Łukaszenko się nie zmienił

24 lis 2011

Białoruski działacz praw człowieka Aleś Bialacki został skazany na cztery i pół roku więzienia – formalnie za niepłacenie podatków, a faktycznie za to, że kierowane przez niego Centrum Praw Człowieka Wiasna otrzymuje pomoc z zagranicy.

Tak wysoki wyrok jest ostrzeżeniem dla wszystkich białoruskich opozycjonistów i ludzi walczących o prawa człowieka, by nie przyjmowali zagranicznych pieniędzy.

Aleksander Łukaszenko i jego współpracownicy doskonale wiedzą, że takie organizacje jak Wiasna nie przetrwają bez wsparcia z zewnątrz. Możliwości ich działania są systematycznie ograniczane, a szanse na znalezienie jakichkolwiek środków wewnątrz Białorusi – żadne. Tymczasem na pomoc prawną dla osób prześladowanych przez władze, na grzywny potrzeba pieniędzy. I władza chce dopływ tych pieniędzy uciąć.

Niestety, w tej sprawie niechlubną rolę odegrała Polska (podobnie zresztą jak  i Litwa). Nasi urzędnicy bez wyobraźni dostarczyli bowiem stronie białoruskiej dowody, że Bialacki ma na koncie  w naszym kraju spore kwoty. Białorusini przechytrzyli polską prokuraturę  i dostali dokładnie to, czego chcieli  – dokumenty bankowe.

Z rozstrzygnięcia sprawy Bialackiego można wyciągnąć dwa wnioski. Pierwszy, że reżim Łukaszenki tam, gdzie uzna to za konieczne, wciąż działa  bardzo ostro i wszelkie nadzieje na  liberalizację czy demokratyzację są płonne. Tu nic się nie zmieniło. I drugi, że jeśli chcemy pomagać białoruskiej opozycji czy, szerzej, białoruskiemu społeczeństwu obywatelskiemu, musimy to robić w sposób przemyślany  i skoordynowany. By rzeczywiście pomóc, a nie zaszkodzić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na Zachód czy do Moskwy

19 paź 2011

Najbliższe dni i tygodnie będą decydujące dla przyszłości Ukrainy. Przyszłość ta zależy od losu jednej osoby – Julii Tymoszenko.

Z formalnego punktu widzenia negocjacje układu stowarzyszeniowego Ukraina–UE są już niemal zakończone. Kijów zgodził się właściwie na wszystkie propozycje Brukseli, także w części politycznej. Część gospodarcza, umowa o wolnym handlu, mogłaby zostać parafowana właściwie już dzisiaj.

Na przeszkodzie stoi jednak wyrok skazujący byłą premier Julię Tymoszenko na siedem lat więzienia. Potępiła go Europa, potępiają i inni, na przykład Stany Zjednoczone i Kanada. Proces i wyrok powszechnie uznano bowiem za polityczne, za dążenie prezydenta Wiktora Janukowycza do usunięcia przywódczyni opozycji.

Unia Europejska wywarła bezprecedensowy nacisk na Janukowycza, by Tymoszenko została wypuszczona z więzienia. W sprawę bardzo zaangażowali się politycy polscy. Wydawało się, że Janukowycz zrozumiał stanowisko Europy i sprawa byłej premier zostanie zamknięta. Podstawowym problemem było to, by ukraiński prezydent „nie stracił twarzy”. Dlatego w Kijowie pojawiały się dość karkołomne pomysły, by Tymoszenko najpierw skazać, potem zmienić kodeks karny, doprowadzić do dekryminalizacji zarzucanych jej czynów, a następnie wypuścić z więzienia.

Najwyraźniej jednak obawa Janukowycza przed „utratą twarzy” jest bardzo silna. Prezydent nie chce, by Ukraińcy uznali, że działa pod presją, więc sprawa się przeciąga. Co więcej, pojawiają się nowe zarzuty wobec Julii Tymoszenko. A coraz bardziej zniecierpliwiona Unia Europejska sięga po oręż ostateczny, jakim byłoby odsunięcie w czasie parafowania układu stowarzyszeniowego i wejścia w życie umowy o wolnym handlu. Tę sytuację wykorzystuje Moskwa. Kreml coraz głośniej sugeruje, że możliwa byłaby renegocjacja umów gazowych z Ukrainą, niekorzystnych dla Kijowa (to za ich podpisanie Julia Tymoszenko została skazana na siedem lat więzienia).

Jeszcze niedawno wydawało się, że wszystko jest jasne. Ukraina zdąża ku UE, układ o wolnym handlu oznacza stopniową integrację ukraińskiej gospodarki z unijną, a umowa stowarzyszeniowa zapowiada, że kraj ten przyjmie prawo unijne. Teraz rysuje się zupełnie inny scenariusz: Moskwa przeciąga Janukowycza i jego współpracowników na swoją stronę, oferując tańszy gaz i korzyści z wejścia do Unii Celnej.

Nic jednak jeszcze nie zostało rozstrzygnięte. Niewykluczone, że Janukowycz jednak podejmie decyzję o zwolnieniu Julii Tymoszenko, doprowadzając do zmiany obowiązującego prawa. Tyle że czasu jest coraz mniej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie przerywać rozmów z Ukrainą

11 paź 2011

Wyrok na Julię Tymoszenko musi ogromnie niepokoić. Przede wszystkim dlatego, że ma podłoże polityczne

Można bowiem mieć poważne wątpliwości co do podpisanych przez panią ekspremier umów gazowych z Rosją, być może faktycznie są one niekorzystne dla Ukrainy. Można też mieć wątpliwości co do innych jej działań z przeszłości. Ale pojawiają się uzasadnione podejrzenia, że w tej sprawie chodzi o coś innego: o pozbycie się czołowego opozycyjnego polityka.

Tuż przed ostatnimi wyborami prezydenckimi pewien ukraiński dziennikarz powiedział mi: – Jeśli szefem państwa zostanie Janukowycz, zrobi wszystko, by wsadzić Tymoszenko za kratki. A jeśli wygra Tymoszenko, uczyni co tylko można, by posadzić Janukowycza. Na razie ten scenariusz się sprawdza.

Dla Europy jest to absolutnie nie do przyjęcia. I stąd narastające naciski na Janukowycza, by byłą premier wypuścił. Także naciski ze strony polityków polskich – od prezydenta Bronisława Komorowskiego po eksprezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Niepokojące jest to, że szef ukraińskiego państwa i jego otoczenie skazanie politycznej przeciwniczki uważają za coś naturalnego i wyraźnie irytują ich europejskie żądania. Jeszcze bardziej niepokojące są pomysły na załatwienie sprawy. Jak kilka dni temu pisała „Rz”, najnowszy scenariusz to skazanie Tymoszenko (co się wczoraj stało), a potem depenalizacja zarzucanych jej czynów i wypuszczenie z więzienia (co ma nastąpić za kilka tygodni). Efekt co prawda będzie dobry, bo żelazna Julia znajdzie się na wolności, ale sposób, w jaki to zostanie zrobione, jest co najmniej skomplikowany.

Jedno wydaje się pewne: z powodu pani Tymoszenko nie można przerywać rozmów o stowarzyszeniu Ukrainy z UE. Jeśli chcemy, by w Kijowie obowiązywały europejskie wartości i europejskie prawo, to stanie się to tylko dzięki integracji tego kraju z Europą. Walczyć o prawa dla ukraińskiej opozycji musimy, ale przyciągając Ukrainę do nas, a nie odpychając.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Juszczenko zdradził pomarańczowych

18 sie 2011

Julia Tymoszenko oskarżona jest o podpisanie, gdy była szefową rządu, niekorzystnych umów gazowych z Rosją. Wiktor Juszczenko najpierw nie chciał świadczyć w jej sprawie, jednak w środę przyszedł do sądu. Dowodził, że była premier ukryła przed nim szczegóły umów, że są one dla kraju niekorzystne i powinny zostać jak najszybciej anulowane. Gdy wchodził do sądu, witały go okrzyki zwolenników Tymoszenko – „hańba”. Gdy wychodził, został obrzucony jajkami. A adwokat żelaznej Julii Serhij Własenko oświadczył, że były prezydent „skłamał pod przysięgą”.

To, że Juszczenko i Tymoszenko są ze sobą skłóceni, było wiadomo od dawna. Ale teraz były lider pomarańczowych właściwie przeszedł na stronę swego dawnego rywala, obecnego szefa państwa Wiktora Janukowycza. Swymi zeznaniami tak bardzo bowiem obciążył panią Tymoszenko, że wyrok skazujący – a tego chce Janukowycz – jest niemal pewny.

– To jego stanowisko, nie całej partii – przekonywał „Rz” Ołeś Starowojt, czołowy działacz bloku Juszczenki Nasza Ukraina we Lwowie. Właśnie ze Lwowa wyszła inicjatywa stworzenia Komitetu Oporu przeciw Dyktaturze, a weszły do niego zarówno partia Batkiwszczyna Julii Tymoszenko, jak i Nasza Ukraina. W obwodzie lwowskim to łącznie 19 ugrupowań, w tym radykalnie nacjonalistyczna Swoboda – a w skali kraju centrum tego ruchu to właśnie partia byłej pani premier. Bez niej tworzenie zjednoczonej opozycji jest niemożliwe.

– Jednoczą się zwolennicy prezydenta Wiktora Janukowycza, łączy się i opozycja. Być może zmierzamy w kierunku dwóch megapartii – zastanawiał się w rozmowie z „Rz” ukraiński dziennikarz Ołeh Onyśko. Faktycznie: do Partii Regionów prezydenta Janukowycza przyłącza się ugrupowanie wicepremiera Serhija Tihipki, a być może dołączą i inne. Skłócona dotąd opozycja też próbuje się jednoczyć. – A Juszczenko powoli dryfuje ku Janukowyczowi – dowodzi Onyśko.

Trudno powiedzieć, co kieruje byłym prezydentem – czy jest to nienawiść do Tymoszenko, czy też ma inne powody. Faktem jest, że sam spycha się na margines. Dzień po szokującym wystąpieniu w sądzie jego rzeczniczka przekonywała, że Juszczenko chce, aby pani Tymoszenko została zwolniona z aresztu. To po co ją obciążał?

A wydaje się, że Juszczenko sam może mieć kłopoty. Słynny major Mykoła Melnyczenko, który zainstalował podsłuch w gabinecie prezydenta Leonida Kuczmy, wydał sensacyjne oświadczenie: w 1999 roku Juszczenko na prośbę Kuczmy, jako prezes Narodowego Banku Ukrainy, zgodził się na emisję dwóch miliardów hrywien, co Kuczmie pomogło wygrać wybory. W zamian ten zgodził się, by Juszczenko został premierem.

– Juszczenko powinien siedzieć w więzieniu razem z Tymoszenko – oznajmił wczoraj pierwszy prezydent Ukrainy Leonid Krawczuk. Być może, zbliżając się do Janukowycza, liczy na to, że ten przeciwko niemu nie wystąpi. A że cierpi na tym dawny obóz pomarańczowych? Cóż, widać to nie jest dla niego najważniejsze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sprawa katyńska zależy od Kremla

26 sty 2011

Rosyjski Sąd Najwyższy po raz kolejny wydał orzeczenie niekorzystne dla sprawy zbrodni katyńskiej. Oznacza to, że Moskwa wciąż nie jest gotowa do zakończenia problemu Katynia

Politycy z najwyższych kręgów władzy w Rosji uczynili w stronę Polski pewne gesty, ale rosyjski wymiar sprawiedliwości działa tak, jak gdyby nic się nie zmieniło. Postanowienie o umorzeniu śledztwa w sprawie zamordowania w 1940 r. przez NKWD polskich oficerów jest tajne – i sądy nie chcą go odtajnić. Tajne są też niektóre ważne materiały tego śledztwa. Nie ma też mowy o rehabilitacji ofiar.

W tych kwestiach przed sądami występują rodziny pomordowanych oficerów, a także rosyjskie stowarzyszenie Memoriał dokumentujące zbrodnie stalinowskie. I napotykają mur nie do przebicia. Kolejne instancje wydają podobne, negatywne orzeczenia.

Memoriał idzie więc do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jedną skargę już tam złożył. Skargi złożyły też rodziny ofiar. Rosję czeka więc co najmniej kilka procesów, ale widząc jej dotychczasowe postępowanie, trudno się spodziewać, że w Strasburgu jej reprezentanci nagle zmienią zdanie. Tyle że Trybunał będzie orzekał bez nacisków z Kremla – i w tym można pokładać nadzieje.

Rosja ustami swych najwyższych przedstawicieli uznała już odpowiedzialność Stalina, jego współpracowników i NKWD za zbrodnię katyńską. O co więc chodzi? Zapewne o to, że ujawnienie akt śledztwa pozwoliłoby na jednoznaczne wskazanie sprawców, a nie byłaby to wąska grupa. Może ktoś z nich jeszcze żyje, może należałoby go ścigać? Rehabilitacja ofiar mogłaby prowadzić zaś do konieczności wypłacenia odszkodowań rodzinom polskich oficerów. Po co płacić, skoro można próbować tego uniknąć?

Jeśli jednak powiedziało się „a”, trzeba też powiedzieć „b”. Bez zakończenia bolesnej dla Polaków sprawy zbrodni katyńskiej trudno na poważnie mówić o porozumieniu z Rosją. Ale to powinni uświadomić sobie politycy z Kremla. To oni muszą podjąć decyzję. Sędziowie, nawet z Sądu Najwyższego, tego za nich nie zrobią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gest ze strony Mińska

11 lis 2010

Ratyfikowanie przez białoruski parlament umowy z Polską o małym ruchu granicznym oznacza radykalne ułatwienia w podróżowaniu do naszego kraju dla mieszkańców Grodna i Brześcia.

Jest też sygnałem, że Mińsk rzeczywiście chce poprawy stosunków z naszym krajem.

Pytany niedawno przez polskich dziennikarzy, kiedy nastąpi ratyfikacja tej dawno już podpisanej umowy, prezydent Aleksander Łukaszenko przekonywał: „Szczerze mówiąc, nie wiem, ale sprawdzę. W najbliższym czasie to będzie rozpatrywane w parlamencie i nie sądzę, by były jakiekolwiek problemy”.

Choć ta umowa jest korzystna przede wszystkim dla strony białoruskiej, jej zawarcia chciała przede wszystkim Warszawa. Bo jeśli pragniemy przekonać Białorusinów do zwrócenia się ku Europie, powinniśmy umożliwić im podróżowanie do Europy. A cena 60 euro za wizę schengeńską jest dla większości naszych sąsiadów ze Wschodu po prostu zaporowa.

Niektórzy białoruscy opozycyjni politycy i niezależni eksperci przekonywali, że sprawa umowy o małym ruchu granicznym jest jedną z tych, które Łukaszenko i jego współpracownicy wykorzystują w rozmowach z Polską. Będzie polskie uznanie grudniowych wyborów parlamentarnych, będzie większe otwarcie na oficjalny Mińsk, będzie wsparcie gospodarcze wobec konfliktu z Rosją – to nastąpi ratyfikacja umowy granicznej, może też umożliwiona zostanie legalna działalność Związku Polaków na Białorusi kierowanego dziś przez Anżelikę Orechwo.

Do wyborów jeszcze ponad miesiąc, trudno też sądzić, by ktokolwiek dawał Łukaszence jakiekolwiek zapewnienia co do ich uznania. A już wiemy, że mały ruch graniczny zostanie wprowadzony, choć to potrwa – trzeba uruchomić punkty składania wniosków o przepustki (w strefie ok. 30 km po obu stronach granicy), jakiś czas zajmie przygotowanie wytwarzania tych przepustek.

Ratyfikacja umowy jest ewidentnie gestem ze strony Mińska, co pozwala przypuszczać, że Łukaszenko rzeczywiście zainteresowany jest dobrymi stosunkami z Polską. Zobaczymy teraz, co z kolejnymi sprawami poruszanymi podczas wywiadu Łukaszenki dla polskich mediów: rejestracją niezależnego Związku Polaków i zbadaniem losów tzw. listy białoruskiej w archiwach KGB w Mińsku.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Białoruś między Rosją a Unią Europejską

01 lis 2010

Wizyta szefów dyplomacji Polski i Niemiec to kolejna próba przekonania Łukaszenki do demokratyzacji Białorusi, ale pierwsza, która ma szansę powodzenia.

Stosunki Białoruś – UE są złe od kilkunastu lat. Powodem jest autokratyczna polityka wewnętrzna białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki, który po objęciu władzy w 1994 r. stopniowo marginalizował ugrupowania opozycyjne, ograniczał swobodę słowa i zgromadzeń i wsadzał swych oponentów do więzień. Zdaniem białoruskiej opozycji jest też winny zaginięcia i śmierci kilku przeciwników politycznych.

Polska jest w sytuacji szczególnej, bo z Białorusią graniczy, a na terytorium tego kraju mieszka duże skupisko Polaków. Stosunki polsko- białoruskie dodatkowo się pogorszyły, gdy w 2005 r. Mińsk anulował wyniki zjazdu Związku Polaków na Białorusi i doprowadził do wyłonienia nowego kierownictwa ZPB, całkowicie podporządkowanego władzom. Działaczy polskiej organizacji z Andżeliką Borys na czele poddano szykanom.

Europa – a więc i Polska – próbowała różnych form nacisku na Mińsk, stopniowo zaostrzając sankcje. Najostrzejsze wprowadzono w 2006 r., zakazując wjazdu na terytorium UE Łukaszence i innym wysokiej rangi białoruskim urzędnikom. Bruksela żądała przy tym uwolnienia więźniów politycznych, demokratyzacji systemu i umo- żliwienia działalności niezależnym mediom.

Jednak sankcje niewiele dały. Od kilku lat Unia i Polska ponawiają więc próby rozmów z Białorusią. Efekty są skromne. Co prawda w ostatnich latach uwolnieni zostali niemal wszyscy więzieni za poglądy, może też – choć w ograniczonym zakresie – funkcjonować kilka niezależnych pism, ale w parlamencie nie ma ani jednego opozycjonisty. W lokalnych radach przeciwników Łukaszenki można zaś policzyć na palcach jeśli nie jednej, to najwyżej obu rąk. Mimo to by zachęcić Mińsk do dalszych zmian, unijne sankcje zostały zawieszone.

Rozmowy polsko-białoruskie na szczeblu ministerial- nym wznowione zostały we wrześniu 2008 r., kiedy szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski spotkał się z białoruskim szefem MSZ Siarhiejem Martynauem. W lutym 2010 r. Sikorski spotkał się zaś z Łukaszenką. Niewykluczone, że bez tych spotkań sytuacja naszych rodaków z Grodna, Brześcia i Lidy byłaby znacznie gorsza niż obecnie.

Do niedawna Łukaszenko mógł się nie przejmować ani unijnymi sankcjami, ani też ofertami pomocy. Teraz musi, bo fatalnie pogorszyły się stosunki białorusko-rosyjskie. Parasol ochronny, jaki przez lata rozpościerała nad Mińskiem Moskwa, został zwinięty, a nowi partnerzy pozyskani przez Łukaszenkę, jak Wenezuela czy Chiny, są bardzo daleko. Może więc tym razem białoruski prezydent przesłanie Radosława Sikorskiego i Guido Westerwellego, wzywające go do demokratyzacji, potraktuje nieco bardziej poważnie.

Warunek jest jeden: unijna propozycja musi być atrakcyjna, a działanie spójne. Nie tak jak niedawna niespodziewana podróż do Mińska litewskiej prezydent Dalii Grybauskaite. Pojechała ona tam nie wiadomo po co, a wróciła z niczym. W przeciwieństwie do niej Sikorski i Westerwelle mają unijne poparcie i wiozą konkrety.



***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowy medialny ład

07 paź 2010

Na razie jest chaos. Ale z tego chaosu powinno wyłonić się coś nowego. Tak optymistycznie przekonywał uczestników niedawnego jubileuszowego 60. kongresu Międzynarodowego Instytutu Prasy (International Press Institute, IPI) Bill Mitchell z amerykańskiego Poynter Institute. „Chaos” – to sytuacja, jaka dziś panuje w mediach. „Coś nowego, lepszego” – to jeszcze nie bardzo wiadomo co, ale jest nadzieja, że nastąpi.

Debata na kongresie IPI znakomicie obrazuje rozdarcie wśród dziennikarzy, redaktorów i wydawców. Przeciętny czytelnik tego nie widzi, ale gazety przeżywają kryzys – największy od czasu, gdy powstały. Jest pewne, że jakaś zmiana musi nastąpić. I to zmiana ogromna. Choć wersja papierowa zapewne w okrojonej formie przetrwa, to najprawdopodobniej dopiero czekamy na wynalezienie tego „czegoś”, w co przekształcą się obecne gazety. „Czegoś”, co zapewne będzie twórczym rozwinięciem komputera i telefonu komórkowego jednocześnie. Chyba że ktoś wynajdzie coś zupełnie nowego.

Ponad 200 redaktorów naczelnych gazet i czasopism, szefów stacji telewizyjnych i radiowych, dziennikarzy – członków ogólnoświatowej organizacji pozarządowej, jaką jest IPI – debatowało w Wiedniu nad przyszłością mediów. I mimo oficjalnie prezentowanego optymizmu ich wypowiedzi wskazywały na jedno: wciąż mamy do czynienia z chaosem.

Papier, Internet, komórka

W Europie i Ameryce na łeb na szyję spada czytelnictwo prasy drukowanej.

Cała nadzieja więc w Internecie – ale Internet przynosi zmianę, której efekty trudne są do przewidzenia. I na dokładkę nie dostarcza takich dochodów, jak „papier”, co z oczywistych powodów strasznie boli wydawców gazet. Bo przecież aby wydawać gazetę, trzeba płacić, i to niemało. Tak naprawdę nie ma „darmowych wiadomości”. Ktoś kiedyś pokrył koszty ich znalezienia, opisania i zamieszczenia.

Ale w Azji i Afryce jest inaczej. – Nam sprzedaż „papierowa” wzrasta – przekonywał Rajesh Kalra, redaktor naczelny „The Times of India”, największej na świecie (!) wielkoformatowej gazety w języku angielskim. Czemu tak się dzieje? Ano choćby dlatego, że na Internet pozwolić sobie może stosunkowo niewielu Hindusów, a na papierową gazetę – tak. A indyjscy biedacy mogą za grosze dostarczyć pismo do domów. Czyli – tania gazeta codziennie w skrzynce pocztowej, tańsza niż jej e-wydanie.

W Afryce dostęp do Internetu też ma bardzo niewielu. A bardzo dużo – coraz więcej! – ludzi ma telefony komórkowe. – U nas przyszłością są wiadomości esemesowe – mówiła Ferial Haffajee, szefowa „City Press” z południowoafrykańskiego Johannesburga. Za chwilę może się więc okazać, że światowe media podążają co najmniej dwiema równoległymi, zupełnie innymi drogami. Inaczej w krajach rozwiniętych – w Internecie, inaczej w trzecim świecie – w telefonach.

Czytelnicy internetowych mediów już się z nimi oswoili. Ale nie oswoili się z Internetem dziennikarze. Zarówno wśród starszych, jak i młodszych wiekiem i stażem uczestników kongresu widać było obawę przed „nowym”. I wcale nie chodziło o pieniądze, których sieć nie przynosi.

Generalnie chodzi o to, że Internet i jego potentaci narzucają zupełnie nowe reguły gry. Każdy z uczestników obrad chętnie zabierał czerwoną torbę reklamówkę Google’a, ale entuzjastycznie głoszone zapowiedzi nowości tego giganta przyjmowano niesłychanie ostrożnie. – U nas jest wygodniej i dużo taniej, niż jeśli każdy będzie rozwijać swoją technologię – przekonywali przedstawiciele tej firmy.

Tyle że przyjęcie rozwiązań tej firmy oznacza pogłębiające się uzależnienie od Google’a. Bo strony internetowe gazet będą w coraz większym stopniu oparte na Google’u , a na dokładkę by się promować, trzeba się znaleźć wysoko w google’owej wyszukiwarce.

To ostatnie budziło inne zastrzeżenia. – Wpisując słowo czy frazę do wyszukiwarki Google’a, otrzymujemy odpowiedź według jakiegoś zupełnie nieznanego nam algorytmu – denerwował się jeden z mówców. A inni wskazywali na Google News, czyli wiadomości, też układane według jakiegoś algorytmu. Odzwierciedlającego, jak przyznali reprezentanci firmy, to, co jest wśród internautów popularne. A popularne niekoniecznie oznacza ważne. – Świat z wyszukiwaniem opartym na algorytmie nie ma nic wspólnego z demokracją – mówiono. A przecież na algorytmach są też oparte inne, mniejsze wyszukiwarki.

Obywatelski pilot

Dostało się też tak promowanej przez niektórych idei internetowego „obywatelskiego dziennikarstwa”, czyli takiego, w którym każdy może pisać, co chce. – Obywatelski dziennikarz? A czy chcemy, aby „obywatelski pilot” prowadził samolot, którym lecimy? By leczył nas „obywatelski lekarz”? – słychać było wołanie. A konkluzja bardzo krzepiła dziennikarskie serca: – To redaktorzy bronią demokracji.

Tyle że „obywatelskie dziennikarstwo” już jest faktem, już wykorzystują je niektóre redakcje. I przypuszczalnie jakoś się rozwinie, choć na pewno nie zastąpi dziennikarstwa fachowego.

By redaktorzy mogli „bronić demokracji”, trzeba ich zatrudnić, a więc płacić. Tymczasem z pieniędzmi jest w mediach coraz gorzej. – Dawniej sprzedawała się sama gazeta i ogłoszenia w niej, a teraz wydawcy muszą mieć wiele strumieni dochodów – opowiadał Bill Mitchell. Owe „strumienie dochodów”, nazywane też „hybrydowym modelem biznesowym”, oznaczają ni mniej, ni więcej, tylko to, że wydawanie gazet staje się powoli działalnością niedochodową, a sfinansować ją mogą inne źródła. Tyle że w tej sytuacji mało kto będzie chciał do innych „strumieni” dodawać będące kulą u nogi media.

Chyba że wreszcie znajdzie się dobry sposób na pozyskanie środków z Internetu i telefonów komórkowych. – To na pewno nastąpi – optymistycznie twierdzi Mitchell. Na razie nie wiadomo, kiedy i jak będzie wyglądać, ale z pewnością musi nastąpić, inaczej spora część rynku mediów po prostu się załamie. Wszyscy więc czekają na to „coś” nowego, „coś” niezwykłego, co przyniesie pożądaną dla wszystkich zmianę.

Dla czytelników gazet oznaczać to może o wiele bardziej atrakcyjne media i łatwiejszy, spersonalizowany dostęp do multimedialnych informacji oraz publicystyki i komentarzy. Dla dziennikarzy będzie to stabilizacja w nowych warunkach. Dla wydawców – szansa na rozwój i pieniądze. Tylko – kiedy?



***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosja gotowa do wielkiej zmiany?

05 wrz 2010

Zbliżenie Rosji z NATO, możliwe członkostwo tego kraju w sojuszu – to brzmi jak fantastyka czystej wody. A jednak doradcy rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa poważnie rozważają różne warianty integracji z NATO. Dla nas to dobra wiadomość. Oznacza bowiem, że Rosja naprawdę się zmienia, i to w kierunku dla nas korzystnym.

Dla każdego, kto patrzy bez uprzedzeń i emocji na sytuację międzynarodową, jest oczywiste, że sojusz północnoatlantycki nie jest wrogiem Rosji. Świat się zmienił tak bardzo, że rzeczywiste niebezpieczeństwo dla Moskwy może przyjść nie z zachodu, lecz z południa lub ze wschodu.

Tyle że w polityce emocje wciąż odgrywają wielką rolę. Dla milionów Rosjan sojusz wciąż jest wrogiem. Tak im wpajano w czasach Związku Radzieckiego, przez lata dowodząc, że NATO jest agresorem, który dąży do wojny. I choć partia komunistyczna w Rosji jest dziś słaba, to myślenie o sojuszu północnoatlantyckim jako o agresywnym, potencjalnie najbardziej niebezpiecznym przeciwniku wciąż jest obecne. Co więcej, takie myślenie jest powszechne wśród sił prorosyjskich u najbliższych sąsiadów Rosji, a więc na Ukrainie i Białorusi. Ugrupowania prorosyjskie na Ukrainie budują swoją siłę także na antynatowskich nastrojach sporej części społeczeństwa.

Gdyby więc Kreml nagle postanowił zmienić kurs, mogłoby to wywołać szok u wielu Rosjan (ale także u Ukraińców i Białorusinów). Nie da się błyskawicznie zmienić przekonań, nie da się zadekretować przyjaźni tam, gdzie długo panowała wrogość. Opór będzie podsycać rosyjska armia, która przez lata skierowana była frontem na Zachód.

Rozważania kremlowskich analityków pokazują jednak, że prezydent Rosji i jego ludzie zdają się myśleć pragmatycznie. Że są gotowi zerwać ze schematami i stereotypami. Gdyby to była prawda, oznaczałoby to, że Rosja jest coraz bardziej gotowa do modernizacji, a także do przyjęcia standardów dla NATO zasadniczych – demokracji i praw człowieka. Takie nastawienie rosyjskiego kierownictwa warto wspierać. Bo to najlepiej zapewni nam bezpieczeństwo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Do czego doprowadzi zimna wojna Mińsk – Moskwa

03 wrz 2010

Mamy do czynienia z prawdziwym apogeum rosyjsko-białoruskiej wojny informacyjnej. Czyżby Moskwa rozpoczęła operację „następca Łukaszenki”?

Rozbieżności na linii Mińsk – Moskwa pojawiały się od dawna. Ich podtekst był prosty: w zamian za rozmaite koncesje gospodarcze wobec Białorusi, np. tańszy gaz i ropę, Rosjanie domagali się ustępstw politycznych i udziału w prywatyzacji kluczowych białoruskich przedsiębiorstw. Prezydent Aleksander Łukaszenko twierdził, że budowa Związku Białorusi i Rosji musi nieść ze sobą przywileje dla jego kraju. Rosyjscy przywódcy dowodzili zaś, że nie ma powodów do bezterminowego subwencjonowania Białorusi.

Spór więc istniał od dawna, ale tak ostrej wzajemnej krytyki, jaka miała miejsce ostatnio, dotąd nie było. Zaczęło się od serii filmów „Baćka chrzestny” („Baćka” – Ojczulek – tak bywa nazywany Łukaszenko) w rosyjskiej telewizji. Miliony Rosjan usłyszały szokujące oskarżenia: że na polecenie Łukaszenki porywano niewygodnych opozycjonistów, że on i jego rodzina czerpią gigantyczne korzyści finansowe z urzędu prezydenckiego, a wreszcie, że białoruski przywódca jest chory psychicznie.

Ponieważ zimą na Białorusi odbędą się wybory prezydenckie, filmy te odczytano jako wyraźny sygnał, że Moskwa przestała popierać Łukaszenkę. A może nawet, że rozpoczęła „operację następca”, czyli akcję usunięcia Aleksandra Grigoriewicza i osadzenia na jego miejsce kogoś bardziej skorego do współpracy. Co prawda szef białoruskiego państwa ma tak silną pozycję, że najbliższe wybory wygra na pewno, ale – zastanawiali się komentatorzy i politolodzy – niewykluczone, że Rosjanie mają cel długofalowy. Na przykład odsunięcie Łukaszenki od władzy podczas kolejnych wyborów.

Kilka dni temu doszło do zagadkowego ataku terrorystycznego. Nieznani sprawcy obrzucili rosyjską ambasadę w Mińsku koktajlami Mołotowa. W efekcie spłonął stojący koło ambasady samochód, ale nikomu nic się nie stało. Wydawało się, że białoruskie władze oskarżą o atak opozycję (opozycyjna Partia BNF wystąpiła właśnie z antyrosyjskim apelem), co byłoby działaniem typowym i oczywistym. Łukaszenko obwinił jednak… Moskwę. – Jeden, drugi i trzeci atak w mediach. Nacisk gospodarczy. Nie ma efektów, więc trzeba szukać innych metod. To interesujący trop. Będziemy nad nim pracować – mówił.

A białoruska telewizja nadała materiał pokazujący, jak to rosyjski premier Władimir Putin jechał samochodem marki Łada Kalina na trasie Czyta – Chabarowsk. Rzekomo samotnie, a faktycznie w asyście setki zagranicznych samochodów z ochroniarzami i dwóch zapasowych ład. Putina wyśmiano, co jest rzeczą bez precedensu w białoruskich mediach państwowych.

Wojna medialna więc trwa, tyle że Łukaszence Rosja jest bardzo potrzebna, podobnie jak Putinowi i prezydentowi Dmitrijowi Miedwiediewowi potrzebna jest Białoruś. Łukaszenko ma niewielkie pole manewru, bo oprócz Rosji nie ma na kogo liczyć. Świeżo pozyskany sojusznik, jakim jest daleka Wenezuela, nie udzieli mu przecież wystarczającego wsparcia. O tym doskonale wiedzą także na Kremlu. Może więc jednak „operacja następca” rzeczywiście się rozpoczęła. I to wcale nie z takim odległym horyzontem czasowym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop