Posts Tagged „Gazeta Wyborcza”<

„Gazeta” bardzo chce już „przerwać ten ugrzeczniony spektakl”

2 sie 2011

Autorski przegląd prasy

Grzegorz Sroczyński w „Gazecie Wyborczej” broni wpisu Radosława Sikorskiego na Twitterze, w którym reklamował stronę atakującą przywódców Powstania Warszawskiego.

„Dyskusja o sensowności Powstania toczy się od 1944 r.”  – pisze Sroczyński. „Bywała ostra i ożywcza. Wpis Sikorskiego jest niewinny w porównaniu z tym, co o Powstaniu pisali Anders czy Kisielewski. Nawet w Peerelu udawało się – mimo cenzury – poważnie o Powstaniu rozmawiać.

Tymczasem w wolnej Polsce od kilku lat tej dyskusji prawie nie ma. Powstanie pozostaje kapliczką. Zbudowaliśmy muzeum, pędzimy do niego szkolne wycieczki. I nie potrafimy o Powstaniu uczciwie dyskutować. Jego krytycy słyszą moralny szantaż: nie kochacie Polski, plujecie na bohaterów. Chociaż nikt przecież nie kwestionuje poświęcenia i heroizmu powstańców.

W kolejne rocznice politycy i telewizje urządzają usypiający spektakl. Leją patos. „Przyszedł czas wojny i okupacji, a gdy wybiła godzina >>W<<, powstańcy chwycili za broń, aby wyzwolić Warszawę i Polskę. My w czasach pokoju także staramy się służyć Warszawie, by – jak chciał prezydent Starzyński – była wielka” – oto fragment tegorocznego przemówienia Hanny Gronkiewicz-Waltz.

„Aczkolwiek umilkły strzały, umilkł ogień walki w Warszawie, to walka od razu się rozpoczęła, dramatyczna walka o własny honor, honor Polski i Warszawy, o narodową pamięć o Powstaniu” – to prezydent Komorowski.

Zginęło 180 tysięcy ludzi. Do walki szły 14-letnie dzieci. Z powierzchni ziemi zniknęło miasto. To tragiczne wydarzenie nie zasługuje na sztampę. Zasługuje na zażarte spory. Sikorski nam o tym przypomniał, przerwał ugrzeczniony spektakl”.

Widziałem wczoraj ten „ugrzeczniony spektakl”. O godzinie 17 na placu Konstytucji, w miejscu przypadkowym. Tłum ludzi wyszedł na ulicę tylko po to, by przez minutę stanąć. Zatrzymały się wszystkie samochody. Wszyscy zamarli, kierowcy naciskali klaksony.

Wieczorem na Placu Piłsudskiego kilka tysięcy ludzi przyszło, by śpiewać powstańcze pieśni. Muzeum Powstania Warszawskiego jest jednym z najpopularniejszych miejsc turystycznych w Polsce. Wywołuje emocje, dyskusje. Na domach 1 sierpnia wisi coraz więcej flag. Legenda Powstania łączy już nie tylko mieszkańców Warszawy. To boli tak bardzo?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cafe „Gazeta”, czyli wszystkie zbrodnie Marka Pasionka

13 cze 2011

„Wyborcza” podkreśla, że prokurator Pasionek wydzwaniał do biura PiS wieczorami. Ach, ta pora. Wieczorami. To znaczy, że zdradzał państwo polskie. Wieczorami nikt uczciwy nie dzwoni. A zwłaszcza prokurator.  Porządny prokurator kończy pracę o 16 – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Z czołówki wczorajszej „Gazety Wyborczej” z tekstu „Cafe pod agentem” dowiedzieliśmy się, że polski prokurator podczas tajemnych spotkań zdradzał agentom USA kulisy śledztwa smoleńskiego. Mało tego. Rozmawiał też z dziennikarzami „Rzeczpospolitej” i „Naszego Dziennika”, a nawet – uwaga! – z posłanką Beatą Kempą.

Marcin Kącki, doświadczony dziennikarz śledczy, opisuje, jak to przeciwko prokuratorowi Markowi Pasionkowi wszczęto postępowanie dyscyplinarne. „Poszło, jak się dowiadujemy, o kontakty z dziennikarzami „Rzeczpospolitej” i „Naszego Dziennika”, agentami USA i byłymi szefami ABW” – czytamy. „Z analizy billingów telefonu Pasionka wynika, że od maja do listopada 2010 r. co najmniej kilkadziesiąt razy kontaktował się dziennikarzami „Naszego Dziennika” i „Rzeczpospolitej”. A po rozmowach z Pasionkiem obie gazety publikowały informacje o przebiegu śledztwa smoleńskiego”.

Rozumiem, że „Gazeta” przyjmuje, iż prokurator nie powinien kontaktować się z dziennikarzami i że tego typu przecieki szkodzą państwu. Taki pogląd jest dopuszczalny. Rozumiem więc, że kiedy dziennikarz „GW” dowiedział się o istnieniu takiego przecieku, natychmiast go ujawnił. I podał, kto jest jego źródłem. Mam w tej sprawie inny pogląd – ale rozumiem postępowanie dziennikarza i jego redakcji. Ujawnia nieprawość w imię publicznego dobra.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jakie poglądy mieć musi szef IPN

10 cze 2011

Gdyby Kamiński potępił książkę Gontarczyka i Cenckiewicza, byłby historykiem w politykę nieuwikłanym. A gdyby jeszcze oświadczył, że książki nie przeczytał, bo się jej brzydzi, wtedy byłby historykiem wybitnym – ironizuje publicysta „Rzeczpospolitej”

To będzie historia o osobliwej sile mediów. Zaczęło się niewinnie. Po raz pierwszy od dawna, dziwnym trafem, główne siły polityczne porozumiały się w jednej sprawie – wyboru nowego szefa IPN. Ale bardzo szybko się okazało, że nie tak miało być. Kandydat jest co prawda „niepartyjny”, ale jego niepartyjność nie jest słuszna. Dlaczego? Nie jest „nasza”.

Kandydat może być niepartyjny, ale musi to być „nasz niepartyjny”.

Szybko znalazł się więc poważny zarzut – wrocławski historyk Łukasz Kamiński, którego Rada IPN wskazała jako kandydata na szefa instytutu, zabrał w pewnym radiu głos w sprawie książki Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza o Lechu Wałęsie. Stwierdził mianowicie, że książka ta, gdyby przeszła normalne procedury IPN, mogłaby zostać przez instytut wydana. A ponieważ nie potępił przy tym książki w dość stanowczy sposób, spotkała go zasłużona krytyka. Brak potępienia Cenckiewicza i Gontarczyka okazał się kryterium decydującym o jego kwalifikacjach.

Jasne, sytuacja jest poważna i wymaga stanowczych deklaracji. Jeśli ktoś chce być szefem IPN, nie może robić uników. Poglądy kandydata muszą być klarowne i – co najważniejsze – właściwe. Do boju ruszyła zatem jak zawsze nieoceniona w takich wypadkach „Gazeta Wyborcza”.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dwa plemiona

22 kwi 2011

W odpowiedzi na teorie spiskowe pojawia się totalne lekceważenie, kpiny, okrzyki „spieprzaj, dziadu” do zmarłego prezydenta i „jeszcze jeden” pod adresem jego żyjącego brata – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Z dnia na dzień coraz bardziej przestajemy być wspólnotą. Rok po smoleńskiej katastrofie podziały idą coraz głębiej. To już nie tylko ostry konflikt polityczny, ale bardzo mocno pogłębiający się konflikt społeczny czy nawet kulturowy. Emocje nie tylko w Sejmie są ogromne. Oskarżenia o zdradę i zaprzaństwo z jednej, o szaleństwo i sianie nienawiści, lżenie, wykluczanie z polskości z drugiej strony. Lista epitetów i oskarżeń, jakie padły z obu stron, robi się coraz dłuższa.

Niesamowite jest, w jak błyskawicznym tempie rośnie to napięcie, jak gwałtownie zrywają się łączące nas nitki. W wielu domach dochodzi do awantur podczas dyskusji o polityce, znajomi przestają ze sobą rozmawiać. Jedni malują transparenty stawiające Tuska i Komorowskiego obok Stalina, inni manifestacyjnie odmawiają wieszania flag w rocznicę katastrofy, w której zginęli przedstawiciele polskiej elity z prezydentem na czele.

Smutny był widok mojego osiedla, warszawskich ulic, na których 10 kwietnia 2011 r. z trudem odnajdywałem wiszące flagi. Było ich bardzo, bardzo mało. Na Krakowskim Przedmieściu było ich dużo, a ludzi przyszło na pewno więcej, niż opisywały to mainstreamowi media. Choć na pewno mniej niż rok temu. I nie ukrywajmy – nie było tam atmosfery refleksji i zadumy nad stratą, którą ponieśliśmy. Był gniew. Była manifestacja polityczna.

Czy obecni 10 kwietnia 2011 r. na Krakowskim Przedmieściu ludzie nie mieli prawa wyrażać gniewu? Oczywiście, że mieli. Co więcej – ten gniew łatwo jest zrozumieć. Trudno było powstrzymać emocje, oglądając filmik, na którym warszawskie służby porządkowe gasiły znicze przed pałacem. Trudno powstrzymać gniew, kiedy Rada Miasta, które jest stolicą Polski, nie zgadza się na jakiekolwiek uczczenie ofiar katastrofy.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd, który nie zachwyca

14 mar 2011

„Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?” – krzyknął uczeń Gałkiewicz, kiedy profesor Bladaczka kazał mu się entuzjazmować poezją Słowackiego. W sobotniej „Gazecie Wyborczej” Donald Tusk każe mi się zachwycać „głębokimi reformami” rządu. Wiem, że bluźnię, porównując dzieła rządu do dzieł Słowackiego, ale czuję, że premier stoi nade mną jak Gombrowiczowski profesor Bladaczka i mówi, że jednak powinienem się zachwycać. A ja mogę odpowiedzieć tylko jak Gałkiewicz: „Słowo honoru, nikogo nie zachwyca!”.

Panie premierze, dzieła pańskiego rządu nie zachwycają nawet najbardziej zagorzałych pańskich zwolenników. Ci, którzy pana po ludzku lubią, albo śmiertelnie nie cierpią pańskiego przeciwnika przekonują, żeby trwać przy pana rządzie z zatkanymi nosami. Ten argument jest przynajmniej zrozumiały i racjonalny, jeśli ktoś uznaje inne rozwiązanie niż rząd PO – PSL za śmiertelne zagrożenie. Lepszy swój, nam przyjazny i niezagrażający niż ten, który nasze interesy może naruszyć.

W Polsce są ludzie, którzy się boją Jarosława Kaczyńskiego, bo naruszył ich interesy, są tacy, którzy nie znoszą go z powodów estetycznych, a są i tacy, którzy nie akceptują jego polityki. I uznają, że rząd Donalda Tuska to „mniejsze zło”. Ale nikt z nich nie próbuje mnie jednak przekonać, że to, co zrobił Tusk przez ponad trzy lata, ma zachwycać.

Przeczytałem pański długi artykuł. I słowo honoru, dalej nie zachwyca. Po ponad trzech latach działania, mając do dyspozycji kilkunastu ministrów, potężny aparat państwa, armie urzędników, ogromne środki unijne, każdy z pomocą pijarowców mógłby napisać trzystronicowy artykuł, w którym wymieniłby to, co zrobił. Ale czy zmieniło to jakoś nasz kraj? Czy przybliżyło nas – choć trochę, jak pan twierdzi – do wymarzonej europejskiej normalności?

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wały i poldery, głupcze!

1 lut 2011

„Zamiast wydawać ponad 100 mln złotych na likwidację skutków powodzi w gminie Wilków, można naprawić tam 2 km wałów. To kosztuje 10 mln złotych” – pisze w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” wójt gminy Wilków Grzegorz Teresiński. Polecam ten tekst. To bardzo ważny głos człowieka, który z racji miejsca, doświadczenia i pełnionej funkcji jest pewnie jednym z bardziej kompetentnych ludzi w Polsce. Przypomnę, że to Wilków to gmina bardzo mocno doświadczona powodzią.

Wójt pisze, że niewątpliwym sukcesem był fakt, iż podczas ubiegłorocznej powodzi nie doszło do tragicznej śmierci dziesiątków ofiar. Pyta jednak, czy musiało dojść do zrujnowania tak ogromnego majątku i czy możliwe jest wyciągnięcie wniosków z tego co się stało. Czy jest możliwe „doprowadzenie do sytuacji, w której trzy dni deszcze na Podkarpaciu nie będą spędzać snu z powiek tysiącom ludzi w kraju? Czy ktoś poza mieszkańcami dotkniętymi powodzią pamięta o wydarzeniach roku 1997, 1999 i 2001? (..) Gdzie są wyciągnięte wnioski?

Teresiński pisze o ogromnej pomocy i mobilizacji tysięcy ludzi ale pyta „gdzie w tym mechanizmie jest państwo?

„Dlaczego państwo, wydając ponad 100 mln zł na likwidacje skutków powodzi w jednej gminie, nie zabezpiecza naprawy niespełna 2 mln wałów wiślanych w gminie Wilków? A przecież remont tych wałów to koszt 10 mln zł.

Niestety logika życia publicznego jest taka, iż powódź interesuje polityków w tedy kiedy się dzieje. Wtedy, gdy trzeba pojechać na przelewając się wały i pokazać milionom widzów telewizji w dramatycznych okolicznościach. Budowa wałów, polderów, planowanie przedsięwzięć jest znacznie mniej ekscytujące i nie daje tak szybkiej popularności.

Piszmy o tym teraz, bo za 9 miesięcy wybory. Pytajmy o to polityków, wymuszajmy na nich działania po to, by jeśli nie w tym roku, to za trzy lata straty były mniejsze. Tylko, czy ktokolwiek – poza mieszkańcami, wójtami i burmistrzami zalewanych wsi i miasteczek chce o tym myśleć?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

„Wyborcza”, układ i ohydne gęby

31 sty 2011

„Gazeta Wyborcza” o rządach Viktora Orbana pisze wyłącznie agresywnie. Nie sili się nawet na próbę zrozumienia jego polityki czy przedstawienia czytelnikom racji obecnego węgierskiego rządu.

Każdy, kto nie widzi w Orbanie faszysty, musi zostać wyśmiany.

Ostatnio opublikowałem kilka dużych tekstów na temat Węgier. Były one wynikiem dłuższego pobytu w Budapeszcie, rozmów z kilkudziesięcioma ekspertami, politykami, dziennikarzami, zwykłymi Węgrami. Starałem się zrozumieć, co tam się dzieje, pokazać rozmaite racje. Będąc umiarkowanym sympatykiem polityki Orbana, sam wskazywałem także na błędy popełniane przez niego. Niemniej broniłem go przed atakami.

„Wyborcza” szybko zareagowała. I dobrze. Ale co zrozumieli z moich tekstów koledzy z Czerskiej? Witold Gadomski wyłapał tylko to, że „Janke odkrywa układ”, układ już „nie krajowy, ale europejski”. Starałem się bowiem w swoich analizach pokazać m.in., jakie mechanizmy powodują, że Węgry mają dziś tak złą prasę. Z dwukolumnowej analizy Gadomski wyczytał tyle.

Adam Leszczyński starał się wytłumaczyć czytelnikom, dlaczego bronię Orbana: „Fala ciepłych uczuć wygrywa z jasnością myśli. Orbanowi, w odróżnieniu od Kaczyńskiego, udało się pogonić lewicowo-liberalną hołotę. To nasz człowiek: twardy, zdecydowany, zamyka lewakom paskudne gęby. Zwycięstwo” – czyta w moich myślach komentator „Wyborczej”. Jednak cienia takich myśli nie może odnaleźć w żadnym z moich tekstów. Ani nie używam takich określeń, ani powód, dla którego bronię Orbana, nie jest taki. Wystarczy przeczytać te artykuły, by to wiedzieć. No, ale trzeba je przeczytać. I zrozumieć.

Publicyści „Gazety” widzą świat swoimi kategoriami. Gadomski wyczytał u mnie tropienie czy „wykrywanie układu”, Leszczyński – radość z „pogonienia hołoty” i tego, że ktoś zamyka przeciwnikom „paskudne gęby”. Każdy czyta, rozumie i pisze, jak umie. Wedle swojego postrzegania świata. Używając swojego języka. I na miarę swojego intelektu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czytam Czuchnowskiego i czuję bezsilność

21 gru 2010
Autorski przegląd prasy

„Spierajmy się o przyczyny tej katastrofy. Szukajmy winnych. Ale zostawmy w spokoju ciała tych, których połączyła ta śmierć. Obojętnie, gdzie spoczywają” – pisze Wojciech Czuchnowski w „Gazecie Wyborczej”.

Dziennikarz przypomina, co stało się pod Smoleńskiem. „Niewyobrażalne kłębowisko błota, części samolotu, gałęzi drzew i kawałków ludzkich ciał wyciąganych przez ekipy ratunkowe. Nikt nie powinien tego oglądać. Ci, co widzieli, nigdy nie zapomną.  Słucham ostatnich wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i jego pełnomocnika o tym, czy na Wawelu naprawdę spoczywa ciało Lecha Kaczyńskiego, a jeśli nawet tak, to czy może w trumnie jest jakaś część (noga?), która do prezydenta nie należy. Słucham zapowiedzi ekshumacji tych i innych zwłok, wygłaszanych przez pogrążone w bólu rodziny, którym ktoś musi chyba podsuwać tą straszną myśl o zamienionych ciałach i pomylonych szczątkach. Słucham i czuję bezsilność. Spierajmy się o przyczyny tej katastrofy. Szukajmy winnych. Ale zostawmy w spokoju ciała tych, których połączyła ta śmierć” – pisze Czuchnowski.

A ja czytam to, co pisze Czuchnowski  i czuję bezsilność. Bo ten sam dziennikarz kilka dni temu opublikował na drugiej stronie „Gazety Wyborczej” tekst, który mną wstrząsnął. Wtedy powstrzymałem się, by o tym pisać. Tekst ten opisywał w szczegółach, jak wyglądało ciało Lecha Kaczyńskiego. Gdzie leżała jaka część zwłok prezydenta. Wtedy nie mogłem w to uwierzyć, że „Gazeta” to publikuje. Nie mogłem uwierzyć w to, że Czuchnowski i jego redaktorzy nie pomyśleli ani przez moment, co – czytając  to – będą czuli najbliżsi Lecha Kaczyńskiego. Co będą czuły rodzinny innych ofiar czytając te drobiazgowe opisy. Moim zdaniem było to przekroczenie wszelkich zasad etycznych.

Chciałem napisać o tym od razu, ale wtedy się powstrzymałem. Pomyślałem, że także ze względu na rodziny ofiar, lepiej to przemilczeć i już. Ale teraz czytam, to co napisał Czuchnowski dzisiaj. I czuję bezsilność.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cierpienia Blumsztajna pod czerwoną flagą

19 lis 2010

Seweryn Blumsztajn tłumaczył w piątkowej „Wyborczej”, jak walczył z faszystami i robił wszystko, by nie było oenerowskich zadym na ulicach. Zadym pewnie by nie było, gdyby „Gazeta” na swoich pierwszych stronach nie wzywała do nich, oferując nawet stosowny sprzęt. Jeśli więc jakiś faszysta w Polsce się uchował, to dzięki promocyjnej akcji koncernu Agora przerwał swój sen i pobiegł na manifestację 11 listopada. Bojowy redaktor skutecznie zmobilizował kilka tysięcy osób, które pewnie w życiu by na tę manifestację nie przyszły, ale jak poczuły się wyzwane od faszystów, no to przyszły.

Niestety, „faszyści” nie byli tak agresywni, jak być mieli. Nie wykrzykiwali też niebezpiecznych haseł – no, może poza kilkoma też nieprzyjemnymi, bo patriotycznymi. Stary dziennikarski wyga Blumsztajn coś jednak zauważył: „Marsz ONR był tak zorganizowany, by kamery widziały zdyscyplinowane szeregi ze sztandarami” (ech, te okropne kamery, przecież miały być po naszej stronie…), ale „poza główną kohortą operowały kilkunasto- czy nawet kilkudziesięcioosobowe grupy, które atakowały uczestników kontrmanifestacji”. Oczywiście, gdyby ktoś miał wątpliwości, byli to „skini, kibole, oenerowcy”. Naprzeciw nich, co prawda zamaskowani, ale na pewno sympatyczni, do boju na kamienie ruszyli „chłopcy” z lewackiej Antify. Czytelnik nawet nie musi się sam zastanawiać, kto jest dobry, a kto zły.

W tekście Seweryna Blumsztajna czuć żal do „faszystów”, że byli grzeczni i spokojni. Że za dużo było patriotyzmu, a zabrakło – tak wyczekiwanego – antysemityzmu. Może za rok będzie lepiej?

Bo „Gazeta” już zapowiada marsz w 2011 r. Z biało-czerwonymi i czerwonymi flagami. Za rok też „będziemy gwizdać przeciwko spadkobiercom polskich faszystów. Bo gwizdki nie są drogie. W hurcie jeden kosztuje tylko 50 groszy”.

Biedny Blumsztajn. Z jednej strony musi się tłumaczyć statecznym centrystom z dawnej Unii Demokratycznej, dlaczego jest tak radykalny. Z drugiej – wyjaśniać lewakom jeszcze większym niż on, dlaczego nie wzywał do rzucania butelkami. Taki smutny los ponownie obudzonego rewolucjonisty, któremu się wydaje, że to Paryż 1968, a nie Warszawa 2010.

Zabawne, że firmują to „Gazeta” i giełdowy, całkiem kapitalistyczny koncern Agora. Z dziennika wspierającego niegdyś liberalną Unię Wolności i wszystko, co robił Leszek Balcerowicz, „GW” stała się organem wspierającym lewackie akcje Seweryna Blumsztajna.


Do uczestników dyskusji:

Informujemy, że w związku z obowiązującą ciszą wyborczą w dniach 20 – 21 listopada, komentarze o charakterze agitującym i dotyczącym kandydatów w wyborach samorządowych będą opublikowane dopiero po zamknięciu punktów wyborczych.

Publikacja komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny zgodnie z ustawą z dnia 16. lipca 1998 r. „Ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw” (Dz. U. z 2010 r. Nr 176, poz. 1190).

Dziękujemy za współtworzenie serwisu www.rp.pl

moderatorzy@rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skandal z Marcinem Wolskim

27 lip 2010

Czekałem. Czekałem. Przedwczoraj pojawiał się informacja, że Marcin Wolski ma mieć nową audycję w „Trójce”. Przejrzałem wczoraj nerwowo „Wyborczą” – a tam nic. Agnieszka Kublik na urlopie? Lenistwo upalne? Takiego skandalu nie dostrzec? Wolski? To beztalencie, na którego radiowej satyrze wychowały się co prawda miliony słuchaczy, ale dramatyczne skutki tego widać dzisiaj? Przecież Wolski nawet nie zadeklarował chęci zapisania się do Komitetu Poparcia Bronisława Komorowskiego, ani nie napisał listu w obronie Janusza Palikota?! Co więcej, on chyba ma inne poglądy niż Kora i mógł głosować na… Aż boje się wyminie tego nazwiska… To przecież kolejny przykład zawłaszczania przez PiS wszystkiego, co można zawłaszczyć. A „Gazeta” milczy?

Ale na szczęście to było tylko jednodniowe opóźnienie. Dziś już jest. Uff… Znana nam tropicielka wszystkiego, co prawe jest na miejscu.  Pewnie przerwała urlop.

Dziś możemy dowiedzieć się całej prawdy. Tej strasznej prawdy, że „Wolski to satyryk sympatyzujący z PiS”. Dziękujemy Pani Agnieszko. Na Panią zawsze można liczyć.

Bo o tym trzeba mówić i przypominać. Satyryk sympatyzujący z PiS śmie mówić coś w radiu! Przecież w publicznym radiu powinni być tylko satyrycy sympatyzujący z Platformą Obywatelską! Tak stanowi nie tylko dobry obyczaj i tradycja ale i europejskie standardy. Proszę więc „Gazetę”, aby przy okazji czym prędzej zrobiła pełną listę innych satyryków i dziennikarzy, którzy nie sympatyzują z PiS i tych którzy sympatyzują z Platformą, by władza, która za chwilę wkroczy do mediów publicznych wiedziała co z kim zrobić. Pomóżmy zatroskanej przywódcom, którzy muszą w końcu zrobić porządek z mediami.

Ale niestety, problem z sympatiami Wolskiego, to problem niejedyny.

„Wyborcza” wytropiła, że Wolski chce zrobić program satyryczny na temat, na który ktoś robił kiedyś program niesatyryczny. „Tematem audycji Wolskiego są alternatywne rozwiązania historycznych wydarzeń. Pierwszy odcinek poświęcony był bitwie pod Grunwaldem i rozważaniom o ewentualnym zwycięstwie Krzyżaków. Program będzie emitowany raz w miesiącu w niedzielne wieczory.

Problem w tym, że audycja Wolskiego to żadna nowość. Kilka lat temu cykl audycji historycznych pod identycznym tytułem „Co by było, gdyby” prowadził w „Trójce” Arkadiusz Ekiert z historykami dr. Markiem Urbańskim i nieżyjącym dziś prof. Pawłem Wieczorkiewiczem. W 2004 r. wydali książkę z tymi alternatywnymi historiami.” – czytamy.

Groza. Prawdziwa groza. To tak jakby chciał Wolski satyrycznie komentować wydarzenia polityczne, a przecież już były audycje, w których komentowano na poważnie audycje polityczne. Normalny złodziej. Ale co się dziwić, on sympatyzuje z PiS.

Pani Agnieszko, dziękuję. Dziękuję, ze pokazała to Pani. Musimy pomagać władzy, to jest właściwa obywatelska postawa. Trzeba wskazywać i piętnować. Dziwię się tylko, ze pani Kora jeszcze milczy, ale rozumiem, ze to kwestia czasu. Czas list pisać i zbierać podpisy. Rząd czeka i na pewno takie słuszne inicjatywy zauważy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop