Posts Tagged „polityka”<

Duch Rywina wciąż unosi się nad Polską

18 maj 2012

Historia, którą opisujemy w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, do złudzenia przypomina sprawę, którą tak dobrze znamy z niedalekiej przeszłości. Dekadę temu słowa: „lub czasopisma” stały się symbolem niejasnych związków biznesu i polityki. To, że tym razem chodzi o „transport linowy” – niczego właściwie nie zmienia.

W takich sprawach trudno zwykle uwierzyć w przypadek. Co charakterystyczne, nikt też nie chce się przyznać do autorstwa podejrzanego zapisu, choć łatwo wskazać jego beneficjentów.

I w tym przypadku, i w tamtym – kilka słów wprowadzonych do ustawy miało przysłużyć się jednemu biznesmenowi lub grupie przedsiębiorców.

Oczywiście warto tworzyć zapisy, które pomogą narciarskiemu biznesowi. W Polsce działa on w sposób chaotyczny, nieskoordynowany i dużo mniej efektywny niż w wielu innych krajach, zwłaszcza alpejskich. Sprawy własności gruntów, ich łączenia, wydawania zgód na budowanie na nich wyciągów są skomplikowane i ciągną się w nieskończoność.

Ale nawet jeśli państwo chce ułatwić życie przedsiębiorcom narciarskim (czy jakimkolwiek innym), musi to robić w sposób maksymalnie przezroczysty. Tymczasem znowu mamy do czynienia z tajemniczymi działaniami za zamkniętymi drzwiami.

Znów jakiś polityk czy urzędnik wprowadza po cichu zapis, który mógł znakomicie ułatwić zrobienie komuś interesu. I ponownie ewidentnie preferowana jest jedna strona – w tym przypadku właściciele gruntu stoją na z góry przegranej pozycji.

Za czasów afery Rywina obecni politycy Platformy Obywatelskiej zarzekali się, że chcą dokonać w Polsce politycznej przemiany po to, by takie podejrzane zdarzenia nigdy więcej nie miały miejsca. Jest okazja – dziś PO ma większość w Sejmie, rząd i marszałka Sejmu.

Ale jak widać, w ciągu tych dziesięciu lat wiele się nie zmieniło. O czym to świadczy? Wniosek jest tyle banalny, ile smutny – naszemu państwu wciąż daleko do pełnej przejrzystości i wysokich standardów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ważne słowa Gilowskiej

24 wrz 2011

Zyta Gilowska mówiła w sobotę  na Śląsku o suwerenności państwa w sposób, który zapewne wywoła rozweselenie w niektórych środowiskach. Spodziewam się przeczytać wkrótce, że to język XIX-wieczny,  i że to kompromitacja, aby członek Rady Polityki Pieniężnej wypowiadał się w ten sposób. A poza tym to w ogóle skandal, że członek RPP mówi o polityce.

Być może też jestem w niektórych sprawach XIX-wieczny (czy to na pewno okropna wada?) – ale mnie się to wystąpienie bardzo podobało. Gilowska mówiła o suwerenności państwa. Czyli o zdolności do samodzielnego, niezależnego od innych podmiotów, sprawowania władzy politycznej na danym terytorium. Mówiła i o duchowym wymiarze suwerenności i tym bardzo przyziemnym – gospodarczym.

Niestety, coraz częściej przyjmujemy, że musimy się dostosować do panujących powszechnie trendów. I w sferze światopoglądowo-obyczajowej, i w sferze gospodarczej bezkrytycznie przyjmujemy to, co powszechnie obowiązuje w świecie.

Moim zdaniem takie dostosowywanie się do świata w każdej sprawie świadczy o lenistwie umysłowym i pasywnym podejściu do rzeczywistości. Ponadto warto pamiętać, że ten świat, do którego w każdej sprawie mamy się dostosowywać, właśnie na naszych oczach się wywraca.

Jedną z przyczyn takiej sytuacji jest postępująca utrata suwerenności państw na rzecz korporacji biznesowych, które stają się silniejsze od rządów. Światem coraz mniej rządzą ministrowie finansów, a coraz bardziej szefowie banków komercyjnych, funduszy inwestycyjnych czy hedgingowych. Przynosi to opłakane skutki. Choćby w tych dniach, gdy obserwujemy nierówną walkę między narodowymi bankami centralnymi a międzynarodowymi instytucjami spekulującymi walutą.

Państwo jest od tego, by chronić swoich obywateli, zakładane przez nich firmy, swoje instytucje i swoje rynki. Na tym polega obrona suwerenności. Nawet jeśli komuś takie recepty przypominają XIX wiek, to właśnie one są właściwą odpowiedzią na to, co dziś się dzieje na świecie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dobra polityka musi kosztować

6 gru 2010

Donald Tusk mówi o oszczędnościach, o zabieraniu partiom pieniędzy, a jednocześnie w trakcie kampanii samorządowej okleił cały kraj swoim zretuszowanym ogromnym zdjęciem z napisem „Z dala od polityki”. Za darmo? Za swoje oszczędności? Nie, za nasze podatników pieniądze. Wydane na finansowanie partii politycznych.

Słuchając dyskusji polityków o finansowaniu partii, musimy mieć pełną świadomość, że wszyscy – bez wyjątku – wciskają nam, wyborcom, kit. Nikt nie myśli o tym, co jest lepsze dla Polski i dla systemu demokratycznego, każdy wyłącznie kalkuluje, co komu się bardziej opłaca. Na którym rozwiązaniu może dziś stracić, a na którym zyskać.

Co nie znaczy, że nie warto zmienić obowiązujących zasad. Warto, bardzo warto.

Obecny sposób finansowania partii to jedna z przyczyn utrzymujących obecny, patologiczny stan w polskiej polityce. Nie dlatego, że utrudnia wejście nowym ugrupowaniom na scenę, ale przede wszystkim dlatego, że powoduje gnuśnienie wielkich graczy zabezpieczonych przed atakiem z zewnątrz i ich koncentrację na działaniach propagandowych, na które mają ogromne środki – a nie wymusza pracy merytorycznej.

Media są najważniejsze

Obecny system został wprowadzony w czasie, kiedy się wydawało, że wielką wartością jest stworzenie stabilnego systemu kilku, a najlepiej dwóch silnych partii politycznych. Ludwik Dorn, autor projektu tego systemu, miał oczywiście wówczas w głowie interes swojej ówczesnej partii Prawa i Sprawiedliwości. Ale jego pomysł był na rękę także Platformie, więc wspólnie go uchwalono.

A o co dziś chodzi poszczególnym graczom?

Platforma chce (a w każdym razie mówi, że chce) zlikwidować finansowanie partii z budżetu, bo to piękny komunikat dla ludu, pokazujący, jak to oszczędna jest rządząca partia. Nie jestem przekonany, czy Donald Tusk naprawdę chce likwidacji dotacji (PO dostaje najwięcej pieniędzy), bo to jednak trochę skomplikuje ludziom Platformy życie. Ale nawet gdyby przez przypadek udało się ustawę w tej sprawie uchwalić, PO byłaby w sytuacji o wiele lepszej od konkurentów.

Po pierwsze – powszechnie uważa się, że ma bardzo wiele zgromadzonych środków. Po drugie – jako partia rządząca ma naturalną przewagę nad innymi, może korzystać z narzędzi, które mają rządzący: podejmować decyzje i skupiać na sobie uwagę opinii publicznej, finansować przez państwo takie projekty, które będą się kojarzyć z partią, jak np. Orliki. Po trzecie – ma ogromną i powiększającą się przewagę w mediach, które ciągle w swej większości szczerze nie cierpią Jarosława Kaczyńskiego i jego partii. Po czwarte – ma znacznie lepsze kontakty z biznesem niż konkurencyjne ugrupowanie, łatwiej jej będzie stworzyć sobie alternatywne źródła utrzymania.

Dlatego likwidacja finansowania partii, choć pewnie trochę utrudniłaby jej życie, de facto wzmocniłaby przewagę PO nad pozostałymi partiami.

Prawo i Sprawiedliwość wręcz przeciwnie. Nie ma życzliwych sobie mediów. Nie ma dobrych relacji z biznesem. Nie miało nigdy większego wpływu na ośrodki władzy, a po wyborach samorządowych straciło i go jeszcze bardziej. Jedyny sposób na przekonywanie do opinii publicznej to docieranie do niej bezpośrednio, poza mediami. A na to potrzebuje dużych pieniędzy.

SLD i PSL mają ogromne aparaty partyjne, a ich utrzymanie kosztuje, więc dla nich najważniejsze jest utrzymanie stanu obecnego.

Polska Jest Najważniejsza i tak pieniędzy dziś nie ma, więc sytuacja, w której inni mają mniej niż teraz, byłaby dla niej bardziej korzystna od stanu obecnego, kiedy inni mają bardzo dużo, a oni nic. Przy okazji, zgłaszając radykalny pomysł w tej kwestii, PJN mogła być obecna w mediach. A dla ugrupowania Joanny Kluzik-Rostkowskiej dziś – ze zrozumiałych powodów – to media są najważniejsze.

Przeczytaj cały tekst


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O Ukrainę trzeba zabiegać

17 lis 2010

W wieloletniej wojnie o przeciągnięcie Ukrainy na stronę zachodniej cywilizacji nie odnosimy ostatnio sukcesów.

W Kijowie rządzą niebiescy, którzy na razie zrezygnowali z NATO, przedłużyli umowę na stacjonowanie Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu, podpisali ważne energetyczne umowy z Rosją. Czy to znaczy, że należy Ukrainę po prostu sobie odpuścić?

Rząd Tuska był krytykowany za politykę wobec Ukrainy prowadzoną pod hasłem: „Skoro nas nie chcą, to nie będziemy się pchać”, przy jednoczesnym otwarciu na Rosję. Słusznie. Bo cóż nam z tego, że „będziemy się szanować”, skoro ukraiński partner wpada na naszych oczach w ramiona włodarzy Kremla?

O Ukrainę musimy zabiegać aktywnie. Na poziomie oficjalnym, rządowym i poprzez tzw. miękką dyplomację. Dziś rządzi tam Wiktor Janukowycz, za cztery lata może jego miejsce zająć ktoś inny. Historia się nie skończyła. Poza tym nawet Janukowycz ma interes w tym, by zbliżać się do Zachodu.

Radosław Sikorski od pewnego czasu najwyraźniej zmienił podejście do naszych wschodnich sąsiadów. Z jednej strony zwraca im uwagę, że są zbyt pasywni w parciu na Zachód, ale z drugiej zabiega, by Unia Europejska stworzyła im „system marchewek”, które będą mobilizować do starań o zbliżenie z UE. I to jest sensowna polityka. Bo niestety Ukraina nie jest w sytuacji Polski, w której 15 lat temu wszyscy – także postkomuniści – marzyli o Unii i NATO. Nie tylko nie wszyscy marzą tam o Unii, ale też Unia nie marzy dziś o Ukrainie.

Dlatego polityka Sikorskiego, by wciągać do rozmów z Kijowem Unię i być akuszerem czy pośrednikiem tego zbliżenia, jest rozsądna. Takie wizyty jak obecna z Carlem Bildtem w Kijowie czy wcześniej kuszenie Łukaszenki razem z Guido Westerwellem mogą się okazać dobrą strategią.

***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione

intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tusk i Kaczyński powinni tonować nastroje

20 paź 2010

Łódzki polityczny mord wyzwolił kolejną, niezwykle ostrą falę emocji.

Widać ją w wypowiedziach polityków, komentatorów, widać w głosach Polaków na internetowych forach i blogach. Napięcie, już wcześniej niezwykle wysokie, wzrosło jeszcze bardziej.

Niestety, nie ma dziś w Polsce ponadpartyjnych autorytetów, liczących się postaci mogących odegrać rolę mediatorów, których głos miałby realne znaczenie i byłby wysłuchany. Nie ma ich nawet wśród ludzi Kościoła.

W tej sytuacji politycy muszą sami wziąć na swoje barki ciężar wyciszenia nastrojów. Choć wydaje się to niemożliwe – to rola dla Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego. Bo dziś właśnie lider rządzącej koalicji oraz lider opozycji mają największy wpływ na ton publicznej debaty.

Kiedy szef PiS mówi o kampanii nienawiści pod adresem jego ugrupowania, to mówi prawdę. Tę kampanię toczono z użyciem najbardziej brutalnych i agresywnych słów, za pomocą ostrych i niesprawiedliwych oskarżeń. Czołowy – do niedawna – polityk Platformy publicznie życzył Jarosławowi Kaczyńskiemu śmierci, a liderów jego partii to nie oburzało.

A to mogło służyć tylko rozhuśtywaniu nastrojów. Bardzo niebezpiecznemu – jak się okazało.

Donald Tusk musi więc jak najprędzej położyć tamę takiemu sposobowi uprawiania polityki. Tym bardziej że agresywne głosy polityków PO wobec Jarosława Kaczyńskiego nie umilkły po morderstwie w Łodzi. A nawet się wzmogły. Pokusa wykorzystania tej tragedii do politycznego zniszczenia rywala okazała się zbyt duża.

Zbyt łatwo ulega jej również PiS. Bo – w sytuacji gdy nie ma nawet poszlak, że mamy do czynienia z czymś więcej niż wybryk ogarniętego polityczną nienawiścią szaleńca – pomysł powołania komisji śledczej w sprawie łódzkiego zabójstwa służyć może tylko partyjnym rozgrywkom.

Tymczasem wszystkim stronom konfliktu powinno zależeć na uspokojeniu sytuacji. Bo zarówno agresja polityków PO, jak i polityczne kombinacje PiS w tak napiętej atmosferze, jaką mamy dziś w Polsce, nie pozostają bez wpływu na zachowania takich ludzi jak łódzki morderca.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Afganistan, transport uranu i szkoła im. Lecha Kaczyńskiego

12 paź 2010
Autorski przegląd prasy

„Gazeta Wyborcza” na pierwszej stronie o coraz trudniejszej sytuacji polskich żołnierzy w Afganistanie.

”Wojska USA biorą na siebie ciężar walk z talibami w prowincji Ghazni. Stacjonujący tam polscy żołnierze mają się skupić na ochronie głównej drogi Afganistanu oraz szkoleniu miejscowej policji i armii” – czytamy.

„Prawie tysiąc amerykańskich żołnierzy zajmuje właśnie wschodnie, najbardziej niebezpieczne rejony Ghazni, za których bezpieczeństwo odpowiadali Polacy. To najważniejsza zmiana dotycząca naszych wojsk w Afganistanie od dwóch lat, kiedy to rozproszeni w trzech prowincjach żołnierze zostali skoncentrowani w Ghazni. Już wtedy polscy dowódcy twierdzili, że utrzymanie bezpieczeństwa w jednej z największych prowincji wymaga co najmniej 4 tys. wojsk. Dziś nasz kontyngent liczy 2,6 tys. i jest to kres naszych możliwości – tak ludzkich, jak i finansowych.

- Wprowadzenie amerykańskiego wojska do Ghazni to inicjatywa Amerykanów. My przyjęliśmy ją z zadowoleniem. To wzmocnienie, które ma poprawić sytuację w prowincji – podkreśla w rozmowie z „Gazetą” szef MON Bogdan Klich.

Żołnierze USA będą podlegać polskiemu dowództwu – po raz pierwszy w historii w takiej sile (wcześniej w prowincji było kilkudziesięciu Amerykanów). Nasi generałowie będą wciąż odpowiedzialni za bezpieczeństwo w Ghazni i to oni będą nadal współpracować z afgańskimi władzami. Jak nieoficjalnie mówili nam polscy dowódcy, samodzielnie nie radziliśmy sobie w Ghazni. Brakowało żołnierzy i sprzętu nawet na efektywne patrolowanie rejonów wokół baz. Rozzuchwaleni talibowie tylko we wrześniu 35 razy ostrzelali rakietami bazy Warrior i Ghazni” – relacjonuje „Gazeta”. Są to wieści smutne ale nie zaskakujące. Pytanie czy w tej sytuacji, kiedy radzimy sobie coraz gorzej mamy porostu się wycofać i powiedzieć, że to nie nasz problem, czy jednak wspólnie z sojusznikami NATO próbować doprowadzić sytuację w Afganistanie do jako-takiego porządku. Afgańska misja to dziś kluczowa akcja NATO I jej rozwiązanie będzie miało duży wpływ na przyszłość Sojuszu. A nasza rola w tej akcji na pewno będzie miła wpływ na nasza pozycję w NATO.

„Polska” z kolei informuje, że przez Warszawę przejechał transport siedmiu wielkich ciężarówek wypełnionych materiałem radioaktywnym – wysokowzbogaconym uranem (HEU). „W ten sposób przewieziono uran, jaki wystarczyłby do wyprodukowania ośmiu bomb atomowych. Materiał eskortowany przez stu policjantów został pod stolicą przepakowany na pociąg i przewieziony do Gdyni, a stamtąd wysłany do Murmańska w Rosji. Całe wydarzenie będące realizacją amerykańsko-rosyjskiej umowy miało miejsce dwa tygodnie temu, ale prawda o nim wyszła na światło dzienne dopiero teraz. – Tego typu transporty objęte są ścisłą tajemnicą państwową. Można o nich mówić po fakcie, ale nigdy przed – wyjaśnia „Polsce” Stanisław Latek, rzecznik Państwowej Agencji Atomistyki”. Skąd wziął się atom w Polsce? Jak pisze „Polska” okazało się, że był u nas od bardzo dawna. Transport, który przejechał przez pół kraju, miał na celu wywiezienie z Polski wypalonego paliwa jądrowego z reaktorów badawczych Instytutu Energii Atomowej w Świerku. W wyniki porozumień międzynarodowych trafić ma do Rosji. Całe szczęście, że nie zostaje  u nas ma dłużej.

A „Nasz Dziennik” informuje, że Szkoła Podstawowa w Chełchach w gminie Ełk jako pierwsza w Polsce będzie nosiła imię prezydenta Lecha Kaczyńskiego. „Uczniowie wybrali patrona w drodze tajnego głosowania. Kandydatami na patrona szkoły byli także Tadeusz Kościuszko i Janusz Korczak. Uroczyste nadanie imienia odbędzie się 19 października” – pisze gazeta. Ciekaw jestem, kiedy pojawią się pierwsze protesty i głosy oburzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czas Palikota

30 wrz 2010

Czy za rok Janusz Palikot ze wszystkimi swoimi pretorianami zmieści się w jednej windzie hotelu Bristol, gdzie lubi rezydować, czy też zbuduje nowy, silny obóz polityczny? Wśród komentatorów i polityków dość powszechne jest przekonanie, czy może bardziej wiara, że polityczna inicjatywa Janusza Palikota okaże się burzą w szklance wody.

Wszyscy powtarzają jak mantrę argumenty o zabetonowaniu polskiej sceny politycznej. O tym, że było już wiele prób i po prawej stronie, które skończyły się zbudowaniem mniej lub bardziej przyjemnych kanap dla garstki działaczy. SdPl, Unia Pracy z jednej strony, a Prawica Rzeczypospolitej czy Polska XXI z drugiej. Niby tak. Ale może jest tak, że wszyscy oni albo popełniali jakieś błędy, albo nie trafiali w swój czas?

Wydaje się, że Palikot robi dziś wszystko, co robić powinien ktoś, kto chce zbudować nowy byt na scenie politycznej. Ma cechy i umiejętności, które mu to mogą ułatwić. I nie jest wykluczone, że właśnie trafił w swój czas. Doskonale odpowiada na nowe trendy: na zmiany zachodzące w społeczeństwie, na czas pustej medialnej postpolityki i na zmiany w sposobie komunikowania się.

Przede wszystkim umie znakomicie grać z mediami. Od dwóch – trzech lat, a więc od czasu, kiedy jeszcze nikt nie myślał o partii Palikota, poseł z Lublina wynalazł sposób, by każdy słowo było spijane z jego ust przez dziennikarzy. Jego obecność w telewizyjnym studiu zawsze przyciąga ogromną publiczność. Albo ma taki dar, albo się tego nauczył. Albo jedno i drugie.

Wiedzą o tym na pewno szefowie stacji telewizyjnych – z niektórych Palikot niemal nie wychodzi. Kiedyś musiał się starać, a to przynosząc świński ryj, a to wymachując penisem i pistoletem, a to pijąc wódkę na ulicy, by skupić na sobie uwagę. Potem wystarczyła już sama obecność. Najpoważniejsi dziennikarze stacji przeprowadzają z nim długie rozmowy i widać, że nawet wtedy, gdy już wyczerpuje się temat, ciągną rozmowę, bo wiedzą, że Palikot powoduje, że słupki oglądalności rosną.

Dlatego pozwalano mu na wszystko. Mógł zrobić i powiedzieć, co chciał. Im bardziej było to kontrowersyjne, tym lepiej. Im bardziej obrzydliwe, tym lepiej. Potem można było odpytać oponentów, co sądzą o tym obrzydlistwie, a oni wypowiadali się równie emocjonalnie i słupki nadal rosły. Palikot im się po prostu opłacał. Opłacał się właścicielom stron internetowych, którzy każde zdanie z jego blogu eksponowali w najbardziej widocznym miejscu wraz ze zdjęciem posła PO. Bo zapewniał wysokie słupki także w zestawieniach wizyt na portalach. Umiał też sprawić, że sejmowi reporterzy biegali za nim jak owce za przewodnikiem, bezmyślnie wsłuchując się w każde wypowiedziane przez niego słowo.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Napieralski chwilowo uratowany

20 cze 2010

Lider Sojuszu Lewicy prawdopodobnie ocali stanowisko. Ale SLD to nadal partia aparatu. I to nie jest aparat młodych wrażliwych lewicowców

Jeszcze półtora miesiąca temu zdawało się, że to jego ostatnie miesiące jako szefa SLD. Wystartował z 3 – 4-procentowym poparciem i niewiele wskazywało na to, że zdobędzie dużo więcej. Kilkunastoprocentowy wynik (jeśli w exit polls nie będzie znaczącego błędu) nie jest wielkim sukcesem lewicy, patrząc z historycznej perspektywy, można nawet powiedzieć, że to wynik słaby, ale w roku 2010 niewątpliwie to sukces. Grzegorz Napieralski uratował swoją polityczną pozycję.

Szefa SLD trudno będzie teraz obalić. Nawet jeśli jego przeciwnikami są takie tuzy lewicy, jak Ryszard Kalisz, Katarzyna Piekarska, Wojciech Olejniczak czy Krzysztof Janik. Oraz Aleksander Kwaśniewski i Bartosz Arłukowicz, którzy – formalnie – nie są członkami Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Za to aparat partyjny na pewno jest Napieralskiemu wdzięczny za podciągnięcie wyniku wyborczego o dobrych parę punktów procentowych. Bo oznacza to, że partia w następnych wyborach parlamentarnych i samorządowych ma jakieś szanse. Że może zdobyć sporo miejsc w radach miejskich, sejmikach i parlamencie i próbować wchodzić w koalicje, które przyniosą dalsze stołki do obsadzenia. SLD żyje. Przynajmniej na razie.

Ale czy rzeczywiście Sojusz w obecnym kształcie ma perspektywy? Na przetrwanie może tak, ale będzie to oznaczać raczej wegetację w okolicach 10 procent poparcia. Dopóki nie powstanie nowa formacja lewicowa albo SLD nie otworzy się na nowe środowiska i nie znajdzie nowej formuły i języka politycznego, będzie to ciągle dogorywająca partia rodem z poprzedniej epoki. Nawet z obecnym młodym liderem.

Napieralski miał żywą kampanię, ale jego partia się nie zmieniła. Uzyskał dobry wynik, ale w bardzo specyficznych okolicznościach. SLD to nadal partia aparatu. I to nie jest aparat młodych wrażliwych lewicowców. Ale – co ważne i co jest plusem – to bardzo silny i niezwykle rozbudowany aparat. Niedawno pewien znany polityk Prawa i Sprawiedliwości przekonywał mnie, że Sojusz ma ciągle największy i najsilniejszy aparat ze wszystkich polskich ugrupowań. Najbardziej karny i zdyscyplinowany. Taka struktura to marzenie każdej partii. Tyle że jak na ową strukturę poparcie społeczne dla SLD jest słabiutkie.

Grzegorz Napieralski odniósł sukces, ale jego sytuacja nie jest łatwa. Jeśli zdecyduje się na rzeź wśród opozycjonistów (co może mu pójść nawet dość łatwo, bo aparat pomoże wyciąć niewiernych), to szybko doczeka się próby budowy alternatywnej siły na lewicy. Trudno uwierzyć, by pełen wielkich ambicji Bartosz Arłukowicz tak łatwo odpuścił.

Oczywiście trzeba pamiętać, że wszystkie odpryski SLD czy wcześniej SdRP wegetowały na marginesie i nie odegrały większej roli w życiu politycznym. Budowanie nowego ugrupowania jest też bardzo trudne ze względu na ustawę o finansowaniu partii politycznych. Ale jednocześnie w dobie błyskawicznie budujących się społeczności internetowych i zmian zachodzących w polskim społeczeństwie wszystko jest możliwe.

Wzmocniony Napieralski może jednak wybrać inną drogę: szukania porozumienia z opozycjonistami i z ich pomocą otwierania SLD na nowe środowiska. Na pewno dziś łatwiej mu będzie z nimi rozmawiać, gdyż jest silniejszy niż jeszcze dwa miesiące temu.

Przed Grzegorzem Napieralskim i jego partią stoi jeszcze jeden dylemat. Czy nie należałoby już w tej kadencji parlamentu przejść do politycznej ofensywy i spróbować przebudować parlamentarną scenę? Politycy w ostatnich dniach sporo plotkują o możliwej zmianie koalicji rządzącej. W którą stronę? W każdą. Wszystkie partie odzyskały dziś tak zwaną zdolność koalicyjną.

Wśród rozplotkowanych polityków można usłyszeć i o tym, że po słabym wyniku Waldemara Pawlaka zagrożone wypadnięciem z gry PSL może przejść do opozycji. A wtedy na jego miejsce mógłby wskoczyć SLD. Wicepremier Grzegorz Napieralski? Dla aparatu brzmiałoby to nieźle. Ileż stanowisk do rozdania! Tyle że na krótko.

Jednocześnie mówi się – choć wydaje się to mniej realne – o możliwości powstania koalicji „wszyscy przeciwko Platformie”. Także z udziałem SLD.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kampania nadziei

17 cze 2010

Właśnie kończy się pierwsza część najbardziej chyba nietypowej kampanii wyborczej w III RP. Merytorycznie nie była ani specjalnie lepsza, ani gorsza od poprzednich

Zbyt mało było czasu na poważne dyskusje programowe. Kandydaci skupili się – jak zwykle zresztą – na kampanii wizerunkowej.A jednak sposób działania sztabów wyborczych był zupełnie inny od tego, jaki znamy z lat poprzednich. Było więcej spokoju, mniej agresji. Choć akurat nie to jest najważniejsze, bo ostry spór w poważnych sprawach nie jest niczym złym. Znacznie bardziej istotne wydaje się to, że tym razem dużo więcej i w bardziej odpowiedzialny sposób mówiono o potrzebie budowy sprawnie działającego silnego państwa.

Politycy przekonywali też, że są gotowi ze sobą rozmawiać. Pierwszy raz od wielu lat padały deklaracje o tym, iż konkurenci mają wolę porozumienia w kluczowych dla państwa sprawach. Oczywiście, mówiono o tym, bo takie było zapotrzebowanie społeczne. Badania prowadzone przez specjalistyczne firmy pokazywały sztabom wyborczym, że ludzie chcą to właśnie słyszeć. Ale taka właśnie jest prawda – w Polsce wszyscy mamy poczucie, że życie polityczne powinno się zmienić na lepsze.

Czy podzielają tę opinię także politycy?

Powinniśmy mieć taką nadzieję. Liczyć na to, że po wyborach nie wrócą do jałowej i pustej wojenki, jaką znamy z ostatnich lat. Bo polityka potrzebuje treści. Liderzy powinni być zdolni do wyznaczenia bardzo konkretnych celów i ich skutecznej realizacji, nawet jeśli droga będzie niełatwa i bolesna. Powinni umieć spierać się w kampanii i, jeśli zajdzie taka potrzeba, współpracować w codziennym politycznym życiu.

Bo niezależnie od tego, kto wygra te wybory, kto zostanie prezydentem, za rok mamy wybory parlamentarne. Wcześniej czy później prezydent i premier znów będą pochodzić z różnych obozów politycznych. Powinni wtedy przypomnieć sobie społeczną atmosferę z tej nietypowej kampanii. I zrozumieć, że kohabitacja to nie dopust Boży, nie powód, aby prowadzić polityczną wojnę domową na wyniszczenie, ale normalna sytuacja w demokratycznym państwie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kiedy puszczają nerwy

14 kwi 2010

Wszyscy ciągle jesteśmy w szoku. Wszyscy próbujemy sobie radzić w rozmaity sposób z tym strasznym ciężarem. To, co się stało, wywołuje niezwykłe emocje. Z jednej strony płacz, żal, potrzeba bycia razem, potrzeba manifestacji smutku i jedności.

Płoną miliony zniczy, tysiące ludzi składa w kościołach i na ulicach hołd tym, którzy odeszli. Słyszę polityków, którzy mówią: tak, w naszych walkach szliśmy za daleko, musimy uważać, by mówić o innych tak, by nie wstydzić się tego, gdy osoba, o której mówimy, kiedyś umrze.

W Internecie czytam ogromną ilość pięknych, pełnych bólu tekstów. Na ulicach wspaniałe sceny. Ból znoszony w godności. Z drugiej strony jest też żądanie wyjaśnień, poszukiwanie przyczyn, odreagowywanie. Przyczyny trzeba wyjaśnić, to oczywiste. Każdą wersję należy brać pod uwagę. Tyle że trzeba mieć do tego jakieś podstawy.

Tymczasem pojawiają się już teorie głoszące, bez żadnych racjonalnych podstaw, że to był zamach. „Gazeta Polska” z pełną powagą prezentuje opinię, że ktoś za tym stał: „Jeśli ktoś myślał nad przygotowaniem tego lotu, a zapewne myśleli różni ludzie, to ktoś myślał, żeby stało się tak, jak się stało. Nie widzę innego wyjaśnienia. Komuś zależało, żeby tak się stało. Szef sztabu… dowódcy… niemożliwe. Ktoś nad tym myślał”.

Takie myśli podchwytują inni, którzy w różnych miejscach sieci publikują najbardziej kosmiczne teorie, jak to Tusk, Putin i ludzie z rządu… Niektórym trudno utrzymać emocje na wodzy. Na Facebooku powstaje ruch przeciwników pochówku na Wawelu. Ktoś organizuje w dniach żałoby demonstracje przed siedzibą kurii. Inni piszą o łajdakach i deklarują pogardę wobec tych, którzy zachowywali się niegodnie. Puszczają nam nerwy. Po jednej i drugiej stronie. Powstrzymajmy się.

Nie apeluję o zacieranie różnic, zamazywanie sporów ani o to, by zapominać, co jeszcze niedawno się działo i kto co mówił. Apeluję o szacunek. Dla tych, którzy odeszli, dla naszego państwa, dla siebie nawzajem, którzy zostaliśmy na ziemi. Ale też o szacunek dla faktów i rozumu. Trwa żałoba.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop