Rządowi Tuska życzymy odwagi

30 gru 2011

Rok 2012 nie będzie łatwy. Nadciąga wielka burza. A przez ostatnie lata gabinet Tuska tłumaczył nam, że słońce może świecić wiecznie.

Rządowi eksperci wyspecjalizowali się w przedstawianiu optymistycznych prognoz i tworzeniu dobrej atmosfery. Polacy uwierzyli, że jest miło, ciepło i spokojnie, zachwycili się sobą i zieloną wyspą, którą zamieszkują. Jakby nie wiedzieli, że jeśli nadejdzie burza i wysoka fala, to zaleje także tę wyspę.

Podczas burzy, jak wiadomo, potrzebne jest silne przywództwo. Potrzebna jest odwaga w podejmowaniu decyzji. Odwaga, której ostatnio rządzącym bardzo brakowało. O sile tego przywództwa powinno stanowić nie poparcie w sondażach, ale wizja, konsekwencja i zdecydowanie. Wola działania i asertywność, gdy wymaga tego sytuacja.

I nie chodzi o sprytne ruchy księgowe, które ukryją nasze zadłużenie. Nie chodzi o przerzucanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej, by przez moment wypaść dobrze w jakimś rankingu. Nie chodzi o tymczasowe klajstrowanie kolejnych dziur w służbie zdrowia.  Nie chodzi też o kolejne błyskotliwe przemówienia, efektowne akcje piarowskie i miłe uśmiechy w Brukseli. Polacy oczekują prawdziwych zmian.

Nasz kraj nie będzie się bardziej liczyć w Europie dzięki temu, że premier Tusk zrobi sobie kolejnych  20 zdjęć w objęciach Angeli Merkel. Znaczenie Polski wzrośnie wtedy, gdy wzrośnie nasz PKB.  Nie wystarczy dostać miejsce przy jakimś europejskim  stole, abyśmy stali się wiarygodni dla rynków – trzeba mieć niskie zadłużenie,  porządek w finansach, silne instytucje i sprawną infrastrukturę.

A PKB będzie rósł, jeśli polscy przedsiębiorcy będą mieć swobodę działania, jeśli koszty pracy nie będą wzrastać, jeśli rodziny będą doceniane, a nie karane za posiadanie dzieci, jeśli państwo będzie tworzyć równe szanse dla wszystkich, a sądy będą działać sprawnie.

Aby jednak tak się stało, potrzeba odważnych decyzji, podejmowanych czasem wbrew opinii publicznej w kraju, a czasem wbrew naciskom zagranicznych partnerów.  Dlatego w nowym roku rządowi powinniśmy życzyć przede wszystkim odwagi. Odwagi w określaniu  polskiego interesu narodowego i przy podejmowaniu decyzji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydencja fasadowa

14 gru 2011

Ponad pół roku temu wbijano nam do głów, że Polska odniosła wielki sukces, że spotkał nas olbrzymi zaszczyt, ponieważ oto nasz kraj obejmuje prezydencję Unii Europejskiej.

Niektórzy mówili nawet, że przez pół roku będziemy przewodzić Europie. I nie miało wtedy znaczenia, że taki sam sukces spotkał kilkanaście państw przed nami i nasze osiągnięcie w tej sprawie jest równe zeru. Gdybyśmy, będąc w Unii, nie robili nic, i tak byśmy prezydencję objęli.

Dziś już wiemy, że przez pół roku Polska była centrum konferencyjnym i w tym czasie administrowaliśmy ogromną ilością spotkań, negocjacji, zebrań. Mieliśmy wiele pracy biurowej, sporo merytorycznej, ale z faktycznym rządzeniem nie miało to wiele wspólnego.

Po pierwsze, ze względu na traktat lizboński, który mocno zawęził kompetencje prezydencji, a po drugie, przez kryzys, który spowodował, że centrum zarządzania nie tylko nie znajdowało się w kraju sprawującym prezydencję, ale nawet nie w Radzie UE, Komisji Europejskiej ani w Parlamencie Europejskim, lecz w dwóch stolicach – Berlinie i Paryżu.

Unijna prezydencja jest dziś instytucją dużo bardziej fasadową, niż była przed 13 grudnia 2007 roku, gdy podpisano traktat lizboński. I niż zakładano, że będzie. Jej idea była szczytna. Stanowiła ukłon wobec państw narodowych, by – zwłaszcza te mniejsze – mogły mieć poczucie, iż wpływają na bieg spraw. Dziś ten wpływ jest już raczej iluzoryczny. A czy państwa mogą odnieść jakąkolwiek korzyść ze sprawowania prezydencji?

Oczywiście, jeśli wykorzystają tę okazję do przedstawienia na forum publicznym pewnych ważnych dla siebie problemów. Może to być także niezła szansa na promocję wizerunku kraju. Oraz okazja – zwłaszcza z punktu widzenia państw nowej Europy, takich jak Polska – do zdobycia doświadczenia administracyjnego.

Ale poza tym rola kraju przewodniczącego Unii nie jest znacząca. Nasza też nie była. Bo i nie mogła być. Nie ma się więc czym ekscytować. A już na pewno nie tym, że kilku szefów rządów regularnie dzwoniło do Donalda Tuska. Nie jest to szczególnie wielkie osiągnięcie. Po prostu wykonaliśmy to, co przed nami wykonało kilkanaście innych państw, a po nas wykonają kolejne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tusk może dziś wszystko

28 lis 2011

Jeszcze nigdy w historii III Rzeczypospolitej premier polskiego rządu nie miał tak komfortowej sytuacji politycznej, by móc rządzić tak, jak ma na to ochotę. W kraju nie grozi mu nic. Opozycji praktycznie nie ma. PiS się dzieli, SLD ledwo zipie. Prezydent raczej będzie wspierał rząd. Tak dobrze nie miał do tej pory żaden gabinet, może poza ekipą Tadeusza Mazowieckiego, która w tamtym niezwykłym czasie mogła przeforsować w parlamencie wszystko, co chciała.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tak się kończą telewizje

19 lis 2011

Czy ktoś z państwa, oglądając telewizyjne relacje z zadym 11 listopada, miał wrażenie, że dostał pełny obraz tego, co się działo?

Poczucie, że wielkie stacje wytłumaczyły, kto z kim i dlaczego się okładał, a kto spokojnie szedł i ilu ludzi brało udział w przemarszach albo blokadach?

Ja miałem poczucie totalnego chaosu. Nie tylko dlatego, że niektórym mediom nie mogło przez gardło przejść, że niezbyt przyjaźnie wyglądający młodzieńcy w kominiarkach bijący kogo popadnie byli również elementem lewicowej demonstracji. Dużo czasu minęło, zanim padły pytania o to, kto zaprosił krzyczących po niemiecku zadymiarzy i gdzie składali oni swoje „kolorowe” kastety i pałki.

Problem dużych mediów wynikał w dużej mierze z ich nastawienia, ale też z tego, że po prostu nie są w stanie, nawet jeśli chcą – a nie zawsze chciały – pokazać wszystkiego, co się działo. Nawet jeśli mają supernowoczesne wozy transmisyjne i helikoptery. To był dzień wielkiej porażki tradycyjnych mediów elektronicznych.

11 listopada chyba pierwszy raz na taką skalę nowe media obywatelskie pokazały swoją siłę. To w Internecie na licznych blogach, w twitterowych relacjach, wpisach na Facebooku, filmikach na YouTube kręconych w bardzo wielu miejscach i sytuacjach można było na bieżąco czytać i oglądać rzeczy, których nie dało się zobaczyć w telewizji.

To blogerzy nakręcili filmik z policjantem kopiącym przechodnia. To w Internecie mogliśmy zobaczyć kordon wyrostków z zakrytymi twarzami otaczających kolorową blokadę. To na Twitterze można było przeczytać relacje ludzi ze spokojnej, wielotysięcznej demonstracji, w której szły całe rodziny, nie mając pojęcia o zadymach i policji. I której w telewizji nie bardzo było widać, bo telewizje skupiały się na walkach.

A zatem jeśli ktoś 11 listopada chciał wiedzieć, co się dzieje, znacznie lepiej zrobił, siedząc przed laptopem niż przed telewizją. Czy relacje blogerów były mniej stronnicze niż relacje niektórych tradycyjnych mediów? Nie. Były różne. Wiele z nich było, owszem, mocno stronniczych. Często złośliwych. Sympatie polityczne autorów często były łatwe do odczytania. Internet nie był zimny i zdystansowany. Ale sporo było rzeczy rzetelnych i solidnych. Najważniejsze jednak, że nadawców były setki.

Z tych różnych szczątkowych relacji, często jednostronnych, można było zbudować sobie obraz całości. Przede wszystkim można było zobaczyć to, czego nie było gdzie indziej. Blogerzy nie udają obiektywizmu. Nie okłamują, że dają nam bezstronny serwis informacyjny. Pokazują świat widziany przez siebie, przepuszczony przez subiektywny filtr. Ale nie mają oporów, by pokazywać to, czego nie chcą pokazać inni. I łatwo zweryfikować ich reakcje, zderzając je z wieloma innymi.

Do tej pory ekscytowaliśmy się, że użytkownicy Twittera, Facebooka czy blogerzy umieją pokazać lepiej i bardziej wiarygodnie niż reżimowe media zdarzenia w Egipcie czy Iranie. 11 listopada niezależni nadawcy pokazali, że umieją to robić lepiej niż tradycyjne media w wolnym kraju w centrum Europy. To pokazuje nie tylko stan naszych mediów, ale też kierunek, w którym zmierza świat i sposób komunikowania się. I zmierza coraz szybciej.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fundacja czy firma lobbingowa

15 lis 2011

Czy organizacja pozarządowa może pozyskiwać pieniądze od każdej firmy? Czy Wanda Nowicka znalazła się w sytuacji konfliktu interesów, biorąc – dla swojej organizacji – pieniądze od firmy farmaceutycznej produkującej narzędzia do przeprowadzania aborcji, gdy ta organizacja – jako niezależna obywatelska instytucja non profit – walczy o liberalizację ustawy aborcyjnej? Czy – pomijając aspekt problemu aborcji – zachowała się nieetycznie, korzystając z pieniędzy sponsorów i głosząc poglądy, które ułatwiały tymże sponsorom robienie interesów?

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podwodny czyn Putina i Schrödera

11 lis 2011

Kiedy cała Polska emocjonowała się pojedynkiem Kempa – Nowicka (czyż nie zasługujemy jednak na więcej?) i nowymi sejmowymi bulgotami, jak to wdzięcznie określił poseł Dorn, posła Palikota, zdarzyło się coś, co trafiło na koniec największych serwisów informacyjnych.

Coś, co tego dnia wydawcom głównych programów informacyjnych wydało się nudne i mniej ważne niż doniosłe wydarzenia z Sejmu RP.

Oto Angela Merkel z Dmitrijem Miedwiediewem (jako następcy Schrödera i Putina) otworzyli uroczyście Nord Stream – gazociąg północny biegnący pod Bałtykiem, omijający Polskę i całkowicie ignorujący nasze strategiczne interesy. Kanclerz Niemiec powiedziała: „Nord Stream jest jednym z największych współczesnych projektów strukturalnych o strategicznym znaczeniu i stanowi dobry przykład współpracy między Rosją a UE w ważnej dla gospodarki dziedzinie”.

Niewątpliwie to gazociąg o strategicznym znaczeniu. I na pewno stanowi bardzo dobry przykład współpracy między Niemcami a Rosją. Niestety, jest to również przykład na to, jak ignorowane są polskie interesy. A także na to, jak nie poradziliśmy sobie – od rządu Leszka Millera przez wszystkie kolejne do obecnego włącznie – z tym problemem. Nie udało się zablokować tej inwestycji. W Europie dużo się mówi o bezpieczeństwie energetycznym. A bezpieczeństwo energetyczne Polski nie zostało jednak wzięte pod uwagę.

– Polska jest szczególnie wrażliwa na punkcie korytarzy i porozumień ponad naszymi głowami. To była tradycja Locarno, paktu Ribbentrop-Mołotow. To był XX wiek. Nie chcemy powtórki – mówił kiedyś Radosław Sikorski o porozumieniu w sprawie gazociągu Nord Stream. I choć są to słowa, których dyplomata używać nie powinien (wtedy Sikorski dyplomatą nie był), oddają jednak dość dobrze sedno sprawy. Było to porozumienie Rosji z Niemcami ponad głowami Polaków i wbrew interesom Polski. Do powstania gazociągu parli kanclerz Gerhard Schröder i Władimir Putin. Schröder, kiedy tylko przystał być kanclerzem Niemiec, został szefem rady nadzorczej spółki budującej gazociąg. Co oznacza, że będąc kanclerzem, pracował na rzecz interesów rosyjskich.

Kolejne polskie ekipy próbowały zablokować lub opóźnić budowę Nord Stream właśnie dlatego, że uznawały, iż jest bardzo niekorzystne dla naszego państwa. I dziś to porozumienie stało się faktem. Co więcej, komisarz ds. energetyki Gunter Oetinger mówi, że to ważna i dobra inwestycja.

Dla Polski oznacza to, że gaz od tego samego dostawcy otrzymujemy z różnych stron i jesteśmy jeszcze bardziej uzależnieni od jednej firmy – Gazpromu.

Ktokolwiek próbuje temu zaprzeczać, niech spojrzy, ile kosztuje nas gaz z Rosji. Płacimy jedne z najwyższych stawek w Europie właśnie dlatego, że nie ma dziś konkurencji, że dywersyfikacja jest tak słaba. Każdy, kto próbuje nas przekonać, że jest inaczej, po prostu mówi nieprawdę.

Gdyby było inaczej, rząd Platformy nie kontynuowałby rozpoczętej przez ekipę PiS budowy portu LNG, gdzie odbieramy również drogi gaz skroplony. Właśnie dlatego, by zmniejszyć nasze uzależnienie od Rosji. Dlatego też tak ważna jest szansa na wydobycie gazu łupkowego.

Dla Niemców sprawa wygląda inaczej. Dla niech dostawy z Rosji to szansa na większą dywersyfikację, ale też na lepszą polityczną współpracę z Moskwą. Bo Kreml nie ukrywa tego, że surowce naturalne są narzędziem uprawiania polityki zagranicznej. Zatrudnienie w rosyjskiej firmie byłego kanclerza Niemiec było najlepszym tego dowodem.

Czy mamy z tego powodu wypowiadać wojnę Niemcom? Oczywiście, że nie. Z Niemcami musimy normalnie współpracować. Tylko powiedzmy sobie szczerze, że w tej sprawie Niemcy całkowicie zignorowały nasz interes. I nie udawajmy, że chętnie położą gazociąg głębiej przy wejściu do portu w Świnoujściu. Bo ograniczyły się wyłącznie do deklaracji.

– Nord Stream to nowy standard, jeśli chodzi o politykę energetyczną – mówiła kanclerz Niemiec, otwierając rurociąg. Rzeczywiście. To zupełnie nowy standard. Także w relacjach między sojusznikami w Unii Europejskiej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielka smuta

07 lis 2011

Wygląda na to, że zarówno polską prawicę, jak i całe polskie państwo czeka czas wielkiej smuty. Przypomina mi się połowa lat 90., kiedy prezydentem został Aleksander Kwaśniewski, rządy obejmowali kolejni premierzy wywodzący się z dawnej PZPR, polityków rządzących łączyła jedynie chęć utrzymania się przy władzy i rozszerzania swoich biznesowych wpływów, a politycy prawicy dzielnie się zwalczali, dzielili, kłócili i oskarżali o zdradę. A potem biadali, jak Polska jest rozkradana.

Dziś mamy pasywne rządy polityków Platformy Obywatelskiej, których głównym celem jest utrzymanie się przy władzy, tworzenie dobrego nastroju w kraju i zdobywanie pochwał w zachodnich gazetach. Motorem ich działania nie jest już nawet ciepła woda w kranach, tylko skuteczność w utrzymaniu rządów. A Zachód rozpływa się w zachwytach nad stabilnością polskiej demokracji, dojrzałością polskiego społeczeństwa, które drugi raz z rzędu wybrało „przewidywalną” ekipę. Przewidywalną, bo też i łatwo przewidzieć, że niewiele zrobi i nie będzie się specjalnie czemukolwiek sprzeciwiać.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie mówcie, że państwo działa sprawnie

25 paź 2011

Wątpliwości co do pracy Biura Ochrony Rządu pojawiały się od pierwszych chwil po katastrofie smoleńskiej. Ale wszystkie trudne pytania i zarzuty stawiane przez dziennikarzy odpierano. Dziś dowiadujemy się, iż prokuratura nie wyklucza, iż przed katastrofą doszło jednak do niedopełnienia obowiązków przez BOR.

W „Rzeczpospolitej” dziesiątki razy pisaliśmy o tym, jak źle działa aparat państwowy, jak słabe i nieudolne jest państwo. Niemal za każdym razem przedstawiciele rządu i bliskie establishmentowi politycznemu media wykpiwały takie opinie.

Dowodem na to, że polskie państwo dobrze funkcjonuje, miały być godnie i sprawnie zorganizowane pogrzeby ofiar smoleńskiej katastrofy oraz szybkie przejęcie obowiązków prezydenta przez ówczesnego marszałka Sejmu.

Niestety, to dowód wysoce niewystarczający. Państwo polskie nie zdało egzaminu ani przed katastrofą, ani po niej. Po licznych dziennikarskich publikacjach i raporcie Millera nikt już nie zaprzecza, że 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego działał skandalicznie. A teraz dowiadujemy się, że być może podobna sytuacja była w Biurze Ochrony Rządu.

Czy możemy się czuć bezpiecznie w państwie, w którym rzeczy oburzające działy się w kluczowej jednostce wojskowej zajmującej się transportem najwyższych jego przedstawicieli? W którym swoich obowiązków nie dopełniała specjalistyczna formacja odpowiedzialna za bezpieczeństwo tych przedstawicieli? Na dodatek jej szef Marian Janicki dostaje w nagrodę awans?

A nie wolno zapominać, że Polska od wiele miesięcy nie jest w stanie odzyskać z Rosji czarnych skrzynek i wraku samolotu,  którym leciał polski prezydent. Czego jeszcze musimy się dowiedzieć, by opinia o nieudolności i słabości polskiego państwa nie była podważana?

Przestańmy się wreszcie w imię doraźnych interesów politycznych i partyjnych rozgrywek okłamywać. Jeśli nie wyciągniemy konsekwencji z tego, co się stało, nie odrobimy wszystkich lekcji i nie wskażemy popełnionych błędów oraz osób za nie odpowiedzialnych, to następnym razem zdarzy się coś jeszcze gorszego. Choć trudno już sobie wyobrazić, co to mogłoby być.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie ma co marzyć o Budapeszcie

17 paź 2011

Jarosław Kaczyński marzy o drugim Budapeszcie. Wierzy, iż kryzys gospodarczy dotknie Polskę tak mocno, że wyborcy odsuną się od Platformy Obywatelskiej i wpadną w ręce Prawa i Sprawiedliwości. Wierzy, że w Polsce powtórzy się wariant węgierski. Tam po fatalnych rządach socjalistów konserwatywny Fidesz Viktora Orbana zdobył zdecydowaną większość w parlamencie. Teraz rządzi samodzielnie, może zmieniać konstytucję i reformować państwo. Tyle że porównanie sytuacji polskiej do węgierskiej jest nieuprawnione. Ani socjaliści nie są Platformą Obywatelską, ani Fidesz nie jest PiS.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie pozwólmy Palikotowi narzucać tematów

13 paź 2011

Krzyż – symbol religijny ważny dla milionów Polaków jest użyty jako narzędzie do wywoływania politycznej zadymy. Nie pierwszy Janusz Palikot to wymyślił.

Niedawno Nergal darł Biblię, a wcześniej rozmaite gwiazdeczki drugiego sortu próbowały na kpinie z symboli religijnych robić karierę.

Krzyż jest najważniejszym symbolem chrześcijaństwa. W Polsce jest nawet czymś więcej. Jest znakiem związanym z naszą historią, z walką o naszą narodową tożsamość. Jest znakiem ważnym także dla niewierzących. Krzyż jest obecny w wielu miejscach publicznych. Na budynkach, placach i w przydrożnych kapliczkach. Nikomu nie zagraża ani niczego nie zawłaszcza. Wielu ludziom po prostu towarzyszy.

Niewierzący nie mają obowiązku przed nim przystawać, czy żegnać się, ale wypada, by  po prostu okazywali mu szacunek. I zdecydowana większość niewierzących w Polsce tak czyni. Podobnie ze strony katolików, czy szerzej chrześcijan, należy się szacunek symbolom innych religii.

Tymczasem Janusz Palikot postanowił rozpocząć swoje nowe życie polityczne od wyrzucenia krzyża w Sejmie. Ten sam Palikot, który niegdyś miał być specjalistą od „przyjaznego państwa” i upraszczania życia przedsiębiorcom, a jeszcze wcześniej był wydawcą bardzo konserwatywnego tygodnika. Dziś uznał, że znakiem firmowym jego ugrupowania  ma być nie upraszczanie przepisów, ułatwianie rozwijania przedsiębiorczości, ale walka z najważniejszym dla chrześcijan symbolem.

Cel tych działań jest dość oczywisty. To nie jest coś, co zawsze grało w sercu Januszowi Palikotowi.  To jest sprawa, która ma po prostu wywołać skandal, skupić uwagę mediów na nim i spowodować, by w pierwszych dniach nowej kadencji wszyscy nadal mówili o Palikocie i jego Ruchu.

Ta wojna służyć ma tylko marketingowi jego partii. Nie pomagajmy mu w tym. Nie warto dać się w te wojnę wciągnąć.

Posłowie niech zajmą się pracą nad budżetem, który przygotował rząd przygotował na wybory, a który trzeba poprawić. Teraz trzeba nam prawdziwego budżetu i pracy nad finansami publicznymi a nie zajmowania się tematami podrzucanych  przez awanturnika z Lublina.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop