Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

PiS popełnia błąd

29 sie 2011

Prawo i Sprawiedliwość odmówiło udziału w przedwyborczych debatach sześciu partii. Ktoś może powiedzieć, że to sprytne zagranie. Bo bez polityków PiS debaty nie będą pełne, bo wszyscy będą mówić o PiS i czekać na to właściwe spotkanie pomiędzy Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim.

Ale to bardzo ryzykowna zagrywka. Przede wszystkim dlatego, że podważa argument o tym, iż partia Jarosława Kaczyńskiego jest gorzej traktowane przez media. Argument, który przecież jest prawdziwy.

Jak tu jednak mówić o tym, że media źle traktują PiS, kiedy samo PiS odmawia udziału w dyskusjach? Teraz każdą uwagę na temat braku równowagi w mediach przeciwnicy PiS będą łatwo mogli zbić odpowiedzią: oni sami nie chcą być w mediach obecni.

Debaty przedstawicieli głównych sił politycznych na neutralnym gruncie i równych zasadach są solą kampanii wyborczej. Najbardziej uczciwą wobec wyborców próbą przekonania ich do własnych poglądów i argumentów. Wyborcy zasługują na to, by móc wysłuchać przedstawicieli wszystkich ugrupowań. Zasługują, by móc wysłuchać argumentów, a nie tylko grepsów z telewizyjnych spotów.

Podczas kampanii wyborczej normalne jest, że partie stosują rozmaite tricki. Ale używając ich nie można przesadzić. Tym razem PiS przesadził. To prawda, że świat polskiej polityki przedstawiany jest na co dzień w mediach elektronicznych w sposób wykrzywiony, daleki od rzeczywistości. Ale PiS, odmawiając debaty na równych prawach z innymi partiami, nie spowoduje, że sytuacja się zmieni. Wręcz przeciwnie.

Polacy zasługują na więcej – mówi Jarosław Kaczyński. Tak, zasługują między innymi na lepsze, bardziej zrównoważone media. Ale zasługują również na normalne przedwyborcze debaty z udziałem polityków wszystkich czołowych ugrupowań.

A skoro — niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie — polską politykę zdominowały dwa ugrupowania, to Polacy zasługują także na wysłuchanie poważnej debaty liderów dwóch głównych partii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czarne chmury wiszą też nad Polską

16 sie 2011

Autorski przegląd prasy

W „Gazecie Wyborczej” Witold Gadomski pisze o czarnych chmurach nad gospodarką i o tym, jak kryzys działa na polityków w różnych krajów. Zauważa, że na niektórych podziałał jak kubeł zimnej wody. „Wiele rządów europejskich zapowiedziało reformy budżetowe i przeprowadza je, nie zważając na protesty” – pisze. „Do reform wezwał nawet prezydent Włoch, kraju, w którym przez lata nikt się nie przejmował stanem budżetu. Prezydent Giorgio Napolitano zaapelował też do opozycji, by współpracowała w tej dziedzinie z rządem. Rząd Silvio Berlusconiego nie czekał długo z odpowiedzią. W ubiegły piątek przyjął plan nadzwyczajnych cięć budżetowych na lata 2012-13 w wysokości 45,5 mld euro i obłożył specjalnym podatkiem dochody wyższe niż 90 tys. euro rocznie. Dzięki temu Włochy mają nadzieję „uciec od gilotyny” – za wszelką cenę nie chcą dołączyć do Grecji, Portugalii i Irlandii, którym od roku nikt nie chce pożyczać pieniędzy, chyba że na wysoki procent” – tłumaczy komentator „Wyborczej”.

Reformy zapowiadają i inni przywódcy. A w Polsce? Czy rząd podejmie jakieś ważne decyzje przed wyborami? Czy Sejm (a wiec i opozycja) zdecyduje się na przepchnięcie trudnych ustaw? „Jedno jest pewne – nie uchwali pakietu reform. Rząd boi się, że słowo „reformy” zrazi wyborców, a opozycja przez „reformy” rozumie rozdawanie przywilejów i zwiększanie wydatków państwa, a tym samym długu. Poprzednia fala kryzysu Polskę ominęła, ale to nie znaczy, że jesteśmy na kryzys odporni”. Nie jesteśmy odporni na choroby i nie będziemy, jeśli nie będziemy się przed nimi zabezpieczać.

Ale nic na to nie wskazuje. Gadomski liczy, że politycy zrozumieją, iż jeśli nic nie zrobimy, wszyscy razem możemy zatonąć: „Nie apeluję do polityków o rozsądek, bo to czcze gadanie. Apeluję do instynktu samozachowawczego klasy politycznej. Bez naprawy finansów publicznych, bez reform, które pozwolą gospodarce rosnąć szybciej, problemy gospodarcze, społeczne i polityczne będą narastać, a rządzenie Polską stanie się zajęciem wysokiego ryzyka. Walczcie ze sobą o władzę, ale najpierw zróbcie to, co do was należy, bo w przeciwnym wypadku możecie już nie mieć o co walczyć”.

Ja też przyłączam się do apelu publicysty „Gazety”. Tyle, że nie wierze, iż politycy go posłuchają.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Padł kolejny mit o krwawym reżimie Kaczyńskiego

4 sie 2011

Sejmowa komisja naciskowa po ponad 170 posiedzeniach uznała, że nielegalnych nacisków za czasów rządu Prawa i Sprawiedliwości jednak nie było.

Przyznał to stojący na jej czele polityk Platformy Obywatelskiej, były minister sprawiedliwości Andrzej Czuma.

Po pierwsze należy więc wyrazić szacunek Czumie, posłowi Platformy Obywatelskiej, że w dzisiejszej Polsce, w której przeciwnik polityczny zawsze jest winny wszystkiemu, był w stanie przyznać, że w tym przypadku dowodów winy nie ma.

Po drugie, warto byłoby posłuchać, co teraz powiedzą wszyscy ci politycy i komentatorzy, którzy przedstawiali rządy Jarosława Kaczyńskiego jako reżim zajmujący się przede wszystkim nękaniem obywateli, zakładaniem podsłuchów, łamaniem zasad demokracji i wywieraniem nacisków na wszystko, co się da.

I po trzecie należałoby zapytać zwolenników idei „taniego państwa”, ile kosztowały nas prace tej komisji, która sama ustaliła, że nie była potrzebna.

Rządy PiS można było za wiele rzeczy krytykować, ale dziś okazuje się, że atak, który na nie przypuszczono, był bardzo mocno przesadzony. Usilne próby udowodnienia rozmaitych przestępstw tamtej ekipy spełzły jak dotąd na niczym. Nie było masowo zakładanych nielegalnych podsłuchów, nie było nielegalnych nacisków na prokuraturę i inne państwowe służby, nie było działań sprzecznych z regułami demokracji.

Można różnie oceniać politykę gospodarczą czy zagraniczną rządu PiS, ale zarzuty o nielegalne i antydemokratyczne działania okazały się totalną bzdurą. Wszyscy, którzy uczestniczyli w politycznych nagonkach w latach, gdy u władzy byli bracia Kaczyńscy, powinni teraz mocno uderzyć się w pierś. I z równym zapałem zacząć śledzić działania obecnej ekipy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Głupota (części) niemieckich elit

26 lip 2011
Autorski przegląd prasy

Leopold Unger w „Gazecie Wyborczej” pisze dziś o kompromitacji niemieckiego jury, które przyznało nagrodę „Kwadrygi” premierowi Rosji. Przypomnę, że ta prestiżowa nagroda przyznawana jest wybitnym osobistościom ze świata polityki i kultury, które mogą „służyć za wzór” i „wyznaczają kierunek na przyszłość”. Jury po masowej krytyce musiało wycofać się z ze swej decyzji. Ale jednak najpierw ta decyzja zapadła.

Pisze Unger: „Wytypowanie Putina do tej nagrody można bowiem tłumaczyć na wiele sposobów, ale na pewno czytając uzasadnienie zredagowane przez 19 wybitnych jurorów widać w nim brak wyobraźni, głupota, lizusostwo i korupcję (polityczną, nie finansową) z prawdopodobnie Gerhardem Schröderem, byłym kanclerzem a dziś urzędnikiem Putina w roli być może nawet głównej. Konkluzja: nagroda «Kwadrygi» powinna zniknąć, a dotychczasowi laureaci – jak zagroził jej zdobywca Vaclav Havel – oddać insygnia”.

Na szczęście na kuriozalną decyzję jury zareagowali i byli laureaci, z których niektórzy, np. Vaclav Havel, postanowili oddać nagrodę oraz opinia publiczna, która – jak pisze Unger – „uznała, że wyróżnienie Putina, pogromcy Czeczenów, dusiciela wolnego słowa i opozycji nie tylko dyskredytuje nagrodę, ale kompromituje samego Putina. Nagroda zaś powinna była raczej wyróżnić zamordowaną Annę Politkowską, ikonę praw człowieka w Rosji. I co gorsze mimo wymazywania z prasy samej informacji (jest przecież Internet), «wędrująca Kwadryga» ośmiesza premiera w oczach rosyjskiej opinii publicznej”.

Publicysta „Gazety” ma nadzieję, że jury w tym składzie poda się do dymisji. I dodaje: „Nagroda nie zawsze nagradza zasługi. Czasem uczestniczy w ukrywaniu zbrodni”.

Ta historia pokazuje jak bardzo zidiociała albo skorumpowana (tak, tak, skorumpowana) jest część niemieckich i nie tylko niemieckich elit. Bo jury nagrody nie jest jakimś szczególnym wyjątkiem. Wielu zachodnich intelektualistów, tak w latach 50. było zafascynowanych Związkiem Sowieckim, tak  teraz jest zafascynowanych tym silnym, zdrowym, pełnym energii byłym kagiebistą, który „cywilizuje” Rosję.

Na szczęście są też w Niemczech inne elity i inni intelektualiści. I Bogu dzięki, że zareagowali.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowa kultura TVP

18 lip 2011

Krzysztof Koehler jako szef  TVP Kultura popełnił grzech ciężki, wpuszczając „ideologów prawicy” Karłowicza, Gawina i Cichockiego na antenę. Co prawda wpuszczał na nią także artystów o poglądach lewicowych, ale to przecież naturalne, bo „część kultury jest z ducha lewicowa”. Tak objaśniała nam we wczorajszej „Gazecie Wyborczej” nowa szefowa TVP Kultura Katarzyna Janowska, następczyni Koehlera.

Jeśli zaprasza się do kanału kulturalnego ludzi o poglądach lewicowych, jest to naturalne, jeśli o prawicowych – jest to złe. Spójne to i logiczne.

Janowska sporo miejsca poświęca krytyce swojego poprzednika, co też jest spójne i logiczne, bo jak się przejmuje kanał ze słowem „kultura” w nazwie, to trzeba z właściwą elegancją i kulturą skopać poprzednika. Spójne i logiczne jest też to, że Janowska atakuje go za poglądy – wszak sama nieraz dawała wyraz swoim skrajnym poglądom. Czas dla dyrektora – umiarkowanego konserwatysty, który ceni wrażliwość lewicowych malarzy i reżyserów oraz intelekt konserwatywnych myślicieli – się skończył. Nadszedł czas dla osoby, która podskakuje z zachwytu na widok tłumu ludzi kpiących z krzyża i krzyczących „Spieprzaj, dziadu!” pod adresem nieżyjącego człowieka.

Przypomnę krótki fragment artykułu z „Przekroju”, w którym Katarzyna Janowska wyraziła swoją intelektualną i światopoglądową wrażliwość: „Podskoczyłam z zachwytu na widok prawdziwych Polaków zgromadzonych tydzień temu na Krakowskim Przedmieściu. Więc jednak są, istnieją naprawdę, a nie tylko w wyobraźni. Jest ich wielu, bardzo wielu. Wiedzą, czego chcą, i potrafią się o to upomnieć. (…) Dominik Taras, chłopak, który na Facebooku dał sygnał, że warto się spotkać przed  Pałacem Prezydenckim w wieczór poprzedzający akcję „Krzyż”, spodziewał się, że przyjdzie 20 znajomych.  Następnego dnia na Krakowskim pojawiło się 7 tysięcy osób. Przebrali się, namalowali transparenty z hasłami w stylu: zburzyć Pałac Prezydencki,  bo zasłania krzyż, i tak uzbrojeni bez większych ekscesów ruszyli, by przypomnieć, gdzie jest miejsce Kościoła i symboli religijnych w świeckim państwie” – pisała rok temu nowa szefowa TVP Kultura.

I już wszystko jest dla mnie spójne  i logiczne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Program ciekawszy od przemówienia

19 cze 2011

Powiedzmy sobie szczerze: Jarosław Kaczyński nie wygłosił porywającego przemówienia. Nie wypowiedział żadnej nowej ani ekscytującej myśli. Rozdał za to całkiem obszerną książeczkę, nad którą warto się pochylić. Lektura kolejnej odsłony projektu programu PiS jest dużo ciekawsza od politycznego przesłania wczorajszej konferencji.

Nie miejsce w tym komentarzu na ocenę ponad  200-stronicowego dokumentu. Pobieżna lektura wskazuje, że warto poddać go – także krytycznej – ocenie. I warto też przypomnieć, że cztery lata temu w kampanii ówczesna partia opozycyjna serwowała nam wyłącznie atak na rządzących i dopiero tuż przed wyborami wydała z siebie  90-stronicowy, drukowany dużą czcionką, bardzo ogólny produkt programopodobny. Dziś opozycja traktuje wyborców poważniej.

Szkoda jednak, że w wystąpieniu prezes PiS skupił się na ocenie obecnego stanu polskiej polityki. To prawda, że media źle traktują PiS. To prawda, że większość z nich nie kontroluje rządzących w należyty sposób. To prawda, że Platforma słabo rządzi, nie reformuje, nie posuwa rozwoju Polski to przodu. To prawda, że przed wyborami nie może się pochwalić nowymi drogami, więc chwali się nowo nabytymi twarzami. To prawda, że mamy za sobą stracone cztery lata. Ale to wszystko wiemy bardzo dobrze.

Jarosław Kaczyński krytykujący rządzących to nic nowego i nic ekscytującego.  W ten sposób, wyłącznie krytykując Donalda Tuska,  nie jest w stanie zainteresować nikogo poza swoim stałym elektoratem. Byłby ciekawszy, gdyby odwrócił proporcje. Gdyby większą część wystąpienia poświęcił prezentacji celów swojej partii, omówieniu najważniejszych punktów jej programu.

W zdrowym państwie powinna być opozycja zdolna do przejęcia władzy. Opozycja potrafiąca nie tylko przygotować dobry program, ale też, umiejąca przedstawić wyborcom porywającą wizję przyszłości. W Polsce wciąż  – mimo nicnierobienia  i kolejnych porażek ekipy  Donalda Tuska – partia rządząca nie ma takiego konkurenta.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fajnie jest mieć swoje tajemnice

17 cze 2011

Trudno zrozumieć dlaczego premier nie chce ujawnić treści rozporządzenia rozpoczynającego działalność tarczy antykorupcyjnej. Stowarzyszenia antykorupcyjne chciały więc poznać szczegóły projektu. Czy jest w tym coś dziwnego? Organizacjom pozarządowym, które w tej sprawie walczyły należą słowa się pochwały. Odniosły sukces. Sąd przyznał im rację. Pokazały innym, iż można walczyć nawet z najwyższą administracją państwową.

Zaskakująca jest natomiast postawa premiera. Rząd służy obywatelom. Obywatele mają prawo wiedzieć, jak funkcjonuje państwo. I jeśli państwo chce użyć tajnych służb do ochrony ważnych przetargów, to my mamy pełne prawo znać wszelkie mechanizmy działania tej instytucji. Jeśli jest jakąś bardzo ważny powód, dla których ta sprawa ma pozostać tajemnicą, to powinniśmy wiedzieć dlaczego.

Mam wrażenie, iż wszelkie sukcesy rządu w walce z korupcją mają pozostać w sferze tajemnej. W tej sferze pozostają też liczne działania i sukcesy minister Julii Pitery , która zajmuje się (podobno) walką z korupcją. Pamiętamy spektakularny sukces pani minister, kiedy na początku działania obecnego rządu, odkryła, ze jeden z członków poprzedniej ekipy zakupił za państwowe dorsza za 7 czy 8 złotych. Być może takich sukcesów jest więcej. Tylko premier nie chce nam o tym opowiedzieć, podobnie jak nie chce ujawnić jak to był z tą tarczą.

Panie premierze, fajnie jest mieć swoje tajemnice, to rozumiemy, ale jednak to trochę niepoważne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jakie poglądy mieć musi szef IPN

10 cze 2011

Gdyby Kamiński potępił książkę Gontarczyka i Cenckiewicza, byłby historykiem w politykę nieuwikłanym. A gdyby jeszcze oświadczył, że książki nie przeczytał, bo się jej brzydzi, wtedy byłby historykiem wybitnym – ironizuje publicysta „Rzeczpospolitej”

To będzie historia o osobliwej sile mediów. Zaczęło się niewinnie. Po raz pierwszy od dawna, dziwnym trafem, główne siły polityczne porozumiały się w jednej sprawie – wyboru nowego szefa IPN. Ale bardzo szybko się okazało, że nie tak miało być. Kandydat jest co prawda „niepartyjny”, ale jego niepartyjność nie jest słuszna. Dlaczego? Nie jest „nasza”.

Kandydat może być niepartyjny, ale musi to być „nasz niepartyjny”.

Szybko znalazł się więc poważny zarzut – wrocławski historyk Łukasz Kamiński, którego Rada IPN wskazała jako kandydata na szefa instytutu, zabrał w pewnym radiu głos w sprawie książki Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza o Lechu Wałęsie. Stwierdził mianowicie, że książka ta, gdyby przeszła normalne procedury IPN, mogłaby zostać przez instytut wydana. A ponieważ nie potępił przy tym książki w dość stanowczy sposób, spotkała go zasłużona krytyka. Brak potępienia Cenckiewicza i Gontarczyka okazał się kryterium decydującym o jego kwalifikacjach.

Jasne, sytuacja jest poważna i wymaga stanowczych deklaracji. Jeśli ktoś chce być szefem IPN, nie może robić uników. Poglądy kandydata muszą być klarowne i – co najważniejsze – właściwe. Do boju ruszyła zatem jak zawsze nieoceniona w takich wypadkach „Gazeta Wyborcza”.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nord Stream to nasza porażka

5 maj 2011

Powstanie gazociągu północnego nie jest polskim sukcesem. Nie jest to projekt przyjazny Polsce ani korzystny dla naszego kraju. Dla naszej gospodarki, interesów i bezpieczeństwa energetycznego. To porozumienie zawarte pomiędzy Niemcami – naszym sojusznikiem z Unii Europejskiej i NATO – oraz Rosją, krajem, z którym ciągle mamy wiele rozmaitych problemów. To przedsięwzięcie, za którym stoją wielkie interesy gospodarcze i polityczne.

Wielu już zapomniało, że kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, z którym tak przyjazne stosunki utrzymywał premier Leszek Miller, najpierw jako szef niemieckiego rządu doprowadził do sfinalizowania kontraktu, a następnie zatrudnił się za grube pieniądze w rosyjsko-niemieckiej spółce. Rosja zaś nigdy nie ukrywała, że gazu, ropy i infrastruktury energetycznej używa jako narzędzia w polityce zagranicznej służącego do wywierania nacisku na oporne kraje.

Kilka lat temu Radosław Sikorski nieopatrznie rzucił, że ta rosyjsko-niemiecka umowa przypomina mu pakt Ribbentrop-Mołotow. Porównanie może zbyt mocne i mało dyplomatyczne, ale oddające dobrze sens Nord Streamu. Dwa mocarstwa nad głową Polski podpisały porozumienie, które może Polsce poważnie zaszkodzić.

Z wyjątkiem ekipy Leszka Millera, która „nie zauważyła”, jaki projekt się szykuje, kolejne polskie rządy z różną skutecznością i intensywnością zabiegały o zablokowanie projektu. Nie udało się. Nie potrafiliśmy nawet wymusić tak głębokiego położenia rury, aby nie utrudniała dostępu do portu w Świnoujściu. Przegraliśmy, nie ma co się oszukiwać.

Teraz musimy z tym żyć. Wojny w tej sprawie nie wywołamy. Możemy tylko wyciągnąć wnioski na przyszłość. Niech ta wielka rura przypomina następnym polskim rządom, jak uprawia się politykę w Moskwie i Berlinie. Że Niemcy i Rosja to nie tylko sąsiedzi, z którymi powinniśmy układać sobie dobre stosunki, ale też mocarstwa dbające przede wszystkim o własne interesy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wspieram Michnika

13 kwi 2011

Trudno jest przeglądać prasę w tych dniach. Przyznam, staram się jej nie czytać, bo co zobaczę tytuł, co przeczytam myśl autora, co włączę radio, czy spojrzę na portal internetowy, rzucam się do klawiatury, bo ogniście odpowiedzieć.

Po czym się wycofuję, bo wiem, że jeśli napiszę co myślę, będzie jeszcze ostrzej, na co pojawi się jeszcze bardziej ostra podpowiedzieć. Takiego natężenia jadu w mediach nie było nawet w kampaniach wyborczych, kiedy toczono regularną wojnę przeciwko jednej partii.

A dziś mam zrobić przegląd prasy. Postanowiłem więc podjąć się heroicznej próby znalezienia w mediach, z którymi nie jest mi blisko, czegoś, z czym się zgadzam.

Okazało się to możliwe, i by było perwersyjnie – jest to tekst Adama Michnika. Mógłbym się pod nim spokojnie podpisać. Michnik pisze list do Andrzeja Poczobuta, korespondenta „Gazety Wyborczej” w Mińsku, który jest więziony przez białoruski reżim.

„Aleksander Łukaszenka, decydując się na uwięzienie Ciebie i innych białoruskich demokratów, przynosi Wam chwałę, a sobie hańbę. Jesteście teraz postawieni obok gigantów naszych czasów: Mandeli i Havla, Sołżenicyna i Kuronia. Wszyscy oni przeszli przez piekło więziennej dyktatury i wszyscy doczekali końca łajdackich reżimów, które pozbawiały ich wolności.

Przekonany jestem, Andrzeju, że po każdej nocy, nawet najdłuższej, nadchodzi świt. Prędzej czy później – wierzę, że prędzej niż później – nadejdzie on i dla Ciebie, dla Was wszystkich, więźniów politycznych reżimu Łukaszenki. Wyjdziecie w godności i dumie na jasne słońce wolności. Po Waszych oprawcach nikt nigdy nie zapłacze, chyba że z radości. Tego życzą Tobie i Twoim przyjaciołom polscy demokraci.”

Ja też tego życzę Andrzejowi Poczobutowi. I wspieram „Wyborczą” i jej naczelnego w kampanii na rzecz jego uwolnienia. W sprawie Białorusi mamy takie same zdanie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop