Posts Tagged „Lech Kaczyński”<

Afganistan, transport uranu i szkoła im. Lecha Kaczyńskiego

12 paź 2010
Autorski przegląd prasy

„Gazeta Wyborcza” na pierwszej stronie o coraz trudniejszej sytuacji polskich żołnierzy w Afganistanie.

”Wojska USA biorą na siebie ciężar walk z talibami w prowincji Ghazni. Stacjonujący tam polscy żołnierze mają się skupić na ochronie głównej drogi Afganistanu oraz szkoleniu miejscowej policji i armii” – czytamy.

„Prawie tysiąc amerykańskich żołnierzy zajmuje właśnie wschodnie, najbardziej niebezpieczne rejony Ghazni, za których bezpieczeństwo odpowiadali Polacy. To najważniejsza zmiana dotycząca naszych wojsk w Afganistanie od dwóch lat, kiedy to rozproszeni w trzech prowincjach żołnierze zostali skoncentrowani w Ghazni. Już wtedy polscy dowódcy twierdzili, że utrzymanie bezpieczeństwa w jednej z największych prowincji wymaga co najmniej 4 tys. wojsk. Dziś nasz kontyngent liczy 2,6 tys. i jest to kres naszych możliwości – tak ludzkich, jak i finansowych.

- Wprowadzenie amerykańskiego wojska do Ghazni to inicjatywa Amerykanów. My przyjęliśmy ją z zadowoleniem. To wzmocnienie, które ma poprawić sytuację w prowincji – podkreśla w rozmowie z „Gazetą” szef MON Bogdan Klich.

Żołnierze USA będą podlegać polskiemu dowództwu – po raz pierwszy w historii w takiej sile (wcześniej w prowincji było kilkudziesięciu Amerykanów). Nasi generałowie będą wciąż odpowiedzialni za bezpieczeństwo w Ghazni i to oni będą nadal współpracować z afgańskimi władzami. Jak nieoficjalnie mówili nam polscy dowódcy, samodzielnie nie radziliśmy sobie w Ghazni. Brakowało żołnierzy i sprzętu nawet na efektywne patrolowanie rejonów wokół baz. Rozzuchwaleni talibowie tylko we wrześniu 35 razy ostrzelali rakietami bazy Warrior i Ghazni” – relacjonuje „Gazeta”. Są to wieści smutne ale nie zaskakujące. Pytanie czy w tej sytuacji, kiedy radzimy sobie coraz gorzej mamy porostu się wycofać i powiedzieć, że to nie nasz problem, czy jednak wspólnie z sojusznikami NATO próbować doprowadzić sytuację w Afganistanie do jako-takiego porządku. Afgańska misja to dziś kluczowa akcja NATO I jej rozwiązanie będzie miało duży wpływ na przyszłość Sojuszu. A nasza rola w tej akcji na pewno będzie miła wpływ na nasza pozycję w NATO.

„Polska” z kolei informuje, że przez Warszawę przejechał transport siedmiu wielkich ciężarówek wypełnionych materiałem radioaktywnym – wysokowzbogaconym uranem (HEU). „W ten sposób przewieziono uran, jaki wystarczyłby do wyprodukowania ośmiu bomb atomowych. Materiał eskortowany przez stu policjantów został pod stolicą przepakowany na pociąg i przewieziony do Gdyni, a stamtąd wysłany do Murmańska w Rosji. Całe wydarzenie będące realizacją amerykańsko-rosyjskiej umowy miało miejsce dwa tygodnie temu, ale prawda o nim wyszła na światło dzienne dopiero teraz. – Tego typu transporty objęte są ścisłą tajemnicą państwową. Można o nich mówić po fakcie, ale nigdy przed – wyjaśnia „Polsce” Stanisław Latek, rzecznik Państwowej Agencji Atomistyki”. Skąd wziął się atom w Polsce? Jak pisze „Polska” okazało się, że był u nas od bardzo dawna. Transport, który przejechał przez pół kraju, miał na celu wywiezienie z Polski wypalonego paliwa jądrowego z reaktorów badawczych Instytutu Energii Atomowej w Świerku. W wyniki porozumień międzynarodowych trafić ma do Rosji. Całe szczęście, że nie zostaje  u nas ma dłużej.

A „Nasz Dziennik” informuje, że Szkoła Podstawowa w Chełchach w gminie Ełk jako pierwsza w Polsce będzie nosiła imię prezydenta Lecha Kaczyńskiego. „Uczniowie wybrali patrona w drodze tajnego głosowania. Kandydatami na patrona szkoły byli także Tadeusz Kościuszko i Janusz Korczak. Uroczyste nadanie imienia odbędzie się 19 października” – pisze gazeta. Ciekaw jestem, kiedy pojawią się pierwsze protesty i głosy oburzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Musimy z tym coś dobrego zrobić

11 kwi 2010

Czy tak niewyobrażalna tragedia, śmierć przedstawicieli elity naszego państwa, może nas wzmocnić? Dominikanin ojciec Jacek Salij powiedział mi w noc po wypadku: – Taka ofiara, tyle wybitnych osób, które zmarły jednego dnia, nie mogło odejść na marne. Musimy z tym coś dobrego zrobić.

Ta myśl frapuje mnie niemal od momentu kiedy dotarło do mnie, co się stało. Zadano nam straszliwy cios. Każdemu z nas, obywateli. Państwo polskie zostało w sobotę dramatycznie osłabione. Ale czy w tej sytuacji naszym obowiązkiem, każdego z nas, każdego Polaka, ale zwłaszcza osób obecnych w życiu publicznym, nie jest naprawa tego, co jest?

Wszyscy wiemy, że państwo nie działało należycie, że życie publiczne dramatycznie obniżało swój poziom. Politycy i dziennikarze w dużej części zajmowali się trzeciorzędnymi problemami, główną uwagę kierując nie na to, jak budować dobro wspólne, ale jak osłabić przeciwnika albo wroga, bo nawet nie konkurenta. Poziom napięcia w życiu publicznym w ostatnich latach był tak wielki, że praktycznie paraliżował większość racjonalnych działań. Spór, który jest naturalny w polityce, stał się wojną, a celem stała się nie budowa dobra wspólnego, ale zniszczenie przeciwnika.

Ulegliśmy temu wszyscy. To napięcie, tę niezwykłą agresję widać było w zachowaniach i sposobie działania polityków, w tym, jak życie publiczne relacjonowaliśmy i opisywaliśmy my – dziennikarze, jak brutalne były dyskusje na forach internetowych, z jaką agresją o nielubianych przez siebie politykach mówili ludzie na ulicy. Strony sporu nie rozmawiały ze sobą. Odbywał się monolog albo okładano się cepami. Prezydent był ośmieszany, premier przedstawiany jako obcy agent. Szacunek dla państwa, jego instytucji spadał dramatycznie.

Polityka schodziła coraz niej i niżej, kierowała się coraz niższymi pobudkami, coraz mniej racjonalnie była też oceniana. Nieprzypadkowo coraz mniej racjonalne były też podejmowane decyzje. Polityka toczyła się w rytmie potrzeb uderzenia w przeciwnika i rytmie nadawanym przez tabloidy. To powodowało niechęć i strach przed podejmowaniem prostych, racjonalnych decyzji, których wymagała chwila. Jedną z tych prostych decyzji był zakup nowych samolotów dla rządu. Pamiętam, jak jeden z najwyższych urzędników państwowych mówił mi: „Wiem, że powinniśmy je kupić, ale panie redaktorze, jak to zrobię, tabloidy nas zniszczą, że jesteśmy rozrzutni”. Celowo nie wymienię nazwiska tego polityka, bo tak myśleli wszyscy. Wszystkie kolejne rządy odsuwały od siebie tę prostą przecież decyzję. I nasi przywódcy latali coraz bardziej rozpadającymi się gruchotami. Aż się rozpadły. Nieracjonalna polityka doprowadziła do tego, że prawdopodobnie przy organizacji tego wylotu podjęto wiele błędów.

W sobotnią noc spacerowałem po Krakowskim Przedmieściu, gdzie stoi Pałac Prezydencki. O północy ciągle tłumy ludzi zapalały świeczki. A przecież zapalali je nie tylko zwolennicy zmarłego prezydenta. Mam wrażenie, jakby wszyscy zdali sobie sprawę, że gdzieś strasznie się zapędziliśmy. Słyszałem wypowiedzi zwykłych ludzi, którzy przyznawali, że nie lubili Lecha Kaczyńskiego, ale dziś tu przyszli.

Słyszałem Adama Michnika, który przyznawał, że bywał niesprawiedliwy wobec prezydenta, a dziś składa mu hołd. Lech Wałęsa prosił o wybaczenie. Niezależnie od tego, jak dalece to wszystko jest szczere i przemyślane, wobec tej trudnej do ogarnięcia tragedii, wobec stanięcia przed murem ostateczności nagle zaczęliśmy rozumieć, że gdzieś wszyscy się pogubiliśmy.

Oczywiście to są dni szczególnych emocji. Jutro, za tydzień przyjdzie normalność, codzienne problemy i decyzje do podjęcia. Musimy zmarłym oddać hołd, pielęgnować ich pamięć. Ale musimy też dalej żyć, wydawać gazety, rządzić, budować domy i drogi. Partie muszą działać, trzeba wybrać nowych urzędników. Przede wszystkim w ekstraordynaryjnym trybie musimy wybrać prezydenta. Spory polityczne nie przestaną istnieć i przestać istnieć nie mogą. Platforma i PiS, nawet tak bardzo osłabione, będą działać. Lewica musi znaleźć nowego kandydata na prezydenta. Pytanie, jakie stoi przed nami wszystkimi – politykami, dziennikarzami i milionami obywateli – czy umiemy z tej tragedii wyciągnąć lekcję? Czy będziemy umieli lepiej zadbać o Polskę, lepiej wykonywać swoją pracę? Czy dziennikarze nie będą wyłącznie podgrzewać polityków do obrzucania się kamieniami, lecz zmuszać ich do merytorycznej rozmowy, a politycy potraktują poważnie obywateli i przedstawią im wiarygodną ofertę?

Olbrzymie zadanie ciąży na kandydatach do urzędu prezydenckiego. I na tych już wybranych i na tych, którzy teraz będą musieli zostać wskazani. Na ich sztabach wyborczych. Ale też na nas, dziennikarzach. I na wszystkich obywatelach Rzeczypospolitej.




Do uczestników dyskusji:

Ze względu na trwającą żałobę narodową prosimy o większą niż zwykle staranność i delikatność publicystyczną. W ten sposób wyrazimy szacunek dla tragicznie zmarłych, ich rodzin oraz pogrążonych w bólu i smutku Polaków.

Dziękujemy za nadesłane komentarze i serdecznie zapraszamy do portalu rp.pl

moderatorzy@rp.pl
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W Katyniu nie będzie limitu krzeseł

10 lut 2010

Niezależnie od tego, jakie były intencje premiera Władimira Putina w sprawie Katynia, polscy politycy zachowali się dokładnie tak, jakby chcieli sprawić przyjemność rosyjskiemu przywódcy.

Premier Donald Tusk, nie uzgadniając odpowiedzi z prezydentem, natychmiast przyjął zaproszenie od Putina. Lech Kaczyński zaś publicznie oświadczył, że też chce pojechać do Katynia, choć nie wie, czy dostanie wizę. A minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski – również publicznie – poradził prezydentowi, żeby na tę rocznicę nie jechał, bo się może narazić na despekt.

Wszyscy trzej zachowali się inaczej, niż powinni. I zaczął się tradycyjny spór rządowo-prezydencki, który jak zawsze cieszy tych, którym nie jest na rękę sprawna, zgodna i silna władza w Warszawie.

Obchody 70. rocznicy kaźni katyńskiej są niezwykle ważnym dla wszystkich Polaków wydarzeniem. Naturalne jest, że chcą tam być najważniejsi polscy politycy. Ma pełne prawo być w Katyniu i premier, i prezydent. Co więcej – powinni tam być. To miejsce symboliczne i chwila symboliczna dla państwa. Najważniejsi reprezentanci narodu swoją obecnością w takich miejscach w takim czasie zaświadczają, że pamiętamy o dramatycznych dla Polaków historycznych wydarzeniach.

Czy tę sprawę można było załatwić inaczej? Oczywiście. Po zaproszeniu od premiera Putina premier Tusk powinien był się skontaktować z prezydentem Kaczyńskim, uzgodnić, jakiej odpowiedzi udzielić, czy jadą obaj, czy tylko jeden z nich. Trudno sobie wyobrazić, by premier Rosji takiej odpowiedzi nie zaakceptował. Nie byłoby nieporozumień, nie byłoby komentarzy, że Rosjanom znów udało się nas podzielić i że polscy politycy i tę tragiczną rocznicę wykorzystują do wzajemnych uszczypliwości i pokazywania sobie nawzajem, kto jest ważniejszy.

Ale nie wszystko jeszcze stracone. Polski premier z prezydentem wciąż mogą się porozumieć bez pośrednictwa mediów. Ustalić wspólne stanowisko i spokojnie przekazać je stronie rosyjskiej. Na cmentarzu w Katyniu raczej nie będzie limitu krzeseł dla politycznych przywódców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop