Słabnie siła lewicowych elit

17 kwi 2013

Większość 2/3 głosów w parlamencie nie upoważnia węgierskiej partii rządzącej do dokonywania kontrowersyjnych zmian – tak uważają lewicowi eurodeputowani, których oburza, że parlament w Budapeszcie nie płynie w głównym europejskim nurcie.

Według lewicowych elit liberalna demokracja nie polega bowiem na realizowaniu woli większości wyborców, ale na postępowaniu zgodnie z przykazaniami Daniela Cohn-Bendita i Guya Verhofstadta.

Zachowanie części eurodeputowanych i podążających za nimi mediów jest poważnym objawem kryzysu Unii. Jeśli bowiem mały kraj 
(a Węgry są państwem niedużym) postanawia działać samodzielnie, niekoniecznie w zgodzie z wolą najbardziej wpływowych, to nieustannie rzucane są mu kłody pod nogi.

Węgry najpierw potępiano za wprowadzanie podatku kryzysowego, m.in. na hipermarkety, czy podatku od transakcji bankowych. 
To było niezgodne z zasadami demokracji i wolnego rynku. Ale nagle okazało się, że Unia może próbować narzucić horrendalny podatek na obywateli innego małego państwa – Cypru, i to już jest zgodne z europejskimi normami. Więcej – jest to demokratyczne i wolnorynkowe zagranie.

Najpierw węgierscy socjaliści przez lata mogli bezkarnie okradać swoje państwo, a gdy wyszło to na jaw, w Unii nikt się nie oburzył. Nikt nie zaprotestował, gdy socjalistyczne władze okładały pałami niegodzących się z tym procederem węgierskich obywateli. Ryk protestu w Unii podniósł się dopiero wtedy, gdy socjaliści zostali zmiażdżeni w wolnych wyborach przez dość umiarkowaną partię centroprawicową. Wtedy zaangażowani zostali nie tylko lewicowi intelektualiści i media, ale także uruchomiono wszelkie procedury, które mogą utrudnić życie Węgrom i zablokować reformy wprowadzane przez rząd Viktora Orbana.

Tymczasem legitymizacja rządu Orbana jest o niebo większa niż Komisji Europejskiej i wszystkich eurodeputowanych razem wziętych.

Dziś widać już jednak wyraźnie, że siła zacietrzewionych lewicowych elit powoli słabnie. We wtorek Viktor Orban spotkał się z politykami z różnych krajów należących do Europejskiej Partii Ludowej. Precyzyjnie tłumaczył, na czym polegają wprowadzane przez jego ekipę reformy. Na koniec – o zgrozo! – dostał burzę oklasków! Czyżby Europa zaczynała trzeźwieć?

Autor jest prezesem Instytutu Wolności

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie będzie Budapesztu w Warszawie

20 mar 2013

Coraz częściej pojawiają się marzenia, by Polska miała swego przywódcę na miarę Viktora Orbána. Coraz więcej polityków prawicy wydaje się zafascynowanych skutecznością węgierskiego premiera. Marzą, by to w ich szeregach znalazł się charyzmatyczny lider, który pomógłby im rozgromić złą Platformę i zaprowadzić w kraju porządki.

Na razie nic nie wskazuje jednak na to, by miał się zdarzyć Budapeszt w Warszawie. Ani Jarosław Kaczyński nie jest Viktorem Orbanem, ani Donald Tusk nie jest Ferencem Gyurcsányem, którego węgierski premier rozłożył na łopatki.

Prawdziwy problem leży gdzie indziej. Jest w nas. Polscy wyborcy wcale nie czekają na polityka, który zaproponuje im kurację wstrząsową, podejmie niepopularne decyzje i pójdzie pod prąd międzynarodowej opinii publicznej.

Niedawno zaproponowano nam ciepłą wodę w kranie. Dostaliśmy letnią i co? Większość z nas jest zadowolona. Letnia woda, sukcesy Justyny Kowalczyk i tanie igrzyska politycznych kogutów w telewizji w zupełności nam wystarczają. Mamy więc to, na co zasługujemy.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lekcja z Węgier: oszczędzać bardziej

18 paź 2012

Rząd Viktora Orbana podniósł podatki. To porażka. Bo choć prawdą jest, że obecna ekipa znalazła finanse państwa w opłakanym stanie, to czy rzeczywiście zrobiła wszystko, by tego uniknąć?

Na początku Orban podjął odważny program reform. A niewielu jest dziś polityków, którzy są w stanie proponować i realizować tak odważne plany. Ale każdy plan musi być realistyczny i musi brać pod uwagę czarne scenariusze. Orban nie przewidział, że scenariusz może okazać się tak czarny.

Długo wydawało się, że tnie wydatki i oszczędza, na czym może. Okazało się, że za mało. Nie zdecydował się na bardziej radykalne cięcia, by nie ponosić jeszcze większego ryzyka politycznego.

Z perspektywy czasu widać też, że idąc na wojnę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, Orban się przeliczył. Emocje wzięły u niego górę nad zimnym rachunkiem. Z tego starcia węgierski premier wychodzi więc pokonany. Chciał dać sobie radę bez pożyczki z MFW, a musi wprowadzić działania, które będą kulą u nogi węgierskiej gospodarki.

Co to dla nas może znaczyć? Czy możemy z tego węgierskiego doświadczenia wyciągnąć lekcję? Podnoszenie podatków to ostatnia deska ratunku. Rządzący chwytają za nią wtedy, gdy w porę nie podejmą innych działań – niestety, przede wszystkim oszczędnościowych. Polski rząd ciągle liczy na utrzymanie koniunktury, na to, że ryzykowne działania proinwestycyjne utrzymają wzrost i pozwolą budżetowi pozostać nad powierzchnią wody.

Tymczasem prawda jest banalnie prosta: kiedy jest kryzys, trzeba oszczędzać. Jeśli nie zrobi się tego zawczasu, potem oszczędności mogą być już bardzo trudne do zaakceptowania przez wyborców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ja też lubię Polskę

05 cze 2012

„Newsweek” oskarżył „Wprost” albo odwrotnie (ostatnio ciągle mylą mi się te dwa pisma) o to, że organizując akcję „Polska jest OK” kopiuje organizowaną już akcję „Fajna Polska”, którą zaczął parę dni wcześniej właśnie „Newsweek”.

Obie akcje rzeczywiście podobne są do siebie. Podobne, jak oba pisma na co dzień.

Podobno jednak to szef „Newsweeka”  wcześniej wpadł na pomysł tej akcji niż naczelny „Wprostu”, choć zdaje sie naczelny „Newsweeka” wpadł na ten pomysł kiedy jeszcze był naczelnym „Wprostu”.  Sprawa jest bardzo skomplikowana. Zastanawiam  się, czy „Newsweek” będzie teraz oskarżał „Wprost” co tydzień o podobne pomysły na artykuły i felietony, bo przecież tam prawie wszystko jest niemal takie same.

Warto może zorganizować inną akcję i przypomnieć dawne zabawy rysunkowe z cyklu „Wytęż wzrok i znajdź 20 szczegółów, którym różnią sie dwa obrazki”? Wiemy na pewno, że oba tygodniki bardzo nie lubią jednego ważnego polskiego polityka, ale za to bardzo lubią Polskę. A precyzyjniej lubią tę fajną Polskę.

A Polska jest fajna bez oszołomów, bez wspominania nudnych katastrof i powstań, bez niewygodnych pytań i bez starszych kobiet słuchających religijnej rozgłośni. Gdyby tak wykasować jakąś połowę Polaków to Polska byłaby nie tylko fajna, ale nawet bardzo fajna.

Chciałbym przy okazji poinformować, że  – na co mam świadków – w 2005 roku miałem pomysł na akcję pod nazwą „Lubię Polskę”, którą miał zorganizować pewien dziennik. W zasadzie więc powinienem pozwać oba tytuły, gdybym doszukał się odpowiednich dokumentów. I gdybym do reszty stracił rozum.

Ja dalej lubię Polskę. Całą. Jedną. Z moherami i lemingami.  Z polską flagą, którą wywieszam w dniu narodowych świąt i którą zabiorę na mecz.  Lubię Polskę, nawet z dwoma tygodnikami, których nie można od siebie odróżnić.

Uważam, Rze to dobrze, iż oba pisma są tak podobnie fajne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Łupki to więcej niż Euro 2012

29 maj 2012

Gaz łupkowy może przynieść nam wiele rewolucyjnych zmian. Jedną z nich – bardzo ważną – jest prawdopodobne obniżenie cen energii. Będzie to korzystne i dla końcowych konsumentów, czyli wszystkich obywateli, i dla całej gospodarki.

Gaz łupkowy może przynieść także wiele nowych miejsc pracy. W firmach, które będą dokonywały odwiertów, ale i wielu mniejszych i większych przedsiębiorstwach, które będą  z nimi kooperować. Jeśli pomyślimy poważnie o współpracy biznesu i ośrodków naukowych, może to przynieść rozwój nowych technologii, które będą udoskonalały proces poszukiwań i eksploatacji złóż.

Jeśli państwo, samorządy i inwestorzy zbudują dobry model współpracy, korzyści powinny odnieść wsie, miasteczka i wszelkie okolice miejsc, w których będzie wydobywany gaz.

Wielkie pieniądze mają szanse zarabiać firmy – zagraniczne i polskie, które będą zajmować się tym biznesem. Duże wpływy może mieć budżet państwa. Może nie aż takie, by sfinansować emerytury dla wszystkich obywateli, ale bardzo poważne.

Wreszcie ostatnia kwestii . To korzyść polityczna. Jeśli zaczniemy wydobywać gaz w dużych ilościach u siebie, zmniejszy się nasze uzależnienie od jego potężnego, rosyjskiego dostawcy. Jeśli uda nam się gaz eksportować, nasza siła i pozycja, również polityczna, wzrośnie.

To wszystko są wielkie szanse, których spełnienie jest coraz bardziej realne. Ale szanse, jak to szanse, można wykorzystać lub można zmarnować. Aby wszystko się udało, trzeba wykonać jeszcze wielką pracę. Pamiętając, że gaz łupkowy może nam dać znacznie więcej niż najbardziej fantastyczne mistrzostwa Europy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Duch Rywina wciąż unosi się nad Polską

18 maj 2012

Historia, którą opisujemy w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, do złudzenia przypomina sprawę, którą tak dobrze znamy z niedalekiej przeszłości. Dekadę temu słowa: „lub czasopisma” stały się symbolem niejasnych związków biznesu i polityki. To, że tym razem chodzi o „transport linowy” – niczego właściwie nie zmienia.

W takich sprawach trudno zwykle uwierzyć w przypadek. Co charakterystyczne, nikt też nie chce się przyznać do autorstwa podejrzanego zapisu, choć łatwo wskazać jego beneficjentów.

I w tym przypadku, i w tamtym – kilka słów wprowadzonych do ustawy miało przysłużyć się jednemu biznesmenowi lub grupie przedsiębiorców.

Oczywiście warto tworzyć zapisy, które pomogą narciarskiemu biznesowi. W Polsce działa on w sposób chaotyczny, nieskoordynowany i dużo mniej efektywny niż w wielu innych krajach, zwłaszcza alpejskich. Sprawy własności gruntów, ich łączenia, wydawania zgód na budowanie na nich wyciągów są skomplikowane i ciągną się w nieskończoność.

Ale nawet jeśli państwo chce ułatwić życie przedsiębiorcom narciarskim (czy jakimkolwiek innym), musi to robić w sposób maksymalnie przezroczysty. Tymczasem znowu mamy do czynienia z tajemniczymi działaniami za zamkniętymi drzwiami.

Znów jakiś polityk czy urzędnik wprowadza po cichu zapis, który mógł znakomicie ułatwić zrobienie komuś interesu. I ponownie ewidentnie preferowana jest jedna strona – w tym przypadku właściciele gruntu stoją na z góry przegranej pozycji.

Za czasów afery Rywina obecni politycy Platformy Obywatelskiej zarzekali się, że chcą dokonać w Polsce politycznej przemiany po to, by takie podejrzane zdarzenia nigdy więcej nie miały miejsca. Jest okazja – dziś PO ma większość w Sejmie, rząd i marszałka Sejmu.

Ale jak widać, w ciągu tych dziesięciu lat wiele się nie zmieniło. O czym to świadczy? Wniosek jest tyle banalny, ile smutny – naszemu państwu wciąż daleko do pełnej przejrzystości i wysokich standardów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wspierajmy nasze firmy

12 maj 2012

Kilka dni temu prowadziłem bardzo ciekawą debatę z udziałem ludzi, którzy stworzyli i zarządzają potężnymi polskimi firmami prywatnymi.

Była to jedna z debat z cyklu „Polska Wielki Projekt” organizowanych przez Instytut Sobieskiego. Dziś ich firmy otwierają swoje oddziały poza Polską, sprzedają produkty w wielu krajach świata. To niewątpliwie ludzie sukcesu, którzy sprawiają, że nasz kraj staje się inny.

Dawno nie zdarzyło mi się prowadzić  tak interesującej rozmowy. Dyskutowaliśmy o tym, co może sprawić, by polskie firmy, które zaczynają dość intensywnie ekspandować poza granice kraju, miały lepsze możliwości działania. Wszyscy uczestnicy mniej więcej zgadzali się co do tego, że większość dużych państw na świecie aktywnie wspiera swoje przedsiębiorstwa używając do tego czasem twardych, czasem miękkich instrumentów. Zwracali uwagę, że w wielu miejscach  na świecie, przy ogłaszaniu przetargów przez instytucje państwowe zwykle preferowane są podmioty krajowe. Mówili o aktywnej dyplomacji gospodarczej, o tym, jak placówki zagraniczne wspomagają przedsiębiorców z własnego kraju – co u nas tez już czasem, choć nie zawsze się zdarza.  Przypominali o konieczności prowadzenia polityki podatkowej, która zachęca firmy inwestujące zagranicą do transferu kapitały z powrotem do kraju. Opowiadali o roli, jaka mogłyby odegrać polskie banki, gdyby miały swoje oddziały choćby w krajach Europy Środkowej.

We wszystkich wypowiedziach powracał przede wszystkim jeden wątek -  dobrej edukacji w kraju. Uczenia umiejętności współpracy i gry zespołowej. To coś,  z czym mamy wielki problem i powodów kulturowych i z powodu słabego systemu edukacyjnego.

Mimo, że rozmowa z szefami i właścicielami „Atlanticu”,  „Mercatora”, „Seleny” i „Atlasu” rozpoczęła się w środę dość późnym wieczorem i trwała dobrze ponad dwie godziny, sala wypełniona po brzegi. Słuchali jej – co bardzo ważne – politycy. Taki kontakt z rzeczywistym światem sprowadza na ziemię. Mamy w Polsce coraz więcej firm i przedsiębiorców, którzy naprawdę świetnie radzą sobie na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Rynek jest tym trudniejszy, że ich konkurenci często mają wsparcie ze strony własnych państw. Bo to państwu, nam wszystkim, po prostu się opłaca.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Francuska uczta demokracji

07 maj 2012

Francuzi wbrew wielu stereotypom traktują się poważnie. I poważnie traktują politykę.

Wyborcy zostali poważnie potraktowani przez polityków i odpłacili im tym samym. Niezależnie od tego, czy uważamy, że lepszym prezydentem będzie Francois Hollande czy lepszym byłby Nicolas Sarkozy, warto docenić to, jak prowadzili kampanię. Oczywiście  zatrudniali najlepszych speców od marketingu i reklamy. Oczywiście  ich kampanie pełne były sztuczek i fajerwerków.

Ale oprócz tego obaj mieli swój poważny przekaz. Za fajerwerkami stały konkretne wizje. Zestawienie emocji i merytorycznej dyskusji daje taki efekt, jaki osiągnęli Francuzi. Na wiece wyborcze przychodziło czasem kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset tysięcy osób. Obywatele się angażowali. Byli do tego zachęceni przez swoich liderów i ich sztaby.

Trzy dni przed wyborami obaj główni kandydaci usiedli naprzeciw siebie w studiu telewizyjnym i debatowali przez 2,5 godziny! Debatę transmitowało kilka stacji telewizji naraz. Oglądało ją 18 milionów ludzi.

Czy któryś z naszych sztabów zdecydowałby, by ich kandydaci rozmawiali poważnie przez 150 minut? Obaj kandydaci potraktowali wyborców poważnie, dali im szanse do zmierzenia się nie tylko z jakością plakatów i filmików, ale i z wagą argumentów.

Czy wyobrażacie sobie państwo w Warszawie takie tłumy na wiecu zwycięzcy, jakie w niedzielę widzieliśmy na placu Bastylii, gdzie fetowano Francois Holande’a? Czy widzieliście państwo takie tłumy na jakimkolwiek partyjnym wiecu w Polsce, jakie kilka dni wcześniej były na placu Trocadero, gdzie spotkało się 200 tysięcy zwolenników Nicolasa Sarkozy’ego?

Czy pamiętacie, co powiedział przegrany chwilę po ogłoszeniu wyników? Oświadczył, że szanuje zwycięzcę, że prezydentem jest Hollande, a on sam ponosi pełną odpowiedzialność za swoją przegraną. Nie jestem człowiekiem, który dzieli się odpowiedzialnością za porażki z innymi  taki był przekaz ustępującego prezydenta.

I jeszcze to: „Z całego serca chciałbym, żeby Francja przeszła przez trudności, bo jest coś znacznie ważniejszego od nas, to jest nasz kraj – Francja. Dzisiaj wieczorem musimy myśleć o wielkości Francji.” Tak mówił przegrany polityk.

Warto, by polscy politycy i ich doradcy przemyśleli to wszystko. Francuzi zafundowali nam wszystkim ucztę demokracji. Najważniejszy wynik?  80 procent uprawnionych poszło do głosowania. W Paryżu demokracja kwitnie nie bez powodu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lek na bezradność ministra

22 kwi 2012

Nie ma leków do chemioterapii, ale minister zdrowia uprawia PR, wywołując temat in vitro i pokazując się przed kamerami w miejscu wypadku autobusu. To oburzające.

Jeśli uważamy, że państwo jest nam do czegoś potrzebne to między innymi do tego, by zapewnić ciągłość w dostępności rozmaitego rodzaju leków. Polskiemu państwu udało się tę sprawę zawalić. Chorzy na raka znaleźli się w dramatycznej sytuacji. Stało się tak, bo system źle zadziałał. Za ten system odpowiada rząd. W rządzie jest minister zdrowia, który ma potężny aparat, aby nad takimi sytuacjami panować.

Jak reaguje minister? Jest bezradny. Zamiast próbować ratować sytuację, uruchamia machinę public relations. Udziela wywiadów i ogłasza, że nadszedł czas, by refundować in vitro.

Wiadomo, że nawet w Platformie nie ma zgody w tej sprawie. Wiadomo, że ten projekt nie ma szans na szybkie uchwalenie. Ale jest bardzo duża szansa, że wywoła znowu wielkie emocje. I że – jak dobrze pójdzie – sprawa leków onkologicznych, których zabrakło, zostanie zagłuszona przez kłótnię o in vitro.

Nie wiem, czy na ten pomysł wpadł sam minister Bartosz Arłukowicz, który umie zręcznie grać z mediami, czy doradził mu jeden ze spin doktorów. Wszystko mi jedno. Wydaje mi się to bardzo nieetyczne.

Podobnie jak wyprawa na miejsce wypadku autobusowego pod Szczecinem. Czy gdyby minister tam nie pojechał, akcja ratunkowa potoczyłaby się gorzej? Być może tak, ale czy to oznacza, że minister powinien jeździć do każdego wypadku?

Wiemy jedno, gdyby nie pojechał do tego wypadku, nie mógłby pokazać się przed kamerami jako bardzo wrażliwy człowiek i troskliwy polityk. I nie miałby szansy „przykryć” medialnie poważnego problemu z lekami dla chorych na raka.

Minister Arłukowicz dość szybko przejął tak krytykowaną niegdyś przez siebie metodę pracy rządu Platformy – przykrywanie fatalnych błędów piarem. Tym razem bardzo wątpliwym etycznie piarem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Musimy walczyć o silne NATO

18 kwi 2012

Amerykanie zapowiadają poważne redukcje wydatków na obronę i z Atlantyku przesuwają swoje zainteresowane ku Pacyfikowi. Oddalają się tym samym od Europy, która sama pogrążona w kryzysie nie ma w głowie wydawania większych pieniędzy na swoje armie. NATO słabnie, a wszystkie te czynniki razem są dla Polski i Europy Środkowej bardzo niebezpieczne. Sojusz, do którego wstępowaliśmy, był bowiem inną instytucją.

Nie ma co się łudzić, że na szczycie Paktu w Chicago dojdzie do jakichś radykalnych zmian. Tym niemniej trzeba działać, bo to państwa środkowoeuropejskie, jak żadne inne, rozumieją, że historia się nie skończyła. Różne, bardzo nieprzyjemne rzeczy mogą się jeszcze zdarzyć. Kilka lat temu widzieliśmy jak Rosja, praktycznie bezkarnie, mogła zaatakować Gruzję. Według dochodzących wieści Kreml znowu gromadzi wielkie siły na Kaukazie, by wykorzystać ewentualny atak na Iran do własnych celów. Nie żyjemy wcale w aż tak bezpiecznym świecie, jak wielu się wydaje.

W sferze obronności nikt nie ma wątpliwości, że nasze interesy są zbieżne z interesami Czech, Słowacji, Węgier i państw nadbałtyckich. Nie możemy przejmować się chwilowymi kłopotami z Litwą. Mimo dość histerycznych gestów pani prezydent Litwy, musimy współpracować z Wilnem.

Bardzo dobrze stało się, że na rozpoczynający się szczyt NATO ministrowie spraw zagranicznych i obrony grupy Wyszehradzkiej przygotowali mocny dokument wzywający członków NATO do wzmożonego działania  sferze budowania obronności. Bardzo dobra jest zapowiedź wspólnych ćwiczeń na terytorium naszych państw. Szkoda, że tego dokumentu nie podpisały inne państwa regionu.

Nie mamy wyjścia. Mimo, że jest kryzys i wszyscy mają kłopoty finansowe, na bezpieczeństwie nie możemy oszczędzać. Musimy też być bardzo aktywni politycznie w tej sferze, bo zachodzą kluczowe dla nas procesy.  Dobrze, że Polska razem z Węgrami, Czechami i Słowacją mówi głośno o odpowiedzialności za silne NATO. Jednak za mocnymi słowami muszą też pójść konkretne czyny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop