Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Tak się kończą telewizje

19 lis 2011

Czy ktoś z państwa, oglądając telewizyjne relacje z zadym 11 listopada, miał wrażenie, że dostał pełny obraz tego, co się działo?

Poczucie, że wielkie stacje wytłumaczyły, kto z kim i dlaczego się okładał, a kto spokojnie szedł i ilu ludzi brało udział w przemarszach albo blokadach?

Ja miałem poczucie totalnego chaosu. Nie tylko dlatego, że niektórym mediom nie mogło przez gardło przejść, że niezbyt przyjaźnie wyglądający młodzieńcy w kominiarkach bijący kogo popadnie byli również elementem lewicowej demonstracji. Dużo czasu minęło, zanim padły pytania o to, kto zaprosił krzyczących po niemiecku zadymiarzy i gdzie składali oni swoje „kolorowe” kastety i pałki.

Problem dużych mediów wynikał w dużej mierze z ich nastawienia, ale też z tego, że po prostu nie są w stanie, nawet jeśli chcą – a nie zawsze chciały – pokazać wszystkiego, co się działo. Nawet jeśli mają supernowoczesne wozy transmisyjne i helikoptery. To był dzień wielkiej porażki tradycyjnych mediów elektronicznych.

11 listopada chyba pierwszy raz na taką skalę nowe media obywatelskie pokazały swoją siłę. To w Internecie na licznych blogach, w twitterowych relacjach, wpisach na Facebooku, filmikach na YouTube kręconych w bardzo wielu miejscach i sytuacjach można było na bieżąco czytać i oglądać rzeczy, których nie dało się zobaczyć w telewizji.

To blogerzy nakręcili filmik z policjantem kopiącym przechodnia. To w Internecie mogliśmy zobaczyć kordon wyrostków z zakrytymi twarzami otaczających kolorową blokadę. To na Twitterze można było przeczytać relacje ludzi ze spokojnej, wielotysięcznej demonstracji, w której szły całe rodziny, nie mając pojęcia o zadymach i policji. I której w telewizji nie bardzo było widać, bo telewizje skupiały się na walkach.

A zatem jeśli ktoś 11 listopada chciał wiedzieć, co się dzieje, znacznie lepiej zrobił, siedząc przed laptopem niż przed telewizją. Czy relacje blogerów były mniej stronnicze niż relacje niektórych tradycyjnych mediów? Nie. Były różne. Wiele z nich było, owszem, mocno stronniczych. Często złośliwych. Sympatie polityczne autorów często były łatwe do odczytania. Internet nie był zimny i zdystansowany. Ale sporo było rzeczy rzetelnych i solidnych. Najważniejsze jednak, że nadawców były setki.

Z tych różnych szczątkowych relacji, często jednostronnych, można było zbudować sobie obraz całości. Przede wszystkim można było zobaczyć to, czego nie było gdzie indziej. Blogerzy nie udają obiektywizmu. Nie okłamują, że dają nam bezstronny serwis informacyjny. Pokazują świat widziany przez siebie, przepuszczony przez subiektywny filtr. Ale nie mają oporów, by pokazywać to, czego nie chcą pokazać inni. I łatwo zweryfikować ich reakcje, zderzając je z wieloma innymi.

Do tej pory ekscytowaliśmy się, że użytkownicy Twittera, Facebooka czy blogerzy umieją pokazać lepiej i bardziej wiarygodnie niż reżimowe media zdarzenia w Egipcie czy Iranie. 11 listopada niezależni nadawcy pokazali, że umieją to robić lepiej niż tradycyjne media w wolnym kraju w centrum Europy. To pokazuje nie tylko stan naszych mediów, ale też kierunek, w którym zmierza świat i sposób komunikowania się. I zmierza coraz szybciej.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie mówcie, że państwo działa sprawnie

25 paź 2011

Wątpliwości co do pracy Biura Ochrony Rządu pojawiały się od pierwszych chwil po katastrofie smoleńskiej. Ale wszystkie trudne pytania i zarzuty stawiane przez dziennikarzy odpierano. Dziś dowiadujemy się, iż prokuratura nie wyklucza, iż przed katastrofą doszło jednak do niedopełnienia obowiązków przez BOR.

W „Rzeczpospolitej” dziesiątki razy pisaliśmy o tym, jak źle działa aparat państwowy, jak słabe i nieudolne jest państwo. Niemal za każdym razem przedstawiciele rządu i bliskie establishmentowi politycznemu media wykpiwały takie opinie.

Dowodem na to, że polskie państwo dobrze funkcjonuje, miały być godnie i sprawnie zorganizowane pogrzeby ofiar smoleńskiej katastrofy oraz szybkie przejęcie obowiązków prezydenta przez ówczesnego marszałka Sejmu.

Niestety, to dowód wysoce niewystarczający. Państwo polskie nie zdało egzaminu ani przed katastrofą, ani po niej. Po licznych dziennikarskich publikacjach i raporcie Millera nikt już nie zaprzecza, że 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego działał skandalicznie. A teraz dowiadujemy się, że być może podobna sytuacja była w Biurze Ochrony Rządu.

Czy możemy się czuć bezpiecznie w państwie, w którym rzeczy oburzające działy się w kluczowej jednostce wojskowej zajmującej się transportem najwyższych jego przedstawicieli? W którym swoich obowiązków nie dopełniała specjalistyczna formacja odpowiedzialna za bezpieczeństwo tych przedstawicieli? Na dodatek jej szef Marian Janicki dostaje w nagrodę awans?

A nie wolno zapominać, że Polska od wiele miesięcy nie jest w stanie odzyskać z Rosji czarnych skrzynek i wraku samolotu,  którym leciał polski prezydent. Czego jeszcze musimy się dowiedzieć, by opinia o nieudolności i słabości polskiego państwa nie była podważana?

Przestańmy się wreszcie w imię doraźnych interesów politycznych i partyjnych rozgrywek okłamywać. Jeśli nie wyciągniemy konsekwencji z tego, co się stało, nie odrobimy wszystkich lekcji i nie wskażemy popełnionych błędów oraz osób za nie odpowiedzialnych, to następnym razem zdarzy się coś jeszcze gorszego. Choć trudno już sobie wyobrazić, co to mogłoby być.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie pozwólmy Palikotowi narzucać tematów

13 paź 2011

Krzyż – symbol religijny ważny dla milionów Polaków jest użyty jako narzędzie do wywoływania politycznej zadymy. Nie pierwszy Janusz Palikot to wymyślił.

Niedawno Nergal darł Biblię, a wcześniej rozmaite gwiazdeczki drugiego sortu próbowały na kpinie z symboli religijnych robić karierę.

Krzyż jest najważniejszym symbolem chrześcijaństwa. W Polsce jest nawet czymś więcej. Jest znakiem związanym z naszą historią, z walką o naszą narodową tożsamość. Jest znakiem ważnym także dla niewierzących. Krzyż jest obecny w wielu miejscach publicznych. Na budynkach, placach i w przydrożnych kapliczkach. Nikomu nie zagraża ani niczego nie zawłaszcza. Wielu ludziom po prostu towarzyszy.

Niewierzący nie mają obowiązku przed nim przystawać, czy żegnać się, ale wypada, by  po prostu okazywali mu szacunek. I zdecydowana większość niewierzących w Polsce tak czyni. Podobnie ze strony katolików, czy szerzej chrześcijan, należy się szacunek symbolom innych religii.

Tymczasem Janusz Palikot postanowił rozpocząć swoje nowe życie polityczne od wyrzucenia krzyża w Sejmie. Ten sam Palikot, który niegdyś miał być specjalistą od „przyjaznego państwa” i upraszczania życia przedsiębiorcom, a jeszcze wcześniej był wydawcą bardzo konserwatywnego tygodnika. Dziś uznał, że znakiem firmowym jego ugrupowania  ma być nie upraszczanie przepisów, ułatwianie rozwijania przedsiębiorczości, ale walka z najważniejszym dla chrześcijan symbolem.

Cel tych działań jest dość oczywisty. To nie jest coś, co zawsze grało w sercu Januszowi Palikotowi.  To jest sprawa, która ma po prostu wywołać skandal, skupić uwagę mediów na nim i spowodować, by w pierwszych dniach nowej kadencji wszyscy nadal mówili o Palikocie i jego Ruchu.

Ta wojna służyć ma tylko marketingowi jego partii. Nie pomagajmy mu w tym. Nie warto dać się w te wojnę wciągnąć.

Posłowie niech zajmą się pracą nad budżetem, który przygotował rząd przygotował na wybory, a który trzeba poprawić. Teraz trzeba nam prawdziwego budżetu i pracy nad finansami publicznymi a nie zajmowania się tematami podrzucanych  przez awanturnika z Lublina.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Żywią i bronią swoich

9 paź 2011

PSL zdobył poparcie nie na skutek spektakularnej kampanii, ale w wyniku stałej pracy nad elektoratem.

Czy ktoś słyszał o tegorocznej kampanii PSL? Tylko ten, kto bardzo interesuje się polityką i uważnie śledzi strony internetowe, zauważył trochę zabawny, trochę kiczowaty klip tej partii z piosenką o tym, że Polska jest ważna i że trzeba wybierać ludowców. Hasło wyborcze „Człowiek jest najważniejszy” zna zapewne część – bo nie wierzę, że wszyscy – działaczy PSL i grupka dziennikarzy. W skali ogólnopolskiej kampanii partii Waldemara Pawlaka niemal nie było. Żadnego jasnego przesłania, żadnej wizji. Jedynie niezbyt oryginalne billboardy przypominały, że ta partia w ogóle istnieje i startuje w wyborach.

Tylko czy to na pewno błąd? Kampanie ludowców zawsze były bezbarwne, pozbawione polotu, niekontrowersyjne, spokojne. Nikt ich nie atakował, oni nikogo też. Stali z boku. Równie spokojni jak wyprana z emocji twarz wicepremiera Waldemara Pawlaka.

W sondażach PSL zawsze balansowało na granicy wejścia do parlamentu, wiele razy wróżono mu już pożegnanie z wielką polityką. Po czym zawsze się okazywało, że ma stabilną pozycję. Także w tym roku ludowcy zdobyli ponad 8 proc. Umiarkowane poparcie dwukrotnie dało Waldemarowi Pawlakowi stanowisko premiera, a jego partia kilkakrotnie współtworzyła rządzącą koalicję.

Siła PSL leży bowiem w konsekwencji. Ludowcy zdobywają poparcie nie w trakcie spektakularnych kampanii, ale w wyniku stałej pracy nad swoimi wyborcami. To jedyna partia, która ma tak precyzyjnie zdefiniowany elektorat i niezmiennie zabiega o jego interesy. Robi to w sposób, który niejednokrotnie wywoływał oburzenie: przez załatwianie stanowisk, kierowanie dopłat unijnych, wspomaganie drobnych rolników i wielkich przedsiębiorców rolnych.

W samorządach gminnych i powiatowych, w sejmikach wojewódzkich PSL ustawia się tam, gdzie może decydować o rozdziale zleceń, pieniędzy, pracy dla swoich ludzi. Politykę traktuje nie ideowo, ale czysto transakcyjnie.

Ktokolwiek akurat sprawuje władzę w partii, potrafi się dogadać zarówno z Leszkiem Millerem, Donaldem Tuskiem, jak i Jarosławem Kaczyńskim. Pawlak jako wicepremier bardzo skutecznie, często w sposób wywołujący kontrowersje, dba o interesy wielkiego biznesu rolnego, który eksportuje żywność do Rosji, ale pamięta też o wszystkich tych, którzy dostają dotacje z Unii Europejskiej. Media mogą go potępiać za parcie do niekorzystnej dla Polski umowy gazowej, ale prawdopodobnie jednym z efektów życzliwości Pawlaka dla rosyjskich interesów w pewnych branżach jest większa otwartość Rosjan na interesy polskich przedsiębiorców rolnych.

Czy w skali całego państwa jest to dla Polski korzystne, to inna sprawa, ale dla biznesu, z którym PSL jest związany – na pewno.

Przez lata ludowcy spokojnie wysłuchiwali zarzutów o nepotyzm, o handel polityczny, o wchodzenie w niejasne układy – i robili swoje. Karmili armię ludzi, którzy wiedzieli, że ta partia jest dla nich prawdziwym życiowym oparciem.

Dziś w polityce już niemal wszyscy handlują wszystkim, więc ostrze zarzutów nieco się stępiło. Poza tym i tak tego typu oskarżenia nigdy nie trafiały na podatny grunt na wsi. Niezbyt wielki, ale bardzo stabilny elektorat ludowców nie potrzebuje silnych bodźców w kampanii, bo te bodźce otrzymuje regularnie przez cztery lata kolejnych kadencji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platforma przestała być trendy

3 paź 2011

PiS chciało pokazać: tak, Tusk jest może fajny, ale Polska dziś potrzebuje nie kogoś fajnego, lecz skutecznego. I ten przekaz działa na wyborców.

Niecały rok temu wydawało się, że PiS jest formacją, którą czeka już tylko zjazd w dół. Ostry zwrot w retoryce i działaniu dokonany przez Jarosława Kaczyńskiego po kampanii prezydenckiej oraz odejście dzisiejszych działaczy PJN wskazywały, że partia idzie do prawej ściany i tam chce już na zawsze się umiejscowić. Przewidywano, że zamknie się w wąskim, kilkunastuprocentowym elektoracie radiomaryjnym.

Tymczasem dziś Prawo i Sprawiedliwość znów jest na fali wznoszącej. Odbija centrum, staje się atrakcyjne dla młodych ludzi, a Jarosław Kaczyński jawi się jako poważny, odpowiedzialny, skuteczny przywódca. Prawdopodobieństwo wygrania wyborów przez PiS jest spore. Co się zatem stało?

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Łupkowy gaz wyborczy

13 wrz 2011

Mariusz Staniszewski w Dzienniku Gazecie Prawnej pisze o batalii na temat podziału zysków z gazy łupkowego

„PO na razie mówi, że przyszli emeryci mogą być spokojni o swoje świadczenia, będą one wypłacane z zysków jakie przyniesie wydobywanie gazu łupkowego. Ale brak choćby szacunków, jakie środki zamierza przeznaczyć  na emerytury”.

Andrzej Kublik w „Gazecie Wyborczej” pisze na ten sam temat. „Niestety, PO nie zagwarantowała (..), że w ogóle coś zarobimy na gazie łupkowym. W maju amerykańska Agencja Informacji Energetycznej ogłosiła, że Polska może mieć największe zasoby gazu łupkowego w Europie, wynoszące nawet 5,3 bln m sześc. gazu, czyli więcej niż zasoby gazu Norwegii. Ale to tylko mocno teoretyczne szacunki. Ministerstwo Środowiska wiele razy powtarzało, że na razie gazownicy szukają złóż gazu w naszych łupkach. I dopiero gdy za kilka lat zakończą prace, będzie można mówić, ile faktycznie mamy tego surowca. Jak się okazuje, przed wyborami PO zapomniała, co mówili urzędnicy rządu tej partii.

Kublik zauważa też, że  wcale nie wiemy dziś, czy eksploatacja się opłaci, Bruksela rozważa wprowadzenie specjalnych warunków dotyczących wydobycia gazu łupkowego. Lobby „antyłupkowe działa coraz bardziej aktywnie, o czym pisze też „DGP”.

I jeszcze Kublik: „Na dodatek PO już miała szansę wprowadzić rozwiązania „gwarantujące wysokie przychody z wydobycia gazu łupkowego”, wpisując je do uchwalonego w czerwcu nowego prawa geologicznego. Tego domagało się Prawo i Sprawiedliwość, a politycy PO oponowali. Dopiero na wybory Platforma zmieniła zdanie”.

Na temat propozycji PiS więcej możemy przeczytać we wspominanym tekście w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.

Bardzo ważne jest , by jak najszybciej określić warunki, na których polskie i zagraniczne przedsiębiorstwa będą mogły wydobywać i czerpać zyski z łupków. Dobrze, że Platforma propozycje powołanie pełnomocnika ds. gazu łukowego. Ale jednocześnie obiecywanie przyszłym emerytom, że mogą spać spokojnie, bo zyski z gazu łupkowego zapewnią im wypłaty jest traktowaniem nas niepoważnie. Jak można obiecywać coś, o czym nie wie wiemy czy naprawdę jest?

Cztery lata temu Platforma obiecywała cud, teraz obiecuje coś,  o czym nikt nie wie, czy na pewno jest.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Premier straszy opozycją. I pudłuje

10 wrz 2011

Donald Tusk podjął jeszcze jedną próbę obudzenia ducha potencjalnego antykaczystowskiego elektoratu. Tym razem nie straszył wizją więzień i łamania praw człowieka, ale chciał pokazać, ze PiS może zrujnować to, co Platformie się udało, albo uda zrobić. Nowy wątek, jaki pojawił się od wczoraj – to 300 miliardów złotych, na które mamy szanse w nowej perspektywie budżetowej unii. Platforma może te pieniądze wywalczyć, PiS może zrujnować szansę na to – przekonywał premier.

To prawda, że nowy budżet unijny, według wstępnych założeń, może być wcale nie gorszy od poprzedniego. Ale po pierwsze – to dopiero założenia, które muszą zostać zaakceptowane przez wszystkich. Na pewno odbędzie się ciężka walka o to i szanse na to, że będzie on aż tak korzystny nie są ogromne. Niemniej punkt wyjścia jest niezły. Straszenie za pomocą PiS, że teraz pieniądze z Unii przestaną płynąć, nie jest więc na razie oparte o poważne przesłanki. W każdym razie – póki co – zapowiedzi są inne.

Ale równie bałamutne jest straszenie przez premiera Tuska, że opozycja, gdyby doszła do władzy, te szanse by zmarnowała. Bo to, że dziś korzystamy tak obficie ze środków unijnych zostało przecież wywalczone przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Pamiętacie słynne „Yes, yes, yes Kazimierza Marcinkiewicza? To był „Yes, yes, yes” po wynegocjowaniu poprzedniego budżetu, tak korzystnego, realizacją którego chwali się dziś Donald Tusk.

Kongres Platformy był kolejną manifestacją jedności. Perfekcyjna oprawa. Co prawda relacja na stronie internetowej PO się zacięła i nie poszła, ale TVP stanęło na wysokości zadania i przygotowało perfekcyjną relację. Pełna relacja z wystąpienia premiera, potem życzliwy i wzmacniający przemowę Donalda Tuska komentarz jedynego gościa w studio – Jacka Kucharczyka. Żadnego głosu kontra, żadnego trudnego pytania od prowadzącego dziennikarza.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PiS popełnia błąd

29 sie 2011

Prawo i Sprawiedliwość odmówiło udziału w przedwyborczych debatach sześciu partii. Ktoś może powiedzieć, że to sprytne zagranie. Bo bez polityków PiS debaty nie będą pełne, bo wszyscy będą mówić o PiS i czekać na to właściwe spotkanie pomiędzy Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim.

Ale to bardzo ryzykowna zagrywka. Przede wszystkim dlatego, że podważa argument o tym, iż partia Jarosława Kaczyńskiego jest gorzej traktowane przez media. Argument, który przecież jest prawdziwy.

Jak tu jednak mówić o tym, że media źle traktują PiS, kiedy samo PiS odmawia udziału w dyskusjach? Teraz każdą uwagę na temat braku równowagi w mediach przeciwnicy PiS będą łatwo mogli zbić odpowiedzią: oni sami nie chcą być w mediach obecni.

Debaty przedstawicieli głównych sił politycznych na neutralnym gruncie i równych zasadach są solą kampanii wyborczej. Najbardziej uczciwą wobec wyborców próbą przekonania ich do własnych poglądów i argumentów. Wyborcy zasługują na to, by móc wysłuchać przedstawicieli wszystkich ugrupowań. Zasługują, by móc wysłuchać argumentów, a nie tylko grepsów z telewizyjnych spotów.

Podczas kampanii wyborczej normalne jest, że partie stosują rozmaite tricki. Ale używając ich nie można przesadzić. Tym razem PiS przesadził. To prawda, że świat polskiej polityki przedstawiany jest na co dzień w mediach elektronicznych w sposób wykrzywiony, daleki od rzeczywistości. Ale PiS, odmawiając debaty na równych prawach z innymi partiami, nie spowoduje, że sytuacja się zmieni. Wręcz przeciwnie.

Polacy zasługują na więcej – mówi Jarosław Kaczyński. Tak, zasługują między innymi na lepsze, bardziej zrównoważone media. Ale zasługują również na normalne przedwyborcze debaty z udziałem polityków wszystkich czołowych ugrupowań.

A skoro — niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie — polską politykę zdominowały dwa ugrupowania, to Polacy zasługują także na wysłuchanie poważnej debaty liderów dwóch głównych partii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czarne chmury wiszą też nad Polską

16 sie 2011

Autorski przegląd prasy

W „Gazecie Wyborczej” Witold Gadomski pisze o czarnych chmurach nad gospodarką i o tym, jak kryzys działa na polityków w różnych krajów. Zauważa, że na niektórych podziałał jak kubeł zimnej wody. „Wiele rządów europejskich zapowiedziało reformy budżetowe i przeprowadza je, nie zważając na protesty” – pisze. „Do reform wezwał nawet prezydent Włoch, kraju, w którym przez lata nikt się nie przejmował stanem budżetu. Prezydent Giorgio Napolitano zaapelował też do opozycji, by współpracowała w tej dziedzinie z rządem. Rząd Silvio Berlusconiego nie czekał długo z odpowiedzią. W ubiegły piątek przyjął plan nadzwyczajnych cięć budżetowych na lata 2012-13 w wysokości 45,5 mld euro i obłożył specjalnym podatkiem dochody wyższe niż 90 tys. euro rocznie. Dzięki temu Włochy mają nadzieję „uciec od gilotyny” – za wszelką cenę nie chcą dołączyć do Grecji, Portugalii i Irlandii, którym od roku nikt nie chce pożyczać pieniędzy, chyba że na wysoki procent” – tłumaczy komentator „Wyborczej”.

Reformy zapowiadają i inni przywódcy. A w Polsce? Czy rząd podejmie jakieś ważne decyzje przed wyborami? Czy Sejm (a wiec i opozycja) zdecyduje się na przepchnięcie trudnych ustaw? „Jedno jest pewne – nie uchwali pakietu reform. Rząd boi się, że słowo „reformy” zrazi wyborców, a opozycja przez „reformy” rozumie rozdawanie przywilejów i zwiększanie wydatków państwa, a tym samym długu. Poprzednia fala kryzysu Polskę ominęła, ale to nie znaczy, że jesteśmy na kryzys odporni”. Nie jesteśmy odporni na choroby i nie będziemy, jeśli nie będziemy się przed nimi zabezpieczać.

Ale nic na to nie wskazuje. Gadomski liczy, że politycy zrozumieją, iż jeśli nic nie zrobimy, wszyscy razem możemy zatonąć: „Nie apeluję do polityków o rozsądek, bo to czcze gadanie. Apeluję do instynktu samozachowawczego klasy politycznej. Bez naprawy finansów publicznych, bez reform, które pozwolą gospodarce rosnąć szybciej, problemy gospodarcze, społeczne i polityczne będą narastać, a rządzenie Polską stanie się zajęciem wysokiego ryzyka. Walczcie ze sobą o władzę, ale najpierw zróbcie to, co do was należy, bo w przeciwnym wypadku możecie już nie mieć o co walczyć”.

Ja też przyłączam się do apelu publicysty „Gazety”. Tyle, że nie wierze, iż politycy go posłuchają.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Padł kolejny mit o krwawym reżimie Kaczyńskiego

4 sie 2011

Sejmowa komisja naciskowa po ponad 170 posiedzeniach uznała, że nielegalnych nacisków za czasów rządu Prawa i Sprawiedliwości jednak nie było.

Przyznał to stojący na jej czele polityk Platformy Obywatelskiej, były minister sprawiedliwości Andrzej Czuma.

Po pierwsze należy więc wyrazić szacunek Czumie, posłowi Platformy Obywatelskiej, że w dzisiejszej Polsce, w której przeciwnik polityczny zawsze jest winny wszystkiemu, był w stanie przyznać, że w tym przypadku dowodów winy nie ma.

Po drugie, warto byłoby posłuchać, co teraz powiedzą wszyscy ci politycy i komentatorzy, którzy przedstawiali rządy Jarosława Kaczyńskiego jako reżim zajmujący się przede wszystkim nękaniem obywateli, zakładaniem podsłuchów, łamaniem zasad demokracji i wywieraniem nacisków na wszystko, co się da.

I po trzecie należałoby zapytać zwolenników idei „taniego państwa”, ile kosztowały nas prace tej komisji, która sama ustaliła, że nie była potrzebna.

Rządy PiS można było za wiele rzeczy krytykować, ale dziś okazuje się, że atak, który na nie przypuszczono, był bardzo mocno przesadzony. Usilne próby udowodnienia rozmaitych przestępstw tamtej ekipy spełzły jak dotąd na niczym. Nie było masowo zakładanych nielegalnych podsłuchów, nie było nielegalnych nacisków na prokuraturę i inne państwowe służby, nie było działań sprzecznych z regułami demokracji.

Można różnie oceniać politykę gospodarczą czy zagraniczną rządu PiS, ale zarzuty o nielegalne i antydemokratyczne działania okazały się totalną bzdurą. Wszyscy, którzy uczestniczyli w politycznych nagonkach w latach, gdy u władzy byli bracia Kaczyńscy, powinni teraz mocno uderzyć się w pierś. I z równym zapałem zacząć śledzić działania obecnej ekipy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop