Posts Tagged „UE”<

Strach rządzi rynkami

12 lip 2011

Kryzys z 2008 roku właściwie się nie skończył. Nie zlikwidowano bowiem żadnej z jego podstawowych przyczyn.

Problem po prostu zasypano bilionami wydrukowanych lub pożyczonych pustych pieniędzy. Za wszelką cenę nie chciano dopuścić do załamania gospodarczego i wiele państw, zamiast oszczędzać, żyło na coraz większy kredyt.

Dziś wszyscy korzystamy z wypracowanej w ten sposób koniunktury, ale inwestorzy mają już coraz większą świadomość, że na rynku ciągle poukrywane są liczne trupy. Sytuacja, w której kilka państw żyje za pożyczone pieniądze, jest na dłuższą metę nie do utrzymania. Góra długów osiągnęła już takie rozmiary, że ich spłata stała się niemożliwa. Pytanie tylko, kiedy tym bankrutom przestanie starczać na wypłatę odsetek i kiedy zostanie ogłoszona ich upadłość.

Do niedawna uważano, że nie może to dotknąć państw należących do Unii, i spokojnie kupowano wszystkie papiery, ciesząc się z wysokich odsetek. Do czasu. Zbliża się jednak dzień, gdy się okaże, że najbogatsze państwa Unii nie są w stanie utrzymywać utracjuszy.

Ta świadomość wywołuje coraz większą nerwowość inwestorów. Co chwila pojawiają się pogłoski o kłopotach różnych państw i powodują natychmiastowe zniżki na rynkach. Wszyscy kupują franki, bo mają nadzieję, że kryzys ominie Szwajcarię i jej solidną walutę. Maleje za to zaufanie do euro i dolara.

W tej sytuacji Unia musi być stanowcza. Pomoc powinna być przeznaczona dla tych, którzy są zdecydowani oszczędzać. Jeżeli w jakimś państwie większość społeczeństwa (jak np. w Grecji) chce nadal żyć na kredyt, to pomoc im byłaby wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Dlatego zupełnie niezrozumiały jest pomysł władz Unii, żeby zmienić zasady działania agencji ratingowych tak, by unikać słowa „bankrut” wobec niewypłacalnych państw.

Władze UE powinny zmusić wszystkie państwa do zaprzestania życia na kredyt. Inaczej alternatywą będzie długi pełzający kryzys, słabe euro, a w dalszej perspektywie – spektakularna katastrofa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Europa może podciągnąć Polskę

13 maj 2011

Gospodarka Unii przyśpiesza powoli. Prognozy są coraz lepsze, choć nie dla wszystkich. Najważniejsze jest jednak to, że Polska nadal będzie doganiać zachodnią Europę.

Dla nas prognozy Unii są podwójnie dobre. Przede wszystkim wciąż należymy do najszybciej rozwijających się państw. I – co równie ważne – dynamiki nabiera gospodarka niemieckiego kolosa, który jest naszym najważniejszym partnerem handlowym. A im lepiej za Odrą, tym Polska ma większe szanse na rozwój.

Jednak te prognozy, oprócz sporej dawki optymizmu, pokazują także duże ryzyko, jakie dla powodzenia wspólnoty gospodarczej niesie sytuacja państw południa Starego Kontynentu. PKB Grecji i Portugalii się kurczą.

Sytuacji tych państw trzeba przeciwstawić pozycję krajów tzw. nowej Europy. Jeśli spojrzeć na mapę prognozowanego wzrostu gospodarczego krajów Unii, wyraźnie widać, że najdynamiczniejsze są te z jej centralnej i wschodniej części. To zjawisko łatwe do wyjaśnienia. Poziom rozwoju naszego regionu jest na tyle niski, że łatwiej nam osiągnąć wyższe przyrosty PKB. Ale trzeba też zauważyć, że w gronie szybciej rosnących gospodarek jest kilka państw starej Europy, z których większość sąsiaduje z naszym regionem. To ważny dowód na to, że poszerzenie Unii przed kilku laty dało Europie niezwykle silny impuls.

Jesteśmy więc nie tylko odbiorcą gigantycznych funduszy unijnych, ale to dzięki nam kraje starej Unii rozwijają się szybciej. Można wręcz postawić tezę, że pieniądze, które podatnicy tamtych krajów dopłacają do biedniejszych państw UE, szybko do nich wracają. I wracają pomnożone. Szczególnie dotyczy to Niemiec – najszybciej rozwijającego się kraju spośród wielkich państw.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedno niepokojące zjawisko. Unia nie bardzo wierzy oficjalnym polskim prognozom na przyszły rok. Uważa, że nasz kraj będzie miał deficyt finansów publicznych oraz wzrost gospodarczy gorszy, niż przewiduje minister finansów Jacek Rostowski.

……………………………………………………………………………………………………………………………….

Redakcja rp.pl zaprasza na NOWY BLOG KATARYNY! Najsłynniejsza polska blogerka specjalnie dla nas powraca do cyklicznych zapisków o polityce i życiu, Polsce i świecie, sprawach z pierwszych i ostatnich stron gazet. Najciekawsze opinie polskiej blogosfery znajdziecie codziennie wsieci.rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nasze nieeuropejskie płace

28 kwi 2011

Choć w zjednoczonej Europie jesteśmy od siedmiu lat, nasze pensje wciąż do niej nie dotarły. I dobrze. Mimo wysiłków związkowców, różnych polityków i innych socjalistów Polski nie stać na europejskie wynagrodzenia. Wciąż jesteśmy krajem na dorobku, o dużej, ale niezbyt efektywnej gospodarce, i dopóki to się nie zmieni, nasze płace będą się różnić od tych z zachodniej Europy. I co ważne – jeżeli nadal chcemy gonić czołówkę krajów rozwiniętych, ta dysproporcja nie powinna się zmienić.

Tymczasem sprawa podwyżek płac (ale i świadczeń socjalnych) będzie w najbliższych miesiącach jednym z głównych tematów dyskusji publicznej. Tak dzieje się zawsze, gdy zbliżają się wybory parlamentarne. Na dodatek PiS już zaczyna mówić o szalejącej drożyźnie, co z pewnością podniesie napięcie publicznej dysputy i przyczyni się do kolejnych protestów.

A warto pamiętać, że owa drożyzna to tylko nieco ponad 4 procent inflacji. Nawet całkiem niedawno mieliśmy szybciej rosnące ceny.

To, że związki zawodowe walczą o jak najwyższe wynagrodzenia, jest czymś naturalnym. Naturalne jest też to, że przedsiębiorcy zgadzają się na ich żądania tylko w takim stopniu, na jaki pozwala im rachunek ekonomiczny. Z tym że ta naturalna równowaga sił jest często zakłócana przez rząd. Państwo ulega bowiem związkom zawodowym w kontrolowanych przez siebie firmach, administracji, a co gorsza – zgadza się na znaczące podwyżki wynagrodzeń minimalnych.

Tymczasem wynagrodzenie minimalne nie może być ustalane wskutek żądań, zwłaszcza wynikających z porównania z bogatymi krajami. Decydujący wpływ na nie powinna mieć sytuacja ekonomiczna firm.

Dotychczas niskie polskie płace były czynnikiem pozwalającym na relatywnie (w stosunku do Zachodu) tanią produkcję. Jeśli więc rząd ulegnie związkowcom, zgodzi się na wyższe płace minimalne, na podwyżki dla pracowników administracji czy państwowych firm, to zarówno rozwój gospodarczy, jak i stan finansów publicznych ulegną pogorszeniu. To zaś może spowodować, że inflacja, zamiast hamować, zacznie przyspieszać i wtedy naprawdę zaczną się protesty.

Ale i tak, bez względu na to, co zrobi polski rząd, wynagrodzenia relatywnie będą rosły. Zwłaszcza gdy każdy polski pracownik będzie mógł wyjechać za Odrę, gdzie otrzyma szanse na kilka razy wyższą pensję niż w kraju. Wtedy nie będzie możliwości zablokowania wzrostu wynagrodzeń w Polsce. Pytanie tylko, jak szybko Polacy nauczą się niemieckiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bruksela dla silnych i bogatych

9 lut 2011

Tylko naiwni mogli wierzyć, że Janusz Lewandowski, polski komisarz, ułoży samodzielnie projekt budżetu Unii Europejskiej na lata 2014 – 2020. Wiedzą to wszyscy, którzy znają zasady podejmowania decyzji w UE. Ta sprawa jest tak ważna, że nie było szans na to, by główną rolę odegrał w niej Polak tylko dlatego, że pełni urząd komisarza ds. budżetu.

Podobnie było przed kilkoma laty, gdy ustalano perspektywę budżetową na obecne lata. Wtedy również ówczesna komisarz ds. budżetu Litwinka Dalia Grybauskaite nie miała wiele do powiedzenia. Od decyzji odsunięto wówczas również Janusza Lewandowskiego, który był szefem Komisji Budżetowej europarlamentu. Stworzono specjalną tymczasową komisję, na której czele stanął Niemiec.

Przypomnę, że obecna perspektywa budżetowa Unii to plan wydania 864 miliardów euro – a to wymaga decyzji na najwyższym szczeblu.

Czy wobec tego oznacza to, że Janusz Lewandowski jest figurantem liczącym słupki, których wysokość wyznaczają inni? Nie. Zajmuje on bardzo ważne stanowisko i na pewno liczą się z nim w Brukseli. Ale to za mało, by się spodziewać, że sam Lewandowski załatwi Polsce pieniądze, jakie byśmy chcieli. A nasz plan to co najmniej utrzymanie obecnego poziomu finansowania, czyli 67 miliardów euro w ciągu siedmiu lat.

Kraj, który chce mieć pewność, że jego potrzeby zostaną zaspokojone, nie może mieć w Unii jednego czy nawet kilku wysokich urzędników. Musi być państwem, którego intencje są jasno sprecyzowane. Tymczasem Polska otworzyła kilka frontów i nie może się zdecydować, która sprawa jest dla niej najważniejsza.

Wbrew zobowiązaniom nie jesteśmy w strefie euro. Nasze finanse publiczne są w opłakanym stanie i cały czas prosimy Brukselę o ulgowe traktowanie. Mamy kłopoty z ochroną środowiska oraz z Rosją. Usiłujemy załatwić tyle spraw naraz, że nie ma szans, by nam się to udało.

W Brukseli szanuje się państwa bogate i takie, które wiedzą, czego chcą. Tymczasem odkąd przyjęto nas do Unii, nie udało się nam wyraźnie określić celu, do którego dążymy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop