Posts Tagged „Bronisław Komorowski”<

Ho, ho, ho! KomorowskiPL

5 lut 2011

Bronisław Komorowski w czasie kampanii wyborczej założył konto na Twitterze. Ostatni wpis jest z 5 lipca, czyli tuż po wyborach: „Obiecuję być prezydentem wszystkich Polaków”.

I zamilkł. Ale przyroda nie znosi próżni. Powstało konto KomorowskiPL. Już podczas kampanii wyborczej prezydent był przedmiotem kpin i bohaterem mniej lub bardziej mądrych dowcipów. To zjawisko narasta lawinowo. Trzeba przyznać jednak, że prezydent nie utrudnia zadania internautom. Oto garść niedawnych wpisów:

„16 listopada: A wiecie, że w moim komputerze można w domino pograć? Ho, ho, ho!

16 listopada: Dzwoni roztrzęsiony Premier. Każe mi zgolić wąsy, żeby przykryć w mediach partię Kluzikowej. Udaję, że przerywa mi połączenie. Halo? Halo!

16 listopada: Partyjka domina najważniejsza! Kwadransik dla siebie, minister obrony nie zając, nie ucieknie! Zresztą on uwielbia własne towarzystwo, poczeka.

18 listopada: Ćwiczę jutrzejsze orędzie – „Kochany Donaldzie…”.

18 listopada: Mamy z Grześkiem chytry plan. Przyjdzie Donald, zapali cygaro, ja wezwę policję, aresztują go za złam ust. antynik. i Grzegorz zostaje premierem!

18 listopada: Czy któraś ze stacji poda exit polls z wyborów na wójta Budy Ruskiej czy mam wezwać generała (!) Bondaryka, żeby mi sami zrobili próbę?

18 listopada: Jutro piloci z 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego organizują mi specjalny pokaz lotów na drzwiach od stodoły! To potwarz, że oszczędzamy na armii!

19 listopada: Już na szczycie NATO. Angela Merkel puściła mi oczko, przestawiła flagi i usiadła koło mnie. Na następny szczyt wysyłam Premiera!

19 listopada: Ufff, no dobrze powiedziałem? Głosujcie na kobiety i młodych. Do licha! Donald powie, że poparłem Kluzik i Poncyljusza!

19 listopada: Już po konferencji. Pytali mnie o cyberterroryzm. To te tłyttery, no nie?

21 listopada: Zwróciłem się do małżonki na piśmie o bezwzględne zachowanie ciszy wyborczej. Dzięki temu mam święty spokój i mogę trzaskać 1000 panoramicznych.

22 listopada: Hola, hola, jakie znowu wybory 107 prezydentów?

28 listopada: Był u mnie Grzegorz i zaproponował, że skoro pada śnieg, to może ulepimy bałwana. Zaoponowałem, bo Donald znów pewnie wziąłby to do siebie.

29 listopada: Ha! I u nas możliwe wycieki. Małżonka wraz z generałem Koziejem sprawdzają, czy weki dobrze zakręcone.

29 listopada: Informuję, że już 13 grudnia moje konto tłytterowe będzie gościnnie obsługiwał Prezydent Jaruzelski. Zapraszam do dyskusji z ekspertem.

11 grudnia: Obama pokazał mi blekbary, powiedziałem mu, że blekbary to nasze kobiety zbierają w lesie, jak mężczyźni idą polować.

23 grudnia: W taki dzień jak dziś kieruję podziękowania wydawnictwu, które opublikowało książkę pana Mistewicza. Świetna podpałka do kominka.

28 stycznia: Pozdrawiam Państwa hen, hen z Davos, za chwile specjalnie tutaj skomentuję sytuację w Egipcie.

28 stycznia: Niepokoi mnie napięta sytuacja w dalekim, ale wielu z rodaków bliskim Egipcie. Bardzo liczę na opamiętanie stron. Niepokoję się o nos Sfinksa.

28 stycznia: Z małżonką wielokrotnie bywaliśmy w Sfinksie na kolacjach, ostatnio nie dalej niż wczoraj. Gromadźmy się Rodacy pod Sfinksami na znak solidarności.

28 stycznia: Prezydent Mubarak na linii. Dziękuje za słowa otuchy. Zapewnia, że egipskie państwo działa sprawnie i zdaje egzamin.

28 stycznia: Davos. Straszne tu nudy bez Sławka”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krzyżowe rozgrywki

15 wrz 2010

Mój redakcyjny kolega Bronisław Wildstein opisał wydarzenia związane z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu jako bardzo starannie zaplanowaną i misternie przeprowadzoną akcję wpychania polityków Prawa i Sprawiedliwości w radiomaryjne getto. W jego analizie dostrzegam wiele elementów prawdziwych. Niemniej obraz przedstawiony przez Wildsteina jest jednostronny. Postaram się go uzupełnić.

Po pierwsze mój redakcyjny kolega zdecydowanie przecenia zdolności Bronisława Komorowskiego i polityczną sprawność Platformy Obywatelskiej. Na podstawie jego tekstu można by dojść do wniosku, że Jarosław Kaczyński za pomocą bardzo dobrej kampanii przed wyborami prezydenckimi zapędził platformersów w kozi róg, a w odpowiedzi uruchomili oni „krzyżową” machinę, by przypomnieć, że PiS to jednak obciach.

Rzecz jasna ani Wildstein, ani ja nie mamy pewności, że to, co powiedział o krzyżu prezydent elekt w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, było tylko chlapnięciem, a nie wyrafinowanym zagraniem obliczonym na wpuszczenie PiS w kanał. Warto jednak zauważyć, że po katastrofie smoleńskiej w działaniach i wypowiedziach Bronisława Komorowskiego wyrafinowania było niewiele. Myślę więc, że jego wypowiedź dla „GW” to – podobnie jak późniejsze zawieszenie w przedziwnych okolicznościach tablicy na Pałacu Prezydenckim – była raczej efektem braku koncepcji i chaosu. Mam raczej wrażenie – choć wiem, że to tylko psychologizowanie – iż obecny prezydent po prostu nie umie sobie poradzić z rodzącym się mitem poprzednika i kompletnie zaskoczony biegiem zdarzeń, wykonuje kolejne niezręczne gesty.

Nie zgadzam się z oceną Wildsteina, że Platforma Obywatelska wygrywała wybory jedynie dzięki brutalnym atakom na PiS. Owszem, masakrowanie i Lecha, i Jarosława Kaczyńskich było i jest ulubionym zajęciem wielu polityków Platformy Obywatelskiej, ale trzeba też zauważyć – i przyznaje to wielu obserwatorów – że partia Donalda Tuska znakomicie odczytała nastroje społeczne w 2007 roku i obiecała ludziom to, o czym wtedy marzyli, czyli lepsze życie. Choć od początku jasne było, że obietnice są nie do zrealizowania, ludzie w nie uwierzyli. Uwierzyli, że cud jest możliwy, jeśli tylko chwycimy się mocno za ręce i bardzo będziemy czegoś chcieli. To był pomysł Platformy na przejęcie rządu dusz wyborców.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nadchodzi czas pustej polityki

1 wrz 2010

Wystąpienia na rocznicowym zjeździe „Solidarności” wywołały sporo emocji. I dobrze, bo przynajmniej na moment może pojawi się jakaś dyskusja o dziedzictwie Sierpnia ‘80. W jednej sali spotkali się ludzie związani z „Solidarnością” i dawną opozycją. Pojawili się związkowcy, wielu z tych, którzy strajkowali 30 lat temu. Byli też najważniejsi ludzie władzy wywodzący się z dawnej opozycji – Donald Tusk i Bronisław Komorowski.

Był szef największej partii opozycyjnej Jarosław Kaczyński – także wywodzący się z opozycji. Był szef Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, człowiek, który prowadził pierwszy zjazd „Solidarności” w 1981 roku w Hali Oliwii. Był Tadeusz Mazowiecki, jeden z kluczowych doradców w czasie strajku. Można by powiedzieć: rodzinne święto. Atmosfera przypominała jednak bardziej wojnę. Słowo zdrada nie padło, ale wisiało w powietrzu.

Wszystkie zdania, które padły, były dopuszczalne. Także emocjonalne wystąpienie Henryki Krzywonos. Zresztą spór o to, w jakim kierunku poszła Polska, po tylu latach od powstania „Solidarności” byłby naturalny. Ale podczas uroczystości nie było sporu o wizję Polski. Była kłótnia to, kto kogo obraża, kto nienawidzi, kto kogo podjudza.

Ta mała awantura pokazała, w jakiej sytuacji jest dziś Polska. Z jednej strony mamy propozycję polityki gładkiej, przyjemnej, ale pustej i plastikowej. Bez wielkich dylematów, wyborów, problemów. Byle ciepła woda płynęła w kranach. Tyle że nawet ta ciepła woda nie płynie, płynie co najwyżej letnia. Bo żeby płynęła ciepła, potrzeba trochę wysiłku, a społeczeństwo nie chce wysiłku. Ważne jest to, co jest tu i teraz – mówi szef rządu i rządzącej partii.

Ludzie chcą, aby rząd ich obsługiwał. A obsłużyć trzeba tak, by klient nie narzekał. Więc nie można się klientowi naprzykrzać i gadać o tym, żeby pomógł w gotowaniu zupy. Lepiej mu wmówić, że jak się wygodnie rozsiądzie, to zupa sama przyjdzie.

Z drugiej strony mamy propozycję totalnej negacji i wbrew zapowiedziom żadnej woli kooperacji. Ale też nie ma jakiejkolwiek alternatywnej, realistycznej wizji. Jedynym celem jest udowodnienie, że przeciwnik – a raczej wróg – jest zdrajcą. Strategicznym celem nie jest poprawa sytuacji Polski. Strategicznym celem jest zniszczenie konkurencyjnej partii. Tyle że nawet to dzieło się nie udaje. Załoga jest wpatrzona w lidera, a lider zmęczony i kapryśny.

Reasumując: jedni nie umieją nawet wody dobrze podgrzać, drudzy – ani nic zaproponować, ani pogonić pierwszych.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skandal z Marcinem Wolskim

27 lip 2010

Czekałem. Czekałem. Przedwczoraj pojawiał się informacja, że Marcin Wolski ma mieć nową audycję w „Trójce”. Przejrzałem wczoraj nerwowo „Wyborczą” – a tam nic. Agnieszka Kublik na urlopie? Lenistwo upalne? Takiego skandalu nie dostrzec? Wolski? To beztalencie, na którego radiowej satyrze wychowały się co prawda miliony słuchaczy, ale dramatyczne skutki tego widać dzisiaj? Przecież Wolski nawet nie zadeklarował chęci zapisania się do Komitetu Poparcia Bronisława Komorowskiego, ani nie napisał listu w obronie Janusza Palikota?! Co więcej, on chyba ma inne poglądy niż Kora i mógł głosować na… Aż boje się wyminie tego nazwiska… To przecież kolejny przykład zawłaszczania przez PiS wszystkiego, co można zawłaszczyć. A „Gazeta” milczy?

Ale na szczęście to było tylko jednodniowe opóźnienie. Dziś już jest. Uff… Znana nam tropicielka wszystkiego, co prawe jest na miejscu.  Pewnie przerwała urlop.

Dziś możemy dowiedzieć się całej prawdy. Tej strasznej prawdy, że „Wolski to satyryk sympatyzujący z PiS”. Dziękujemy Pani Agnieszko. Na Panią zawsze można liczyć.

Bo o tym trzeba mówić i przypominać. Satyryk sympatyzujący z PiS śmie mówić coś w radiu! Przecież w publicznym radiu powinni być tylko satyrycy sympatyzujący z Platformą Obywatelską! Tak stanowi nie tylko dobry obyczaj i tradycja ale i europejskie standardy. Proszę więc „Gazetę”, aby przy okazji czym prędzej zrobiła pełną listę innych satyryków i dziennikarzy, którzy nie sympatyzują z PiS i tych którzy sympatyzują z Platformą, by władza, która za chwilę wkroczy do mediów publicznych wiedziała co z kim zrobić. Pomóżmy zatroskanej przywódcom, którzy muszą w końcu zrobić porządek z mediami.

Ale niestety, problem z sympatiami Wolskiego, to problem niejedyny.

„Wyborcza” wytropiła, że Wolski chce zrobić program satyryczny na temat, na który ktoś robił kiedyś program niesatyryczny. „Tematem audycji Wolskiego są alternatywne rozwiązania historycznych wydarzeń. Pierwszy odcinek poświęcony był bitwie pod Grunwaldem i rozważaniom o ewentualnym zwycięstwie Krzyżaków. Program będzie emitowany raz w miesiącu w niedzielne wieczory.

Problem w tym, że audycja Wolskiego to żadna nowość. Kilka lat temu cykl audycji historycznych pod identycznym tytułem „Co by było, gdyby” prowadził w „Trójce” Arkadiusz Ekiert z historykami dr. Markiem Urbańskim i nieżyjącym dziś prof. Pawłem Wieczorkiewiczem. W 2004 r. wydali książkę z tymi alternatywnymi historiami.” – czytamy.

Groza. Prawdziwa groza. To tak jakby chciał Wolski satyrycznie komentować wydarzenia polityczne, a przecież już były audycje, w których komentowano na poważnie audycje polityczne. Normalny złodziej. Ale co się dziwić, on sympatyzuje z PiS.

Pani Agnieszko, dziękuję. Dziękuję, ze pokazała to Pani. Musimy pomagać władzy, to jest właściwa obywatelska postawa. Trzeba wskazywać i piętnować. Dziwię się tylko, ze pani Kora jeszcze milczy, ale rozumiem, ze to kwestia czasu. Czas list pisać i zbierać podpisy. Rząd czeka i na pewno takie słuszne inicjatywy zauważy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zamiast krzyża, postawmy obelisk

21 lip 2010

Wspólnocie potrzebne są symbole. Pozwalają jej bowiem budować własną tożsamość, tworzyć wspólny system wartości. Ale spór polityczny nie powinien się toczyć wokół symboli religijnych

Tymczasem o krzyż postawiony przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim zdążyła już wybuchnąć polityczna wojna.

Rozpoczęła ją przedwczesna wypowiedź prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego w „Gazecie Wyborczej” na temat przeniesienia krzyża w inne miejsce. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości odpowiedzieli ostrymi polemikami. Obie strony nie wykazały się zbytnią delikatnością. Emocje – choć pewnie w jakiś sposób zrozumiałe po doświadczeniu tak wielkiej tragedii – nie posłużyły dobrej sprawie.

Całe szczęście, że konflikt znalazł ostatecznie pokojowe rozwiązanie. Dobrze się stało, że krzyż – znak tak ważny dla chrześcijan – nie będzie dalej przedmiotem politycznej walki czy choćby nawet sporu.

Ale jednocześnie trzeba uszanować tych, którzy dziś mogą odczuwać zawód, że znak przez nich wybrany jako pamiątka ofiar smoleńskiej tragedii zostanie schowany w budynku kościoła. Komitet Katyński, którzy zaangażował się w obronę krzyża, apeluje o budowę pomnika lub choćby położenie tablicy, która upamiętniłaby ofiary katastrofy prezydenckiego samolotu. Warto uszanować ten apel.

Pod Smoleńskiem zginęli politycy i wysocy urzędnicy państwowi w trakcie pełnienia obowiązków. W symbolicznym miejscu, lecąc w symbolicznej misji. Ich pamięci należy się szacunek. A obelisk z wyrytymi nazwiskami osób, które odeszły byłby dobrą formą upamiętnienia ich życia i postawy. Przypominałby on nam lekcję, jaką z tej tragedii powinniśmy wynieść. Przywoływałby też ważne dla naszej wspólnoty wartości.

Oczywiście musimy zdawać sobie sprawę z tego, że taki obelisk zapewne będzie budził emocje. Ale pomniki są także od tego, by się o nie spierać i by się wobec nich określać.

Pomnik może być znakiem politycznym. Krzyż nie powinien.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Moralne nadużycie Jarosława Kaczyńskiego

16 lip 2010

Jarosław Kaczyński ma pełne prawo mówić o katastrofie smoleńskiej i domagać się wyjaśnienia jej przyczyn. Naturalne jest też to, że wypowiada opinię na temat umiejscowienia krzyża postawionego dla uczczenia ofiar tragedii.

Bronisław Komorowski zachował się niezręcznie. Niepotrzebnie się spieszył z ogłoszeniem, że krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego należy przenieść. Mógł zaczekać, aż formalnie zostanie prezydentem, mógł najpierw porozmawiać z harcerzami, przedstawicielami Kościoła, a dopiero potem wypowiadać się publicznie.

Zwłaszcza że spokojna i rzeczowa dyskusja na ten temat jest potrzebna. Bo akurat ta sprawa wymaga szczególnej delikatności, także w doborze słów.

Obie strony sporu mają swoje racje. Ma je prezes PiS. Ma je Bronisław Komorowski. Mają je wreszcie ludzie, którzy szanowali zmarłego prezydenta i którym nie podoba się sposób prowadzenia smoleńskiego śledztwa, ale którzy w kwestii krzyża przed pałacem nie zgadzają się z Jarosławem Kaczyńskim. Przedstawialiśmy je już w „Rzeczpospolitej”.

Ból i rozgoryczenie Jarosława Kaczyńskiego są zrozumiałe. Jednak jego słowa z piątkowej konferencji wywołują sprzeciw. Sugerowanie, że jeśli ktoś ma na temat krzyża inne zdanie, to stoi po drugiej stronie „w różnego rodzaju sporach dotyczących polskiej historii i polskich powiązań”, a „każdy, kto twierdzi coś innego, dopuszcza się ciężkiego moralnego nadużycia”, jest po prostu oburzające. Czuję się osobiście urażony słowami prezesa PiS. A wykluczanie tych, którzy inaczej myślą o sprawie krzyża przed pałacem, jest właśnie moralnym nadużyciem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Najlepszy duet dla Polski

29 cze 2010

Wyobraźmy sobie dwie możliwe wersje rozwoju wypadków. Pierwszy – prezydentem zostaje Bronisław Komorowski. Drugi – w pałacu na Krakowskim Przedmieściu zasiada Jarosław Kaczyński. W obu przypadkach co najmniej przez rok rządem kierować będzie Donald Tusk. Jakie byłyby to prezydentury? Jak wyglądałyby ich relacje z premierem? Co z tego może wyniknąć dla państwa?

Przeczytaj tekst



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kandydaci na fali

7 cze 2010

Najpierw Smoleńsk. Teraz powódź. Niespodziewane, dramatyczne wydarzenia niewątpliwie mają wpływ na tę kampanię. Nie da się opisać i analizować przedwyborczego starcia, nie biorąc ich pod uwagę. Widzimy już, jak wpłynęła tragedia smoleńska na szanse kandydatów. Nie wiemy jeszcze, jak na sytuację wyborczą wpłynie powódź. Ale nie ulega wątpliwości, że fala powodziowa oprócz prawdziwych dramatycznych strat, które ponoszą ludzie, może mieć też poważne konsekwencje polityczne.

Gdyby nie było tragicznej śmierci prezydenta i 95 ważnych w polskim życiu publicznym osób, zapewne sytuacja polityczna Bronisława Komorowskiego byłaby łatwiejsza. Silne nastroje antypisowskie i antykaczystowskie by się utrzymywały i choć kandydat Prawa i Sprawiedliwości być może wspinałby się powoli w sondażach, to skutecznie blokowałby go silny elektorat negatywny. W wyniku wstrząsu, jaki wszyscy przeżyliśmy, nastroje społeczne mocno się zmieniły i ten elektorat zaczął się kurczyć.

Już same wyniki badań ilościowych (czyli procentowego poparcia) pokazują, że deklarowane poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego jest znacznie większe niż elektorat uważany dotąd za twardy pisowski. Ruch w stronę centrum okazał się skuteczny, choć trudno jeszcze powiedzieć jak bardzo, na ile kandydatowi PiS uda się odzyskać pole stracone podczas rządów jego partii. Widać już, że część dawnych zwolenników PO – PiS, zniechęcona stylem rządów PiS – LPR – Samoobrona powoli przestaje się dąsać na Jarosława Kaczyńskiego i odpowiada pozytywnie na jego zmianę wizerunku i języka. Co – przy okazji – jest dowodem na to, jak ogromne znaczenie ma w polityce styl komunikowania się z wyborcami.

Najwyraźniej obóz Bronisława Komorowskiego tą zmianą został całkowicie zaskoczony i nie umiał na nią odpowiedzieć. Ale mimo to kandydat Platformy ciągle trzyma się dość mocno.

Wiele wskazuje na to, że Kaczyński zyskał już wszystko, co mógł, dzięki zmianie nastrojów po katastrofie i zmianie języka swojej partii. Teraz na poparcie będą już działać inne czynniki. W tym także to, co i jak będą mówić kandydaci (oraz ich polityczne obozy) o powodzi.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bezradność Platformy

17 maj 2010

Te wybory to wojna domowa! – to zdanie wypowiedziane przez Andrzeja Wajdę podczas niedzielnej konwencji komitetu popierającego Bronisława Komorowskiego odbiło się największym echem. Z jednej strony to jedna z normalnych technik kampanijnych. Aby wylansować swojego kandydata i zmobilizować elektorat (oraz partyjnych działaczy, którzy mają organizować kampanię wyborczą), dobrze jest stworzyć atmosferę zagrożenia i pokazać, jak ważna jest ta gra, jak wysoko ustawiona jest poprzeczka.

Jednak każdy apel, każde wezwanie, każde wystąpienie w tak ważnym czasie powinno być dostosowane do nastroju i oczekiwań wyborców. Musi trafić w ich czuły punkt, by wywołać oczekiwaną reakcję. Czy nastrój wojny jest akurat tym, czego dziś oczekują wyborcy? Nie jest to wcale oczywiste.

Wszystko wskazuje na to, że polityczni stratedzy skupieni wokół Bronisława Komorowskiego uznali, iż najlepszą metodą jest metoda już sprawdzona. A w przypadku Platformy Obywatelskiej znakomicie sprawdziła się metoda ostrego atakowania Jarosława Kaczyńskiego oraz Prawa i Sprawiedliwości. Swego czasu z bycia „antypisem” Donald Tusk stworzył podstawową regułę swojej aktywności politycznej. Po 2005 roku obowiązywała zasada, że w każdej sprawie Platforma musi się różnić od PiS. Prawo i Sprawiedliwość należało krytykować zawsze i za wszystko. Szef PO wyczuł wtedy znakomicie społeczne odczucia, rosnącą niechęć wobec politycznego stylu Jarosława Kaczyńskiego i jego politycznych współpracowników.

Metoda okazała się nad wyraz skuteczna. Konsekwentne jej stosowanie doprowadziło Platformę do spektakularnego sukcesu w wyborach 2007 roku. Partia Tuska wytykała Prawu i Sprawiedliwości każde potknięcie. Przy okazji budowała nastrój zagrożenia – a znaczna część wyborców te obawy uznała za własne. Liczba błędów i niekonsekwencji popełnianych wówczas przez Jarosława Kaczyńskiego i jego partię była tak duża, że zadanie nie było bardzo trudne.

Tym bardziej że nieustannej krytyce przez Platformę towarzyszyła niechęć wobec PiS większości mediów, i to nie tylko w programach publicystycznych czy informacyjnych, ale nawet w rozrywkowych. Wykpiwanie „Kaczorów” było w dobrym tonie, można to było robić zawsze i wszędzie, a publiczność reagowała aplauzem. Jak silna była ta medialna agresja, zdaliśmy sobie sprawę dopiero w chwili wyciszenia – po katastrofie smoleńskiej.

Po zdobyciu władzy Donald Tusk ponownie doskonale wyczuł społeczne nastroje. Jego demonstrowanie „polityki miłości” mogło być zabawne, mogło być irytujące, ale znów trafiało dobrze w oczekiwania Polaków. Po okresie nieustannych konfliktów ludzie chcieli spokoju. I dostali spokój. Politycy PO i część mediów zadbali, aby rządy miłości były docenione, nieustannie przypominając, jak straszne były rządy Prawa i Sprawiedliwości.

Nawet najzagorzalsi zwolennicy PO przyznawali, że jej rządzenie państwem nie jest zbyt efektywne. Ale równocześnie partia Tuska niezwykle umiejętnie zarządzała nastrojami, więc ciągle miała bardzo wysokie poparcie. A kiedy zapotrzebowanie na „politykę miłości” się zakończyło, Donald Tusk znów wyczuł to bezbłędnie i natychmiast zmienił ton. Jarosław Kaczyński i jego partia wydawali się bezradni.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platforma przestaje wierzyć w Komorowskiego?

20 kwi 2010

Wszyscy powoli zaczynają mówić o zbliżającej się kampanii prezydenckiej. Rozbite PiS czeka na decyzję Jarosława Kaczyńskiego. Prezes partii musi czuć na sobie olbrzymia presję.

Tymczasem główny znany kandydat w wyborach prezydenckich, Bronisław Komorowski, wbrew pozorom znalazł się bardzo trudnej sytuacji. Sadząc z tego, co publikują wtorkowe gazety, w Platformie słabnie wiara w jego zwycięstwo.

Czytam w dzienniku „Polska”: „- Dziś trzeba się liczyć nawet z wariantem, w którym Jarosław Kaczyński wygrywa w pierwszej turze. Decydować będą emocje, które mogą się zmieniać z dnia na dzień – mówi jeden z ważnych polityków PO biorących udział w naradach w kancelarii premiera”.

I dalej: „Te obawy to nie tylko efekt naturalnych w tym momencie kalkulacji, że szala ciepłych emocji przechyla się w kierunku człowieka, który stracił brata, ale też obserwacji samego Komorowskiego. Już trzeciego dnia po katastrofie w PO pojawiła się lawina krytyki pod adresem marszałka Sejmu, który przejął obowiązki głowy państwa. – To będzie 60-dniowy prezydent – słychać żarty. Są zarzuty o zbyt małą empatię Komorowskiego w stosunku do opozycji, widoczną choćby w pośpiechu w wyznaczaniu daty przyspieszonych wyborów, przed pochowaniem Lecha Kaczyńskiego. – Ewidentnie kalkulował, że jeśli wybory będą w późniejszym terminie, traci, bo to początek wakacji i nasz naturalny elektorat, młodzi ludzie, może nie pójść do urn – relacjonuje jeden z polityków PO. Niezależnie, jakie motywacje faktycznie kierowały marszałkiem, niesmak pozostał. Tak jak po pośpiesznych nominacjach nowego szefa Kancelarii Prezydenta i szefa BBN. Politycy PO są też rozczarowani przemówieniami Komorowskiego w tygodniu żałoby narodowej, począwszy od mało porywającego telewizyjnego orędzia do narodu. – Coraz bardziej widać, że on jest żaden, nijaki, pozbawiony charyzmy – komentuje jeden z posłów”. Tyle „Polska”.

Sięgam po „Gazetę Wyborczą”. Tam Dominika Wielowieyska i Agata Nowakowska pytają jedną z czołowych postaci Platformy, Jarosława Gowina: „Marszałek Komorowski zdał egzamin jako głowa państwa? Czy nie był za mało empatyczny w czasie żałoby?” Gowin odpowiada: „Bardziej trafiały do naszych umysłów i serc wystąpienia Donalda Tuska. I premier zdał ten egzamin znakomicie”.

Tym samym jeden z liderów PO mówi, że ich kandydat nie spełnia oczekiwań. Bronisław Komorowski znalazł się w bardzo trudnej sytuacji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop