Śmierć ze strachu przed kryzysem

12 lip 2011

Zapaść ekonomiczna spowodowała wzrost liczby samobójstw w Europie

– Mamy odwrócenie sytuacji. Przed recesją liczba samobójstw spadała, ale teraz gwałtownie wzrosła w prawie wszystkich krajach Europy – mówi dr David Stuckler z Uniwersytetu Cambridge. – Niemal na pewno jest to efekt zapaści ekonomicznej.

Zdrowotne skutki problemów finansowych będą widoczne jeszcze przez wiele lat – twierdzi naukowiec. Odnotujemy więcej przypadków nowotworów, a także chorób serca.

Jedynym sposobem walki z tym zjawiskiem jest poprawienie zabezpieczeń pracowników – przekonuje dr Stuckler. Najskuteczniejsze byłoby tworzenie przepisów zapobiegających utracie pracy lub motywujących do podjęcia nowej – pisze szef brytyjsko-amerykańskiego zespołu w renomowanym „The Lancet”.

Przeczytaj cały artykuł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Technika „na Segwaya”

28 wrz 2010

Jimi Heselden, właściciel Segwaya, zabił się na jednym z produkowanych przez firmę elektrycznych skuterów. To już chyba koniec historii nieudanego pojazdu, który wedle zapowiedzi miał zrewolucjonizować transport. copyright Urban Mobility GmbH

Ciało Heseldena znaleziono u stóp dziesięciometrowego urwiska nad rzeką Wharfe w pobliżu miejscowości Boston Spa ponad 200 kilometrów na północ od Londynu. Policja uznała, że właściciel firmy produkującej elektryczne dwukołowe skutery Segway prawdopodobnie zjechał ze skarpy na jednym z takich pojazdów. Jimi Heselden kupił to przedsiębiorstwo zaledwie 10 miesięcy temu.

Dlaczego o tym piszę na blogu o nauce i technologii? Bo historia Segwaya to najlepszy przykład nadmiernego, wręcz nieuczciwego, marketingu, który z czegoś zupełnie zwyczajnego robi „przełomowy, magiczny produkt”, mający zrewolucjonizować transport, Internet, komputery, telewizję, telefony komórkowe (niepotrzebne skreślić). Po prostu „technika na Segwaya”.

Pamiętam (to był początek 2001 roku) spekulacje wokół tajemniczego projektu nazywanego wówczas IT albo Ginger. Pamiętam doskonale, bo jako dziennikarz musiałem o tym supertajnym wynalazku pisać. A nie bardzo było wiadomo co, bo spece od marketingu umiejętnie podsycali atmosferę wyczekiwania, skąpo dawkując informacje. Media gubiły się w domysłach. Czy zaprojektowany przez ekscentrycznego wynalazcę Deana Kamena IT to nowy gadżet elektroniczny? Sam wynalazca oświadczył, że Ginger może zagrozić pozycji „starych, bogatych przedsiębiorstw” oraz produktom „zanieczyszczającym środowisko, brudnym, irytującym i niebezpiecznym”. Więc może samochód na wodór (poważnie)?

Kiedy wreszcie Kamen pokazał swój wynalazek wybranym inwestorom podniecenie sięgnęło nowych szczytów. W wąskim gronie zaproszonych na prezentację znalazł się m.in. Jeff Bezos (z Amazon.com), John Doerr (inwestor związany z rynkiem nowych technologii) i Steve Jobs (twórca potęgi Apple). Z pokazu wyszli zachwyceni, a Kamen dostał pieniądze na rozruch.
I wtedy dziennikarze przekłuli balon. Na początku grudnia 2001 w telewizyjnym programie ABC News pokazano wreszcie tajemnicze urządzenie. — To ma być to? Przecież to skrzyżowanie skutera z hulajnogą — brzmiały pierwsze komentarze.
Później było jeszcze gorzej. Pojazdy były wycofywane z rynku (przy słabych bateriach dwukółka się przewracała), wymieniano im oprogramowanie (w czasie jazdy koła zaczynały obracać się w przeciwnych kierunkach). Z rewolucyjnego skutera spadł m.in. prezydent George W. Bush i znany dziennikarz Piers Morgan.
Proponowana na początku cena — ok. 8 tys. dolarów, to mniej więcej tyle, ile kosztuje używany samochód. Fabryka Segwaya miała zaś wytwarzać ok. 40 tys. sztuk skuterów miesięcznie. Ile sprzedano? Do marca ubiegłego roku oficjalnie ok. 50 tys.

Skuter zrobił klapę na całej linii, ale technika na Segwaya ma się doskonale. „To coś ważniejszego niż komputery PC” — mówił dziewięć lat temu Jobs wypytywany o tajny projekt. Ale czegoś się wtedy nauczył. Wszystkie premierowe produkty Apple trzyma w tajemnicy. A gdy je wreszcie pokaże, bez najmniejszego zażenowania nazywa zwykły gadżet „rewolucyjnym i magicznym urządzeniem za niewiarygodną cenę”. John Doerr (finansował m.in. firmy Google i Amazon) reklamował elektryczny skuter słowami „Ginger jest większy niż Internet”. Teraz mówi, że „iPhone jest ważniejszy niż komputery osobiste”.

Na listach najbardziej przereklamowanych produktów Segway i różne gażdety Apple (głównie iPhone i iPad, ale jest też stary tablet Newton) zajmują czołowe miejsca. Są też inni: Microsoft za odtwarzacz Zune, który miał być pogromcą iPodów i system Vista, który miał po prostu działać. Jest również Oracle — za komputer sieciowy, firmy robiące oprogramowania antywirusowe i wreszcie… latający samochód.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zabić może nawet jedna tabletka

13 wrz 2010

Skoro ja to biorę, to przekrojona na pół pigułka nie może dziecku zaszkodzić – myślą rodzice. Błąd.

Nie trujące grzyby, nie przypadkowo podany alkohol, ale leki są najczęstszą przyczyną zatruć dzieci. Część takich wypadków to efekt połknięcia tabletek pozostawionych przez lekkomyślnych dorosłych. Ale zdarza się, że rodzice sami wpadają na pomysł podania dziecku takiego preparatu. Oczywiście chcą pomóc.

Lista leków bezpiecznych dla dorosłych, lecz mogących wyrządzić krzywdę dzieciom, jest zaskakująco długa. Są na niej takie, których jedna dawka – jedna tabletka – może spowodować śmierć małego dziecka. To m.in. niektóre leki przeciwdepresyjne (tzw. leki trójpierścieniowe) i substancje wykorzystywane do walki z malarią (chlorochina). Nawet połknięcie zwykłej kamfory będącej składnikiem maści rozgrzewających jest niebezpieczne.

Ale jest i inny problem. Jest nim lekkomyślność rodziców, którzy swoim dzieciom dają leki przeznaczone dla dorosłych lub w dawkach obliczonych na dorosłego. Groźne są m.in. preparaty z paracetamolem czy kwasem acetylosalicylowym (m.in. popularne aspiryna i polopiryna). Ponieważ można je kupować bez recepty, każdy je ma w domowej apteczce. Co się dzieje, gdy dziecko zachoruje? Rodzice sięgają po to, co sami sprawdzili. O przedawkowanie łatwo, ponieważ wiele preparatów o różniących się nazwach handlowych w rzeczywistości zawiera te same substancje.

Co można zrobić? Rozwiązanie jest tyleż proste, co niewykonalne. Wszystkie ostrzeżenia dla rodziców wypisane są – czarno na białym – na kartach z informacjami dodawanymi do leków. Wystarczy, żeby rodzic te informacje przeczytał, zanim poda dziecku tabletkę ze środkiem przeciwgorączkowym lub zostawi na stole opakowanie z lekami przygotowanymi na wyjazd w tropiki. Samo nauczenie dziecka ostrożności nie wystarczy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowe komórki nie są bezpieczne

04 wrz 2010

Piotr Kościelniak 03-09-2010

Coraz więcej wirusów na zaawansowane telefony – ostrzegają eksperci

Michał Walczak, Fotorzepa

Michał Walczak, Fotorzepa

Podobne prognozy przedstawiła również firma Symantec. Zdaniem jej ekspertów trzeba się liczyć z coraz większą liczbą ataków na system iOS (sterujący m.in. iPhone’ami Apple’a). Zagrożeni są również użytkownicy Androida – takie smartfony oferuje kilka firm, m.in. HTC, Motorola, Samsung i Sony Ericsson.

Niebezpieczne programy atakują również starsze platformy – system Symbian znany z urządzeń Nokii oraz mobilną wersję Windows.

Według Symanteca nie pomagają nawet restrykcyjne przepisy dopuszczające nowe aplikacje do sklepów internetowych. W App Store sprzedawano kilka programów o niszczącym działaniu – twierdzi Symantec. Według Apple’a zaatakowanych zostało tylko 400 użytkowników.

Dotąd wykryto ok. 300 luk w zabezpieczeniach iPhone’ów i około tuzina na platformie Android – wynika z danych Symanteca.

– Dopóki zagrożenie wydaje się relatywnie niewielkie, ludzie wolą je bagatelizować i nie tracić czasu na szukanie rozwiązania chroniącego telefon przed wirusami – przyznaje Maciej Ziarek, analityk zagrożeń z Kaspersky Lab Polska.

Zainfekowanie złośliwym programem telefonu może być bardziej nieprzyjemne niż atak na komputer. Wirusy na komórki mogą wysyłać wiadomości SMS na drogie numery lub łączyć się z numerami na drugim końcu świata.

– Wirusy na pecety nie mogą wprost ukraść pieniędzy. Muszą na przykład wykraść numery kart kredytowych albo rozsyłać spam – mówił sieci BBC Mikko Hypponen z firmy F -Secure. – Z wirusami na komórki jest inaczej. Hakerzy mogą zarobić momentalnie przez połączenie lub wysłanie esemesa na bardzo drogi numer.

Tak działa hakerski program udający odtwarzacz filmów na platformę Android. Po zainstalowaniu przez użytkownika program wysyła esemesy na numery premium. Koszt jednego to ok. 5 dolarów – ostrzega Maciej Ziarek.

Ekspert Kaspersky Lab Polska przypomina również o najbardziej prawdopodobnej ewentualności – kradzieży całego telefonu i zawartości jego pamięci. Oznacza to utratę prywatnych danych, zdjęć, a także niekiedy haseł dostępu do internetowych serwisów czy rachunków bankowych. Dzięki oprogramowaniu zabezpieczającemu komórki można jednak zdalnie skasować zawartość pamięci telefonu, wykryć wymianę karty SIM, a nawet namierzyć złodzieja przez system GPS.



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To jeszcze PR, czy już oszustwo

23 lip 2010

Jeżeli BP tak samo radzi sobie z zatykaniem wycieku ropy, jak ratuje własny wizerunek, to końca katastrofy raczej nie doczekamy.

A już było tak pięknie. Opuszczona na dno kopuła znacznie ograniczyła wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej. Nowe odwierty, które mają ostatecznie zakończyć trwającą od kwietnia ekologiczną katastrofę, są już blisko celu. Na powierzchni czekają tankowce, by odbierać wypompowaną spod powierzchni ropę.

I wtedy BP strzela sobie w kolano. Jak odkryła sieć BBC prawnicy firmy usiłowali kupić milczenie naukowców zajmujących się ekologicznymi skutkami wycieku ropy. Badaczom zaoferowano ok. 250 dolarów za godzinę pracy. Mieli opracować plan odbudowy skażonego wyciekiem środowiska naturalnego Zatoki.

Tylko na pierwszy rzut wszystko wyglądało ładnie. W umowie, którą zdobyło BBC można przeczytać, iż naukowcy nie mogą publikować danych zgromadzonych podczas tej pracy (czyli w praktyce informacji o zniszczeniach środowiska spowodowanych przez BP) przez całe trzy lata. Nie mogą też wykonywać pracy dla innych agencji lub instytucji, o ile ta praca kolidowałaby z działaniami BP. Naukowcy mają też stosować się do instrukcji prawników koncernu.
- Skontaktowali się ze mną i powiedzieli, że chcą aby cały mój wydział z nimi współpracował — powiedział BBC Bob Shipp z University of South Alabama. Ale kiedy naukowcy przedstawili swoje zasady — m.in. pełna jawność wyników badań, prawnicy odwrócili się na pięcie i już nigdy więcej się nie odezwali.
- To naprawdę ogromna korporacja, która próbuje kupić milczenie nauki — oburza się Cary Nelson, szef American Association of Professors. — To ogromnie destrukcyjne działanie. Sądzę, że na pewnym poziomie możemy mówić, że to naprawdę BP przeciw Stanom Zjednoczonym.
Oburzenie naukowców i upublicznienie sprawy niefortunnej propozycji najwyraźniej zaskoczyło sztab PR naftowego koncernu. „BP nie nakłada żadnych ograniczeń dotyczących pracy akademickiej i danych naukowych” — poinformował rzecznik BP.

Zaledwie kilka dni wcześniej ten sam sztab piarowców zaliczył inną wpadkę. Na stronie internetowej BP umieścili zdjęcie przedstawiające pracujących w napięciu ludzi w centrum kryzysowym. Inżynierowie wpatrywali się w dziesięć wielkich ekranów pokazujących podwodne roboty, szyb, wyciek, dane itp. Okazuje się jednak, że zdjęcie zostało cyfrowo przerobione, co odkrył jeden z blogerów. Na dwóch ekranach „domalowano” obraz przy użyciu Photoshopa. Zrobiono to na tyle nieudolnie, że nie trzeba nawet specjalisty, aby wykryć oszustwo.

Scott Dean z BP przyznał, że fotograf dopuścił się manipulacji. Ale dodał, że zrobił to „bez złych zamiarów”, tylko po to, by popisać się znajomością Photoshopa (najwyraźniej dość kiepską znajomością). Co więcej, jedno ze zdjęć na stronie BP przedstawia sztab kryzysowy, ale… z 2001 roku, tylko przerobione tak, by wszyscy sądzili, że zostało zrobione teraz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fabryka samobójców

26 maj 2010

Pracownicy w chińskiej fabryce muszą się zobowiązać (pisemnie!), że nie odbiorą sobie życia.

CHINA-TAIWAN-TECHNOLOGY-FOXCONN-SUICIDE

Fabryka Foxconn

Trwa fatalna seria w chińskiej fabryce koncernu Foxconn. We wtorek kolejny — dziesiąty tylko w tym roku — pracownik fabryki odebrał sobie życie rzucając się z okna. W zakładzie w Shenzhen na południu Chin pracuje blisko 400 tys. osób. Produkowane są tam m.in. telefony Apple iPhone. Apple prowadzi niezależne wewnętrzne dochodzenie w tej sprawie.

Pracownicy Foxconnu skarżą się m.in. na nieludzkie warunki pracy — długie zmiany, obowiązkowe nadgodziny, zbyt szybko przesuwające się taśmy produkcyjne, wojskową dyscyplinę i — oczywiście — zbyt niskie płace. W hotelu pracowniczym, jak donoszą zachodnie media, nikt z nikim nie rozmawia, bo wszyscy są zbyt wyczerpani.

Co na to władze tajwańskiego koncernu? Według kantońskiego dziennika „Southern Metropolis Daily” Foxconn zażądał od każdego pracownika… podpisania oficjalnego dokumentu, że nie będzie próbował odebrać sobie życia. A także, że nie zrani poważnie siebie, ani nikogo innego. Na dowód dziennik przedstawił zdjęcie mężczyzny z firmowym papierem Foxconn, który mają podpisać zatrudnieni w zakładach. Pracownicy muszą się również zgodzić na przymusowe leczenie psychiatryczne, jeżeli przełożony uzna, że osoba prezentuje „odbiegający od normy stan fizyczny lub psychiczny”. (Podpisywanie weksli, o których pisze „Rz” nie wydaje się przy tym takie złe…).

Co jeszcze? Foxconn rozciągnął wokół budynku siatki, w które niedoszli samobójcy skaczący z okna mają wpadać. Podobno zatrudniono również psychologów mających służyć radą i pomocą pracownikom i menedżerom.

To nie jedyne podejrzane sprawki Foxconnu. Wcześniej ochroniarze fabryki pobili reportera agencji Reuters za to, że robił zdjęcia zakładu stojąc na publicznej drodze. Innych dziennikarzy (z „China Business News”), którzy ujawnili informacje o dramatycznych warunkach pracy w fabryce, koncern pozwał do sądu i postraszył astronomiczną karą 30 mln juanów (ok. 3,7 mln dolarów).

Jaki to ma związek z nowymi technologiami? Ano taki, że co najmniej jeden przypadek samobójstwa jest bezpośrednio związany z naruszeniem tajemnicy otaczający gadżety Apple produkowane przez Foxconna. Nowe produkty ze znakiem jabłuszka są pilnie strzeżonym sekretem, a ich prezentacja to wielki show Steve’a Jobsa. Dziennikarze i fani marki z zapartym tchem czekają na kolejną wersję iPhona, czy nowego iPada. Ale żeby podsycić ich (i naszą) ciekawość musi być niespodzianka. Niespodzianki nie będzie, jeżeli prototypy produkowane w Chinach wcześniej gdzieś „wyciekną”.

W ubiegłym roku Sun Danyong zgubił (lub ukradziono mu) prototypowy egzemplarz nowego iPhona czwartej generacji. Jednego z kilkunastu, które miał wysłać do Kalifornii. Gdy zgłosił sprawę przełożonemu, ochroniarze Foxconnu przekopali jego prywatne mieszkanie (bez nakazu), a jego samego przesłuchali. Według doniesień prasowych — używając przemocy fizycznej.

Po kilku dniach 25-letni Sun Danyong popełnił samobójstwo wyskakując przez okno swojego mieszkania. Zdarzenie nagrały kamery ochrony. Apple wydało wtedy oświadczenie, w którym firma wyraża „głęboki smutek z powodu tragicznej śmierci młodego pracownika”. Sprawy przesłuchań, rewizji i zaginionego prototypu przemilczano.

Ktoś może powiedzieć — to Chiny, Apple nie ma z tym nic wspólnego. (Wiem — sam widziałem taką chińską fabrykę. Grupa dziewczyn, którą wziąłem za szkolną wycieczkę okazała się grupą pracowniczek. „Wszystkie mają powyżej 16 lat” — gorliwie zapewniali mnie gospodarze.) Ale Apple zachowuje się podobnie w samych Stanach Zjednoczonych, choć oczywiście trudno to porównywać z samobójstwami i biciem ludzi w chińskich fabrykach. Przykład? Pracownik Apple zgubił jeden z tych prototypów i urządzenie dostało się w ręce dziennikarzy z internetowego serwisu Gizmodo. Na wniosek firmy policja przeszukała dom dziennikarza, który odważył się pokazać prototypowego i supertajnego iPhone’a.

Proponuję o tym pamiętać, gdy za kilkanaście dni Steve Jobs skończy z tajemnicami i w San Francisco z dumą przedstawi światu nowy, produkowany w Chinach, telefon.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kwiecień najcieplejszy? I co z tego?

24 maj 2010
Źródło: NOAA

Źródło: NOAA

W wojnie o globalne ocieplenie strony okopały się na swoich pozycjach. Naukowcy ostrzegają, że kwiecień był rekordowy ciepły. Sceptycy „obnażają mity” na konferencji w Chicago.

Według danych amerykańskiej National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA), globalna temperatura w kwietniu była najwyższa w historii pomiarów. Również okres od stycznia do kwietnia — choć nam w Polsce trudno w to uwierzyć — był na świecie rekordowo ciepły. Informację o ociepleniu można przeczytać na stronie NOAA.

Zaledwie dwa dni później National Research Council przedstawiła aż trzy raporty poświęcone globalnemu ociepleniu i sposobom radzenia sobie z tym zjawiskiem. Dokumenty, o których można przeczytać tu, zostały przygotowane na zamówienie amerykańskiego Kongresu.
Ich zawartość nie pozostawia cienia wątpliwości. „Zmiana klimatu rzeczywiście zachodzi, jest wywołana w dużej mierze działaniem człowieka i stwarza istotne zagrożenie, a w wielu przypadkach już dotyka (środowisk) ludzkich i naturalnych” — można przeczytać w raporcie „Advancing the Science of Climate Change”. Jego autorzy podkreślają również, że zjawisko globalnego ocieplenia zostało dokładnie przebadane, potwierdzają jego istnienie liczne dowody, a także że hipoteza z powodzeniem przetrwała intensywną i krytyczną debatę, w toku której prezentowano alternatywne wyjaśnienia tego fenomenu.
Pozostałe dwa raporty mówią o sposobach radzenia sobie z globalnymi zmianami klimatu.

A co na to „sceptycy”? W tym samym czasie w Chicago trwał największy zjazd naukowców i aktywistów (bo nie wszyscy biorący udział w tym przedsięwzięciu są naukowcami) zaprzeczających, że globalne ocieplenie rzeczywiście istnieje i jest w dodatku wywołane działalnością ludzi. Zjazd zorganizował Heartland Institute. To konserwatywny think tank, który wsławił się m.in. zaprzeczaniem, iż bierne palenie jest szkodliwe. W kwestii globalnego ocieplenia Heartland Institute głosi dokładnie to, co najostrzejsi „sceptycy” (choć może to właśnie oni głoszą to, co napisał Heartland Institute?). „Większość naukowców nie wierzy w to, że ludzie mogą zakłócić klimat na Ziemi” oraz „Wiarygodne dane nie pokazują wzrostu temperatury” — twierdzą eksperci think tanku finansowanego m.in. przez koncerny naftowe (m. in. ExxonMobil) oraz tytoniowe (Philip Morris).
Polecam wszystkim przeczytanie krótkiego reportażu z tego zjazdu na stronach BBC. Najlepsze jest na końcu: gdy jednemu z uczestników dziennikarz zwrócił uwagę na informację o rekordowo ciepłym kwietniu, ten miał powiedzieć „I co? I co z tego?”

No pewnie, kto by się tam przejmował faktami. Zwłaszcza w tak ważnej sprawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co chce o nas wiedzieć Google

17 maj 2010
fot. AFP

fot. AFP

Internetowy gigant znów ma kłopoty z poszanowaniem prywatności użytkowników sieci. Tym razem wydało się, że samochody robiące zdjęcia używane później w tzw. Street View, podsłuchiwały też transmisje w sieciach bezprzewodowych.

Już sama idea fotografowania ulic — wszystkiego i wszystkich, co się na nich znajduje — w programie Street View (w Polsce nazywanym Widok Ulicy) budziła kontrowersje. Teraz okazuje się jednak, że samochody z aparatami fotograficznymi na dachach robiły znacznie więcej niż zdjęcia. Przejeżdżając obok domów rejestrowały również bezprzewodowe sieci Wi-Fi. Po co? Odpowiedź Google była logiczna: w ten sposób można precyzyjnie ustalić położenie użytkownika nowoczesnego telefonu komórkowego korzystającego z elektronicznych map. W gęstej zabudowie lub pod dachem sygnał GPS jest słabszy i trzeba oprzeć się na innej metodzie ustalania pozycji. Można to zrobić dzięki nadajnikom sieci komórkowej (jak to się robi wyjaśnili m.in. polscy prokuratorzy przy okazji afery gruntowej), ale można też na podstawie sygnałów sieci Wi-Fi.

Dlatego samochody Google oprócz fotografowania rejestrowały również nazwy sieci Wi-Fi, ich lokalizację i adresy urządzeń (tzw. adresy MAC identyfikujące każde urządzenie). Google nie robiło z tego faktu tajemnicy, choć też nie chwaliło się tym pomysłem. Nie chwaliło się na tyle, że Peter Schaar, niemiecki komisarz federalny ds. ochrony danych (BfDI) dopiero pod koniec kwietnia odkrył, co rzeczywiście rejestruje internetowy gigant. Chyba mu się to nie spodobało, skoro przyznał, że nie miał pojęcia o tych planach gdy wydawał pozwolenie na robienie zdjęć na potrzeby Street View. Schaar zapowiedział również, że firma ma skasować wszystkie „nielegalnie” zdobyte dane o sieciach Wi-Fi. Tak samo zaskoczony został jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii.
Według prawnika Google Petera Fleischera żadnego problemu nie ma, bowiem te informacje: a) są ogólnie dostępne dla każdego, kto ma urządzenie z Wi-Fi, b) pozostaną w bazie danych firmy i nie będą udostępniane w sieci.

Ale na tym sprawa się nie skończyła. Niemieccy urzędnicy zmusili Google do przejrzenia, co naprawdę urządzenia firmy zarejestrowały. I wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że zapisywano nie tylko adresy i nazwy, ale również — tu uwaga — treść przesyłaną przez użytkowników niezabezpieczonych sieci. Tak, właśnie — mogły to być listy e-mail, strony WWW, fragmenty zdjęć. Oczywiście, samochody się poruszały, a rejestracja nazw sieci wymaga ciągłej zmiany kanałów, więc o systematycznym podsłuchu nie może być mowy (przynajmniej do ogłoszenia następnej rewelacji tego rodzaju).

Jak to się stało? Podobno w 2006 roku jeden z programistów napisał fragment kodu, który przechwytywał transmisję z otwartych sieci Wi-Fi (ciekawe, po co?). Pracownicy programu Street View nieświadomie wykorzystali ten fragment, w efekcie rejestrując mnóstwo „niepotrzebnych” danych (czyli — przez tyle lat nie spostrzegli, co rzeczywiście robią?). Oczywiście, gdy sprawa się wydała, pracownicy Google przeprosili. „Zespół inżynierów w Google ciężko pracuje by zasłużyć na wasze zaufanie — i wiemy, że strasznie zawiedliśmy” — czytam na ich blogu. „Jest nam bardzo przykro z powodu tego błędu i jesteśmy zdeterminowani aby wyciągnąć z tej pomyłki wnioski”. Na razie zrezygnowano całkowicie z rejestrowania sieci Wi-Fi z samochodów Street View.

Niestety, nie udało mi się dziś skontaktować z rzeczniczką Google Polska i wyjaśnić, czy w podobny sposób firma postępuje również w naszym kraju. (Nowe informacje na ten temat niżej)

Jaki wniosek płynie z tej lekcji dla nas? Zabezpieczyć swoją sieć bezprzewodową najlepiej jak to tylko możliwe (wszystkie informacje jak się do tego zabrać łatwo znaleźć w Internecie). I pamiętać, że w sieci pełnej prywatności nie ma.

AKTUALIZACJA 19.05.2010
Udało mi się uzyskać informacje z polskiego Google dotyczące zbierania danych w naszym kraju. Jak powiedziała Marta Jóźwiak, rzeczniczka firmy, w lecie ubiegłego roku w Warszawie i Krakowie jeździły samochody zbierające dane. Były to te same auta — i tak samo wyposażone — co w w innych krajach Europy. Oprócz robienia zdjęć zbierały zatem również dane o Wi-Fi i fragmenty transmisji w prywatnych niezabezpieczonych sieciach.

Marta Jóźwiak skierowała mnie również na oficjalny blog Google omawiający sprawę kasowania zebranych w ten sposób danych. „W podobny sposób zwróciliśmy się do odpowiednich instytucji we wszystkich krajach, których sprawa dotyczy, w tym w Polsce (GIODO), aby ustalić, jak szybko i bezpiecznie możemy te dane usunąć. Na razie nie ma szczegółów, jak to będzie wyglądało w Polsce” — napisała rzeczniczka Google.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Raport o klimacie do sprawdzenia

14 maj 2010
AFP

Fot. AFP

Ruszył przegląd słynnego dokumentu IPCC o globalnych zmianach klimatycznych. Naukowcy ocenią, czy ich koledzy dochowali zasad rzetelności. Wnioski pojawią się za kilka miesięcy i prawdopodobnie zaważą na przyszłości (a przynajmniej pozycji) Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu. Problem tylko w tym, że werdykt 12 sędziów z InterAcademy Council zapewne nikogo nie zadowoli.

Zespół pod kierownictwem amerykańskiego ekonomisty Harolda Shapiro ma sprawdzić procedury IPCC weryfikacji napływających danych i ich publikacji. Przy kilkusetstronicowym raporcie znalezienie takich uchybień jest praktycznie pewne. Renomowani naukowcy (a tacy tworzą IPCC) będą musieli się z tego wytłumaczyć. Nic przyjemnego. Rzuci to też na nowo cień na ustalenia zawarte w słynnym raporcie o skutkach globalnej zmiany klimatu.

Zespół IAC zapewne (podkreślam słowo zapewne) nie doszuka się natomiast poważnych luk w argumentacji klimatologów (w końcu badanie strony merytorycznej nie jest ich zadaniem). Wiadomo co się wtedy stanie: sceptycy krzykną — kolejne oszustwo, naukowcy kręcą, jak z tymi lodowcami w Himalajach. Bronią swoich — zawołają. — Bo ekologom i klimatologom chodzi tylko o kasę, a zmanipulowane media (pewnie też należące do zielonego spisku) bezmyślnie powtarzają, co im się powie.

Tak właśnie było, gdy ostatnio pisałem o naukowych dowodach potwierdzających realność globalnego ocieplenia. Dostało mi się od czytelników. Oj, dostało:
„WWF i IPCC znane są z nierzetelnych opracowań i fałszowania danych (….) Powoływanie się na ekspertów tych organizacji, mając w pamięci fakt, że nie dalej jak miesiąc temu najwięksi eksperci z nich pochodzący przyznali się do kłamstwa i fałszowania danych klimatycznych, zakrawa już nie na śmieszność, ale na głupotę. ” — napisał jeden z czytelników. „Proszę o bardziej krytyczne podejście do wypowiedzi różnej maści oszołomów” — z niezwykłą galanterią napomniał mnie inny. „Przestańcie p… o globalnym ociepleniu. tam chodzi tylko o kase, ktorą chcą zarobić Rotshildowie i inni żydzi. ” (zachowałem oryginalną pisownię, ale jedno słowo musiałem wykropkować).

Można powiedzieć — chciałem, to mam. Pisanie o zmianach klimatu to śliska sprawa. Wszyscy Polacy, jak wiadomo, znają się doskonale na polityce, piłce nożnej i globalnym ociepleniu, choć sami rozsierdzeni czytelnicy przyznawali skromnie, że „w sprawie klimatu nie są fachowcami”. No właśnie, problem w tym, że cała sprawa globalnego ocieplenia i ewentualnego wpływu na nie człowieka przestała być już kwestią nauki. To dziś kwestia wiary. Wiary w to, że lobby producentów wiatraków — to jak wiadomo najpotężniejsza organizacja na świecie — przekupiło naukowców żeby pisali o ociepleniu. Wiary, że najważniejsi tak zwani sceptycy spotykają się w działami marketingu firm naftowych na kółku różańcowym (jak np. Fred Singer, pomysłodawca sceptycznego Pozarządowego Panelu ds. Zmian Klimatu z koncernem ExxonMobil). Że lekarz radiolog o zmianach klimatu wie więcej niż biolog, czy klimatolog. Wiary wreszcie w to, że wykradzione z Climatic Research Unit Uniwersytetu Wschodniej Anglii listy naukowców rzekomo dowodzące manipulacji trafiły do sieci przypadkiem. Nawiasem mówiąc, jak to jest, że przenikliwi publicyści, piszący o ekologach per „użyteczni idioci” nie zainteresowali się tym, kto wykradł te mejle i dlaczego upublicznił je tuż przed szczytem klimatycznym w Kopenhadze? Tu warto wspomnieć, że na razie analiza tych dokumentów nie potwierdziła zarzutów o fałszowaniu danych przez naukowców. Żadnych manipulacji nie stwierdzono w toku dziennikarskiego śledztwa agencji AP i „New Scientist”. Dobrego imienia klimatologów bronią – i to przytaczając argumenty – najpoważniejsze pisma i instytucje naukowe. No, ale to jasne: klika.

Zakładam się, że większość tych, którzy dziś najgłośniej krzyczą o oszustwie nigdy sama nie sprawdziła, co jest w wykradzionych listach i jak wyglądają wykresy pomiarów temperatury. Wystarczy im wiara w spisek naukowców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z e-książką w ręku

16 gru 2009

Piątka za pomysł, słaba trója za wykonanie. To najkrótsza recenzja czytnika Kolportera eClicto. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda świetnie — wreszcie polska firma zdecydowała się wprowadzić na rynek świeże rozwiązania technologiczne, połączyła to z internetowym sklepem i nawet zrobiła to na czas (czyli przed świętami). Oficjalna prezentacja miała miejsce przed tygodniem.
Dzięki uprzejmości Kolportera miałem okazję przez kilka dni używać czytnika eClicto i porównać go z innymi — Sony Reader (PRS-300 i PRS-600 Touch) oraz Onyx Boox 60. Czytniki Sony trzeba do Polski sprowadzać indywidualnie — polski oddział firmy z nieznanych mi przyczyn nie ma w ofercie tych urządzeń. Kosztują ok. 1000 złotych (Touch jest nieco droższy). Onyx sprzedawany przez firmę Arta Tech kosztuje aż 1499 złotych.

Na tym tle eClicto wygląda nieźle. Z ceną 899 złotych i 100 książkami w pamięci wydaje się atrakcyjną ofertą. Wrażenie znika, gdy czytnik weźmiemy do ręki. Jest wprawdzie lżejszy i cieńszy niż konkurencja, ale to efekt zastosowania taniego (i skrzypiącego) plastiku. Inni mają obudowy z plastiku łączonego z aluminium. To zdecydowanie lepszy wybór w urządzeniu, które przecież będziemy cały czas trzymać w dłoni.
eClicto ma też nieco starszy niż konkurencja wyświetlacz (tylko cztery stopnie szarości), ale na szczęście bardzo czytelny, co jest zasługą zastosowania technologii E Ink. Ogromną wadą jest akumulator — zapowiadane przez producenta cztery dni to i tak mniej niż u innych, ale eClicto nie wytrzymuje nawet tego. Przygotujcie się na doładowania co dwa dni. Na szczęście w komplecie jest ładowarka USB, a czytnik można zasilić również z portu komputera. Co jeszcze „na minus”? Brak dotykowego ekranu i brak jakiegokolwiek łącza bezprzewodowego (mogłoby być WiFi, a jeszcze lepiej GSM). Niestety rozczarowuje 100 tytułów dodawanych do czytnika. Spora ich część pochodzi z darmowych zasobów dostępnych w Internecie. Czyli — chwyt marketingowy.

Nieco utrudnia obsługę fakt, że książki gromadzone są w czytniku w trzech miejscach — w katalogu „Moje książki”, do którego trafiają zakupy ze sklepu internetowego, „Dokumenty”, gdzie znajduje się większość dodanych fabrycznie 100 tytułów, oraz na „Karcie pamięci” — oczywiście jeżeli nagraliśmy na kartę własne e-booki.
Najbardziej irytująca jest jednak powolna praca urządzenia. Uruchomienie czytnika, otwieranie książek trwa po kilkanaście — kilkadziesiąt sekund. Widocznie nie miałem szczęścia, bo mój czytnik zawieszał się praktycznie codziennie (kiedy to pisze, eClicto właśnie się zawiesił). Nie udało mi się skorzystać z dobrodziejstw księgarni eClicto — mimo zmian konfiguracji Windows i wykorzystania różnych adresów mejlowych do rejestracji, księgarnia nie dawała się przekonać, że jestem nowym użytkownikiem. Oczywiście program obsługujący czytnik i księgarnię działa tylko z Windows.
Tu mała poprawka: w relacji z oficjalnej premiery czytnika napisałem, że Kolporter nie planuje na razie wprowadzenia wersji na systemy inne niż Windows. Najwyraźniej źle usłyszałem. Oficjalne stanowisko Kolportera w tej sprawie brzmi:
Trwają prace nad dostosowaniem eClicto do systemów Mac OS i Linux. — Dokładny termin, w jakim użytkownicy systemów Mac OS i Linux będą mogli korzystać z naszej księgarni i czytnika e-booków zostanie określony w ciągu dni – mówi Maciej Topolski, rzecznik prasowy Grupy Kapitałowej Kolporter. – Użytkownicy, którzy już kupili eClicto otrzymają w przyszłym roku bezpłatne aktualizacje oprogramowania, które opracowujemy wykorzystując ich sugestie publikowane w Internecie, m.in. na naszym blogu i przekazywane nam za pośrednictwem infolinii.

A zalety? Najważniejsza jest taka, że… czytnik jest. Do kupienia za złotówki w dużej firmie, z gwarancją i zapleczem w postaci księgarni z polskimi tytułami (mam nadzieję, że moje problemy z zakupem są odosobnione). Czytnik bez najmniejszego problemu radzi sobie z polskimi znakami (zarówno Sony jak i Onyx miały z tym kłopoty). Zaletami są rozsądne i logiczne menu oraz przycisku obsługi na obudowie powiązane z najczęściej używanymi funkcjami (np. powiększenie czcionki) oraz małe wymiary urządzenia — mieści się do kieszeni marynarki.

Kupować? Kolporter uczciwie przyznaje, że to program pilotażowy. Z moich doświadczeń z eClicto wynika, że oprogramowanie jest jeszcze niedopracowane, a sam czytnik ewidentnie należy do tych tańszych. Podejrzewam, że jeśli okaże się, iż rynek jest takimi urządzeniami zainteresowany, Kolporter szybko pokaże nowocześniejszy czytnik z lepszym (mniej frustrującym użytkownika) oprogramowaniem. Czego im życzę. Bo ta piątka jest tak naprawdę za odwagę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop