Wojna o ACTA. O wolność słowa czy wolność kradzieży?
Lekkomyślność i lekceważenie społeczeństwa przez polityków zderzone ze strachem internautów i ich ignorancją w dziedzinie prawa. To się musiało tak skończyć.
Manifestacje uliczne, blokowanie rządowych serwerów, obrzucanie się obelgami na forach internetowych. Tu nie ma odcieni szarości ani miejsca na dyskusję. Albo protestujesz przeciw międzynarodowej umowie ACTA, albo jesteś wrogiem Internetu, wolności słowa i chodzisz na pasku korporacji. Jeżeli przypadkiem jesteś twórcą i bronisz swoich praw – jak Zbigniew Hołdys – nie licz na sympatię. „Niech ten człowiek zniknie z Internetu” – nawołują przeciwnicy ACTA tylko dlatego, że znany muzyk otwarcie opowiedział się za zdecydowaną walką z przestępcami zarabiającymi na udostępnianiu w Internecie kradzionych treści.
Dyskusje w Internecie dowodzą, że zdecydowana większość protestujących nie bardzo wie, co tak naprawdę znajduje się w Anti-Counterfeiting Trade Agreement. Pojawiają się zaskakujące twierdzenia – ACTA umożliwi odcinanie ludzi od Internetu. ACTA wprowadzi cenzurę legalnych treści. ACTA spowoduje, że wielkie korporacje będą śledzić każdy nasz krok w sieci.
A prawnicy zedrą z nas podrabiane dżinsy. To wszystko bez sądu, bez prawa do uczciwego procesu. Na filmiku na YouTube internetowy dziennikarz od gier daje popis ignorancji w dziedzinie prawa i szybko staje się gwiazdą Wykop.pl.
Czy w takiej sytuacji jest miejsce na merytoryczną dyskusję? Choć prawnicy Ministerstwa Sprawiedliwości oraz specjaliści Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapewniają, że obawy o naruszanie prywatności są bezpodstawne, a odpowiadające ACTA zapisy o walce z podróbkami i komputerowym piractwem i tak są już obecne w polskim prawie, internauci im nie wierzą. I nie zamierzają składać broni. „Jesteśmy potężniejsi, niż myślicie” – grożą. W jednym trudno im odmówić racji. Tryb przygotowania ACTA to popis arogancji polityków. A jednocześnie dowód, jak bardzo potrzebna jest demokratyczna kontrola, o której tradycyjne media chyba zapomniały, a dziś może ją zapewnić tylko Internet.
ACTA to międzynarodowa umowa handlowa dotycząca walki z handlem podrabianymi towarami (w tym z nielegalnie udostępnianymi treściami w sieci). Pomysł takiego porozumienia, omijającego Światową Organizację Handlu i Światową Organizację Własności Intelektualnej, z powodzeniem wprowadziły USA oraz Japonia. Do rozmów przystąpiły również UE, Szwajcaria, Kanada, Australia, Meksyk, Maroko, Nowa Zelandia, Korea Płd. i Singapur. Międzyrządowe ustalenia były tajne, do rozmów zapraszano natomiast przedstawicieli amerykańskich korporacji i stowarzyszeń reprezentujących wydawców oraz twórców. Gdyby nie przeciek WikiLeaks w 2008 r., nikt nie dowiedziałby się o projektowanym porozumieniu.
W podobny sposób „konsultacje” przebiegały w Polsce. Mimo że organizacje pozarządowe prosiły o publikację dokumentów i wstrzymanie prac nad umową, uchwała w sprawie jej podpisania (nie jest jeszcze ratyfikowana) została przyjęta. Tryb konsultacji – wysłanie dokumentów na dwa dni przed zakończeniem poprzedniej kadencji i zmianą rządu – w praktyce uniemożliwił dyskusję nad zawartością ACTA. Do konsultacji zaproszono liczne organizacje chroniące prawa autorskie. O zdanie nie zapytano użytkowników Internetu, w tym organizacji sprzeciwiających się nadmiernej kontroli obywateli w sieci.
Efektem tych działań był protest kilkudziesięciu popularnych stron internetowych (zaczerniły swoje nazwy, niektóre na krótko zawiesiły pracę) oraz atak na rządowe serwery WWW. Donald Tusk zapowiedział jednak niepoddawanie się szantażowi hakerów. Umowa została podpisana.









