Wpisy w kategorii „Komputery i gadżety”

Technika „na Segwaya”

28 wrz 2010

Jimi Heselden, właściciel Segwaya, zabił się na jednym z produkowanych przez firmę elektrycznych skuterów. To już chyba koniec historii nieudanego pojazdu, który wedle zapowiedzi miał zrewolucjonizować transport. copyright Urban Mobility GmbH

Ciało Heseldena znaleziono u stóp dziesięciometrowego urwiska nad rzeką Wharfe w pobliżu miejscowości Boston Spa ponad 200 kilometrów na północ od Londynu. Policja uznała, że właściciel firmy produkującej elektryczne dwukołowe skutery Segway prawdopodobnie zjechał ze skarpy na jednym z takich pojazdów. Jimi Heselden kupił to przedsiębiorstwo zaledwie 10 miesięcy temu.

Dlaczego o tym piszę na blogu o nauce i technologii? Bo historia Segwaya to najlepszy przykład nadmiernego, wręcz nieuczciwego, marketingu, który z czegoś zupełnie zwyczajnego robi „przełomowy, magiczny produkt”, mający zrewolucjonizować transport, Internet, komputery, telewizję, telefony komórkowe (niepotrzebne skreślić). Po prostu „technika na Segwaya”.

Pamiętam (to był początek 2001 roku) spekulacje wokół tajemniczego projektu nazywanego wówczas IT albo Ginger. Pamiętam doskonale, bo jako dziennikarz musiałem o tym supertajnym wynalazku pisać. A nie bardzo było wiadomo co, bo spece od marketingu umiejętnie podsycali atmosferę wyczekiwania, skąpo dawkując informacje. Media gubiły się w domysłach. Czy zaprojektowany przez ekscentrycznego wynalazcę Deana Kamena IT to nowy gadżet elektroniczny? Sam wynalazca oświadczył, że Ginger może zagrozić pozycji „starych, bogatych przedsiębiorstw” oraz produktom „zanieczyszczającym środowisko, brudnym, irytującym i niebezpiecznym”. Więc może samochód na wodór (poważnie)?

Kiedy wreszcie Kamen pokazał swój wynalazek wybranym inwestorom podniecenie sięgnęło nowych szczytów. W wąskim gronie zaproszonych na prezentację znalazł się m.in. Jeff Bezos (z Amazon.com), John Doerr (inwestor związany z rynkiem nowych technologii) i Steve Jobs (twórca potęgi Apple). Z pokazu wyszli zachwyceni, a Kamen dostał pieniądze na rozruch.
I wtedy dziennikarze przekłuli balon. Na początku grudnia 2001 w telewizyjnym programie ABC News pokazano wreszcie tajemnicze urządzenie. — To ma być to? Przecież to skrzyżowanie skutera z hulajnogą — brzmiały pierwsze komentarze.
Później było jeszcze gorzej. Pojazdy były wycofywane z rynku (przy słabych bateriach dwukółka się przewracała), wymieniano im oprogramowanie (w czasie jazdy koła zaczynały obracać się w przeciwnych kierunkach). Z rewolucyjnego skutera spadł m.in. prezydent George W. Bush i znany dziennikarz Piers Morgan.
Proponowana na początku cena — ok. 8 tys. dolarów, to mniej więcej tyle, ile kosztuje używany samochód. Fabryka Segwaya miała zaś wytwarzać ok. 40 tys. sztuk skuterów miesięcznie. Ile sprzedano? Do marca ubiegłego roku oficjalnie ok. 50 tys.

Skuter zrobił klapę na całej linii, ale technika na Segwaya ma się doskonale. „To coś ważniejszego niż komputery PC” — mówił dziewięć lat temu Jobs wypytywany o tajny projekt. Ale czegoś się wtedy nauczył. Wszystkie premierowe produkty Apple trzyma w tajemnicy. A gdy je wreszcie pokaże, bez najmniejszego zażenowania nazywa zwykły gadżet „rewolucyjnym i magicznym urządzeniem za niewiarygodną cenę”. John Doerr (finansował m.in. firmy Google i Amazon) reklamował elektryczny skuter słowami „Ginger jest większy niż Internet”. Teraz mówi, że „iPhone jest ważniejszy niż komputery osobiste”.

Na listach najbardziej przereklamowanych produktów Segway i różne gażdety Apple (głównie iPhone i iPad, ale jest też stary tablet Newton) zajmują czołowe miejsca. Są też inni: Microsoft za odtwarzacz Zune, który miał być pogromcą iPodów i system Vista, który miał po prostu działać. Jest również Oracle — za komputer sieciowy, firmy robiące oprogramowania antywirusowe i wreszcie… latający samochód.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowe komórki nie są bezpieczne

4 wrz 2010

Piotr Kościelniak 03-09-2010

Coraz więcej wirusów na zaawansowane telefony – ostrzegają eksperci

Michał Walczak, Fotorzepa

Michał Walczak, Fotorzepa

Podobne prognozy przedstawiła również firma Symantec. Zdaniem jej ekspertów trzeba się liczyć z coraz większą liczbą ataków na system iOS (sterujący m.in. iPhone’ami Apple’a). Zagrożeni są również użytkownicy Androida – takie smartfony oferuje kilka firm, m.in. HTC, Motorola, Samsung i Sony Ericsson.

Niebezpieczne programy atakują również starsze platformy – system Symbian znany z urządzeń Nokii oraz mobilną wersję Windows.

Według Symanteca nie pomagają nawet restrykcyjne przepisy dopuszczające nowe aplikacje do sklepów internetowych. W App Store sprzedawano kilka programów o niszczącym działaniu – twierdzi Symantec. Według Apple’a zaatakowanych zostało tylko 400 użytkowników.

Dotąd wykryto ok. 300 luk w zabezpieczeniach iPhone’ów i około tuzina na platformie Android – wynika z danych Symanteca.

– Dopóki zagrożenie wydaje się relatywnie niewielkie, ludzie wolą je bagatelizować i nie tracić czasu na szukanie rozwiązania chroniącego telefon przed wirusami – przyznaje Maciej Ziarek, analityk zagrożeń z Kaspersky Lab Polska.

Zainfekowanie złośliwym programem telefonu może być bardziej nieprzyjemne niż atak na komputer. Wirusy na komórki mogą wysyłać wiadomości SMS na drogie numery lub łączyć się z numerami na drugim końcu świata.

– Wirusy na pecety nie mogą wprost ukraść pieniędzy. Muszą na przykład wykraść numery kart kredytowych albo rozsyłać spam – mówił sieci BBC Mikko Hypponen z firmy F -Secure. – Z wirusami na komórki jest inaczej. Hakerzy mogą zarobić momentalnie przez połączenie lub wysłanie esemesa na bardzo drogi numer.

Tak działa hakerski program udający odtwarzacz filmów na platformę Android. Po zainstalowaniu przez użytkownika program wysyła esemesy na numery premium. Koszt jednego to ok. 5 dolarów – ostrzega Maciej Ziarek.

Ekspert Kaspersky Lab Polska przypomina również o najbardziej prawdopodobnej ewentualności – kradzieży całego telefonu i zawartości jego pamięci. Oznacza to utratę prywatnych danych, zdjęć, a także niekiedy haseł dostępu do internetowych serwisów czy rachunków bankowych. Dzięki oprogramowaniu zabezpieczającemu komórki można jednak zdalnie skasować zawartość pamięci telefonu, wykryć wymianę karty SIM, a nawet namierzyć złodzieja przez system GPS.



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fabryka samobójców

26 maj 2010

Pracownicy w chińskiej fabryce muszą się zobowiązać (pisemnie!), że nie odbiorą sobie życia.

CHINA-TAIWAN-TECHNOLOGY-FOXCONN-SUICIDE

Fabryka Foxconn

Trwa fatalna seria w chińskiej fabryce koncernu Foxconn. We wtorek kolejny — dziesiąty tylko w tym roku — pracownik fabryki odebrał sobie życie rzucając się z okna. W zakładzie w Shenzhen na południu Chin pracuje blisko 400 tys. osób. Produkowane są tam m.in. telefony Apple iPhone. Apple prowadzi niezależne wewnętrzne dochodzenie w tej sprawie.

Pracownicy Foxconnu skarżą się m.in. na nieludzkie warunki pracy — długie zmiany, obowiązkowe nadgodziny, zbyt szybko przesuwające się taśmy produkcyjne, wojskową dyscyplinę i — oczywiście — zbyt niskie płace. W hotelu pracowniczym, jak donoszą zachodnie media, nikt z nikim nie rozmawia, bo wszyscy są zbyt wyczerpani.

Co na to władze tajwańskiego koncernu? Według kantońskiego dziennika „Southern Metropolis Daily” Foxconn zażądał od każdego pracownika… podpisania oficjalnego dokumentu, że nie będzie próbował odebrać sobie życia. A także, że nie zrani poważnie siebie, ani nikogo innego. Na dowód dziennik przedstawił zdjęcie mężczyzny z firmowym papierem Foxconn, który mają podpisać zatrudnieni w zakładach. Pracownicy muszą się również zgodzić na przymusowe leczenie psychiatryczne, jeżeli przełożony uzna, że osoba prezentuje „odbiegający od normy stan fizyczny lub psychiczny”. (Podpisywanie weksli, o których pisze „Rz” nie wydaje się przy tym takie złe…).

Co jeszcze? Foxconn rozciągnął wokół budynku siatki, w które niedoszli samobójcy skaczący z okna mają wpadać. Podobno zatrudniono również psychologów mających służyć radą i pomocą pracownikom i menedżerom.

To nie jedyne podejrzane sprawki Foxconnu. Wcześniej ochroniarze fabryki pobili reportera agencji Reuters za to, że robił zdjęcia zakładu stojąc na publicznej drodze. Innych dziennikarzy (z „China Business News”), którzy ujawnili informacje o dramatycznych warunkach pracy w fabryce, koncern pozwał do sądu i postraszył astronomiczną karą 30 mln juanów (ok. 3,7 mln dolarów).

Jaki to ma związek z nowymi technologiami? Ano taki, że co najmniej jeden przypadek samobójstwa jest bezpośrednio związany z naruszeniem tajemnicy otaczający gadżety Apple produkowane przez Foxconna. Nowe produkty ze znakiem jabłuszka są pilnie strzeżonym sekretem, a ich prezentacja to wielki show Steve’a Jobsa. Dziennikarze i fani marki z zapartym tchem czekają na kolejną wersję iPhona, czy nowego iPada. Ale żeby podsycić ich (i naszą) ciekawość musi być niespodzianka. Niespodzianki nie będzie, jeżeli prototypy produkowane w Chinach wcześniej gdzieś „wyciekną”.

W ubiegłym roku Sun Danyong zgubił (lub ukradziono mu) prototypowy egzemplarz nowego iPhona czwartej generacji. Jednego z kilkunastu, które miał wysłać do Kalifornii. Gdy zgłosił sprawę przełożonemu, ochroniarze Foxconnu przekopali jego prywatne mieszkanie (bez nakazu), a jego samego przesłuchali. Według doniesień prasowych — używając przemocy fizycznej.

Po kilku dniach 25-letni Sun Danyong popełnił samobójstwo wyskakując przez okno swojego mieszkania. Zdarzenie nagrały kamery ochrony. Apple wydało wtedy oświadczenie, w którym firma wyraża „głęboki smutek z powodu tragicznej śmierci młodego pracownika”. Sprawy przesłuchań, rewizji i zaginionego prototypu przemilczano.

Ktoś może powiedzieć — to Chiny, Apple nie ma z tym nic wspólnego. (Wiem — sam widziałem taką chińską fabrykę. Grupa dziewczyn, którą wziąłem za szkolną wycieczkę okazała się grupą pracowniczek. „Wszystkie mają powyżej 16 lat” — gorliwie zapewniali mnie gospodarze.) Ale Apple zachowuje się podobnie w samych Stanach Zjednoczonych, choć oczywiście trudno to porównywać z samobójstwami i biciem ludzi w chińskich fabrykach. Przykład? Pracownik Apple zgubił jeden z tych prototypów i urządzenie dostało się w ręce dziennikarzy z internetowego serwisu Gizmodo. Na wniosek firmy policja przeszukała dom dziennikarza, który odważył się pokazać prototypowego i supertajnego iPhone’a.

Proponuję o tym pamiętać, gdy za kilkanaście dni Steve Jobs skończy z tajemnicami i w San Francisco z dumą przedstawi światu nowy, produkowany w Chinach, telefon.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co chce o nas wiedzieć Google

17 maj 2010
fot. AFP

fot. AFP

Internetowy gigant znów ma kłopoty z poszanowaniem prywatności użytkowników sieci. Tym razem wydało się, że samochody robiące zdjęcia używane później w tzw. Street View, podsłuchiwały też transmisje w sieciach bezprzewodowych.

Już sama idea fotografowania ulic — wszystkiego i wszystkich, co się na nich znajduje — w programie Street View (w Polsce nazywanym Widok Ulicy) budziła kontrowersje. Teraz okazuje się jednak, że samochody z aparatami fotograficznymi na dachach robiły znacznie więcej niż zdjęcia. Przejeżdżając obok domów rejestrowały również bezprzewodowe sieci Wi-Fi. Po co? Odpowiedź Google była logiczna: w ten sposób można precyzyjnie ustalić położenie użytkownika nowoczesnego telefonu komórkowego korzystającego z elektronicznych map. W gęstej zabudowie lub pod dachem sygnał GPS jest słabszy i trzeba oprzeć się na innej metodzie ustalania pozycji. Można to zrobić dzięki nadajnikom sieci komórkowej (jak to się robi wyjaśnili m.in. polscy prokuratorzy przy okazji afery gruntowej), ale można też na podstawie sygnałów sieci Wi-Fi.

Dlatego samochody Google oprócz fotografowania rejestrowały również nazwy sieci Wi-Fi, ich lokalizację i adresy urządzeń (tzw. adresy MAC identyfikujące każde urządzenie). Google nie robiło z tego faktu tajemnicy, choć też nie chwaliło się tym pomysłem. Nie chwaliło się na tyle, że Peter Schaar, niemiecki komisarz federalny ds. ochrony danych (BfDI) dopiero pod koniec kwietnia odkrył, co rzeczywiście rejestruje internetowy gigant. Chyba mu się to nie spodobało, skoro przyznał, że nie miał pojęcia o tych planach gdy wydawał pozwolenie na robienie zdjęć na potrzeby Street View. Schaar zapowiedział również, że firma ma skasować wszystkie „nielegalnie” zdobyte dane o sieciach Wi-Fi. Tak samo zaskoczony został jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii.
Według prawnika Google Petera Fleischera żadnego problemu nie ma, bowiem te informacje: a) są ogólnie dostępne dla każdego, kto ma urządzenie z Wi-Fi, b) pozostaną w bazie danych firmy i nie będą udostępniane w sieci.

Ale na tym sprawa się nie skończyła. Niemieccy urzędnicy zmusili Google do przejrzenia, co naprawdę urządzenia firmy zarejestrowały. I wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że zapisywano nie tylko adresy i nazwy, ale również — tu uwaga — treść przesyłaną przez użytkowników niezabezpieczonych sieci. Tak, właśnie — mogły to być listy e-mail, strony WWW, fragmenty zdjęć. Oczywiście, samochody się poruszały, a rejestracja nazw sieci wymaga ciągłej zmiany kanałów, więc o systematycznym podsłuchu nie może być mowy (przynajmniej do ogłoszenia następnej rewelacji tego rodzaju).

Jak to się stało? Podobno w 2006 roku jeden z programistów napisał fragment kodu, który przechwytywał transmisję z otwartych sieci Wi-Fi (ciekawe, po co?). Pracownicy programu Street View nieświadomie wykorzystali ten fragment, w efekcie rejestrując mnóstwo „niepotrzebnych” danych (czyli — przez tyle lat nie spostrzegli, co rzeczywiście robią?). Oczywiście, gdy sprawa się wydała, pracownicy Google przeprosili. „Zespół inżynierów w Google ciężko pracuje by zasłużyć na wasze zaufanie — i wiemy, że strasznie zawiedliśmy” — czytam na ich blogu. „Jest nam bardzo przykro z powodu tego błędu i jesteśmy zdeterminowani aby wyciągnąć z tej pomyłki wnioski”. Na razie zrezygnowano całkowicie z rejestrowania sieci Wi-Fi z samochodów Street View.

Niestety, nie udało mi się dziś skontaktować z rzeczniczką Google Polska i wyjaśnić, czy w podobny sposób firma postępuje również w naszym kraju. (Nowe informacje na ten temat niżej)

Jaki wniosek płynie z tej lekcji dla nas? Zabezpieczyć swoją sieć bezprzewodową najlepiej jak to tylko możliwe (wszystkie informacje jak się do tego zabrać łatwo znaleźć w Internecie). I pamiętać, że w sieci pełnej prywatności nie ma.

AKTUALIZACJA 19.05.2010
Udało mi się uzyskać informacje z polskiego Google dotyczące zbierania danych w naszym kraju. Jak powiedziała Marta Jóźwiak, rzeczniczka firmy, w lecie ubiegłego roku w Warszawie i Krakowie jeździły samochody zbierające dane. Były to te same auta — i tak samo wyposażone — co w w innych krajach Europy. Oprócz robienia zdjęć zbierały zatem również dane o Wi-Fi i fragmenty transmisji w prywatnych niezabezpieczonych sieciach.

Marta Jóźwiak skierowała mnie również na oficjalny blog Google omawiający sprawę kasowania zebranych w ten sposób danych. „W podobny sposób zwróciliśmy się do odpowiednich instytucji we wszystkich krajach, których sprawa dotyczy, w tym w Polsce (GIODO), aby ustalić, jak szybko i bezpiecznie możemy te dane usunąć. Na razie nie ma szczegółów, jak to będzie wyglądało w Polsce” — napisała rzeczniczka Google.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z e-książką w ręku

16 gru 2009

Piątka za pomysł, słaba trója za wykonanie. To najkrótsza recenzja czytnika Kolportera eClicto. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda świetnie — wreszcie polska firma zdecydowała się wprowadzić na rynek świeże rozwiązania technologiczne, połączyła to z internetowym sklepem i nawet zrobiła to na czas (czyli przed świętami). Oficjalna prezentacja miała miejsce przed tygodniem.
Dzięki uprzejmości Kolportera miałem okazję przez kilka dni używać czytnika eClicto i porównać go z innymi — Sony Reader (PRS-300 i PRS-600 Touch) oraz Onyx Boox 60. Czytniki Sony trzeba do Polski sprowadzać indywidualnie — polski oddział firmy z nieznanych mi przyczyn nie ma w ofercie tych urządzeń. Kosztują ok. 1000 złotych (Touch jest nieco droższy). Onyx sprzedawany przez firmę Arta Tech kosztuje aż 1499 złotych.

Na tym tle eClicto wygląda nieźle. Z ceną 899 złotych i 100 książkami w pamięci wydaje się atrakcyjną ofertą. Wrażenie znika, gdy czytnik weźmiemy do ręki. Jest wprawdzie lżejszy i cieńszy niż konkurencja, ale to efekt zastosowania taniego (i skrzypiącego) plastiku. Inni mają obudowy z plastiku łączonego z aluminium. To zdecydowanie lepszy wybór w urządzeniu, które przecież będziemy cały czas trzymać w dłoni.
eClicto ma też nieco starszy niż konkurencja wyświetlacz (tylko cztery stopnie szarości), ale na szczęście bardzo czytelny, co jest zasługą zastosowania technologii E Ink. Ogromną wadą jest akumulator — zapowiadane przez producenta cztery dni to i tak mniej niż u innych, ale eClicto nie wytrzymuje nawet tego. Przygotujcie się na doładowania co dwa dni. Na szczęście w komplecie jest ładowarka USB, a czytnik można zasilić również z portu komputera. Co jeszcze „na minus”? Brak dotykowego ekranu i brak jakiegokolwiek łącza bezprzewodowego (mogłoby być WiFi, a jeszcze lepiej GSM). Niestety rozczarowuje 100 tytułów dodawanych do czytnika. Spora ich część pochodzi z darmowych zasobów dostępnych w Internecie. Czyli — chwyt marketingowy.

Nieco utrudnia obsługę fakt, że książki gromadzone są w czytniku w trzech miejscach — w katalogu „Moje książki”, do którego trafiają zakupy ze sklepu internetowego, „Dokumenty”, gdzie znajduje się większość dodanych fabrycznie 100 tytułów, oraz na „Karcie pamięci” — oczywiście jeżeli nagraliśmy na kartę własne e-booki.
Najbardziej irytująca jest jednak powolna praca urządzenia. Uruchomienie czytnika, otwieranie książek trwa po kilkanaście — kilkadziesiąt sekund. Widocznie nie miałem szczęścia, bo mój czytnik zawieszał się praktycznie codziennie (kiedy to pisze, eClicto właśnie się zawiesił). Nie udało mi się skorzystać z dobrodziejstw księgarni eClicto — mimo zmian konfiguracji Windows i wykorzystania różnych adresów mejlowych do rejestracji, księgarnia nie dawała się przekonać, że jestem nowym użytkownikiem. Oczywiście program obsługujący czytnik i księgarnię działa tylko z Windows.
Tu mała poprawka: w relacji z oficjalnej premiery czytnika napisałem, że Kolporter nie planuje na razie wprowadzenia wersji na systemy inne niż Windows. Najwyraźniej źle usłyszałem. Oficjalne stanowisko Kolportera w tej sprawie brzmi:
Trwają prace nad dostosowaniem eClicto do systemów Mac OS i Linux. — Dokładny termin, w jakim użytkownicy systemów Mac OS i Linux będą mogli korzystać z naszej księgarni i czytnika e-booków zostanie określony w ciągu dni – mówi Maciej Topolski, rzecznik prasowy Grupy Kapitałowej Kolporter. – Użytkownicy, którzy już kupili eClicto otrzymają w przyszłym roku bezpłatne aktualizacje oprogramowania, które opracowujemy wykorzystując ich sugestie publikowane w Internecie, m.in. na naszym blogu i przekazywane nam za pośrednictwem infolinii.

A zalety? Najważniejsza jest taka, że… czytnik jest. Do kupienia za złotówki w dużej firmie, z gwarancją i zapleczem w postaci księgarni z polskimi tytułami (mam nadzieję, że moje problemy z zakupem są odosobnione). Czytnik bez najmniejszego problemu radzi sobie z polskimi znakami (zarówno Sony jak i Onyx miały z tym kłopoty). Zaletami są rozsądne i logiczne menu oraz przycisku obsługi na obudowie powiązane z najczęściej używanymi funkcjami (np. powiększenie czcionki) oraz małe wymiary urządzenia — mieści się do kieszeni marynarki.

Kupować? Kolporter uczciwie przyznaje, że to program pilotażowy. Z moich doświadczeń z eClicto wynika, że oprogramowanie jest jeszcze niedopracowane, a sam czytnik ewidentnie należy do tych tańszych. Podejrzewam, że jeśli okaże się, iż rynek jest takimi urządzeniami zainteresowany, Kolporter szybko pokaże nowocześniejszy czytnik z lepszym (mniej frustrującym użytkownika) oprogramowaniem. Czego im życzę. Bo ta piątka jest tak naprawdę za odwagę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chichot Orwella

22 lip 2009

Czy wyobrażacie sobie Państwo pracowników — dajmy na to Empiku — ukradkiem wyciągających wam książki z półek, bo tak zażyczył sobie wydawca? Albo programistów Microsoftu chyłkiem kasujących programy z waszych komputerów? Nie? To poczytajcie.

Największa internetowa księgarnia Amazon kilka dni temu po cichu wycofała kilka książek oferowanych dotąd w internetowym sklepie użytkownikom czytnika e-książek Kindle. „Wycofała”, w tym przypadku nie oznacza tylko zaprzestania sprzedaży. Treść książek została usunięta z elektronicznych bibliotek klientów, którzy je kupili i za nie zapłacili. Jak wyjaśnili pracownicy firmy, te książki były „nielegalne” — wydawca nie miał do nich praw. Amazon obiecał, że zwróci klientom pieniądze.

Działanie internetowej księgarni wywołało naturalnie protesty klientów. W końcu kupili te książki (a przynajmniej tak im się wydawało). Na blogach zawrzało, a informacje o wycofaniu tytułów podały amerykańskie gazety (Można o tym przeczytać m.in. tu i tu i jeszcze tu). Amazon uznany został za Wielkiego Brata nie wahającego się sięgać do bibliotek klientów i wyciągać z nich książki wedle własnego uznania.

Ale „winna” jest nie tylko księgarnia Amazon. Ten sam trick zamierzają stosować i inne firmy. Na przykład Apple może zdalnie skasować programy zainstalowane w pamięci iPhone. Istnienie takiego „kill switch” potwierdził Steve Jobs. Ale dopiero wtedy, gdy dociekliwy haker znalazł podejrzany kod w oprogramowaniu swojego telefonu. Ten sam patent kopiuje też Google. System dla telefonów Android również umożliwia zdalne skasowanie legalnie kupionych programów. Google robi to jednak z otwartą przyłbicą wpisując odpowiedni punkt do zasad korzystania z Android Market.

Można oczywiście pastwić się nad Amazonem — nie ma przecież lepszego argumentu dowodzącego przewagi książki drukowanej nad elektroniczną niż coś takiego. Można pisać, iż najzabawniejsze (a może najbardziej przerażające) w tym wszystkim jest to, iż zabrane czytelnikom książki to „1984” i „Folwark zwierzęcy” George’a Orwella. Można też argumentować, że takie chwyty mają uchronić klientów przed wadliwym lub nielegalnym oprogramowaniem (jeśli ktoś w to uwierzy).

Ale najważniejsze jest chyba to, że na takie nieprzyjemności godzimy się akceptując cyfrowy model dystrybucji rozmaitych dóbr. Cyfrowa książka, piosenka z systemem ochrony praw autorskich (tzw. DRM) to nie to samo, co książka na zadrukowanym papierze i płyta CD. Nie możemy takiej książki sprzedać, pożyczyć koledze, dać komuś w prezencie. Teraz dowiedzieliśmy się, że mogą nam ją nawet zabrać, gdy sprzedawca się rozmyśli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dlaczego system Google przegra z Windows

10 lip 2009

Google chce pokonać Microsoft na własnym boisku. System operacyjny Chrome OS ma zdetronizować Windows. Nie jestem fanem Microsoftu, a w szczególności Okienek, ale gdy słyszę o konkurencji dla Microsoftu od razu przychodzą mi na myśl autorzy różnych odmian Linuksa. I Apple. I Oracle. I Sun. Oraz tuziny mniejszych i większych firm oferujących produkt lepszy, niż Windows, pakiet Office i co tam jeszcze Microsoft produkuje. Wszyscy starają się podgryzać największego. I nikt — na razie — nie dał rady.
Na pierwszy rzut oka system operacyjny Google ma pewne zalety — mocna marka, bardzo dobre skojarzenie z Internetem, poparcie producentów sprzętu (Acer, Asus, HP, Lenovo). Do tego Chrome OS ma być darmowy, co sprawi, że netbooki będą mogły być jeszcze tańsze.
Zdaję sobie sprawę, że być może będę musiał za rok odszczekiwać to, co tu piszę, ale nie wierzę, aby system Google miał rzeczywiście zagrozić flagowemu produktowi Microsoftu. Dlaczego? Proszę bardzo:

Wersja krótka:
1. Bo to nie będzie Windows.

Wersja długa:
1. Bo Google praktycznie nie ma doświadczenia w konstruowaniu skomplikowanego oprogramowania. System Android na telefony komórkowe to na razie rynkowa klęska.
2. Bo nie będzie specjalizowanych programów dostępnych obecnie tylko pod Windows. A to oznacza, że i tak firmy i użytkownicy indywidualni będą musieli mieć zwykłego peceta z Okienkami.
3. Bo Google skupia się tylko na rynku netbooków. A stanowiły one mniej niż jedną dziesiątą całego rynku komputerów w 2008 roku.
4. Bo są już darmowe wersje Linuksa przystosowane do netbooków. I co? I nic. Lepiej sprzedają się netbooki z przestarzałym Windows XP.
5. Bo zanim Google Chrome OS trafi na rynek (w 2010 roku) dostępny będzie system Windows 7. W wersji specjalnie dla netbooków.
6. Bo trudno przekonać kogokolwiek do przechowywania prywatnych (naprawdę prywatnych) dokumentów w „sieciowej chmurze”. O dokumentach firmowych nawet nie wspominam.
7. Bo nie będzie na to gier (patrz punkt 2).
8. Bo Google ma problemy z zachowaniem prawa do prywatności użytkowników swoich usług.
9. Bo nie wiadomo, czy dokumenty tworzone w nowym systemie nie staną się jeszcze doskonalszą podstawą do wysyłania reklam, tak jak ma to miejsce w przypadku poczty Gmail (patrz punkt 8).
10. Bo jedynym naprawdę udanym produktem Google pozostaje wyszukiwarka. Ani Android, ani Google Docs, ani tym bardziej przeglądarka Chrome nie zdobyły większej popularności. (Słyszeliście o Google Lively? Jeśli nie, to nie ma się czym przejmować. Nikt nie słyszał.)

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop