Z e-książką w ręku

16 gru 2009

Piątka za pomysł, słaba trója za wykonanie. To najkrótsza recenzja czytnika Kolportera eClicto. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda świetnie — wreszcie polska firma zdecydowała się wprowadzić na rynek świeże rozwiązania technologiczne, połączyła to z internetowym sklepem i nawet zrobiła to na czas (czyli przed świętami). Oficjalna prezentacja miała miejsce przed tygodniem.
Dzięki uprzejmości Kolportera miałem okazję przez kilka dni używać czytnika eClicto i porównać go z innymi — Sony Reader (PRS-300 i PRS-600 Touch) oraz Onyx Boox 60. Czytniki Sony trzeba do Polski sprowadzać indywidualnie — polski oddział firmy z nieznanych mi przyczyn nie ma w ofercie tych urządzeń. Kosztują ok. 1000 złotych (Touch jest nieco droższy). Onyx sprzedawany przez firmę Arta Tech kosztuje aż 1499 złotych.

Na tym tle eClicto wygląda nieźle. Z ceną 899 złotych i 100 książkami w pamięci wydaje się atrakcyjną ofertą. Wrażenie znika, gdy czytnik weźmiemy do ręki. Jest wprawdzie lżejszy i cieńszy niż konkurencja, ale to efekt zastosowania taniego (i skrzypiącego) plastiku. Inni mają obudowy z plastiku łączonego z aluminium. To zdecydowanie lepszy wybór w urządzeniu, które przecież będziemy cały czas trzymać w dłoni.
eClicto ma też nieco starszy niż konkurencja wyświetlacz (tylko cztery stopnie szarości), ale na szczęście bardzo czytelny, co jest zasługą zastosowania technologii E Ink. Ogromną wadą jest akumulator — zapowiadane przez producenta cztery dni to i tak mniej niż u innych, ale eClicto nie wytrzymuje nawet tego. Przygotujcie się na doładowania co dwa dni. Na szczęście w komplecie jest ładowarka USB, a czytnik można zasilić również z portu komputera. Co jeszcze „na minus”? Brak dotykowego ekranu i brak jakiegokolwiek łącza bezprzewodowego (mogłoby być WiFi, a jeszcze lepiej GSM). Niestety rozczarowuje 100 tytułów dodawanych do czytnika. Spora ich część pochodzi z darmowych zasobów dostępnych w Internecie. Czyli — chwyt marketingowy.

Nieco utrudnia obsługę fakt, że książki gromadzone są w czytniku w trzech miejscach — w katalogu „Moje książki”, do którego trafiają zakupy ze sklepu internetowego, „Dokumenty”, gdzie znajduje się większość dodanych fabrycznie 100 tytułów, oraz na „Karcie pamięci” — oczywiście jeżeli nagraliśmy na kartę własne e-booki.
Najbardziej irytująca jest jednak powolna praca urządzenia. Uruchomienie czytnika, otwieranie książek trwa po kilkanaście — kilkadziesiąt sekund. Widocznie nie miałem szczęścia, bo mój czytnik zawieszał się praktycznie codziennie (kiedy to pisze, eClicto właśnie się zawiesił). Nie udało mi się skorzystać z dobrodziejstw księgarni eClicto — mimo zmian konfiguracji Windows i wykorzystania różnych adresów mejlowych do rejestracji, księgarnia nie dawała się przekonać, że jestem nowym użytkownikiem. Oczywiście program obsługujący czytnik i księgarnię działa tylko z Windows.
Tu mała poprawka: w relacji z oficjalnej premiery czytnika napisałem, że Kolporter nie planuje na razie wprowadzenia wersji na systemy inne niż Windows. Najwyraźniej źle usłyszałem. Oficjalne stanowisko Kolportera w tej sprawie brzmi:
Trwają prace nad dostosowaniem eClicto do systemów Mac OS i Linux. — Dokładny termin, w jakim użytkownicy systemów Mac OS i Linux będą mogli korzystać z naszej księgarni i czytnika e-booków zostanie określony w ciągu dni – mówi Maciej Topolski, rzecznik prasowy Grupy Kapitałowej Kolporter. – Użytkownicy, którzy już kupili eClicto otrzymają w przyszłym roku bezpłatne aktualizacje oprogramowania, które opracowujemy wykorzystując ich sugestie publikowane w Internecie, m.in. na naszym blogu i przekazywane nam za pośrednictwem infolinii.

A zalety? Najważniejsza jest taka, że… czytnik jest. Do kupienia za złotówki w dużej firmie, z gwarancją i zapleczem w postaci księgarni z polskimi tytułami (mam nadzieję, że moje problemy z zakupem są odosobnione). Czytnik bez najmniejszego problemu radzi sobie z polskimi znakami (zarówno Sony jak i Onyx miały z tym kłopoty). Zaletami są rozsądne i logiczne menu oraz przycisku obsługi na obudowie powiązane z najczęściej używanymi funkcjami (np. powiększenie czcionki) oraz małe wymiary urządzenia — mieści się do kieszeni marynarki.

Kupować? Kolporter uczciwie przyznaje, że to program pilotażowy. Z moich doświadczeń z eClicto wynika, że oprogramowanie jest jeszcze niedopracowane, a sam czytnik ewidentnie należy do tych tańszych. Podejrzewam, że jeśli okaże się, iż rynek jest takimi urządzeniami zainteresowany, Kolporter szybko pokaże nowocześniejszy czytnik z lepszym (mniej frustrującym użytkownika) oprogramowaniem. Czego im życzę. Bo ta piątka jest tak naprawdę za odwagę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spokojnie, to tylko pandemia

03 sie 2009

„Świńska grypa jest łagodniejsza niż przewidywano. Można powiedzieć, że mamy pandemię, tyle że przeziębienia” — powiedział dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Leków w rozmowie z Aleksandrą Stanisławską w sobotnio-niedzielnej „Rzeczpospolitej”.

Jeśli tak, to ja chciałbym wiedzieć, po co było gromadzić lek Tamiflu (jeszcze na epidemię ptasiej grypy), po co narady w centrach zarządzania kryzysowego, po co nam wreszcie szczepionka (na świńską grypę jeszcze nie ma, ale są już kraje, które zapowiadają, że gdy będzie, zaszczepią wszystkich obywateli — np. Grecja). Chciałbym wiedzieć — skoro to łagodna choroba i panikę rozsiewają tylko media — dlaczego pracownicy szpitali nie chcieli przyjąć reportera TVN udającego pacjenta ze świńską grypą? Jak to się stało, że nawet nie chciano wziąć od niego długopisu, który tylko przez chwilę trzymał w ręku?

Skoro nic się nie dzieje, to po co Państwowy Zakład Higieny uruchomił specjalną infolinię na temat nowej grypy? I komu potrzebne są raporty PZH, z których można wyczytać, że w krajach, gdzie są już pierwsze ofiary, śmiertelność jest oceniana na od 0,1 do nawet prawie 2 proc.? Dla porównania: wg. Światowej Organizacji Zdrowia śmiertelność z powodu grypy sezonowej to ok. 0,05 proc.

I wreszcie chciałbym wiedzieć, co to za głupek w tej Światowej Organizacji Zdrowia ogłosił pandemię, zamiast posłuchać polskich specjalistów, którzy przecież wiedzą, że ta grypa to takie tam przeziębienie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z grypą jak z kryzysem

28 lip 2009

Wszędzie jest, a u nas nie ma. Polska — w ustach osób odpowiedzialnych za zdrowie publicznie — opiera się pandemii świńskiej grypy również skutecznie, co nasza gospodarka kryzysowi. Co z tego, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłasza pandemię, skoro u nas najważniejszą informacją jest „Polsce epidemia nie grozi, nie ma powodów do paniki”.

Nie zamierzam się upierać, że powody do paniki są: Na razie w Polsce nikt z powodu wirusa A/H1N1 nie umarł (i oby tak zostało), nie ma też (poza jednym) przypadków poważnych zachorowań na świńską grypę. Jednak gwałtowny wzrost liczby pacjentów zgłaszających się z podejrzanymi objawami do szpitali daje do myślenia. Te odnotowane m.in. w Łodzi zachorowania do efekt powrotów z wakacji. Co będzie, gdy wracające z Hiszpanii nastolatki pójdą do szkół (warto przeczytać opinię dr Pawła Grzesiowskiego zamieszczoną w „Rzeczpospolitej”)? Co się stanie, gdy świńska grypa dopadnie nie silną młodzież, lecz ich rodziny, bliskich — starszych ludzi cierpiących również na inne schorzenia?

Co wreszcie będzie się działo w szpitalach, które już teraz — jak ten łódzki — z trudem nadążają z badaniem zgłaszających się do nich pacjentów podejrzewających u siebie zakażenie A/H1N1? (Wczoraj w Szpitalu im. Biegańskiego nie potrafiono nawet podać ile osób jest chorych, a autokary z wycieczkami podjeżdżały bezpośrednio pod drzwi). Wprawdzie Przemysław Biliński, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego przypominał, że wedle zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia hospitalizować należy tylko najpoważniejsze przypadki nowej grypy, ale przecież to nie uchroni lekarzy przed szturmem pacjentów zaniepokojonych gorączką czy pokasływaniem.

Jak się przed grypą bronić? W tym przypadku odrobina — może nie paniki, ale niepokoju — bardzo by się przydała. Pozwoliłaby racjonalnie podejść do zagrożenia jakim jest pandemia. (Niechętnym, sceptykom i zwolennikom teorii konspiracyjnych przypominam, że pandemię ogłasza Światowa Organizacja Zdrowia, a nie media). Być może więcej osób skorzystałoby ze szczepień na „normalną” grypę, być może zaczęlibyśmy przestrzegać wreszcie zaleceń dotyczących higieny. A nawet — wiem, że to zabrzmi śmiesznie — pracownicy przychodni i szpitali, a także pacjenci mogliby zacząć stosować maseczki. Gdyby się okazało, że w ten sposób można choć trochę zmniejszyć liczbę chorych, to taka „panika” może tylko pomóc.

swineflu.jpg

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chichot Orwella

22 lip 2009

Czy wyobrażacie sobie Państwo pracowników — dajmy na to Empiku — ukradkiem wyciągających wam książki z półek, bo tak zażyczył sobie wydawca? Albo programistów Microsoftu chyłkiem kasujących programy z waszych komputerów? Nie? To poczytajcie.

Największa internetowa księgarnia Amazon kilka dni temu po cichu wycofała kilka książek oferowanych dotąd w internetowym sklepie użytkownikom czytnika e-książek Kindle. „Wycofała”, w tym przypadku nie oznacza tylko zaprzestania sprzedaży. Treść książek została usunięta z elektronicznych bibliotek klientów, którzy je kupili i za nie zapłacili. Jak wyjaśnili pracownicy firmy, te książki były „nielegalne” — wydawca nie miał do nich praw. Amazon obiecał, że zwróci klientom pieniądze.

Działanie internetowej księgarni wywołało naturalnie protesty klientów. W końcu kupili te książki (a przynajmniej tak im się wydawało). Na blogach zawrzało, a informacje o wycofaniu tytułów podały amerykańskie gazety (Można o tym przeczytać m.in. tu i tu i jeszcze tu). Amazon uznany został za Wielkiego Brata nie wahającego się sięgać do bibliotek klientów i wyciągać z nich książki wedle własnego uznania.

Ale „winna” jest nie tylko księgarnia Amazon. Ten sam trick zamierzają stosować i inne firmy. Na przykład Apple może zdalnie skasować programy zainstalowane w pamięci iPhone. Istnienie takiego „kill switch” potwierdził Steve Jobs. Ale dopiero wtedy, gdy dociekliwy haker znalazł podejrzany kod w oprogramowaniu swojego telefonu. Ten sam patent kopiuje też Google. System dla telefonów Android również umożliwia zdalne skasowanie legalnie kupionych programów. Google robi to jednak z otwartą przyłbicą wpisując odpowiedni punkt do zasad korzystania z Android Market.

Można oczywiście pastwić się nad Amazonem — nie ma przecież lepszego argumentu dowodzącego przewagi książki drukowanej nad elektroniczną niż coś takiego. Można pisać, iż najzabawniejsze (a może najbardziej przerażające) w tym wszystkim jest to, iż zabrane czytelnikom książki to „1984” i „Folwark zwierzęcy” George’a Orwella. Można też argumentować, że takie chwyty mają uchronić klientów przed wadliwym lub nielegalnym oprogramowaniem (jeśli ktoś w to uwierzy).

Ale najważniejsze jest chyba to, że na takie nieprzyjemności godzimy się akceptując cyfrowy model dystrybucji rozmaitych dóbr. Cyfrowa książka, piosenka z systemem ochrony praw autorskich (tzw. DRM) to nie to samo, co książka na zadrukowanym papierze i płyta CD. Nie możemy takiej książki sprzedać, pożyczyć koledze, dać komuś w prezencie. Teraz dowiedzieliśmy się, że mogą nam ją nawet zabrać, gdy sprzedawca się rozmyśli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kopernik z Darmstadt

16 lip 2009

Nowy pierwiastek w układzie okresowym powinien nosić nazwę kopernik — proponują niemieccy fizycy, którym udało się wytworzyć go w laboratorium. Na razie jednak pierwiastek 112 nosi oficjalnie nazwę ununbium — zgodnie z wytycznymi Międzynarodowej Unii Chemii Czystej i Stosowanej (IUPAC).

Unia ma zaś aż sześć miesięcy, aby zatwierdzić nazwę proponowaną przez odkrywców. Przez ten czas nad kopernikiem (Niemcy zgłosili nazwę „copernicium” i symbol Cp) debatować będą naukowcy. Oficjalną wiadomość o uznaniu istnienia pierwiastka 112 odkrytego przez zespół prof. Sigurda Hofmanna z GSI Helmholtzzentrum für Schwerionenforschung (Centrum Badań nad Jonami Ciężkimi) w Darmstadt można znaleźć tu, a o propozycji nazwy – tu

„Po tym, jak IUPAC oficjalnie uznała nasze osiągnięcie, my — to znaczy wszyscy związani z tym odkryciem — zgodziliśmy się na propozycję nazwy „copernicium” dla nowego pierwiastka 112. W ten sposób chcemy uhonorować wielkiego naukowca, który zmienił nasze spojrzenie na świat” — mówił prof. Hofmann.
Radości prof. Sigurda Hofmanna z uznania istnienia ununbium trudno się dziwić. Wcześniej miał ogromne kłopoty z dowiedzeniem, że pierwiastek 112 rzeczywiście udało się mu stworzyć i zaobserwować. Ununbium odkryto bowiem aż 13 lat temu. IUPAC dwukrotnie odrzucała zgłoszenie zespołu prof. Hofmanna wytykając mu uchybienia w obserwacjach.

Na radość z powodu nazwy nowego pierwiastka jest jeszcze za wcześnie. Procedura jej ustalania jest skomplikowana i długotrwała. I wcale nie zawsze propozycje odkrywców przechodzą. Najsłynniejszym takim przypadkiem była wojna o nazwy pierwiastków 104, 105 i 106 między Amerykanami z Lawrence Berkeley National Laboratory i Rosjanami ze Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej. W spór wmieszali się Niemcy z Darmstadt, a rozstrzygnąć wszystko miała jak zwykle Unia, która zresztą zgłosiła własne propozycje nazw nowych pierwiastków. Konflikt trwał ćwierć wieku i skończył się dopiero w 1997 roku. Dziś mamy rutherford (Rosjanie chcieli kurczatow), dubn (od Dubnej, choć Rosjanie zgłaszali nielsbohr, a Amerykanie hahn) i seaborg, choć Glenn Seaborg aż do śmierci uważał, że Rosjanie z Dubnej oszukiwali i nic nie odkryli.

Czy taki sam spór może zagrozić kopernikowi? Nie wiem, ale boję się, że docentowi Fifce albo jakiemuś publicyście przyjdzie do głowy protestować. Bo w zespole byli naukowcy z Finlandii, Rosji i Słowacjii, a nie było Polaków. Bo byli Niemcy, którzy znów chcą nam zabrać Kopernika. No i nikt nas nie zapytał o zdanie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mniej jeść, dłużej żyć

10 lip 2009

Dawno nie dostałem tylu listów, co po artykule o rapamycynie (Pigułka na długowieczność). W testach na myszach rapamycyna, wykorzystywana do hamowania odrzucania przeszczepów, wydłużała życie zwierząt o mniej więcej jedną trzecią. Naukowcy podkreślają, że przyjmowanie rapamycyny na własną rękę jest niebezpieczne, bo to lek obniżający odporność. Mimo to, najważniejsze pytanie w listach brzmiało: gdzie to można kupić?
Naukowcy z University of Wisconsin-Madison piszący w „Science” mają inną propozycję: drastyczne ograniczenie przyjmowanych kalorii. Swój pomysł testowali na małpach rezusach. Z jednej strony — małpy, z drugiej — to pierwsze (tak twierdzą autorzy) badania na tak bliskich kuzynach człowieka. Z tych badań wynika, że ograniczenie przyjmowania kalorii o jedną trzecią znacząco wydłuża życia rezusów. Pod warunkiem, że dieta jest zrównoważona.
Przez 20 lat obserwowano 76 małp (30 od 1989 roku i 46 od 1994 roku). Jak podaje „Science” nadal żyje 63 proc. rezusów „niskokalorycznych”, w porównaniu do 45 proc. zwierząt z grupy kontrolnej.
Mało tego, rezusy na głodzie o połowę rzadziej cierpiały na nowotwory i choroby serca. Były również lepiej umięśnione i zachowały sprawność umysłową. Dla dociekliwych dokładne wyniki badań na stronie „Science”.
Czy podobna metoda wydłużania życia (dodajmy zdrowego życia) kiedykolwiek będzie stosowana u ludzi? „Małpy są blisko spokrewnione z nami, ale to nie oznacza, że wszystko, co u nich obserwujemy można przenieść na ludzi” — mówi sieci BBC Catherine Collins z Britisj Dietetic Association. (Więcej o drakońskiej diecie na stronach BBC).
Nie wiem jak Wy, ale ja poczekam na rapamycynę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dlaczego system Google przegra z Windows

Google chce pokonać Microsoft na własnym boisku. System operacyjny Chrome OS ma zdetronizować Windows. Nie jestem fanem Microsoftu, a w szczególności Okienek, ale gdy słyszę o konkurencji dla Microsoftu od razu przychodzą mi na myśl autorzy różnych odmian Linuksa. I Apple. I Oracle. I Sun. Oraz tuziny mniejszych i większych firm oferujących produkt lepszy, niż Windows, pakiet Office i co tam jeszcze Microsoft produkuje. Wszyscy starają się podgryzać największego. I nikt — na razie — nie dał rady.
Na pierwszy rzut oka system operacyjny Google ma pewne zalety — mocna marka, bardzo dobre skojarzenie z Internetem, poparcie producentów sprzętu (Acer, Asus, HP, Lenovo). Do tego Chrome OS ma być darmowy, co sprawi, że netbooki będą mogły być jeszcze tańsze.
Zdaję sobie sprawę, że być może będę musiał za rok odszczekiwać to, co tu piszę, ale nie wierzę, aby system Google miał rzeczywiście zagrozić flagowemu produktowi Microsoftu. Dlaczego? Proszę bardzo:

Wersja krótka:
1. Bo to nie będzie Windows.

Wersja długa:
1. Bo Google praktycznie nie ma doświadczenia w konstruowaniu skomplikowanego oprogramowania. System Android na telefony komórkowe to na razie rynkowa klęska.
2. Bo nie będzie specjalizowanych programów dostępnych obecnie tylko pod Windows. A to oznacza, że i tak firmy i użytkownicy indywidualni będą musieli mieć zwykłego peceta z Okienkami.
3. Bo Google skupia się tylko na rynku netbooków. A stanowiły one mniej niż jedną dziesiątą całego rynku komputerów w 2008 roku.
4. Bo są już darmowe wersje Linuksa przystosowane do netbooków. I co? I nic. Lepiej sprzedają się netbooki z przestarzałym Windows XP.
5. Bo zanim Google Chrome OS trafi na rynek (w 2010 roku) dostępny będzie system Windows 7. W wersji specjalnie dla netbooków.
6. Bo trudno przekonać kogokolwiek do przechowywania prywatnych (naprawdę prywatnych) dokumentów w „sieciowej chmurze”. O dokumentach firmowych nawet nie wspominam.
7. Bo nie będzie na to gier (patrz punkt 2).
8. Bo Google ma problemy z zachowaniem prawa do prywatności użytkowników swoich usług.
9. Bo nie wiadomo, czy dokumenty tworzone w nowym systemie nie staną się jeszcze doskonalszą podstawą do wysyłania reklam, tak jak ma to miejsce w przypadku poczty Gmail (patrz punkt 8).
10. Bo jedynym naprawdę udanym produktem Google pozostaje wyszukiwarka. Ani Android, ani Google Docs, ani tym bardziej przeglądarka Chrome nie zdobyły większej popularności. (Słyszeliście o Google Lively? Jeśli nie, to nie ma się czym przejmować. Nikt nie słyszał.)

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop