Czy musimy wiązać się z Gazpromem?

9 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

“Exxon, Chevron, Conoco i Marathon zdecydowały się zacząć kosztowne wiercenia w poszukiwaniu gazonośnych łupków w południowo wschodniej Polsce. Prognozy wskazują, że przyszłość należy do paliw kopalnych z takich jak łupki, niekonwencjonalnych źródeł” – pisze dziennik “Polska The Times”. Nie jest wykluczone, że złoża, których poszukują amerykańskie firmy, przekraczają wielokrotnie nasze zapotrzebowanie na gaz.

“Według raportu World Energy Outlook za rok 2009 w ciągu najbliższych 20 lat aż połowa spalanych przez człowieka węglowodorów będzie niekonwencjonalnego pochodzenia. Z polskiej perspektywy oznacza to, że udział firm takich jak Gazprom, które eksploatują konwencjonalne złoża gazu, będzie się w Europie systematycznie zmniejszał. Tymczasem Polska wykonuje ruch dokładnie w przeciwnym kierunku, przygotowując się do podpisania umowy wiążącej nas z Gazpromem aż do roku 2037.

Umowę podpisujemy w sytuacji, gdy najwięksi odbiorcy gazu w Europie, z Niemiec, Włoch i Francji ograniczają import z Rosji i renegocjują umowy, przechodząc z kontraktów długoterminowych na trzyletnie. Europa wymusza też na Gazpromie zmianę formuły cenowej, która ma być powiązana nie z cenami ropy, jak w przypadku polsko – rosyjskiej umowy, tylko z realnymi, rynkowymi notowaniami cen gazu skroplonego LNG” – czytam w “Polsce”.

Komentuje to w tej samej gazecie Andrzej Godlewski: “Według oficjalnych zapowiedzi podpisanie polsko-rosyjskiej umowy ma nastąpić jeszcze w tym miesiącu. Według nieoficjalnych informacji żaden z rządowych urzędników nie kwapi się, by firmować kontrakt, który dla polskich gospodarstw oznaczać będzie wyższe rachunki za gaz. Także kwestie związane z interesem narodowym każą bardzo ostrożnie podchodzić do umowy z Gazpromem. Jaki jest sens wiązać się z jednym dostawcą na prawie trzydzieści lat? Dlaczego mamy decydować się na to akurat w czasie, kiedy zmieniają się zasady handlu gazem (coraz częściej zaczynają obowiązywać umowy krótkoterminowe – podobnie jak na rynku ropy), a Polska może się stać gazowym mocarstwem?”

Podzielam wątpliwości Godlewskiego. Premier Tusk powinien jeszcze raz przemyśleć i precyzyjnie przekalkulować, czy opłaca się nam podpisywać tak kontrowersyjną umowę z Gazpromem.

Trzeba skreślić kneblujący paragraf

2 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Ewa Beynar-Czeczott, córka Pawła Jasienicy, w liście do prasy uprzedza, że każdy, kto nawiąże do historii jej ojca i jego rodziny w kontekście filmu ‘Różyczka’ w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego, naruszy jej dobra osobiste. Fabuła jest zainspirowana historią kilku ostatnich lat życia Pawła Jasienicy. Osią filmu jest opowieść o małżeństwie pisarza z kobietą, która okazała się agentką służby bezpieczeństwa. Publikacje na temat ‘Różyczki’, mimo że premiera filmu planowana jest na 12 marca, już są obejmowane cenzurą wewnątrzredakcyjną. – Kilka dni temu zostałem poinformowany, że wywiad nie zostanie opublikowany – mówi Jan Kidawa-Błoński.” – pisze „Dziennik Gazeta Prawna” .

DGP przypomina, że w polskim prawie funkcjonuje cenzura prewencyjna. „Kodeks postępowania cywilnego przewiduje możliwość zabezpieczenia powództwa w sprawach o ochronę dóbr osobistych, które polega na wstrzymaniu publikacji artykułu, książki lub emisji filmu do czasu rozpoznania sprawy i wydania wyroku. – Wstrzymanie publikacji oznacza tak naprawdę cenzurę prewencyjną, która jest zakazana w naszej konstytucji. Skutek takiego sądowego zabezpieczenia jest tożsamy z decyzją dawnego Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk w PRL – uważa Marek Szydłowski, radca prawny związany z Izbą Wydawców Prasy”.

“W ostatnich latach z tego rodzaju zabezpieczenia prewencyjnego skorzystała m.in. korporacja Amway, która zablokowała emisję filmu Henryka Dederki ‘Witajcie w życiu’. Sprawa toczy się już przed sądami trzynasty rok i film przez ten cały czas nie może ujrzeć światła dziennego. Także biznesmeni i artyści – Andrzej Perczyński, Zbigniew Solorz, Edyta Górniak – wstrzymali publikacje na swój temat w prasie. Obecnie głośna jest sprawa publikacji biografii Kapuścińskiego. Żona mistrza reportażu chciała sądowego zakazu rozpowszechniania książki ‘Kapuściński non-fiction’ autorstwa Artura Domosławskiego. Sąd oddalił jednak wniosek wdowy po pisarzu” – czytamy w „DGP”.

W komentarzu redakcyjnym Adam Makosz przypomina, że zabezpieczenie powództwa o ochronę dóbr osobistych miało być czymś tymczasowym. „Miało by czasem na ostudzenie rozpalonych głów, a nie czasem na blokowanie wolności wypowiedzi. Szkoda, ze ani Trybunał Konstytucyjny, ani Ministerstwo Sprawiedliwości nie przyjmują do wiadomości tych prostych prawd. Wszyscy udają, ze nie widzą paragrafu, który straszy wydawców, twórców, dziennikarz” – pisze Makosz.

Warto się chyba zastanowić, czy tego paragrafu nie należy po prostu skreślić.

Scenariusz wymyślony w Moskwie

23 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Przez cały weekend trwały gorszące spory o to, czy do Ambasady Rosji w Warszawie dotarł list, w którym prezydent Lech Kaczyński wyraził chęć wzięcia udziału w kwietniowych uroczystościach w Katyniu – pisze w „Gazecie Wyborczej” Marcin Wojciechowski i zarzuca szefowi BBN Aleksandrowi Szczygle, że zaczął mówić o sprawie w radiu. Zarzut słuszny, tyle, że MSZ zaraz też wypowiedział się publicznie na ten temat. I mieliśmy festiwal przerzucania się zarzutami.

Komentuje to z goryczą Jakub Mielnik w „Polska the Times”: „Ambasador Rosji Władimir Grinin może być z siebie dumny. Siedząc w imponującym przepychem gabinecie namiestnika imperium, jak za starych, dobrych dla niego czasów, pociąga przecież za sznurki, prowokując kompromitujące Polskę wydarzenia. Wyobrażam sobie, że pan ambasador musi się świetnie bawić.” – pisze. „W czasach, gdy był frontowym dyplomatą zimnej wojny, prowokowanie sporów i tarć w elicie rządzącej kraju, w którym rezydował, wymagało mozolnej pracy szpiegowskiej. Dziś ambasador Grinin siada wygodnie na kanapie, być może odkorkowuje nawet butelkę gruzińskiego wina, które mimo nałożonego przez Moskwę embarga ciągle jest cenione w ambasadzie, i włącza TVN 24.”

Niestety komentator „Polski” ma rację. Jak pisze, można mieć  nieodparte wrażenie, że ta awantura odbywa się według scenariusza wymyślonego w Moskwie. „Dla Rosjan niechętny im Kaczyński to persona non grata, dlatego otwarcie stawiają na Donalda Tuska, który od początku swojej kadencji zabiega o poprawę stosunków z Rosją. Zaprosili go na spotkanie z Putinem do Katynia, wiedząc, że Kaczyński jak zwykle upomni się o swoje miejsce, wywołując zwyczajowe w takich przypadkach kąśliwe uwagi szefa polskiej dyplomacji. Potem wypadki potoczyły się gładko i po myśli Rosjan, którzy zdają sobie sprawę, że w Polsce zaczęła się już kampania prezydencka. Politycy w Polsce wzięli się za łby, nie bacząc na okoliczności. Ambasadorowi pozostaje dolewanie sobie gruzińskiego wina i pilnowanie, by zapasy trwały nadal”.

Polscy politycy targani swoim ambicjami i interesami politycznymi związanym z kampanią prezydencką dają się wpuszczać w takie historie jak dzieci.
Na koniec jeszcze raz Marcin Wojciechowski z „Gazety”: „Po ludzku rozumiem, że  Lech Kaczyński chce być w Katyniu. I powinien tam być, bo jest prezydentem. Rolą dyplomatów jest znalezienie takiej formuły, by mu to umożliwić. Polska elita powinna zgodnie i w spokoju ustalić, w jakim składzie chce być w Katyniu i w jakiej formule. I dopiero potem rozmawiać o tym z ambasadą Rosji. Po cichu, a nie poprzez media. Takie są elementarne reguły dyplomacji. Kto je łamie, pokazuje, że nie jest profesjonalistą.”

Zgoda.

Partyjne holdingi

19 lutego 2010 autor rp

Partie w Polsce działają jak agresywne przedsiębiorstwa. Mają coraz większe przychody i coraz bardziej rozbudowane struktury. Starają się maksymalizować zyski, szukając coraz bardziej wyrafinowanych metod dotarcia do klienta. Zdają sobie sprawę, że produkt, który chcą sprzedać, musi przykuwać uwagę i być bardzo atrakcyjnie opakowany.

Poświęcają coraz więcej środków na badanie grupy docelowej, jej potrzeb, marzeń i kaprysów. Zatrudniają coraz lepszych specjalistów od wizerunku, którzy przygotowują coraz lepszy makijaż i pomagają napisać coraz bardziej błyskotliwe przemówienia. Partyjne kongresy nie przypominają już siermiężnych wieców ludowych. Tryskają kolorami i najnowocześniejszą technologią.

Zatrudniani są coraz lepsi fachowcy w zakresie reklamy. Doradcy ds. strategii marketingowej i public relations wykonujący zlecenia dla partii politycznych w niczym nie ustępują agencjom pracującym dla najpotężniejszych firm na rynku.

To wszystko bardzo dużo kosztuje. Tak dużo, że musimy finansować partie wszyscy – z kasy państwa, za pomocą subwencji i dotacji. A i to nie wszystko. Jak to bywa w biznesie, partie dywersyfikują źródła przychodów. Zbierają także haracz od swoich działaczy. A kto opłaca działaczy? Też my – płacąc im pensje poselskie, burmistrzowskie, diety radnych czy europosłów (bo przecież Polska wpłaca składki do kasy europejskiej).

I biznes się kręci. Działalność politycznych maszyn staje się celem samym w sobie. Ich tryby kręcą się coraz sprawniej, powstają nowe klipy wyborcze czy billboardy. Partyjni macherzy zapomnieli tylko o jednym – żeby klientowi dostarczyć wartościowy produkt.

Polityczni dyrektorzy ds. strategii i marketingu wierzą ciągle, że tak może być już zawsze. Ale może przyjść dzień, kiedy klienci się zorientują, że w atrakcyjnie opakowanym pudełku nie ma nic, i stracą cierpliwość. Wtedy poszukają innych producentów. Niekoniecznie lepszych, ale na pewno nie tych samych.

Sprawę Sikorskiego trzeba ujawnić

16 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Piotr Zaremba w dzienniku „Polska” publikuje informacje na temat domniemanej sprawy, która miała – według Jarosława Kaczyńskiego – dyskredytować ministra Radosława Sikorskiego.

Jak twierdzi dziennikarz, w 2006 roku – za rządów PiS, ówczesny szef MON miał interweniować w sprawie pojmanego na Litwie białoruskiego szpiega Siergieja Monicza. Dyplomata został zatrzymany dzięki współpracy polskich i litewskich służb specjalnych.

„Według ludzi związanych z Pałacem Prezydenckim, Radosław Sikorski (…) dowiedziawszy się o tym przyszedł do prezydenta i przekonywał go, aby nie sprowadzać Monicza do Polski. Stało się inaczej. W styczniu podejrzewany o szpiegostwo Białorusin został deportowany z Litwy do naszego kraju, a ostatnio skazany na pięć i pól rok uwięzienia”.

Zaremba zwraca uwagę, że nie wiemy „co tak naprawdę minister – mający przecież dostępu do tajnych informacji – wiedział o sprawie Monicza. Ani jakich argumentów użył wobec prezydenta. Był już w tamtym czasie zwolennikiem normalizacji stosunków polsko-białoruskich”. I stwierdza: „Oficjalnie nikt tej historii nie potwierdza. Staje się ona jednak tematem kampanii. Obie strony nie unikną teraz pytania, czy jej nie ujawnić”.

Normalnie takie kwestie pozostają tajemnica państwową do końca. Ale dziś mamy inną sytuację. Obecny szef MSZ, a były szef MON, jest prawdopodobnym kandydatem na prezydenta. Były premier i jego zwierzchnik twierdzi, że to jest sprawa, która kompromituje Sikorskiego. Mówi, że o sprawie wiedzą trzy osoby w państwie. Niezależnie co myślimy o tym sposobie uprawiania polityki, jeśli Radosław Sikorski będzie kandydatem na prezydenta w takiej sytuacji trzeba ujawnić, jakimi motywami się kierował przekonując prezydenta, by nie deportować białoruskiego agenta. Jest bardzo prawdopodobne, że były to powody całkowicie racjonalne i że ówczesny minister obrony narodowej działał zgodnie z polską racja stanu. W sprawie szpiegów państwa prowadzą rozmaite gry. Ale zapewne padną zarzuty, że było inaczej, że przesłanki jego działania były wątpliwe. Dlatego sprawę trzeba w tej sytuacji ujawnić i wyjaśnić do końca.

Nie odpuszczać Łukaszence

15 lutego 2010 autor rp

Fatalna sytuacja gospodarcza na Białorusi i rosnące napięcie między Mińskiem a Moskwą budziły w Polsce przez dłuższy czas nadzieję, że Aleksander Łukaszenko zwróci się w stronę Zachodu i zacznie choć trochę demokratyzować kraj. Tymczasem dzieje się odwrotnie. Białoruski dyktator zaostrza kurs.

Dyskusja i emocje wokół tego, jak grać z Białorusią, są zupełnie zrozumiałe. Mińsk zachowuje się bezczelnie i w zasadzie zasługuje na podobne traktowanie. Tyle że od kiedy Łukaszenko przejął władzę na Białorusi, niezależnie od tego, jaką politykę wobec niego prowadziliśmy, sytuacja była mniej więcej taka sama. Dlatego oskarżanie dziś Radosława Sikorskiego, że jego taktyka poniosła fiasko, jest demagogią, bo wszystkie nasze dotychczasowe działania były nieskuteczne.

To prawda, że próby dogadywania się z Mińskiem podejmowane przez obecny rząd nie przynoszą efektów. Ale to nie znaczy, że należy zaprzestać jakichkolwiek działań mogących zmienić sytuację na Białorusi.

Do niedawna nie mieliśmy w ręku na tyle silnych argumentów (czyli pieniędzy i atrakcyjnych kontraktów), by Łukaszenko uznał, że z nami warto podjąć grę. Teraz sytuacja jest o tyle lepsza, że akurat w sprawie Białorusi możemy liczyć na Unię Europejską. Musiał to brać pod uwagę Sikorski, gdy w ostatnich dniach w rozmowie ze swoim białoruskim odpowiednikiem Siarhiejem Marynauem podjął próbę zadziałania metodą kija i marchewki.

Najwyraźniej jednak marchewka nie wystarczyła. Teraz więc konieczna jest konsekwencja – skoro się zagroziło użyciem kija, to należy go użyć. Bo represje wobec Związku Polaków Andżeliki Borys to nie drobny zatarg między dwoma państwami, ale poważne naruszanie praw człowieka. Mińsk odczuje, że jesteśmy silni i zdeterminowani tylko wtedy, jeśli doprowadzimy do przywrócenia unijnych sankcji wobec Białorusi i do zamrożenia kontaktów UE z Łukaszenką.

W Katyniu nie będzie limitu krzeseł

10 lutego 2010 autor rp

Niezależnie od tego, jakie były intencje premiera Władimira Putina w sprawie Katynia, polscy politycy zachowali się dokładnie tak, jakby chcieli sprawić przyjemność rosyjskiemu przywódcy.

Premier Donald Tusk, nie uzgadniając odpowiedzi z prezydentem, natychmiast przyjął zaproszenie od Putina. Lech Kaczyński zaś publicznie oświadczył, że też chce pojechać do Katynia, choć nie wie, czy dostanie wizę. A minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski – również publicznie – poradził prezydentowi, żeby na tę rocznicę nie jechał, bo się może narazić na despekt.

Wszyscy trzej zachowali się inaczej, niż powinni. I zaczął się tradycyjny spór rządowo-prezydencki, który jak zawsze cieszy tych, którym nie jest na rękę sprawna, zgodna i silna władza w Warszawie.

Obchody 70. rocznicy kaźni katyńskiej są niezwykle ważnym dla wszystkich Polaków wydarzeniem. Naturalne jest, że chcą tam być najważniejsi polscy politycy. Ma pełne prawo być w Katyniu i premier, i prezydent. Co więcej – powinni tam być. To miejsce symboliczne i chwila symboliczna dla państwa. Najważniejsi reprezentanci narodu swoją obecnością w takich miejscach w takim czasie zaświadczają, że pamiętamy o dramatycznych dla Polaków historycznych wydarzeniach.

Czy tę sprawę można było załatwić inaczej? Oczywiście. Po zaproszeniu od premiera Putina premier Tusk powinien był się skontaktować z prezydentem Kaczyńskim, uzgodnić, jakiej odpowiedzi udzielić, czy jadą obaj, czy tylko jeden z nich. Trudno sobie wyobrazić, by premier Rosji takiej odpowiedzi nie zaakceptował. Nie byłoby nieporozumień, nie byłoby komentarzy, że Rosjanom znów udało się nas podzielić i że polscy politycy i tę tragiczną rocznicę wykorzystują do wzajemnych uszczypliwości i pokazywania sobie nawzajem, kto jest ważniejszy.

Ale nie wszystko jeszcze stracone. Polski premier z prezydentem wciąż mogą się porozumieć bez pośrednictwa mediów. Ustalić wspólne stanowisko i spokojnie przekazać je stronie rosyjskiej. Na cmentarzu w Katyniu raczej nie będzie limitu krzeseł dla politycznych przywódców.

Same traktaty niczego nie gwarantują

9 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

W „Gazecie Wyborczej” wywiad z profesorem Adamem Rotfeldem, który mówi o tym, jakiego NATO potrzebujemy i co jest ważne w sojuszniczych zobowiązaniach.

Przyznaje, że artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego pozostawia swobodę interpretacji. „Mówi się, że napaść na jednego z członków Sojuszu oznacza napaść na wszystkich i wtedy inne państwa natychmiast podejmą wszelkie inne ‘działania, jakie uznają za konieczne łącznie z użyciem siły zbrojnej’. Co ciekawe, artykuł 5 wcześniejszego o rok od NATO traktatu brukselskiego, który powołał do życia Unię Zachodnioeuropejską (UZE), był bardziej precyzyjny. A jednak po instytucji tej już nie ma śladu. Ponad 10 lat temu w St. Malo zapoczątkowano cichy ‘pogrzeb’ UZE. Organizacja rozpłynęła się i nikt nie odczuwa jej braku. Mówię o tym, aby uświadomić, że o znaczeniu Sojuszu decydują nie definicje a siła. (…) O wadze i znaczeniu zobowiązań decyduje determinacja i wola polityczna państw, które traktat zawierają. W wielu państwach Europy przeważa pogląd, że najważniejsze są dobre sformułowania aktów prawnych. W tradycji anglosaskiej zaś najważniejsze jest to, by zobowiązania – obojętnie czy polityczne, czy prawne – były wcielane w życie”

Trudno odmówić profesorowi Rotfeldowi racji. Najnowsze doświadczenia, choć z traktatem lizbońskim pokazują, że żadne zapisy niczego nie zmienią jeśli nie ma i siły i woli politycznej. Warto przypomnieć, co pisała dwa dni temu Anne Applebaum w Washington Post” narzekając na brak jasnego przywództwa w Europie. „Piszę to jako euroentuzjastka, ale jako euroentuzjastka która ma szczerze dość tego, że Europa nie jest zdolna, by wypracować wspólny front w kontaktach w Rosją, w sprawie polityki energetycznej oraz zaangażowania w Afganistanie (..) Wybór nieznanych polityków na prezydenta i ministra spraw zagranicznych UE dowodzi, iż “prawdziwi przywódcy” Unii – jak ich określa – czyli niemiecka kanclerz Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy, nie chcą, by kontynent miał jakąkolwiek (wspólną) politykę zagraniczną”.

Zapisy traktatu lizbońskiego niestety nie zapewniają na razie Europie jedności. Tak samo, jak same zapisy traktatu waszyngtońskiego nie są dla nas stuprocentowa gwarancją, jeśli nie ma woli i determinacji, o której świadczyć mogą konkretne działania, takie jak instalacje militarne.

Kroczek w dobrym kierunku

3 lutego 2010 autor rp

Artykuł 212 kodeksu karnego obrósł już legendą. Zapis przewidujący wysokie kary pieniężne, a nawet więzienie, za zniesławienie duchem tkwi w poprzedniej epoce. Niestety statystyki pokazują, że był on dość często stosowany. Na podstawie tego artykułu skazano ponad tysiąc osób, z czego co czwarta została pozbawiona wolności.

Szczególnie często stosowano go wobec dziennikarzy lokalnych mediów. Było to groźne, bo – jak mawiają prawnicy – wyroki miały „skutek mrożący”. Małe redakcje, które nie miały pieniędzy na grzywny, ze strachu w ogóle nie publikowały materiałów demaskujących nieprawości lokalnych polityków czy biznesmenów.

Środowiska dziennikarskie, obrońcy praw człowieka od dawna protestowali przeciw temu absurdalnemu przepisowi. Co ciekawe, politycy publicznie się zgadzali , że powinien on zniknąć z kodeksu karnego, ale jakoś nie mogli się przełamać, by wprowadzić to w czyn. Dobrze więc, że minister Krzysztof Kwiatkowski wystąpił z taką propozycją, choć lepiej by było, gdyby doprowadził do całkowitego zniesienia zapisu, pozostawiając sprawy o zniesławienie sądownictwu cywilnemu.

Dobrze, że zaproponował dodanie do artykułu 241 k.k. paragrafu wskazującego, w jakich warunkach ujawnienie tajemnicy ze śledztwa nie będzie przestępstwem. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że stało się to pod wpływem medialnej i politycznej awantury, jaka wybuchła po postawieniu zarzutów dwóm dziennikarzom – Radia Zet i TVN 24. Niezależnie jednak od intencji dobrze, powtórzę, że minister wykonał gest, który doprowadzi być może do złagodzenia tego artykułu. Jeszcze lepiej jednak by było, gdyby podobna zmiana dotyczyła ujawnienia tajemnicy państwowej, o czym mówi artykuł 265. Zdarzają się przecież przypadki, gdy dziennikarze ujawniają te tajemnice w imię wyższego interesu społecznego. I o taką zmianę trzeba dalej walczyć. Minister wykonał krok w dobrym kierunku. A raczej kroczek.

Janke: Dziennikarstwo dworskie

2 lutego 2010 autor rp

“Obowiązkiem dziennikarza jest być w opozycji wobec każdego rządu” – tak przed czterema laty przekonywały tuzy polskiej publicystyki. Doprawdy? – pisze publicysta “Rzeczpospolitej”

Warto obserwować, jak (…) odradza się np. kategoria “dziennikarstwa reżimowego”, czyli bezkrytycznego wobec samej władzy, za to gorliwie i brutalnie atakującego jej przeciwników” – pisali niecałe cztery lata temu w tygodniku “Polityka” Wiesław Władyka i Mariusz Janicki. Redaktor naczelny tegoż tygodnika Jerzy Baczyński mówił o nowej kategorii dziennikarzy dworskich, czyli schlebiających władzy.

“Gazetę Wyborczą” wypełniały oskarżenia pod adresem mediów i poszczególnych publicystów, którzy mieli – zdaniem “GW” – jawnie wspierać partię rządzącą, co jest czynem niegodnym szanującego się dziennikarza i sprzeczne z misją mediów. Można było przeczytać o “rządowych dziennikarzach”, “pisowskich publicystach”, przerzucano się oskarżeniami i epitetami. W tym samym czasie niektórzy redaktorzy prowadzący zaciekłą walkę z rządzącym PiS przekonywali publicznie, że obowiązkiem dziennikarza jest być w opozycji wobec każdego rządu. Tłumaczenia, że publicysta może czasem mieć na jakiś temat pogląd zbieżny z tym, co akurat robi (czy chce zrobić) władza i nie oznacza to, że tę władzę wspiera, odbijały się jak groch o ścianę.

Minęły cztery lata. Rządzi Platforma Obywatelska. Spójrzmy, jak dziś dziennikarze “Gazety Wyborczej” i “Polityki” piszą o obecnej władzy.

Przeczytaj cały artykuł