Wpisy w kategorii „Nauka”

Rewolucja internautów

30 sty 2012

Wojna o ACTA. O wolność słowa czy wolność kradzieży?

Lekkomyślność i lekceważenie społeczeństwa przez polityków zderzone ze strachem internautów i ich ignorancją w dziedzinie prawa. To się musiało tak skończyć.

Manifestacje uliczne, blokowanie rządowych serwerów, obrzucanie się obelgami na forach internetowych. Tu nie ma odcieni szarości ani miejsca na dyskusję. Albo protestujesz przeciw międzynarodowej umowie ACTA, albo jesteś wrogiem Internetu, wolności słowa i chodzisz na pasku korporacji. Jeżeli przypadkiem jesteś twórcą i bronisz swoich praw – jak Zbigniew Hołdys – nie licz na sympatię. „Niech ten człowiek zniknie z Internetu” – nawołują przeciwnicy ACTA tylko dlatego, że znany muzyk otwarcie opowiedział się za zdecydowaną walką z przestępcami zarabiającymi na udostępnianiu w Internecie kradzionych treści.

Dyskusje w Internecie dowodzą, że zdecydowana większość protestujących nie bardzo wie, co tak naprawdę znajduje się w Anti-Counterfeiting Trade Agreement. Pojawiają się zaskakujące twierdzenia – ACTA umożliwi odcinanie ludzi od Internetu. ACTA wprowadzi cenzurę legalnych treści. ACTA spowoduje, że wielkie korporacje będą śledzić każdy nasz krok w sieci.

A prawnicy zedrą z nas podrabiane dżinsy. To wszystko bez sądu, bez prawa do uczciwego procesu. Na filmiku na YouTube internetowy dziennikarz od gier daje popis ignorancji w dziedzinie prawa i szybko staje się gwiazdą Wykop.pl.

Czy w takiej sytuacji jest miejsce na merytoryczną dyskusję? Choć prawnicy Ministerstwa Sprawiedliwości oraz specjaliści Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapewniają, że obawy o naruszanie prywatności są bezpodstawne, a odpowiadające ACTA zapisy o walce z podróbkami i komputerowym piractwem i tak są już obecne w polskim prawie, internauci im nie wierzą. I nie zamierzają składać broni. „Jesteśmy potężniejsi, niż myślicie” – grożą. W jednym trudno im odmówić racji. Tryb przygotowania ACTA to popis arogancji polityków. A jednocześnie dowód, jak bardzo potrzebna jest demokratyczna kontrola, o której tradycyjne media chyba zapomniały, a dziś może ją zapewnić tylko Internet.

ACTA to międzynarodowa umowa handlowa dotycząca walki z handlem podrabianymi towarami (w tym z nielegalnie udostępnianymi treściami w sieci). Pomysł  takiego porozumienia, omijającego Światową Organizację Handlu i Światową Organizację Własności Intelektualnej, z powodzeniem wprowadziły USA oraz Japonia. Do rozmów przystąpiły również UE, Szwajcaria, Kanada, Australia, Meksyk, Maroko, Nowa Zelandia, Korea Płd. i Singapur. Międzyrządowe ustalenia były tajne, do rozmów zapraszano natomiast przedstawicieli amerykańskich korporacji i stowarzyszeń reprezentujących wydawców oraz twórców. Gdyby nie przeciek WikiLeaks w 2008 r., nikt nie dowiedziałby się o projektowanym porozumieniu.

W podobny sposób „konsultacje” przebiegały w Polsce. Mimo że organizacje pozarządowe prosiły o publikację dokumentów i wstrzymanie prac nad umową, uchwała w sprawie jej podpisania (nie jest jeszcze ratyfikowana) została przyjęta. Tryb konsultacji – wysłanie dokumentów na dwa dni przed zakończeniem poprzedniej kadencji i zmianą rządu – w praktyce uniemożliwił dyskusję nad zawartością ACTA. Do konsultacji zaproszono liczne organizacje chroniące prawa autorskie. O zdanie nie zapytano użytkowników Internetu, w tym organizacji sprzeciwiających się nadmiernej kontroli obywateli w sieci.

Efektem tych działań był protest kilkudziesięciu popularnych stron internetowych (zaczerniły swoje nazwy, niektóre na krótko zawiesiły pracę) oraz atak na rządowe serwery WWW. Donald Tusk zapowiedział jednak niepoddawanie się szantażowi hakerów. Umowa została podpisana.

Czytaj więcej na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zabić może nawet jedna tabletka

13 wrz 2010

Skoro ja to biorę, to przekrojona na pół pigułka nie może dziecku zaszkodzić – myślą rodzice. Błąd.

Nie trujące grzyby, nie przypadkowo podany alkohol, ale leki są najczęstszą przyczyną zatruć dzieci. Część takich wypadków to efekt połknięcia tabletek pozostawionych przez lekkomyślnych dorosłych. Ale zdarza się, że rodzice sami wpadają na pomysł podania dziecku takiego preparatu. Oczywiście chcą pomóc.

Lista leków bezpiecznych dla dorosłych, lecz mogących wyrządzić krzywdę dzieciom, jest zaskakująco długa. Są na niej takie, których jedna dawka – jedna tabletka – może spowodować śmierć małego dziecka. To m.in. niektóre leki przeciwdepresyjne (tzw. leki trójpierścieniowe) i substancje wykorzystywane do walki z malarią (chlorochina). Nawet połknięcie zwykłej kamfory będącej składnikiem maści rozgrzewających jest niebezpieczne.

Ale jest i inny problem. Jest nim lekkomyślność rodziców, którzy swoim dzieciom dają leki przeznaczone dla dorosłych lub w dawkach obliczonych na dorosłego. Groźne są m.in. preparaty z paracetamolem czy kwasem acetylosalicylowym (m.in. popularne aspiryna i polopiryna). Ponieważ można je kupować bez recepty, każdy je ma w domowej apteczce. Co się dzieje, gdy dziecko zachoruje? Rodzice sięgają po to, co sami sprawdzili. O przedawkowanie łatwo, ponieważ wiele preparatów o różniących się nazwach handlowych w rzeczywistości zawiera te same substancje.

Co można zrobić? Rozwiązanie jest tyleż proste, co niewykonalne. Wszystkie ostrzeżenia dla rodziców wypisane są – czarno na białym – na kartach z informacjami dodawanymi do leków. Wystarczy, żeby rodzic te informacje przeczytał, zanim poda dziecku tabletkę ze środkiem przeciwgorączkowym lub zostawi na stole opakowanie z lekami przygotowanymi na wyjazd w tropiki. Samo nauczenie dziecka ostrożności nie wystarczy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To jeszcze PR, czy już oszustwo

23 lip 2010

Jeżeli BP tak samo radzi sobie z zatykaniem wycieku ropy, jak ratuje własny wizerunek, to końca katastrofy raczej nie doczekamy.

A już było tak pięknie. Opuszczona na dno kopuła znacznie ograniczyła wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej. Nowe odwierty, które mają ostatecznie zakończyć trwającą od kwietnia ekologiczną katastrofę, są już blisko celu. Na powierzchni czekają tankowce, by odbierać wypompowaną spod powierzchni ropę.

I wtedy BP strzela sobie w kolano. Jak odkryła sieć BBC prawnicy firmy usiłowali kupić milczenie naukowców zajmujących się ekologicznymi skutkami wycieku ropy. Badaczom zaoferowano ok. 250 dolarów za godzinę pracy. Mieli opracować plan odbudowy skażonego wyciekiem środowiska naturalnego Zatoki.

Tylko na pierwszy rzut wszystko wyglądało ładnie. W umowie, którą zdobyło BBC można przeczytać, iż naukowcy nie mogą publikować danych zgromadzonych podczas tej pracy (czyli w praktyce informacji o zniszczeniach środowiska spowodowanych przez BP) przez całe trzy lata. Nie mogą też wykonywać pracy dla innych agencji lub instytucji, o ile ta praca kolidowałaby z działaniami BP. Naukowcy mają też stosować się do instrukcji prawników koncernu.
- Skontaktowali się ze mną i powiedzieli, że chcą aby cały mój wydział z nimi współpracował — powiedział BBC Bob Shipp z University of South Alabama. Ale kiedy naukowcy przedstawili swoje zasady — m.in. pełna jawność wyników badań, prawnicy odwrócili się na pięcie i już nigdy więcej się nie odezwali.
- To naprawdę ogromna korporacja, która próbuje kupić milczenie nauki — oburza się Cary Nelson, szef American Association of Professors. — To ogromnie destrukcyjne działanie. Sądzę, że na pewnym poziomie możemy mówić, że to naprawdę BP przeciw Stanom Zjednoczonym.
Oburzenie naukowców i upublicznienie sprawy niefortunnej propozycji najwyraźniej zaskoczyło sztab PR naftowego koncernu. „BP nie nakłada żadnych ograniczeń dotyczących pracy akademickiej i danych naukowych” — poinformował rzecznik BP.

Zaledwie kilka dni wcześniej ten sam sztab piarowców zaliczył inną wpadkę. Na stronie internetowej BP umieścili zdjęcie przedstawiające pracujących w napięciu ludzi w centrum kryzysowym. Inżynierowie wpatrywali się w dziesięć wielkich ekranów pokazujących podwodne roboty, szyb, wyciek, dane itp. Okazuje się jednak, że zdjęcie zostało cyfrowo przerobione, co odkrył jeden z blogerów. Na dwóch ekranach „domalowano” obraz przy użyciu Photoshopa. Zrobiono to na tyle nieudolnie, że nie trzeba nawet specjalisty, aby wykryć oszustwo.

Scott Dean z BP przyznał, że fotograf dopuścił się manipulacji. Ale dodał, że zrobił to „bez złych zamiarów”, tylko po to, by popisać się znajomością Photoshopa (najwyraźniej dość kiepską znajomością). Co więcej, jedno ze zdjęć na stronie BP przedstawia sztab kryzysowy, ale… z 2001 roku, tylko przerobione tak, by wszyscy sądzili, że zostało zrobione teraz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Raport o klimacie do sprawdzenia

14 maj 2010
AFP

Fot. AFP

Ruszył przegląd słynnego dokumentu IPCC o globalnych zmianach klimatycznych. Naukowcy ocenią, czy ich koledzy dochowali zasad rzetelności. Wnioski pojawią się za kilka miesięcy i prawdopodobnie zaważą na przyszłości (a przynajmniej pozycji) Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu. Problem tylko w tym, że werdykt 12 sędziów z InterAcademy Council zapewne nikogo nie zadowoli.

Zespół pod kierownictwem amerykańskiego ekonomisty Harolda Shapiro ma sprawdzić procedury IPCC weryfikacji napływających danych i ich publikacji. Przy kilkusetstronicowym raporcie znalezienie takich uchybień jest praktycznie pewne. Renomowani naukowcy (a tacy tworzą IPCC) będą musieli się z tego wytłumaczyć. Nic przyjemnego. Rzuci to też na nowo cień na ustalenia zawarte w słynnym raporcie o skutkach globalnej zmiany klimatu.

Zespół IAC zapewne (podkreślam słowo zapewne) nie doszuka się natomiast poważnych luk w argumentacji klimatologów (w końcu badanie strony merytorycznej nie jest ich zadaniem). Wiadomo co się wtedy stanie: sceptycy krzykną — kolejne oszustwo, naukowcy kręcą, jak z tymi lodowcami w Himalajach. Bronią swoich — zawołają. — Bo ekologom i klimatologom chodzi tylko o kasę, a zmanipulowane media (pewnie też należące do zielonego spisku) bezmyślnie powtarzają, co im się powie.

Tak właśnie było, gdy ostatnio pisałem o naukowych dowodach potwierdzających realność globalnego ocieplenia. Dostało mi się od czytelników. Oj, dostało:
„WWF i IPCC znane są z nierzetelnych opracowań i fałszowania danych (….) Powoływanie się na ekspertów tych organizacji, mając w pamięci fakt, że nie dalej jak miesiąc temu najwięksi eksperci z nich pochodzący przyznali się do kłamstwa i fałszowania danych klimatycznych, zakrawa już nie na śmieszność, ale na głupotę. ” — napisał jeden z czytelników. „Proszę o bardziej krytyczne podejście do wypowiedzi różnej maści oszołomów” — z niezwykłą galanterią napomniał mnie inny. „Przestańcie p… o globalnym ociepleniu. tam chodzi tylko o kase, ktorą chcą zarobić Rotshildowie i inni żydzi. ” (zachowałem oryginalną pisownię, ale jedno słowo musiałem wykropkować).

Można powiedzieć — chciałem, to mam. Pisanie o zmianach klimatu to śliska sprawa. Wszyscy Polacy, jak wiadomo, znają się doskonale na polityce, piłce nożnej i globalnym ociepleniu, choć sami rozsierdzeni czytelnicy przyznawali skromnie, że „w sprawie klimatu nie są fachowcami”. No właśnie, problem w tym, że cała sprawa globalnego ocieplenia i ewentualnego wpływu na nie człowieka przestała być już kwestią nauki. To dziś kwestia wiary. Wiary w to, że lobby producentów wiatraków — to jak wiadomo najpotężniejsza organizacja na świecie — przekupiło naukowców żeby pisali o ociepleniu. Wiary, że najważniejsi tak zwani sceptycy spotykają się w działami marketingu firm naftowych na kółku różańcowym (jak np. Fred Singer, pomysłodawca sceptycznego Pozarządowego Panelu ds. Zmian Klimatu z koncernem ExxonMobil). Że lekarz radiolog o zmianach klimatu wie więcej niż biolog, czy klimatolog. Wiary wreszcie w to, że wykradzione z Climatic Research Unit Uniwersytetu Wschodniej Anglii listy naukowców rzekomo dowodzące manipulacji trafiły do sieci przypadkiem. Nawiasem mówiąc, jak to jest, że przenikliwi publicyści, piszący o ekologach per „użyteczni idioci” nie zainteresowali się tym, kto wykradł te mejle i dlaczego upublicznił je tuż przed szczytem klimatycznym w Kopenhadze? Tu warto wspomnieć, że na razie analiza tych dokumentów nie potwierdziła zarzutów o fałszowaniu danych przez naukowców. Żadnych manipulacji nie stwierdzono w toku dziennikarskiego śledztwa agencji AP i „New Scientist”. Dobrego imienia klimatologów bronią – i to przytaczając argumenty – najpoważniejsze pisma i instytucje naukowe. No, ale to jasne: klika.

Zakładam się, że większość tych, którzy dziś najgłośniej krzyczą o oszustwie nigdy sama nie sprawdziła, co jest w wykradzionych listach i jak wyglądają wykresy pomiarów temperatury. Wystarczy im wiara w spisek naukowców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spokojnie, to tylko pandemia

3 sie 2009

„Świńska grypa jest łagodniejsza niż przewidywano. Można powiedzieć, że mamy pandemię, tyle że przeziębienia” — powiedział dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Leków w rozmowie z Aleksandrą Stanisławską w sobotnio-niedzielnej „Rzeczpospolitej”.

Jeśli tak, to ja chciałbym wiedzieć, po co było gromadzić lek Tamiflu (jeszcze na epidemię ptasiej grypy), po co narady w centrach zarządzania kryzysowego, po co nam wreszcie szczepionka (na świńską grypę jeszcze nie ma, ale są już kraje, które zapowiadają, że gdy będzie, zaszczepią wszystkich obywateli — np. Grecja). Chciałbym wiedzieć — skoro to łagodna choroba i panikę rozsiewają tylko media — dlaczego pracownicy szpitali nie chcieli przyjąć reportera TVN udającego pacjenta ze świńską grypą? Jak to się stało, że nawet nie chciano wziąć od niego długopisu, który tylko przez chwilę trzymał w ręku?

Skoro nic się nie dzieje, to po co Państwowy Zakład Higieny uruchomił specjalną infolinię na temat nowej grypy? I komu potrzebne są raporty PZH, z których można wyczytać, że w krajach, gdzie są już pierwsze ofiary, śmiertelność jest oceniana na od 0,1 do nawet prawie 2 proc.? Dla porównania: wg. Światowej Organizacji Zdrowia śmiertelność z powodu grypy sezonowej to ok. 0,05 proc.

I wreszcie chciałbym wiedzieć, co to za głupek w tej Światowej Organizacji Zdrowia ogłosił pandemię, zamiast posłuchać polskich specjalistów, którzy przecież wiedzą, że ta grypa to takie tam przeziębienie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z grypą jak z kryzysem

28 lip 2009

Wszędzie jest, a u nas nie ma. Polska — w ustach osób odpowiedzialnych za zdrowie publicznie — opiera się pandemii świńskiej grypy również skutecznie, co nasza gospodarka kryzysowi. Co z tego, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłasza pandemię, skoro u nas najważniejszą informacją jest „Polsce epidemia nie grozi, nie ma powodów do paniki”.

Nie zamierzam się upierać, że powody do paniki są: Na razie w Polsce nikt z powodu wirusa A/H1N1 nie umarł (i oby tak zostało), nie ma też (poza jednym) przypadków poważnych zachorowań na świńską grypę. Jednak gwałtowny wzrost liczby pacjentów zgłaszających się z podejrzanymi objawami do szpitali daje do myślenia. Te odnotowane m.in. w Łodzi zachorowania do efekt powrotów z wakacji. Co będzie, gdy wracające z Hiszpanii nastolatki pójdą do szkół (warto przeczytać opinię dr Pawła Grzesiowskiego zamieszczoną w „Rzeczpospolitej”)? Co się stanie, gdy świńska grypa dopadnie nie silną młodzież, lecz ich rodziny, bliskich — starszych ludzi cierpiących również na inne schorzenia?

Co wreszcie będzie się działo w szpitalach, które już teraz — jak ten łódzki — z trudem nadążają z badaniem zgłaszających się do nich pacjentów podejrzewających u siebie zakażenie A/H1N1? (Wczoraj w Szpitalu im. Biegańskiego nie potrafiono nawet podać ile osób jest chorych, a autokary z wycieczkami podjeżdżały bezpośrednio pod drzwi). Wprawdzie Przemysław Biliński, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego przypominał, że wedle zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia hospitalizować należy tylko najpoważniejsze przypadki nowej grypy, ale przecież to nie uchroni lekarzy przed szturmem pacjentów zaniepokojonych gorączką czy pokasływaniem.

Jak się przed grypą bronić? W tym przypadku odrobina — może nie paniki, ale niepokoju — bardzo by się przydała. Pozwoliłaby racjonalnie podejść do zagrożenia jakim jest pandemia. (Niechętnym, sceptykom i zwolennikom teorii konspiracyjnych przypominam, że pandemię ogłasza Światowa Organizacja Zdrowia, a nie media). Być może więcej osób skorzystałoby ze szczepień na „normalną” grypę, być może zaczęlibyśmy przestrzegać wreszcie zaleceń dotyczących higieny. A nawet — wiem, że to zabrzmi śmiesznie — pracownicy przychodni i szpitali, a także pacjenci mogliby zacząć stosować maseczki. Gdyby się okazało, że w ten sposób można choć trochę zmniejszyć liczbę chorych, to taka „panika” może tylko pomóc.

swineflu.jpg

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kopernik z Darmstadt

16 lip 2009

Nowy pierwiastek w układzie okresowym powinien nosić nazwę kopernik — proponują niemieccy fizycy, którym udało się wytworzyć go w laboratorium. Na razie jednak pierwiastek 112 nosi oficjalnie nazwę ununbium — zgodnie z wytycznymi Międzynarodowej Unii Chemii Czystej i Stosowanej (IUPAC).

Unia ma zaś aż sześć miesięcy, aby zatwierdzić nazwę proponowaną przez odkrywców. Przez ten czas nad kopernikiem (Niemcy zgłosili nazwę „copernicium” i symbol Cp) debatować będą naukowcy. Oficjalną wiadomość o uznaniu istnienia pierwiastka 112 odkrytego przez zespół prof. Sigurda Hofmanna z GSI Helmholtzzentrum für Schwerionenforschung (Centrum Badań nad Jonami Ciężkimi) w Darmstadt można znaleźć tu, a o propozycji nazwy – tu

„Po tym, jak IUPAC oficjalnie uznała nasze osiągnięcie, my — to znaczy wszyscy związani z tym odkryciem — zgodziliśmy się na propozycję nazwy „copernicium” dla nowego pierwiastka 112. W ten sposób chcemy uhonorować wielkiego naukowca, który zmienił nasze spojrzenie na świat” — mówił prof. Hofmann.
Radości prof. Sigurda Hofmanna z uznania istnienia ununbium trudno się dziwić. Wcześniej miał ogromne kłopoty z dowiedzeniem, że pierwiastek 112 rzeczywiście udało się mu stworzyć i zaobserwować. Ununbium odkryto bowiem aż 13 lat temu. IUPAC dwukrotnie odrzucała zgłoszenie zespołu prof. Hofmanna wytykając mu uchybienia w obserwacjach.

Na radość z powodu nazwy nowego pierwiastka jest jeszcze za wcześnie. Procedura jej ustalania jest skomplikowana i długotrwała. I wcale nie zawsze propozycje odkrywców przechodzą. Najsłynniejszym takim przypadkiem była wojna o nazwy pierwiastków 104, 105 i 106 między Amerykanami z Lawrence Berkeley National Laboratory i Rosjanami ze Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej. W spór wmieszali się Niemcy z Darmstadt, a rozstrzygnąć wszystko miała jak zwykle Unia, która zresztą zgłosiła własne propozycje nazw nowych pierwiastków. Konflikt trwał ćwierć wieku i skończył się dopiero w 1997 roku. Dziś mamy rutherford (Rosjanie chcieli kurczatow), dubn (od Dubnej, choć Rosjanie zgłaszali nielsbohr, a Amerykanie hahn) i seaborg, choć Glenn Seaborg aż do śmierci uważał, że Rosjanie z Dubnej oszukiwali i nic nie odkryli.

Czy taki sam spór może zagrozić kopernikowi? Nie wiem, ale boję się, że docentowi Fifce albo jakiemuś publicyście przyjdzie do głowy protestować. Bo w zespole byli naukowcy z Finlandii, Rosji i Słowacjii, a nie było Polaków. Bo byli Niemcy, którzy znów chcą nam zabrać Kopernika. No i nikt nas nie zapytał o zdanie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mniej jeść, dłużej żyć

10 lip 2009

Dawno nie dostałem tylu listów, co po artykule o rapamycynie (Pigułka na długowieczność). W testach na myszach rapamycyna, wykorzystywana do hamowania odrzucania przeszczepów, wydłużała życie zwierząt o mniej więcej jedną trzecią. Naukowcy podkreślają, że przyjmowanie rapamycyny na własną rękę jest niebezpieczne, bo to lek obniżający odporność. Mimo to, najważniejsze pytanie w listach brzmiało: gdzie to można kupić?
Naukowcy z University of Wisconsin-Madison piszący w „Science” mają inną propozycję: drastyczne ograniczenie przyjmowanych kalorii. Swój pomysł testowali na małpach rezusach. Z jednej strony — małpy, z drugiej — to pierwsze (tak twierdzą autorzy) badania na tak bliskich kuzynach człowieka. Z tych badań wynika, że ograniczenie przyjmowania kalorii o jedną trzecią znacząco wydłuża życia rezusów. Pod warunkiem, że dieta jest zrównoważona.
Przez 20 lat obserwowano 76 małp (30 od 1989 roku i 46 od 1994 roku). Jak podaje „Science” nadal żyje 63 proc. rezusów „niskokalorycznych”, w porównaniu do 45 proc. zwierząt z grupy kontrolnej.
Mało tego, rezusy na głodzie o połowę rzadziej cierpiały na nowotwory i choroby serca. Były również lepiej umięśnione i zachowały sprawność umysłową. Dla dociekliwych dokładne wyniki badań na stronie „Science”.
Czy podobna metoda wydłużania życia (dodajmy zdrowego życia) kiedykolwiek będzie stosowana u ludzi? „Małpy są blisko spokrewnione z nami, ale to nie oznacza, że wszystko, co u nich obserwujemy można przenieść na ludzi” — mówi sieci BBC Catherine Collins z Britisj Dietetic Association. (Więcej o drakońskiej diecie na stronach BBC).
Nie wiem jak Wy, ale ja poczekam na rapamycynę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop