Batalia o zmiany w systemie emerytalnym właściwie się skończyła. Radość niczym nie ograniczanego rozdawnictwa publicznych pieniędzy zwyciężyła nad ideą dyscypliny i myślenia w perspektywie nieco dłuższej niż najbliższe wybory
Zmiany przeprowadzono pod hasłem walki z rakiem rosnącego zadłużania państwa, ale nim jeszcze do funduszy emerytalnych zaczęły płynąć niższe składki okazało się, że pieniądze te nie zostaną zaoszczędzone, ale przynajmniej w części wydane na bieżące potrzeby.
Jeszcze w trakcie debaty z Leszkiem Balcerowiczem minister Jacek Rostowski mówił, że obcięcie składki pozwoli nie tylko na zmniejszenie długu, ale umożliwi też zwiększenie wydatków na infrastrukturę, naukę, a w dalszej przyszłości nawet zmniejszenie podatków.
Dalsze dowody na to, o co chodzi w reformie OFE, pokazały się w ostatni poniedziałek. „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że rząd szykuje plan rozdawania uczniom laptopów. To piękna idea, choć osobiście rozdawałbym te urządzenia nie wszystkim, ale tylko tym, których na taki sprzęt nie stać. Jednak takich pięknych, wartych kilkaset milionów złotych planów nie powinno się snuć w czasach kryzysu. Podobnie jak warto powstrzymać się z planami podwyżek dla armii.
Albo mamy okres niepewności, światowych zawirowań gospodarczych, drogich surowców, wojen domowych w krajach arabskich, kłopotów kolejnych krajów strefy euro i niepewnego kursu złotego, albo mamy okres prosperity, w którym można sobie pozwolić na poluzowanie wydatków. Niestety, wygląda na to, że dziś rząd powinien być ostrożny, bo nie wiadomo, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja na świecie.
Tymczasem rządowy plan wyjścia z pułapki nadmiernego zadłużenia opiera się na wysokim 4-proc. wzroście gospodarczym do 2014 roku. To jest możliwe, ale tylko pod warunkiem, że na świecie nie dojdzie do żadnych poważnych zawirowań.
Dyskusja o OFE ujawniła jeszcze jedno zagrożenie dla finansów. Obie strony sporu dyskutowały z czyich pieniędzy powinny być płacone przyszłe emerytury. Ale dość wstydliwie pomijano kwestię ich wysokości. Tymczasem dla większości obywateli to może być kluczowy problem. Jeżeli rzeczywiście okaże się, że przeciętnie emerytura będzie stanowić około 1/3 ostatniej płacy, czyli w dzisiejszych warunkach wyniesie około 1,2 tys zł, to będzie dramat, bo dziś jest to ponad 1,8 tys. złotych. Jeżeli rzeczywiście będziemy mieli spadek wysokości emerytur, to znaczy, że cała ta reforma rozsypie się za parę lat.
Nie ma co liczyć, że tak liczna grupa ludności w demokratycznym państwie da się zepchnąć do takiego poziomu życia. Oni wymuszą od państwa wyższe świadczenia. Jeżeli rząd odpowiedzialnie chce rozmawiać o emeryturach to nie może sprowadzać dyskusji tylko do kwestii OFE. Jest pewne, że powinniśmy więcej oszczędzać i dlatego debata na temat emerytur musi trwać nadal.








