała Ukraińców jako odrębny naród.

Niedawno w Kijowie wybuchł skandal. Rosyjski ambasador Michaił Zurabow oświadczył, że „Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród”. Lapsus? Chyba jednak nie.

To, że w Rosji są kręgi nacjonalistyczne, które kwestionują istnienie Ukraińców jako odrębnego narodu, było od dawna wiadomo. W ich rozumieniu Ukraina to „Małorosja”, a Ukraińcy – „Małorosjanie”, z których część posługuje się dialektem języka rosyjskiego, niesłusznie określanym jako odrębny język ukraiński. Powszechnie jednak sądzono, że tak myślą jedynie nieliczne, skrajne grupy.

Zmiana ukraińskiego kierownictwa przez bardzo wielu rosyjskich polityków została uznana za powrót do normalności. „Okres państwowej rusofobii odszedł do przeszłości razem z Wiktorem Juszczenką i jego ekipą (mamy nadzieję, że na zawsze)” – pisała „Rossijskaja Gazieta”. Dziennik ten, wydawany przez rząd Federacji Rosyjskiej, w artykule „Dwa społeczeństwa – jeden naród” – a więc brzmiącym niemal identycznie jak niedawna wypowiedź ambasadora Zurabowa – dowodził, że „Rosjanie nie są na Ukrainie cudzoziemcami, a Ukraińcy – cudzoziemcami w Rosji”. „Nasze narody nie były zwykłymi sąsiadami, mają wspólne, historyczne korzenie – Ruś Kijowską, przez stulecia wzajemne przenikanie się języków i kultur miało miejsce nie na poziomie „etnosu”, a na poziomie rodzin” – czytamy w artykule.

Ukraińskie media – te niechętne Rosji – piszą o koncepcji „jednolitej przestrzeni rosyjskiej”, opracowanej podobno w otoczeniu rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa i realizowanej między innymi przez Rosyjski Kościół Prawosławny. Rola Cerkwi jest tu szczególna, bo spośród trzech odłamów prawosławia na Ukrainie najsilniejszy – i co ważniejsze, kanoniczny – jest ten podporządkowany właśnie patriarchatowi moskiewskiemu.

Pytanie – co na to Ukraińcy. Opozycyjne media i politycy są oburzeni. Ale nowe władze najwyraźniej nie, mimo oficjalnego protestu wystosowanego przez MSZ w Kijowie po wypowiedzi rosyjskiego ambasadora. Minister edukacji, kontrowersyjny Dmytro Tabacznyk, wspiera ofensywę języka rosyjskiego. Rosyjski wraca do ukraińskich szkół, do sądów i do urzędów, a także do kin (w postaci dubbingu). Niezależnie od tego Ukrainę zalewają rosyjskojęzyczne gazety i książki. Zaś nowy prezydent Wiktor Janukowycz, prawosławny, określany jako głęboko wierzący, zdecydowanie popiera Ukraiński Kościół Prawosławny patriarchatu moskiewskiego.

Trudno się więc dziwić, że przed wizytą moskiewskiego patriarchy Cyryla w Kijowie na jego żądanie zniknie z miasta ulica Mazepy, hetman Mazepa bowiem był w XVII wieku przez Cerkiew wyklęty.

Koncepcja „dwóch społeczeństw – jednego narodu” może się więc na dobre zadomowić na Ukrainie. Oznaczałoby to zbliżenie obydwu krajów nie z przyczyn pragmatycznych, ale ideowych – i prowadziłoby Kijów prostą drogą do jakiejś nowej koncepcji typu Związku Białorusi i Rosji. Z polskiego punktu widzenia byłoby to fatalne rozwiązanie. Paradoksalnie przeciwnikiem tego rodzaju pomysłów są głównie ukraińscy nacjonaliści, chętnie odwołujący się do antypolskiej tradycji Stepana Bandery. Lecz może o dawnych walkach i ranach lepiej nie pamiętać?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od kampanii do kampanii

06 lut 2010

Bez względu na to, czy prezydentem Ukrainy zostanie lider prorosyjskiej Partii Regionów, czy obecna pani premier, Ukrainę czekają miesiące dalszych sporów.

Jeśli zwycięży Wiktor Janukowycz, szefem rządu nadal przecież pozostanie pani Tymoszenko. Żelazna Julia nie podda się łatwo, wyprowadzić ją z siedziby rządu można będzie tylko siłą. Wybór prezydenta nie oznacza dymisji szefa rządu. Będzie ona możliwa dopiero wówczas, gdy w parlamencie powstanie nowa, dysponująca większością głosów koalicja. Janukowycz może ją budować, pozyskując ludzi z Naszej Ukrainy odchodzącego prezydenta Wiktora Juszczenki lub nawet z Bloku Julii Tymoszenko, osłabionego w przypadku przegranej jego liderki. Ale to potrwa, a pani premier będzie próbowała temu przeciwdziałać. Jeśli jej opór okaże się skuteczny, to Janukowycz spróbuje doprowadzić do rozwiązania Rady Najwyższej, co oznaczałoby kolejną kampanię wyborczą. I kolejne miesiące braku politycznej stabilizacji.

Z kolei wygrana Julii Tymoszenko postawiłaby obecną panią premier przed koniecznością budowania własnej większości parlamentarnej. A przy wciąż bardzo silnej reprezentacji Partii Regionów Janukowycza oraz niechęci sporej części Naszej Ukrainy (Juszczenko Julii Tymoszenko po prostu nie cierpi) oznaczało by to z jej strony spore ustępstwa. I groziłoby mnożeniem stanowisk w rządzie, by pozyskać poparcie polityków. Ukraina stałaby się krajem z rekordową liczbą wicepremierów i ministrów. W końcu żelazna Julia zebrałaby wymaganą większość, ale zapewne dość słabą i niestabilną. Kraj zmierzałby wielkimi krokami do przedterminowych wyborów parlamentarnych, które stałyby się grą o wszystko.

Tak czy owak kolejna kampania wyborcza i tak się wkrótce rozpocznie – jeszcze w tym roku odbędą się przecież wybory samorządowe. Politycy będą po próbie sił w wyborach prezydenckich. Główni gracze, Janukowycz i Tymoszenko, marzą o zdominowaniu sceny politycznej. Ci zaś, którzy zajęli trzecie i czwarte miejsce – Serhij Tihipko i Arsenij Jaceniuk – będą zabiegali o jak najlepszy start dla swoich nowo tworzonych ugrupowań.

Wielki przegrany tych wyborów, prezydent Juszczenko, będzie z kolei próbował odzyskać to, co stracił. Kampania prezydencka mogła kosztować nawet 1,5 miliarda dolarów. Szefowie firm marketingowych, telewizji i drukarni już zacierają ręce: będą nowe zlecenia. Mnóstwo zleceń.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trzeba się sprzeciwić „polityce salami”

21 sty 2010

Czwartkowe wydarzenia wokół Domu Polskiego w Iwieńcu, a zwłaszcza zatrzymanie przez białoruską milicję sporej grupy polskich działaczy, świadczą o tym, iż władze w Mińsku postanowiły zastosować wobec naszych rodaków „taktykę salami”.

Polega ona na stopniowym ograniczaniu ich możliwości działania. Nie wróży to dobrze ani przyszłości Polaków na Białorusi, ani stosunkom polsko-białoruskim.

Mińsk toleruje co prawda działalność Andżeliki Borys, przewodniczącej nieuznawanego oficjalnie Związku Polaków – ona i jej współpracownicy prowadzą społeczną szkołę polską w Grodnie i organizują rozmaite imprezy. Zarazem jednak władze co pewien czas wybierają kolejny cel i atakują. Tak stało się także teraz.

Na Białorusi w różnych miastach działają domy polskie, postawione i urządzone za pieniądze polskich podatników. Trzy z nich wciąż uznają za szefa ZPB Andżelikę Borys. W czwartek uderzono w dom w Iwieńcu (przed wojną miasto leżało w Polsce, 16 km od granicy z ZSRR) oraz w kierującą nim Teresę Sobol, która została bezprawnie wykluczona ze Związku Polaków. Uczyniło to namaszczone przez władze prorządowe kierownictwo ZPB ze Stanisławem Siemaszką na czele. W walkę o Dom Polski zaangażowały się białoruska milicja i KGB.

Niewykluczone, że po Iwieńcu przyjdzie czas na dwa kolejne domy polskie. A potem zapewne na oddziały ZPB, wciąż uznające panią Borys za szefową. Najwyraźniej chodzi o to, by jej zwolenników wystraszyć, uniemożliwić im działanie, no i przejąć własność ZPB. A po jakimś czasie będzie można powiedzieć Warszawie: problem Andżeliki Borys dotyczy tylko jej samej i kilkudziesięciu osób.

To polityka prowadząca donikąd. Nie chodzi bowiem o Andżelikę Borys czy Teresę Sobol. Związek Polaków na Białorusi musi mieć prawo do posiadania demokratycznie wybranych władz i prowadzenia normalnej działalności.

I takie powinno być też stanowisko Warszawy. Organizacja wydmuszka, kierowana przez nieznającego języka polskiego Siemaszkę, potrzebna jest być może rządowym, białoruskim propagandzistom, ale nie białoruskim Polakom.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy fałszerstwa coś zmienią?

14 sty 2010

Wybory prezydenckie będą sfałszowane – dowodzą ukraińscy politycy różnych opcji. Najnowszy zarzut wysunęła premier Julia Tymoszenko.

Ponieważ Centralna Komisja Wyborcza uznała, że chorzy mogą głosować w domu bez przedstawienia jakichkolwiek zaświadczeń, „Żelazna Julia” stwierdziła, iż dla Partii Regionów Wiktora Janukowycza – czołowego kandydata na prezydenta – będzie to okazja dla masowych fałszerstw. Czy rzeczywiście?

Pięć lat temu urząd prezydenta i rząd Ukrainy były w rękach jednej opcji. Prezydent Leonid Kuczma i premier Wiktor Janukowycz użyli wszelkich środków, by wygrał ten ostatni. A tradycje fałszowania wyborów są tu tak długie, jak cała historia niepodległej Ukrainy.

Na wielką skalę stosowano w przeszłości dwie metody: „dodawania wyborców” i „dosypywania głosów”. Poprzez sztuczne zwiększanie liczby wyborców zmniejszał się odsetek głosów oddawanych na wszystkich kandydatów. Dodanie głosów jednemu z nich zasadniczo poprawiało jego sytuację.

Wszystko to działo się na wyższych szczeblach, na niższych bowiem kupowanie głosów przydawało się głównie podczas wyborów parlamentarnych czy lokalnych. Także teraz pozarządowy Komitet Wyborców Ukrainy ujawnił: jeden głos ma kosztować 100–300 hrywien (40–120 złotych). Wyborca będzie musiał sfotografować kartę do głosowania telefonem komórkowym. Ale to oznacza, że milion głosów może kosztować co najmniej 300 milionów hrywien, a ponadto tak wielka operacja nie mogłaby pozostać niezauważona.

Co więcej, obecnie prezydent Wiktor Juszczenko i premier Julia Tymoszenko nie tylko nie współpracują, ale i sobie przeszkadzają, jak tylko mogą; Wiktor Janukowycz może oddziaływać w Donbasie, ale nie w całym kraju. Jeśli więc dojdzie do fałszerstw, to na korzyść co najmniej kilku kandydatów. Paradoksalnie więc, szanse pozostaną wyrównane.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Rosja stawia na „Żelazną Julię”

08 gru 2009

Podczas niedawnego „telewizyjnego dialogu” ze społeczeństwem, premier Rosji Władimir Putin podkreślił: „Nie popieram Julii Tymoszenko na wyborach prezydenta Ukrainy”. Ale w rzeczywistości może być zupełnie inaczej.

Ledwie dwa tygodnie wcześniej, podczas poświęconego głównie problemom gazu spotkania Putin–Tymoszenko w Jałcie, rosyjski premier wyraźnie – wręcz demonstracyjnie – ją wspierał. Ale, jak zauważyły ukraińskie media, takie otwarte poparcie byłoby dla niej niekorzystne.

Na wschodzie Ukrainy – a więc głównie wśród ludności rosyjskojęzycznej i prorosyjskiej – największym poparciem wciąż cieszy się były premier Wiktor Janukowycz. Pani Julia walczy przede wszystkim o elektorat na zachodzie kraju. A tam Rosji nie lubią. I być może właśnie dlatego oficjalnie odciął się od „Żelaznej Julii”. Warto jednak zauważyć, że czyniąc to – nie wsparł nikogo innego. A zwłaszcza uznawanego za czołowego zwolennika ścisłej współpracy z Rosją Janukowycza.

Jeden z deputowanych Bloku Julii Tymoszenko, Swiatosław Olijnyk, wyraził niedawno nadzieje, podzielane zapewne przez całe jego ugrupowanie. „Myślę, że Kreml popiera właśnie Tymoszenko” – dowodził, wypowiadając się dla rosyjskiego pisma „Kommiersant–Włast’”. I przekonywał, że Janukowycz nie jest dla Moskwy interesującym partnerem. „Jest zbyt regionalny, zbyt wschodni” – twierdził. I zapewne ma rację. Julia Tymoszenko udowodniła już, że potrafi być skrajnie pragmatyczna. W praktyce oznacza to, że o ile obecny prezydent Wiktor Juszczenko stara się realizować jakieś idee, na przykład integracji z Europą (inna rzecz – na ile skutecznie), o tyle premier Tymoszenko ma program na tyle uniwersalny (czy wręcz populistyczny), że gotowa jest współpracować z każdym. O ile będzie to korzystne dla niej samej.

Rosja bez wątpienia może dać jej więcej niż Europa. Bruksela nie chce dać Ukrainie nawet nadziei na członkostwo w UE, a żąda reform – a Moskwa obiecuje bardzo konkretne rzeczy, np. ułatwienia przy zakupie gazu. Przyjdzie za to uregulować rachunek polityczny, ale tym „Żelazna Julia” najwyraźniej się nie martwi.

Z rosyjskiego punktu widzenia optymalny wariant to przejście do II tury dwójki kandydatów – Janukowycza i Tymoszenko. Wtedy Rosjanie mieliby pewność, że przyszły prezydent Ukrainy będzie bardziej zainteresowany współpracą z Moskwą, niż Brukselą, nie mówiąc już o Warszawie. I być może o to właśnie chodzi kierownictwu Rosji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gorąca kampania wyborcza na Ukrainie

20 lis 2009

Na dwa miesiące przed wyborami prezydenckimi na Ukrainie, ich wyniki wydają się przesądzone. Ale kampania wyborcza w dalszym ciągu będzie bardzo brutalna.

Według najnowszych badań, gdyby wybory odbywały się teraz, najwięcej głosów otrzymałby były premier i kandydat na prezydenta, lider Partii Regionów Wiktor Janukowycz – 40,7 proc. Na drugim miejscu uplasowała się obecna premier Julia Tymoszenko – 25,3 proc. I właśnie oni przeszliby do drugiej tury wyborów. Na dalszych miejscach, bez szans na zwycięstwo, znajdują się – były szef parlamentu i MSZ Arsenij Jaceniuk (9,4 proc.) i lider komunistów Petro Symonenko (4,9 proc.). Prezydent Wiktor Juszczenko uplasował się na piątym miejscu (4,3 proc.).

Tak wielka popularność Janukowycza jest trudno wytłumaczalna. Być może, ukraińskie społeczeństwo, zawiedzione prezydentem Wiktorem Juszczenką i w ogóle obozem „pomarańczowych”, po prostu postanowiło poprzeć ich głównego przeciwnika? Tak czy inaczej, hasła Janukowycza – „wielowektorowość” polityki zagranicznej zamiast zbliżenia z Europą, poprawa stosunków z Rosją i wprowadzenie języka rosyjskiego jako drugiego urzędowego – zyskują o wiele silniejsze poparcie niż te prezentowane przez obecnego szefa państwa.

Niesłychanie przedtem lubianej Julii Tymoszenko zaszkodził udział w waśniach dawnych liderów „pomarańczowej rewolucji”, a zwłaszcza dramatyczny spór z Juszczenką. Być może też jej program jest mało wyrazisty.

Zaskakiwać może niezła pozycja młodego (35 lat) Jaceniuka, polityka wyraźnie proeuropejskiego. Być może jest to dobry prognostyk przed następnymi wyborami.

Choć trudno się spodziewać zasadniczych zmian na pierwszych miejscach w wyborczym rankingu. ostra walka zaczęła się jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnej kampanii. Ludzie Janukowycza uderzyli w panią Tymoszenko, oskarżając jej współpracowników o molestowanie seksualne dzieci w krymskim ośrodku Artek – zwolennicy „Żelaznej Julii” przypomnieli, iż Janukowycz, który dwukrotnie skazany był za napady bandyckie, był też obwiniany o udział w zbiorowym gwałcie. A teraz politycy „grają” epidemią grypy, usiłując wykorzystać ją dla swoich celów.

Im bliżej 17 stycznia, tym bardziej walka będzie się zaostrzać. Nie wiadomo, co w zanadrzu kryją sztaby wyborcze, ale na pewno można oczekiwać niespodzianek. Tymczasem Ukraińcy są zmęczeni, chcą stabilizacji i poprawy trudnej sytuacji gospodarczej. Zagłosują na tego, który najbardziej przekonująco będzie to obiecywał.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polsko – ukraińskie pojednanie tylko na papierze

07 sie 2009

Organizatorzy rajdu im. Stepana Bandery zapewniali, że jego przejazd przez Polskę to nie prowokacja ani żadne antypolskie działanie, ale wykazali się co najmniej brakiem zrozumienia dla naszego stosunku wobec Bandery i stworzonej przez niego Ukraińskiej Powstańczej Armii.

I jeszcze przed próbą wejścia na terytorium Polski spowodowali coś zupełnie odwrotnego do deklarowanego przez nich celu: gwałtowne protesty antyukraińskie. Zamiast pojednania mieliśmy eskalację wrogości.

Nasi wschodni sąsiedzi mają pecha, że na przestrzeni XX wieku największą formacją, która walczyła o wolność Ukrainy, była UPA – organizacja mająca na swym koncie zarówno karty bohaterskiej walki z Sowietami już po II wojnie światowej, jak i masowe mordy na Polakach podczas tej wojny. Także na bohatera indywidualnego najlepiej pasują wyraziste postaci związane z UPA czy Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, której Ukraińska Powstańcza Armia była „wojskowym ramieniem”. I to jest powód dla którego UPA jest tak czczona, a Stepan Bandera tak honorowany.

Największym problemem to jednak fakt, że Ukraińcy swoich bohaterów chcą wybielić. Zgodnie z logiką mówiącą, że jeśli Bandera ma mieć pomnik w każdym zachodnioukraińskim mieście, to przecież nie można wspominać o jego błędach czy winach. Jeśli UPA ma być czczona jako najważniejsze – wręcz jedyne! – ukraińskie ugrupowanie narodowowyzwoleńcze, to nie wolno mówić o zbrodniach przez nią dokonanych.

W tej sytuacji o dialog historyczny jest dziś niesłychanie trudno. Ukraińcy potrzebują czasu, aby w końcu zrozumieć, że nasze zarzuty wobec UPA nie wynikają z jakiegoś wydumanego „antyukrainizmu”.

Dobrze więc chyba się stało, że kilkusetosobowa grupa uczestników rajdu nie została wpuszczona do Polski. Niestety żadnej ze stron nie reprezentowali gotowi do dialogu historycy – naprzeciw politycznych działaczy prowadzących za sobą młodych ludzi stanęliby manifestanci z antyukraińskimi transparentami. Nie byłoby rzeczowej dyskusji, ale wzajemne pokrzykiwania i przepychanki.

Niestety: zadekretowane przez prezydentów obu państw, zarówno Leonida Kuczmę i Aleksandra Kwaśniewskiego, jak i Wiktora Juszczenkę i Lecha Kaczyńskiego, pojednanie polsko-ukraińskie dokonało się głównie na papierze. Oba nasze narody potrzebują jeszcze wiele, by doszło do pojednania rzeczywistego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop