Wpisy w kategorii „Zdrowie”

Zabić może nawet jedna tabletka

13 wrz 2010

Skoro ja to biorę, to przekrojona na pół pigułka nie może dziecku zaszkodzić – myślą rodzice. Błąd.

Nie trujące grzyby, nie przypadkowo podany alkohol, ale leki są najczęstszą przyczyną zatruć dzieci. Część takich wypadków to efekt połknięcia tabletek pozostawionych przez lekkomyślnych dorosłych. Ale zdarza się, że rodzice sami wpadają na pomysł podania dziecku takiego preparatu. Oczywiście chcą pomóc.

Lista leków bezpiecznych dla dorosłych, lecz mogących wyrządzić krzywdę dzieciom, jest zaskakująco długa. Są na niej takie, których jedna dawka – jedna tabletka – może spowodować śmierć małego dziecka. To m.in. niektóre leki przeciwdepresyjne (tzw. leki trójpierścieniowe) i substancje wykorzystywane do walki z malarią (chlorochina). Nawet połknięcie zwykłej kamfory będącej składnikiem maści rozgrzewających jest niebezpieczne.

Ale jest i inny problem. Jest nim lekkomyślność rodziców, którzy swoim dzieciom dają leki przeznaczone dla dorosłych lub w dawkach obliczonych na dorosłego. Groźne są m.in. preparaty z paracetamolem czy kwasem acetylosalicylowym (m.in. popularne aspiryna i polopiryna). Ponieważ można je kupować bez recepty, każdy je ma w domowej apteczce. Co się dzieje, gdy dziecko zachoruje? Rodzice sięgają po to, co sami sprawdzili. O przedawkowanie łatwo, ponieważ wiele preparatów o różniących się nazwach handlowych w rzeczywistości zawiera te same substancje.

Co można zrobić? Rozwiązanie jest tyleż proste, co niewykonalne. Wszystkie ostrzeżenia dla rodziców wypisane są – czarno na białym – na kartach z informacjami dodawanymi do leków. Wystarczy, żeby rodzic te informacje przeczytał, zanim poda dziecku tabletkę ze środkiem przeciwgorączkowym lub zostawi na stole opakowanie z lekami przygotowanymi na wyjazd w tropiki. Samo nauczenie dziecka ostrożności nie wystarczy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spokojnie, to tylko pandemia

3 sie 2009

„Świńska grypa jest łagodniejsza niż przewidywano. Można powiedzieć, że mamy pandemię, tyle że przeziębienia” — powiedział dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Leków w rozmowie z Aleksandrą Stanisławską w sobotnio-niedzielnej „Rzeczpospolitej”.

Jeśli tak, to ja chciałbym wiedzieć, po co było gromadzić lek Tamiflu (jeszcze na epidemię ptasiej grypy), po co narady w centrach zarządzania kryzysowego, po co nam wreszcie szczepionka (na świńską grypę jeszcze nie ma, ale są już kraje, które zapowiadają, że gdy będzie, zaszczepią wszystkich obywateli — np. Grecja). Chciałbym wiedzieć — skoro to łagodna choroba i panikę rozsiewają tylko media — dlaczego pracownicy szpitali nie chcieli przyjąć reportera TVN udającego pacjenta ze świńską grypą? Jak to się stało, że nawet nie chciano wziąć od niego długopisu, który tylko przez chwilę trzymał w ręku?

Skoro nic się nie dzieje, to po co Państwowy Zakład Higieny uruchomił specjalną infolinię na temat nowej grypy? I komu potrzebne są raporty PZH, z których można wyczytać, że w krajach, gdzie są już pierwsze ofiary, śmiertelność jest oceniana na od 0,1 do nawet prawie 2 proc.? Dla porównania: wg. Światowej Organizacji Zdrowia śmiertelność z powodu grypy sezonowej to ok. 0,05 proc.

I wreszcie chciałbym wiedzieć, co to za głupek w tej Światowej Organizacji Zdrowia ogłosił pandemię, zamiast posłuchać polskich specjalistów, którzy przecież wiedzą, że ta grypa to takie tam przeziębienie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z grypą jak z kryzysem

28 lip 2009

Wszędzie jest, a u nas nie ma. Polska — w ustach osób odpowiedzialnych za zdrowie publicznie — opiera się pandemii świńskiej grypy również skutecznie, co nasza gospodarka kryzysowi. Co z tego, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłasza pandemię, skoro u nas najważniejszą informacją jest „Polsce epidemia nie grozi, nie ma powodów do paniki”.

Nie zamierzam się upierać, że powody do paniki są: Na razie w Polsce nikt z powodu wirusa A/H1N1 nie umarł (i oby tak zostało), nie ma też (poza jednym) przypadków poważnych zachorowań na świńską grypę. Jednak gwałtowny wzrost liczby pacjentów zgłaszających się z podejrzanymi objawami do szpitali daje do myślenia. Te odnotowane m.in. w Łodzi zachorowania do efekt powrotów z wakacji. Co będzie, gdy wracające z Hiszpanii nastolatki pójdą do szkół (warto przeczytać opinię dr Pawła Grzesiowskiego zamieszczoną w „Rzeczpospolitej”)? Co się stanie, gdy świńska grypa dopadnie nie silną młodzież, lecz ich rodziny, bliskich — starszych ludzi cierpiących również na inne schorzenia?

Co wreszcie będzie się działo w szpitalach, które już teraz — jak ten łódzki — z trudem nadążają z badaniem zgłaszających się do nich pacjentów podejrzewających u siebie zakażenie A/H1N1? (Wczoraj w Szpitalu im. Biegańskiego nie potrafiono nawet podać ile osób jest chorych, a autokary z wycieczkami podjeżdżały bezpośrednio pod drzwi). Wprawdzie Przemysław Biliński, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego przypominał, że wedle zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia hospitalizować należy tylko najpoważniejsze przypadki nowej grypy, ale przecież to nie uchroni lekarzy przed szturmem pacjentów zaniepokojonych gorączką czy pokasływaniem.

Jak się przed grypą bronić? W tym przypadku odrobina — może nie paniki, ale niepokoju — bardzo by się przydała. Pozwoliłaby racjonalnie podejść do zagrożenia jakim jest pandemia. (Niechętnym, sceptykom i zwolennikom teorii konspiracyjnych przypominam, że pandemię ogłasza Światowa Organizacja Zdrowia, a nie media). Być może więcej osób skorzystałoby ze szczepień na „normalną” grypę, być może zaczęlibyśmy przestrzegać wreszcie zaleceń dotyczących higieny. A nawet — wiem, że to zabrzmi śmiesznie — pracownicy przychodni i szpitali, a także pacjenci mogliby zacząć stosować maseczki. Gdyby się okazało, że w ten sposób można choć trochę zmniejszyć liczbę chorych, to taka „panika” może tylko pomóc.

swineflu.jpg

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop